Znaleziono 3936 wyników

autor: greg66
08.04.2023, 19:19
Forum: Wykonawcy
Temat: 74 Grupa Biednych
Odpowiedzi: 44
Odsłony: 3113

Re: 74 Grupa Biednych

Znalazłem jeszcze wspomnienia nieżyjącego już Jerzego Izdebskiego: "Wszystko zaczęło się na wydmach. To było najlepsze miejsce na próby. Dwie gitary, harmonijka ustna, tamburino i szum morza....Próbowaliśmy naśladować The Beatles, The Kings, The Who, The Rolling Stones, The Yardbirds, The Small Faces, The Hollies, The Searchers. Słuchaliśmy ich w dzień z Radio Nord ( piracka stacja skandynawska na statku Lucky Star na Bałtyku) a w nocy na Radio Luxembourg, Caroline, Veronica, London. Latem 1968 roku, gdy komunistyczne armie razem z polska, krwawo rozprawiały się z antykomunistycznym powstaniem w Pradze, 74 Grupa Biednych wystąpiła po raz pierwszy w Ustce na placu ośrodka Na Palach (obecnie muszla koncertowa) z własnym repertuarem. Przebojem był utwór Jestem wolny.
Jestem Wolny
Myśli dzisiaj mam swobodne,
w oczach moich szczęście jest
rękę mogę dziś do góry podnieść
jestem wolny!
Nikt nie będzie do mnie strzelać
nikt nie zwiąże moich rak
nikt nie będzie mnie poniżać
jestem wolny!
Zostaw bracie działo
działo niesie śmierć
zostaw bracie mundur śmierci
w worek odziej się
nie szanowałeś godności swej.

Zespół prezentował się szokująco; długie włosy, kwiaciaste koszule (moda na flower power), bez butów, często w płetwach pływackich, w przedwojennych ubraniach dziadków i babci, żaboty, apaszki. Czasami na mokro (wet look) w podkoszulkach oblepionych bielusieńkim jak śnieg morskim piaskiem ( już go nie ma w Ustce). Wszystkie gitary były wykonane przez nas własnoręcznie, także kolumny głośnikowe, wzmacniacze, kamery pogłosowe i....mikrofony zbudowane z wkładek telefonicznych, sitek do cedzenia herbaty i szpulek od nici.
I dalej: Po Polsce pędziła fama o nadzwyczajnych występach zespołu w Ustce, o hippisowskich zlotach, o happeningach, o polskim stylu underground.. Prasa dezinformowała czytelników przypisując inklinacje hippisowskie zespołowi. Gdy powstawał nikt z nas nie był hippie. Ideologia flower power nie była nam bliska, ponieważ powstała na gruncie sytuacji politycznej w USA i nie mogła być wiernie skopiowana na grunt polski. Z pewnością moda w ubiorze, fryzurze i może gestach nas interesowała, i to wszystko. Nie mogliśmy występować przeciwko armii USA walczącej w Wietnamie przeciwko komunistom. Konotacje hippisowskie powstały z powodu zaprzyjaźnienia zespołu ze środowiskami artystycznymi i akademickimi z Warszawy, Lodzi, Krakowa, które nagle pojawiły się w Ustce na naszych występach. Niektórzy z tych ludzi obnosili się ze swoja hipiesowsczyzna po Ustce i nie tylko. O Pastorze, Pająku, Krokodylu, Korze i jej siostrze Dolores, o Balubie i Psie wiedziała cala Polska z krytykującej ich postawie prasy komunistycznej: Polityka, Trybuna Ludu, Kultura. My w Ustce założyliśmy zespól żeby się wyżyć twórczo. Byliśmy już pracującymi lub studiującymi ludźmiJesienią 1968 zostaliśmy zaproszeni do Kalisza na Pierwszy Ogólnopolski Festiwal Awangardy Beatowej ( prekursor Jarocina) i otrzymaliśmy nagrodę wyróżnienie. W następnych dwóch latach zdobyliśmy pierwsze nagrody wraz z Laboratorium, Respekt, Test, Pronko. Po tym dokonaliśmy kilku nagrań dla Polskiego Radia i TV. Wygraliśmy wiele nagród w Polsce występując na różnych konkursach i festiwalach w tym studenckich i Jazz nad Odra,. Niestety nie udało się nam nagrać płyty. Komercyjna strona była dla nas zamknięta. Wkrótce zaczęły się prześladowania. Milicja, SB, PZPR, LWP rożnymi sposobami starali się nam przeszkodzić w karierze. Pobicia, rewizje w domach, aresztowania...
W kilka dni po ogłoszeniu przez reżim komunistyczny stanu wojennego w Polsce dowodzonego przez tow. Jaruzelskiego, ktoś zadzwonił do mnie w Londynie i powiedział że, piszą o 74 Grupie Biednych w New Musical Express. Rzeczywiście na środkowej rozkładówce było duże zdjęcie przewróconego Pałacu Kultury, zdjęcia czołgów Jaruzelskiego i jego milicji z pałkami. Autor przedstawił historie zachodniej muzyki w Polsce komunistycznej, na tle przemian politycznych. Wymieniona była z nazwy 74 Grupa Biednych i Ustka jako ważne ogniwa oporu młodzieży polskiej przeciwko barbarzyństwu komunistycznych rządów w Polsce.

Żaden inny polski zespół nie był wymieniony w tym sensie....Myślę dzisiaj, ze zasłużyliśmy na to, my wszyscy którzy daliśmy swoje talenty, czas, pieniądze i dużo więcej, aby Jestem Wolny mogły w końcu powiedzieć miliony naszych rówieśników.


Zespół był magnesem ściągającym do Ustki młodzież z całej Polski. Przed 1967 rokiem 8 tysięczna Ustka nie była tak popularnym wczasowiskiem, jak po pierwszych występach 74GB. Zespół był najlepszym promotorem Ustki w kraju. W owym czasie nie było ani promenady ani restauracji nadmorskich ani ogródków z piwem ani smażalni ryb ani biura promocji miasta..... W pewnym okresie siedziba zespołu i jego najbardziej zaufanych fanów była piękna poniemiecka podpiwniczona altana w bukowym parku nad plażą. Tutaj odwiedzali nas dziennikarze ze stolicy, muzycy, fani. Robiliśmy sobie w niej próby unplaged. Na koniec milicja ustecka wrzuciła nam gazy łzawiące a pałkami i butami zdemolowała nasz dobytek. Byliśmy zatrzymywani i przesłuchiwani. Nie lubili nas za nasza modę, ekstrawagancję, odwagę i przekaz. Przekaz był jasny i klarowny. Przenosiliśmy ideały zachodnie docierające do nas przez muzykę z popowych stacji zachodnich. Byliśmy znakomitym medium, docierającym masowo do najbardziej niespokojnej i ambitnej części społeczeństwa polskiego, do młodzieży. Słowa piosenki Jestem Wolny znała cala Polska. Słuchałem jak cytowane były przez młodych ludzi na warszawskiej starówce i we Wrocławiu.

74 Grupa Biednych była przykładem zaangażowania polskiej młodzieży w walkę z reżimem PZPR, z komunizmem. Za tę postawę zapłaciliśmy wysoką cenę. Wypłyniecie zespołu na niwę komercyji było zakazane. Nie mogliśmy nigdy nagrać ani płyty ani odbyć tourne po Polsce. W pewnym czasie mięliśmy zakaz występowania we wszystkich klubach studenckich na Pomorzu. Nasz styl zarażał innych. Długie włosy stawały się coraz dłuższe. Wielu naszych fanów było prześladowanych za te włosy. Kostek Kozdroj noszący jedne z najdłuższych włosów w Ustce właśnie za włosy został napadnięty przez usteckich zbirów z MO oślepiony gazem i zepchnięty do kanału portowego gdzie utonął na oczach umundurowanych bandytów Kaszkiewicza i Zbigniewa Gorczyńskiego, którzy nigdy za to stracone młode życie nie zostali osadzeni i ukarani. Widział te zbrodnie jeden z latarników na latarni morskiej ale przez lata milczał obawiając się represji. 74 Grupa Biednych była fenomenem przedsiębiorczości, samowystarczalności, wiary we własne siły i wzorem młodzieńczej odwagi. Gdybyśmy w tamtym okresie mieszkali w zachodnim państwie, zrobilibyśmy karierę artystyczna i zarobilibyśmy dużo pieniędzy. Z pewnością zainteresowała by się nami nie jedna wytwórnia płyt i nie jedna agencja artystyczna. Niestety żyliśmy w sowieckiej niewoli dozorowanej przez bandytów, zdrajców i łobuzów z PZPR.

Ciekawa tez jest sprawą, że nigdy nie słyszałem o nich ani nie slyszałem ich muzyki. Gdy o Test czy Romualdzie i Romanie były wzmianki, o Zdroju Jana też to o 74 Grupie Biednych nic.
Czy są jeszcze jakieś takie perełki polskiej muzyki tamtych lat?
autor: greg66
02.04.2023, 14:16
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

Re: Psychodelia

FERRE GRIGNARD - Captain Disaster /1968/

Obrazek

Oto artysta wyklęty, urodzony w 1939 roku w środowisku mieszczańskim, z którym później nie chciał mieć wiele wspólnego. Studiował sztukę, uzyskał dyplom beatnika, by w końcu udać się na emigrację do Stanów Zjednoczonych. Wrócił do Europy i założył zespół muzyczny wraz z bratem i kumplem. Ich występy odbywały się pod koniec lat 50-tych i zyskały pewną sławę na antwerpskiej scenie artystycznej. Czasem ludzie mówili – „On ma bluesa, mimo że nie mówi ani słowa po angielsku”. Ferre Grignard nauczył się gry na gitarze będąc harcerzem a podczas wielu harcerskich spotkań i obozów tworzył muzykę, którą sam wykonywał. Był to początek rockowego szaleństwa, a nagrania były w stylu modnego wówczas skiffla, który nieco później prześlizgnął się w bluesa. Charakterystyczny, nosowy skifflowy wokal towarzyszyć będzie artyście przez całą drogę muzyczną. Wraz z swoim zespołem Grignard bierze udział nawet w konkursie piosenki, który zresztą wygrywa co daje mu i kolegom impulsu do późniejszej kariery. W 1964 roku w Antwerpii otwarto kawiarnię muzyczną De Muze i Grignardowi pozwolono tam występować w każdy czwartek a towarzyszyli mu George Smits grający n a gitarze i harmonijce oraz Miel De Somer na washboardzie. Ich świetna piosenka „Ring Ring I’ve Got To Sing” odniosła tam taki sukces, że jeden z właścicieli De Muze, Walter Masselis, zainwestował pieniądze na wydanie jej na singlu. Pierwsze 500 egzemplarzy sprzedało się natychmiast. Łowca talentów z wytwórni Philips, Hans Kusters zlecił wykonanie nowego nagrania i singiel stał się hitem w krajach Beneluksu i Francji. Śpiewane w łamanym angielskim, sprawiającym niechlujne wykonanie piosenki „Ring, Ring I’ve Got To Play” i „”My Crucified Jesus” oferowały mieszankę skiffle w stylu Lonnie Donegana i szorstkiego bluesa. Ferre Grignard ze swoim hipisowskim wizerunkiem, długimi włosami i nonszalanckim wyglądem nazywany był czasem flamandzkim Bobem Dylanem. Muzycznie również oscylował wokół autora „Like A Rolling Stone”. W 1966 roku Grignard wystąpił w paryskiej Olimpii, a następnie w słynnym Star Clubie w Hamburgu. W planach były też występy w Londynie. Pomimo, że nic z nich nie wyszło, Ferre zaczął być sławnym a po wydaniu drugiej płyty „Captain Disaster” nawet bogatym. Grignard żył zgodnie ze swoim wizerunkiem: dziko i swobodnie.
Podobna była muzyka zawarta na tym krążku, utrzymana w duchu psychodelicznego folku. Muzyk zabiera nas w swoje własne miejsce, flirtuje z szamańskimi rytmami ale ukazuje też swoje intymne wcielenie. Album wyprodukował Rikki Stein, który do tej mieszanki oryginałów oraz odświeżonych tradycyjnych utworów dodał sporą dawkę orkiestracji wspomaganą efektami psychodelicznymi. Już początek płyty pokazuje efekty działań całej ekipy. Prosta, akustyczna gitara, na którą dodaje swój jęczący wokal Grignard staje się coraz bardziej intrygująca, po tym jak Stein dodaje różnego rodzaju psychodeliczne orkiestracje. Numer nabiera kolorytu a końcowy efekt jest naprawdę fascynujący. Zresztą, nostalgia i intymność o której wspominałem odbija się szerokim echem w „Tell Me Now”, która mogłaby być typową popową balladą, gdyby nie kolejne efekty produkcyjne Steina. Tym razem podrasował on wokal Ferre’ego oraz dodał strumień psychodelicznych smyczków, nadając całości charakter kwasowego nastroju. Ale cały album nie jest w tym klimacie. Oto „Yama, Yama Hey”. Intensywny wpływ Dylana absolutnie nie przeszkadza a refren wręcz dobija do tych samych drzwi co mistrz. Ten chwytliwy i radosny tekst „Yama, Yama, Hey” długo błąka się w głowie i z trudem ją opuszcza. I jeszcze raz „yamma, yeeteee, yammma, yeetee, hey”. A to nie wszystko. „My Friend” obraca się w mocno kwasowych odlotach wspartych brzęczącą w tle gitarą i wysuniętą na pierwszy plan nutą orkiestry natomiast „Hansie Pansy” poszukuje mrocznych dźwięków, wprowadzając na płycie niepokój i niepewność. Halucynacyjny i niechlujny „Down In The Valley” toczy się niczym parowóz po rowkach i nawet nie wiesz kiedy już dojeżdża do stacji. Ta chwytliwa melodia trzymająca countrową gitarę wspomagana jest bluesową harmonijką, a całość brzmi jakby to było nagrane gdzieś na zapadłej stacji w środku Ameryki. Dlaczego więc zaraz nie wrzucić tradycyjnej morskiej szanty, opowiadającej o starych wilkach morskich. „The Pirate Song” ponownie wyróżnia się fantastyczną melodią i interpretacją godną pochwały. Nie sposób tez przejść obojętnie przy tytułowym numerze. Otoczony rockową aranżacją jest chyba najbardziej komercyjnym przejawem albumu. Wokal Grignarda brzmi jakby walił z bicza a nakładki Steina spowalniające numer nakrywa psychodeliczny koc.
I taka to jest płyta tego zapomnianego belgijskiego barda, bo kto jeszcze pamięta zapomnianych belgijskich bardów.

Ps. Ferre Grignard nigdy nie płacił podatków ze swoich tantiem, więc jego majątek w 1979 roku został publicznie sprzedany a on sam trzy lata później umarł w nędzy.


https://www.youtube.com/watch?v=04m-sHW2Sbw
autor: greg66
30.03.2023, 20:01
Forum: Wykonawcy
Temat: 74 Grupa Biednych
Odpowiedzi: 44
Odsłony: 3113

Re: 74 Grupa Biednych

No dobrze to trochę o muzyce.
https://www.youtube.com/watch?v=nZzdHTodWrc

ten utwór znalazłem na yt i jak na nasze warunki, jest ciekawy i wykonawczo i aranżacyjnie. Mam nadzieję, że Kameleon dotarł do lepszej jakości nagrań. Posłuchajcie gitary, nawet jakieś echo się zdarza (pomimo, że fuzz-boxa i inne akcesoria do głosników, gitar i wzmacniaczy skonstruował sposobem chałupniczym Stanisław Sokołowski) a solówka jest ciekawa. Ogólnie cały numer rwie do przodu i z chęcią wysłuchałbym całej płyty.
Znalazłem tez w sieci parę ciekawych rzeczy na temat grupy. Oto krótka wzmianka o koncercie naocznego widza: "Jak wielu mlodych ludzi latem 71/72 ,nie pamietam dokladnie wybralem sie Stopem na Wybrzeze . Glowny powod byl zobaczyc Biednych ktorzy grali w Sopot Wyscigi pod wielkim namiociem . Nie mialem forsy aby co dzien kupowac bilet na ich koncert ale jak wielu innych siedzialem na trawie przy Kolejce i sluchalem . Zobaczyc nie wiele mozna bylo z stamtad ale brzmienie bylo ok. Do dzis pamietam ich piosenke "co przyniesie nam lato ". Grali wtedy na dwie perkusje".
Podobno w radio była audycja poświęcona zespołowi z nagraniami. Andrzej Diering grający na trąbce w grupie wspomina, że klimat w zespole był wspaniały: "To był Świat którego każdemu życzę z całego serca". Natomiast ich perkusista Henryk Tomala został zabity w Katowicach w czasie stanu wojennego. Oto wypowiedź drugiego bębniarza Bogdana Misia: "Milo jest poczytac o sprawach z przed 40 lat w korych sam uczestniczylem tzn. gralem z 74 Grupa Biednych na drugiej perkusji razem Heniem Tomala (my bylismy tzw. bracmi muzycznymi-razem zaczynalismy w Slupsku i nasze kariery w show business-ie czesto sie krzyzowaly czy to na koncertach lub targach estradowych a nawet jam session.My z Heniem czesto rywalizowalismy w graniu ale po przyjacielsku, wymienialismy doswadczenia i to bylo piekne.Nigdy nie zapomne tego dnia,kiedy dowiedzialem sie ze on mnie opuscil i dlaczego tak szybko? Mase razy zadawalem sobie to pytanie dlaczego On ??? Mialbym jeszcze jedno male zyczenie zeby Gienia, Henia wowczas narzeczona dala mi jakis znak co u Niej i dzieci. Ja od 30 lat mieszkam w Finlandii, jestem na facebook-u - Bogdan Mis, dzisiaj na strone facebook 74 Grupy Biednych wstawiłem trochę zdjęć. Pozdrawiam wszystkich serdecznie Bogdan Mis - Misiek.
https://www.youtube.com/watch?v=JFGONXorxO8
a i czytało się ich nazwę siedemdziesiąta czwarta a nie siedemdziesiąt cztery.


https://www.facebook.com/profile.php?id=100064532296347
tutaj są ciekawe zdjęcia i teksty.
autor: greg66
23.03.2023, 19:50
Forum: Wykonawcy
Temat: 74 Grupa Biednych
Odpowiedzi: 44
Odsłony: 3113

Re: 74 Grupa Biednych

Ostatnio akurat dotarłem do ich nagrań. Możliwe, że w tamtych czasach ich wystepy mogły się podobać i dać powiew czegoś innego. Teraz gdy się słucha tych nagrań to faktycznie trącą amatorką, Generalnie wszystkie te grupy, nawet bardziej znane (Romuald i Roman) tchną "stęchlizną" i pomimo, że przecież są to lata (dla mnie) najbardziej twórcze w muzyce (60-70) u nas ta ambitniejsza cierpiała. Oprócz paru mocarzy reszta nie miała szans zaistnieć. Repertuar, umiejętności i bolączka największa, czyli brzmienie nagrań. Pudełkowa perkusja jest po prostu nie do przyjęcia. Podobno w epoce byli bardzo uznawani, występowali w gdańskim klubie "Żak" na zmianę z Niemenem. W miesięczniku Jazz (dodatku "Rytm i Piosenka") w 1970 roku zostali uznani jako odkrycie roku. Ostatni wystep dali w 1973 roku, ich lider Jerzy Izdebski zmarł w 2010 roku w Londynie.
autor: greg66
18.03.2023, 18:10
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

Re: Psychodelia

KALEIDOSCOPE - White Faced Lady /1970/

Obrazek

Peter Daltrey: „Wraz z Edem napisaliśmy wiele piosenek i w pewnym momencie powiedziałem do niego: „Te piosenki, które piszemy mają jakiś nastrój, rodzaj połączenia. Może je połączyć i napisać więcej tej historii”. Rozmawialiśmy z Dave’em i był tym zachwycony. Więc Ed i ja przez następne sześć miesięcy siedzieliśmy i pisaliśmy dalszy ciąg. Napisałem historię do nich i połączyliśmy kawałki. Poszliśmy i nagraliśmy to z błogosławieństwem gościa z Vertigo, Olava Wypera. Jednak po nagraniu taśm, gdy całość miała być ruszona, Olav powiedział, że odchodzi z Vertigo i że nie ma tam nikogo kto chciałby się podjąć zaczętych jego projektów. Z tego powodu byliśmy spłukani i zespół rozpadł się. Wprawdzie Olav dawał nam nadzieję mówiąc: „Idę, do RCA. Przynieście ten album do RCA, kiedy już się zadomowię. Dajcie mi kilka tygodni. Tam załatwimy sprawę”. Dave poszedł zobaczyć się z Olavem w RCA, który powiedział: „Przykro mi. Nie mogę tego zrobić. Szefowie RCA nie pozwalają mi robić niczego, w co byłem zaangażowany w Vertigo”. Zostaliśmy złapani w pułapkę. Poszliśmy do Island, Warner Brothers ale według nich czas na tego typu albumy właśnie się kończył”. I tak po raz kolejny historia sobie zadrwiła. Przecież wszystkowiedzący spece od robienia szmalu wiedzą wszystko najlepiej. Album pozostał niewydany przez ponad dwadzieścia lat, kiedy materiał w 1991 roku wydała niezależna wytwórnia UFO.
Opłaciło się? Nie wiem. Ale wiem, że to kolejny zagubiony klejnot brytyjskiej psychodelii, za którym wręcz szaleję.
Najogólniej rzecz biorąc, „White Faced Lady” plasuje się gdzieś pomiędzy albumem koncepcyjnym a rockową operą. Zawiera symfoniczną uwerturę, ale nie ma operowego dialogu „Tommy’ego”. Pod tym względem jest dość zbliżona strukturą do „S.F. Sorrow” The Pretty Things. Piosenki są oszałamiające, a aranżacje bezbłędne, podkreślające zarówno proste folkowe zmiany akordów, jak i wspaniałe melodie i melancholijne teksty piosenek. Historia podąża za tragicznym życiem niespokojnej gwiazdy filmowej o imieniu Angel, desperacko poszukującej zarówno miłości jak i sławy, ale nie znajdującej żadnej z nich. Podobno historia ta została luźno oparta na tragicznym życiu Marylin Monroe.
„White Faced Lady” to miejsce, w którym wszystko się połączyło dla Kaleidoscope. Głos Petera Daltreya nigdy nie był tak podobny. Utwory to samoistne perełki, które tylko Kaleidoscope mógł stworzyć.
Od samego początku wiadomo, ze czeka nas coś innego. „Overture” zawiera najbardziej klasyczne momenty całego albumu i łączy je w jedną z wielkich wstępów do całości. Orkiestra poprowadzona jest bardzo przyjemnie a uważny słuchacz znajdzie tam nawiązania do wcześniejszych dzieł grupy. Ścieżka usiana jest skrzypcami i symfonicznymi impulsami (cały Daltrey) a inspirowana jest XVII-wieczną muzyką barokową. Pierwsza część albumu ma w sobie coś figlarnego, radosnego i młodzieńczego. Obracające się w okolicach wcześniejszych brzmień nagrania, pełne są świetnych melodii z dominującymi akustycznymi gitarami, fletami, pełną orkiestrą i chórem. Taki „Broken Mirrors” to perełka miękkości i dyskrecji. Trzeba by być szalonym, by zaprzeczyć pięknu tych całkowicie urzekających melodii, bo gdy tylko dasz się uwieźć tym sennym chwilom, przepysznym instrumentacjom czy najbardziej misternej finezji to wrota raju zastaniesz otwarte. I nie ma co się dziwić, Peter jest najbardziej hojnym artystą, jaki istnieje. Jego żarliwość, jego liryzm, jego romantyzm są wszędzie, ratując go cały czas przed kiczem. Wszystko co nagrywa, brzmi jak sen, jest czyste i szczere. Ten podwójny album ze swoim zróżnicowaniem całkowicie nie nuży a smaczki jakie nam serwuje pełne są delikatesów. Druga płyta brzmi mniej zabawowo, jest poważniejsza. Wypełniające ją numery są czasami ostrzejsze, czasami brzmią tak jasno i bąbelkowo jak szklanka musującej lemoniady. Złożone i zagmatwane aranżacje mieszają się z psychodelicznymi elementami. Muzyka staje się czymś innym niż muzyką, tworzy fale obrazów, urzeka w najwyższym punkcie. Trzy ostatnie numery, które przewyższają wszystko, są totalnym cudem ale dają nam też najbardziej ponure dźwięki, gdyż to właśnie w nich Angel szybko zmierza ku swojej śmierci.
„Long Way Down” to odpowiednie pożegnanie, mające wspaniałą początkową nutkę, która prowadzi do porywającego refrenu. Wokal Daltreya jest tu po prostu rewelacyjny. „The Locket” jest opisem śmierci Angel. Muzycznie wydaje się, że Angel wreszcie odpocznie a wszelkie smutki i troski przeminą. „Picture With Conversation” służy przejrzeniu się w lustrze tylko po to, by zaraz dobić słuchacza w zamykającym album numerze „Epitaph: Angel”. Sama muzyka puchnie i opada wraz z emocjami, przechodząc od ciszy do chóru, przez akustyczne dźwięki do pełnej orkiestry i z powrotem do tych kilku ostatnich nut granych na gitarze, które dają ci znać, że właśnie wysłuchałeś czegoś niepodobnego do niczego, co znałeś wcześniej ani później.
autor: greg66
03.03.2023, 17:29
Forum: Wykonawcy
Temat: The Beatles
Odpowiedzi: 347
Odsłony: 333182

Re: The Beatles

John LENNON/Yoko ONO - Double Fantasy /1980/

Obrazek

„Póki jest życie, jest nadzieja” (John Lennon z ostatniego wywiadu udzielonego na kilka godzin przed śmiercią)

Tak naprawdę to nigdy nie dowiemy się, co skłoniło tego gościa do tego czynu. Kompletny, życiowy nieudacznik, oddaje kilka strzałów w plecy nieuzbrojonego człowieka w zaledwie parę godzin po tym jak otrzymał autograf i odbył krótką rozmowę ze swoim idolem. No cóż, być może przeczytał „Buszującego w zbożu” o jeden raz za dużo i tak odreagował, marudząc na to, że jest do dupy w sporcie i nie może zdobyć ani zadowolić żadnej kobiety. A może jego potężna kombinacja wściekłości i nienawiści do samego siebie w końcu się zagotowała, gdy uszy tego samozwańczego fana Lennona zostały uraczone pierwszym od ponad 5 lat albumem największego Beatlesa. Pewnym jest, że to morderstwo jest ogromnym wstydem w historii rocka i nie ma żadnego wytłumaczenia ani przebaczenia. (Zresztą wszystkie prośby o warunkowe zwolnienie zostają przez Yoko Ono i synów Lennona odrzucane).
Kiedy „Double Fantasy” ukazało się w 1980 roku nie miało dobrej prasy a jednym z tego powodów wydaje się być fakt, że połowa piosenek na albumie jest autorstwa Johna Lennona - druga połowa jest autorstwa Yoko Ono. Z punktu widzenia pary jest to dobrym pomysłem, aby ich piosenki przeplatały się ze sobą na płycie. Czy w innym momencie dałbyś szansę Yoko Ono? Nie ma wątpliwości, że „Double Fantasy” odniosłoby znacznie większy sukces, gdyby było albumem Johna Lennona. Ale osobiście uważam, że piosenki Yoko tutaj są całkiem do słuchania. „Kiss Kiss Kiss” jest cholernie chwytliwa a jej dziwny wokal (japoński dialekt) intryguje oraz dodaje nieco dziwności, która sprawia, że ma kopa. Kolejnymi chwytliwymi, dyskotekowymi bitami artystka może pochwalić się w „Give Me Something” numerowi z pewnością nie przynoszącemu wstydu płycie oraz „I’m Moving On”. Muzycznie ten drugi bliski jest piosenkom Johna, jakby duch „Walls and Bridges” unosił się w studio. Wokalnie trzeba przyznać też jest przyzwoicie, no, cholera chciałbym coś jej zarzucić ale, nie mogę. Proszę, oto „Yes I’m Your Angel” zagrany w stylu kabaretowym, cofniętym w lata dwudzieste. Barowy fortepian wraz z wokalem tworzy świetną oprawę i rewelacyjnie pasowałby do filmu Bobba Fosse’a.
Yoko ma talent, niezależnie od tego czy próbuje być alternatywna, ale przede wszystkim gdy jest popowa. Sprawia, że zabieg pomieszania utworów z Johnem wyszedł bardzo dobrze.
Siedem piosenek napisanych przez Lennona jest doskonałych i reprezentuje jedne z jego najlepszych prac. Całość zaczyna się od wielkiego przeboju (wydanego na singlu) „(Just Like) Starting Over”, rockowej ballady w stylu lat 50-tych, z przepiękną melodią i wspaniałym wokalem. Aż czuć tu świetną formę Johna, jednak serce się kraje, gdy słyszysz go śpiewającego o „zaczynaniu od nowa”, nieświadomego, że jego życie zakończy się zaledwie kilka krótkich miesięcy później. „I’m Losing You” przypomina ten moment w związku dwojga ludzi, kiedy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo jesteś samotny i bezbronny. Ta piosenka miażdży, człowieku. Posłuchajcie tylko tego intro: John Lennon jęczący nad jakimś obskurnym barowym riffem, brzmiącym jakby właśnie potknął się o świcie w klubie ze striptizem i zobaczył, że nikt nie czeka na parkingu, by zabrać go do domu. John budzi się w obcym pokoju i próbuje zadzwonić do Yoko. Kiedy ona nie odbiera, John dostaje szału. Ale Yoko nie zostawi go samego. „I’m Moving On” zagrany na tym samym podkładzie muzycznym scala ich w jedność, cementuje ten związek, pomimo wielu burz. Myślę, że to jest wreszcie ten moment, pełne złączenie dwóch bliskich sobie dusz. I znowu przykro się robi wiedząc, że już długo nie będą mogli się sobą nacieszyć. Pierdolony Chapman.
Utwór napisany dla syna Johna i Yoko, Seana zatytułowany „Beautiful Boy (Darling Boy)” jest bardzo delikatny i wzruszający. To taka prawdziwa rzeczywistość, którą przechodzą wszyscy rodzice, dająca wielką radość i pełnię szczęścia. Prosty tekst tylko to pokazuje: „ Zamknij oczy, nie bój się/ Potwór odszedł/ Właśnie ucieka, a twój tatuś jest już tutaj/ Piękny chłopczyku”. Kolejnym majstersztykiem jest „Watching the Wheels”. Świetnie wyprodukowany i ukazujący wspaniałe muzyczne wykonanie przez wszystkich graczy. Spektakularny bas w wykonaniu Tony’ego Levina wysunięty jest do przodu ale wciąż ładnie jest zamknięty w stabilnym rytmie perkusisty Andy’ego Newmarka. W górnych rejestrach, bluesowy fortepian dodaje kapryśnego nastroju, a wokal Lennona jest bardzo mocny i ekscytujący. I wreszcie „Woman”, jedna z moich ulubionych piosenek Johna. To ponadczasowa ballada z piękną melodią. Tutaj słowa są głęboko romantyczne, podczas gdy wokal jest niemal rozpaczliwy: „Kobieto, wiem że Ty rozumiesz to małe dziecko tkwiące w mężczyźnie/ Proszę, pamiętaj że moje życie jest w twych rękach/ Trzymaj mnie przy swoim sercu/ Żadna odległość nie będzie w stanie nas rozdzielić/ W końcu wszystko mamy zapisane w gwiazdach”.
autor: greg66
20.02.2023, 20:09
Forum: Wykonawcy
Temat: The Kinks
Odpowiedzi: 8
Odsłony: 13836

Re: The Kinks

The Kinks - Arthur (Or The Decline and Fall of the British Empire) /1969/

Obrazek

Inspiracją dla Raya Daviesa dla stworzenia tego siódmego studyjnego albumu Kinksów był temat bardzo bliski jego sercu, gdyż tytułowy Arthur był jego szwagrem. Historia „Arthur Or The Decline And Fall Of The British Empire” opowiada o młodym człowieku, który dorasta w możnej rodzinie kupieckiej w czasach kryzysu. Jednak gdy osiąga już dorosły wiek przekreśla trud ojca i decyduje się na start życiowy w dalekiej Australii. Dostajemy tu ponadto zbiór bardzo mocnych kompozycji, z których wiele stało się klasykami The Kinks. Ten koncepcyjny materiał ukazuje nam dodatkowo bezsens i głupotę wojny a pióro Raya jest ostre jak brzytwa: „Daj szumowinie broń i naucz gnojka walczyć/ i upewnij się, żeby zastrzelić dezerterów/ jeśli zginie, wyślemy medal do jego żony” („Yes Sir, No Sir”). Choć najbardziej przemawia w „Some Mother’s Son”, chwytającej za serce opowieści o okropnościach wojny, widzianych oczami żołnierza, na sekundę przed jego śmiercią: „Dwóch żołnierzy walczy w okopie/ Jeden spogląda w górę, by zobaczyć słońce/ i marzy o grach, w które grał, gdy był młody/ I wtedy jego przyjaciel woła jego imię/ sekundę później jest martwy”. Ten mocno uderzający tekst podany jest na łagodnym pastoralnym tle muzycznym. Chociaż czasami muzyka na płycie daje czadu, jak to określił Dave Davies „poruszamy się w indiańskich psychodelicznych wibracjach”, to słuchając jej stwierdzam, że dostajemy brytyjskie psychodeliczne arcydzieło stworzone przez The Kinks na własnych warunkach.
Skarby „Arthura…” są dobrze znane. Hymniczna „Victoria” przemyca pod swoim płaszczem sztylet przewrotu w wersach: „Kiedy dorosnę będę walczyć/ na tej ziemi, przyjdzie mi umrzeć”. Muzycznie wydzwania tu świetna, chwytliwa rock’n’rollowa melodia idealnie pasująca do początku albumu. Jednym z najlepszych momentów The Kinks jest „Shangri-La” z przepiękną melodią i dwuznacznym tekstem: „Załóż kapcie i usiądź przy ogniu/ Osiągnąłeś swój szczyt i nie możesz wznieść się wyżej”. I oto jest nagroda za trud życia. Davies wkurza się na to, że nagrodą jest fotel bujany i para kapci. Pytania, które nurtowały Daviesa, dotyczące powojennych rozliczeń i tego, że kraj nie nadaje się dla bohaterów o skromnych dochodach, wciąż są aktualne. Pierwszą z trylogii pieśni wojennych na płycie jest „Yes Sir, No Sir”, najbardziej cyniczny i pogardliwy numer Daviesa, w którym obrazuje dehumanizację panującą w służbie wojskowej „Gdzie ja idę Sir?/ Co ja robię Sir?/ Jak mam się zachowywać?”. Głęboko poruszający „Some Mother’s Son” przenosi się z poligonu na pole bitwy. Tu Davies osiągnął apogeum swoich wersów. Ten prosty tekst przemawia najbardziej a oddźwięk jego pokazuje samotność zwykłych żołnierzy na polu bitwy oraz samotność ich rodzin pozostawionych samych sobie w obliczu tragedii: „Syn pewnej matki leży w polu/ Ale oczy jego matki wciąż patrzą tak samo/ Jak w dniu, kiedy odszedł”. No ale przecież Państwo jest rozgrzeszone: „Położyli jego portret na trumnie/ udekorowali ramy kwiatami/ wspomnienia pewnej matki pozostały”. Davies pokazuje nam, że ten żołnierz to nie prawdziwa osoba ale kolejna statystyka wojny. No i „Mr. Churchill Says” numer uzupełniony o słynne cytaty i syreny przeciwlotnicze oraz pozwalający Dave Davisowi rozciągnięcie swojej pracy na gitarze. Tytułowy Arthur dostaje odrobinę wytchnienia w „Drivin’”- celebracji wolności w promieniach słońca, podczas gdy walka toczy się gdzie indziej. Ale po co było to cierpienie i poświęcenie, skoro wszystko co dostajemy to społeczna stagnacja. Utwór jest wesoły i swawolny, czego nie można powiedzieć o „Brainwashed”. Mielący bas na początku numeru wciąga okrutnie a opadające dęciaki chwalą się przed punkową gitarą Daviesa. Ray daje tu upust swojej wściekłości na ludzi, którzy nie mają nic i do niczego nie dążą, a mimo to głosują za utrzymaniem systemu, w którym bogata garstka okrada ich samych. Bohater opuszcza Wyspy i emigruje do dalekiej Australii. „Australia” to bajeczny utwór opisujący obietnicę ziemi, w której „nie ma różnic klasowych” ani „uzależnienia od narkotyków”. Miejsce w którym marzenia mogą się spełnić dzięki nieustannie świecącemu słońcu i deskom surfingowym. Ten utwór patrzy na to z punktu widzenia Arthura, ale wers o „wiecznych uśmiechach” na ich twarzach jest nieco okrutny ze strony Daviesa. Znakomite „Shangri-La” początkowo zaczyna się jako numer o folkowym charakterze, a następnie przechodzi w fascynującą muzyczną podróż z syntezatorami i dęciakami. Nostalgiczna ballada „Young and Innocent Days” jest mile widzianym zwrotem retrospektywnym. Delikatna gitara akustyczna połączona zostaje z dodanymi klawiszami i smyczkami i brzmi to bardzo skutecznie. Zbliżające płytę ku końcowi „Nothing To Say” opisuje rzeczywistość, dwoje ludzi zadowolonych z tego, że rozmawiają o pierdołach i nie muszą ujawniać swoich złamanych marzeń. Utwór tytułowy tak naprawdę daje podsumowanie życia Arthura, nieudanej podróży i niepowodzeń aby poprawić standard życia swojej rodziny. Z silną nutą country, numer kończy się wersem: „Arturze świat odszedł i przeszedł obok ciebie”.
autor: greg66
14.02.2023, 17:54
Forum: Wykonawcy
Temat: Supertramp
Odpowiedzi: 7
Odsłony: 522

Re: Supertramp

Na tym filmie jest taka scena, gdy John idzie za kulisy na papierosa i wygląda to tak jakby się zastanawiał: "i co my zrobimy bez Rogera".
autor: greg66
12.02.2023, 11:53
Forum: Wykonawcy
Temat: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 294224

Re: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki

MICKEY HART BAND - Mysterium Tremendum /2011/

Obrazek

Od czasu ostatniej trasy koncertowej The Dead w 2009 roku Mickey Hart nie wychylał się zbytnio, co nie znaczy, że wylegiwał się na plaży lub dryfował w domu nic nie robiąc. Jak prawdziwy szalony naukowiec, poświęcił się badaniom o dźwiękowych wibracjach w kosmosie, oglądając gwiazdy i wsłuchując się w dźwięki, do których przyciągają go obrazy widziane w jego teleskopie. Kiedy nie wybiegał w przyszłość, zajmował się przeszłością, majstrując przy starych taśmach magnetofonowych w Instytucie Smithsona, walcząc z czasem, by nagrania zbierające kurz w skarbcach udało się zachować zanim się rozpadną.
Podczas gdy Hart siedział w laboratorium, świat wciąż się kręcił. Bob Weir i Phil Lesh ponownie zebrali się jako Furthur a Bill Kreutzmann poszedł w kierunku „lepszym niż można by się spodziewać”. Nagrywając płytę jako 7 Walkers ustanowił jeden z najlepszych projektów pobocznych kiedykolwiek wymyślonych przez byłego członka Grateful Dead (o tej płycie już niebawem napiszę). Pośród tego zgiełku aktywności, Mickey i jego perkusja wydawali się niesamowicie cisi.
Ci, którzy śledzą twórczość Harta wiedzą, że jego solowe dzieła dzielą się na dwie kategorie. Płyty takie jak „Diga Rhythm Band” czy „Supralingua” to ciężkie, beatowe wycieczki, które z radością zanurzają się w eksperymentowanie z liniami perkusyjnymi i tradycjami transowymi pochodzącymi z całego świata, podczas gdy inne albumy, są bardziej ustrukturyzowane i zorientowane na piosenki. Wydany w 2011 roku „Mysterium Tremendum” mieści się gdzieś pomiędzy tymi dwoma albumami z mieszanką mocno rytmicznych utworów instrumentalnych i wyborem bardziej konwencjonalnych piosenek. Nagrywając ten krążek Hart postanowił stworzyć zespół z wieloma gośćmi wśród których znaleźli się m.in. basista Widespread Panic, Dave Schools, wokaliści Crystal Monee Hall i Tim Hockenberry z Trans-Siberian Orchestra, długoletni przyjaciel Zakir Hussain a także Greg Ellis, Babatunde Olatunji i Steve Kimock. Oprócz tej ośmioosobowej grupy muzyków, trzeba wspomnieć o wkładzie wieloletniego przyjaciela i autora tekstów Grateful Dead, Roberta Huntera. Płytą tą Hart udowodnił, że muzyka nie zna granic. Połączył niesamowity jam band ze światową muzyką, a także kilkoma innymi rodzajami powodując podróż przez przestrzeń i czas, tworząc nowoczesną kosmiczną muzykę, która wypełnia kolumny pełnym dźwiękiem. I od razu pewne spostrzeżenie, ta płyta posiada bardzo nowoczesne brzmienie. Mickey Hart pracował nad nią ponad dwa lata i stworzył coś, co jest mocno innowacyjne w jego dorobku. Fascynacja muzyka dźwiękami i obrazami kosmosu, do których dotarł dzięki NASA, spowodowała, że na tej płycie Hart wykorzystuje „liczącą miliardy lat orkiestrę ruchu planetarnego” jako rodzaj odniesienia lub podkładu muzycznego. Każda kompozycja na albumie łączy się w płynną podróż, która nigdy nie traci swojego tempa. Kombinacja kosmicznych dźwięków, elektronicznych i ręcznych perkusji oraz konwencjonalnych instrumentów rockowych przeplata się, tworząc dźwiękową atmosferę, która jest całkowicie współczesna i wciągająca. Jest to twarda i napędzająca muzyka pobłogosławiona melodyczną wrażliwością. Utwory takie jak „Cut the Deck” potwierdzają powyższe stwierdzenia. Mieszanka dudniących bitów i złożonej melodii brzmi mocno rytmicznie a grające w tle odgłosy ruchu gwiazd dodają tajemniczości i niepokoju. „Slow Joe Rain” napisany przez Huntera, jest typowy dla nowego materiału, z impulsywnym bitem napędzającym narrację wokalną. I choć nigdy nie będzie się mówiło, że Hart ma najbardziej melodyjny głos na świecie, to nigdy nie brzmiał lepiej tutaj, a jego stary bluesowy głos doskonale uzupełnia teksty. Dodaj do tego egzotykę, taką jak złowieszcze brzęczenie starożytnego instrumentu zwanego bullroarer (który jest wymachiwany w kółko, aby stworzyć dźwięk), święte tybetańskie bębny czaszkowe (damaru), atmosferyczne dźwięki lasów deszczowych, a nawet dudnienia trzęsień ziemi, a otrzymasz dziwny i bogaty w szczegóły krajobraz pod konwencjonalnie skonstruowane utwory. To muzyka taneczna, transowa, kosmiczna, płynące ballady i ziarnisty rock’n’roll. Są tu smaczki z Afryki i Bliskiego Wschodu.
„Zakładam, ze znajdą się inni chcący skosztować tego owocu lub usłyszeć dźwięczne dźwięki wszechświata” – mówi. „Wyobrażam sobie, że inni będą próbować czegoś takiego – przynajmniej mam taka nadzieję. Dlatego nazywają to nieskończonym wszechświatem; ja nigdy nie mógłbym objąć wszystkich terenów, więc zakładam, że będą inni. Może nawet pewnego dnia będzie to własny gatunek muzyki. Czy nie byłoby to fajne?”.
autor: greg66
07.02.2023, 19:08
Forum: Muzyka
Temat: Płyty roku 2022 z zarazą czy bez - The Show Must Go On
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 41675

Re: Płyty roku 2022 z zarazą czy bez - The Show Must Go On

DONOVAN - Gaelia /2022/

”Za tym albumem stoi kontynuacja tego, co było w mojej wczesnej twórczości i jest w moim nowym materiale. To rodzaj naturalnej miłości Matki Natury do sekwencji i kręgów czasu, które toczą się , gdy jesteśmy tu, żyjąc na planecie. Śpiewam o ptakach, pszczołach, oceanach, drzewach, mewach nad Atlantykiem” – mówi Donovan. „Gaelia” to dwudziesty ósmy zbiór jego piosenek wydany nie tak dawno, bo w grudniu zeszłego roku. Ten szkocki bard swoje pierwsze płyty wydawał w radosnych latach sześćdziesiątych i do dziś najbardziej kojarzony jest z swingującym Londynem i tym co tam się wtedy działo. Co ciekawe ten charakterystyczny głos na najnowszym lp brzmi prawie tak samo jak na pierwszym a przecież upłynęło już sporo czasu i muzyk dobiega już zacnego wieku. „Gaelia” to ekscytująca kolekcja trzynastu piosenek od faceta, którego życiowe oddanie pokojowi, miłości i zrozumieniu wypełnia unikalnym sercem i duszą cały świat zanurzony w folkowych barwach. Melodyjne kompozycje wychodzące z gaelickich korzeni Donovana pięknie współgrają z popisowym gitarowym frazowaniem, klasycznymi cygańskimi smyczkami i wokalnymi emocjami. Za tym wszystkim stoi, jako żywy Szaman Poeta. Tutaj otoczony jest przyjaciółmi, którzy wzbogacają utwory swoimi znakomitymi talentami i wielkim szacunkiem do wszystkiego, co Donovan osiągnął w niesieniu światowego uznania dla gaelickiej tradycji.
„Gaelia” powstawała w niespiesznym tempie w atmosferze magicznych zaklęć, które muzycy tkali puszczając je swobodnie przed siebie. Radość dzielenia się tymi dźwiękami udziela się słuchaczowi, i tylko trzeba poddać się jej, bo można ją szybko utracić. Nie zawracaj sobie głowy tym co cię otacza, co grzmi wokół i atakuje z każdego kąta, po prostu włącz Muzykę i kontempluj każdą nutkę tej strawy a oddech i ulga same przyjdą do ciebie. Numery na płycie kręcą się i utrzymują wzór i rytm dla sposobu życia na naszej planecie. To zostało zakłócone i zniszczone, dlatego jedynym wyjściem jest szukanie własnej ścieżki. Każda piosenka Donovana celebruje Boginię. Ona jest Matką Naturą. A my zostaliśmy postawieni niemal na krawędzi wyginięcia, gdy każda rzeka, każdy zasób, każda chmura, każdy metal został w ziemi zgwałcony i splądrowany i sprzedany jako towar.
Jednym z najmocniejszym utworów na płycie jest ośmiominutowy „The Ghost of Pagan Song”. Ta ballada mocno zakorzeniona w tradycji ma też coś szczególnego w stosunku do wczesnej twórczości Donovana. Ten duch lat sześćdziesiątych mocno owija każdą sekundę numeru a niespokojny sen inspiruje tą opowieść o duchach, naturze, pytaniach i odpowiedziach.
Ta wielka oratorska moc pogańskiej pieśni doprowadza, że coś czuwa i prowadzi cię do rzeczywistości snu, nawiedzonego przez te nuty. „Lover O’Lover” w swej prostocie urzeka a przepiękna solówka kumpla Donovana, Davida Gilmoura ukazuje nostalgiczne obrazy szkockich wrzosowisk. Kolejnym krokiem w współpracy obu muzyków jest „Rock Me”, numer lekko zadziorny, w tle przywracający poetycki temat, celebracje czterech pór roku na ziemi, których ludzie nie honorują prowadząc do katastrofy.
Choć nie wszystkie piosenki są tak dramatyczne, to ten facet, krzepki ale też upiornie wiekowy, daje nam do zrozumienia, że te wszystkie nuty wypływają z tej samej studni, której kopanie rozpoczął pięćdziesiąt osiem lat temu.


Obrazek
autor: greg66
02.02.2023, 15:34
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

Re: Psychodelia

Z pewnością chciałbym uczestniczyć w jednym z Acid Testów, gdzie może pogadałbym z Nealem Cassidym i Kenem Keseyem o słuchaniu w specyficznej atmosferze Grateful Dead już nie wspomnę. Woodstock musiałbym zaliczyć, pomieszkać w Laureen Canyon byłoby fantastycznie. Chciałbym też połazić po Greenwich Village wejść do któregoś z klubów i posłuchać Boba Dylana czy Joan Baez, oczywiście gdy ich sława dopiero się rozkręcała. Z wydarzeń nie muzycznych słynny Marsz Pokoju na Biały Dom poczuć tą energię o której mówił Dylan, że te fluidy jak się połączyły do uniosły Biały Dom w górę.
A na Wyspach zobaczyć występy The Yardbirds, The Animals czy The Kinks szczególnie w Marquee, jeszcze wtedy gdy to wszystko sie rodziło. Albo ten słynny występ Jimi Hendrix Experience w Londynie którym tak zachwycali się Clapton i inni muzycy. Być na jednym z dachów gdy The Beatles zagrało ostatni raz razem. A gdybym już znalazł się w tamtych latach to ten wehikuł bym zniszczył i pozostał tam na zawsze.:)
autor: greg66
31.01.2023, 17:34
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

Re: Psychodelia

Swinging Londyn - Brian

Jeśli umysłem i ciałem The Rolling Stones byli Richards i Jagger to Brian Jones był wyraźnie duszą. Był ciekawym muzykiem i aranżerem muzycznym i był również najbardziej przyciągającym wzrok członkiem Stonesów. Zawsze był nienagannie ubrany. I nie ważne było jaki styl wtedy panował, czy to mods czy peacock, on zawsze był dobrze ubrany. Jego przyjaciel Christopher Gibbs, handlarz antykami i redaktor „Men in Vogue” wspomina: „Brian absolutnie uwielbiał się ubierać. Miał ogromną ilość ubrań i spędzał strasznie dużo czasu na przygotowywaniu się do późnonocnych wypadów do klubów”. W latach 1965-1967 gdy Jones spotykał się z Anitą Pallenberg byli „złotą parą” Swingującego Londynu. Giuliano, biograf Jonesa pisze: „Razem wykuwali rewolucyjny wygląd, trzymając swoje ubrania razem, mieszając i dopasowując nie tylko tkaniny i wzory, ale kultury, a nawet wieki. Brian paradował po ulicach Londynu w wiktoriańskiej koronkowej koszuli, klapniętym kapeluszu z przełomu wieków, edwardiańskim aksamitnym surducie, wielobarwnych zamszowych butach, ozdobiony chustami zwisającymi z szyi, talii i nóg oraz mnóstwem antycznej berberyjskiej biżuterii".

Obrazek

Obrazek

W mieszkaniu Briana zbierała się śmietanka życia artystycznego Londynu, począwszy od Johna Lennona i George’a Harrisona aż do Sonny’ego i Cher, Donovana i Jimiego Hendrixa, zbierali się aby palić trawkę, odlatywać przy kwasie i dyskutować o problemach dnia. Pallenberg: ” Brian był bardzo interesujący społecznie. Radził sobie ze sławą i tym wszystkim. Wybierał najlepszych, śmietankę, Dylana, Terry’ego Southerna, Andy Warhola. Brian nadawał tempo”.

Jones był stałym klientem Granny Takes A Trip, Hung On You a przede wszystkim Dandie Fashions, niezwykle popularnych butików powstałych w tamtym czasie przy Carnaby Street.

Marianne Faithfull wspomina: ”Jedną z najlepszych rzeczy w odwiedzinach Anity i Briana było obserwowanie jak przygotowują się do wyjścia. Cóż to była za scena! Oboje byli niestrudzonymi zakupoholikami i do tego nadmiernie próżnymi. Godzinami zakładali i zdejmowali ubrania. Z szuflad i kufrów wylatywały sterty szalików, kapeluszy, koszul i butów. Niekończące się przymierzanie strojów, przekomarzanie się i przepychanie. Oni byli piękni, stanowili swoje przeciwieństwo i nie było między nimi ani krzty skromności. Godzinami siedziałam zahipnotyzowana, patrząc jak przeglądają się w lustrze, jak przymierzają sobie nawzajem ubrania. Wszystkie role i płeć wyparowywały w tych narcystycznych przedstawieniach, w których Anita zamieniała Briana w Króla Słońce, Francoise Hardy lub lustrzane odbicie samej siebie”.

I nie ma co się dziwić gdy para pojawiała się na ulicach Londynu towarzyszyła im grupa fotografów a Jones został nie raz okrzyknięty prawdziwym dandysem lat 60-tych – przykładem panującego wówczas stylu Pawia.

Obrazek
autor: greg66
22.01.2023, 13:34
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

Re: Psychodelia

To coś nowszego ale ze starej gwardii.
Ta płyta chodziła za mną od dłuższego czasu i oto dowiaduję się, że Davida już nie ma:(

Ku pamięci

CPR-CPR /1998/

Obrazek

Słuchając CPR, nie trudno zwrócić uwagę na jedną rzecz: jakość muzyczną. Dzięki prostemu podejściu David Crosby, Jeff Pevar i James Raymond wnoszą wdzięk i elegancję do współczesnych harmonii, w których pobrzmiewają echa najlepszych jazzowych i rockowych korzeni. Mieszanka talentu solowego jaki i zespołowego trójki artystów jest podstawą sukcesu zespołu zarówno w studio jak i na trasie. Crosby wnoszący prawie cztery dekady doświadczenia, Pevar będący siłą w zespołach Raya Charlesa, Jamesa Taylora czy B.B. Kinga i Raymond, kompozytor, aranżer grający z najlepszymi grupami jazzowymi i rockowymi tutaj stworzyli niesłychane złote i srebrne nici biegnące przez tkaninę ich muzyki. Jeff przyjaciel Davida od dawna, grał z nim przez pewien czas w zespole CS&N a James był błyskotliwym, utalentowanym młodym dzieciakiem, z pasją do tego rodzaju jazzujących akordów i niezwykłych zwrotów, które idealnie pasowały do nietypowo skonstruowanych piosenek Crosby’ego. I tak się złożyło, że był synem, którego David oddał do adopcji z powodu trudności utrzymania rodziny.
Płyta „CPR” powinna się znaleźć w płytotece każdego fana rodziny Crosby Stills Nash & Young. Choćby poniekąd z tego względu, że mamy tu dwa znacznie starsze utwory, które poprzedzają koncepcję CPR. „Rust and Blue” to piękna piosenka, opowiadająca o tym, o co chodzi w życiu. Nieco surrealistyczne realia nabierają sensu gdy odwiedzający autora mężczyzna z „księżycem w oczach” prosi go o radę, ale Crosby nie czuje się na siłach, by jej udzielić. Mający nietypowy jazzujący styl numer i długie solówki zanurzone w mętnej wodzie zgrabnie odbijają się od tekstu, a gra Raymonda stopniowo oddala się od punktu wyjścia, zanim piosenka odnajdzie drogę powrotną do domu. Drugi „stary” numer to legendarny odrzut nagrany przez CSN&Y na potrzeby „Human Highway”. „Little Blind Fish” oparty na bluesowym dźwięku odzwierciedla poszukiwanie przez Crosby’ego odpowiedzi na pytania dotyczące życia, przedstawiając ludzi jako „ślepców” w masywnej rzece, którzy nie mają mózgów, aby zrozumieć życie. Okraszona riffem gitary akustycznej Pevara pokazuje jego wkład w CPR, i udowadnia, że bez niego to nie byłoby to samo.
Jednak „CPR” jest doskonały pod każdym względem. Crosby rzadko śpiewał z taką pasją i słychać jego radość ze znalezienia czegoś nowego po tylu latach śpiewania. Choć korzenna muzyka zapobiega temu, by album brzmiał zbyt mocno, inteligentna a zarazem ciepła gra Jamesa na fortepianie idealnie pasuje do otoczenia. Dodatkowym punktem jest usłyszeć piosenki, które stworzyły zachwycający efekt. Sama odwaga tych melodii brzmiących jak trudne do napisania i jeszcze trudniejsze do przeżycia jest wystarczająca by bić brawo.
Otrzymaliśmy ponadczasowe brzmienie albumu o wciąż ważnej tematyce, która będzie ważna za wieki i tysiąclecia (chociaż kto wie? Nasi następcy mogą nie mieć pojęcia o filmie The Doors i zakładać, że Crosby śpiewa o sieci supermarketów(Morrison)). Wszystko na tej płycie zostało przemyślane i stworzone ze smakiem. To doskonały początek nowego zespołu. Weźmy wyjątkowy „That House”. Na całym albumie czuć, że Crosby wyrzuca z siebie rzeczy, które prześladowały go przez cały czas, a „That House” brzmi jak woda destylowana wszystkich tych mrocznych czasów. Z płaczliwej ballady, dzięki partii gitary Pevara numer przechodzi w epicką opowieść o walce, gdy narrator opuszcza swoją „więzienną celę” w sypialni („Dźwięk prowadzi do kuchni, kuchnia prowadzi do drzwi”). Wiele utworów Crosby’ego jest wypełnionych „dźwiękiem” – zazwyczaj jest to muzyka, ale dość często po prostu jest to dźwięk toczącego się życia. Panująca w tym numerze, na początku cisza między dwojgiem ludzi zaprzecza komunikacji międzyludzkiej, będącej kluczem do przezwyciężenia każdego problemu. To CPR w najlepszym wydaniu. Zarówno Pevar jak i Raymond oferują Crosby’emu to czego szuka. Również harmonie brzmią doskonale, a szczytem ich jest nagła niespodziewana zmiana tonacji zwiększająca napięcie o jeszcze jeden nieznośny szczebel. David nigdy nie krył się z tym, że Jim Morrison nie należał do jego przyjaciół. Otwierający płytę numer „Morrison” to pierwsza piosenka napisana wspólnie z Raymondem. Jest to dziwna piosenka dla Crosby’ego, który zazwyczaj nie komentuje swoich rówieśników. Crosby i jemu podobni reprezentują słońce, hippisowskie ideały i nadzieję – istnieje niebezpieczeństwo przeciwności, którą reprezentuje Morrison. Ciemność, zmęczony światem pesymizm, że rzeczy nigdy nie będą lepsze jest postawą destrukcyjną. Przy takiej postawie trudno jest uwierzyć we własne możliwości, co tak komentuje Crosby śpiewając o Morrisonie, że „jest zbyt głuchy by usłyszeć własną piosenkę, ślepy jak nietoperz”. Muzycznie mamy tu kolejne niezapomniane dźwięki i fantastyczną jazzującą melodię jakże odległą od stylu Manzarka. Zresztą największym momentem Jamesa na płycie jest utwór „Yesterday’s Child”. Podczas gdy muzyka przypisana jest do CPR jako całości, tekst jest wyłącznie Jamesa i jest to dowód na to, jak silna jest nasza genetyka. Z powodzeniem mógłby napisać tą pieśń David. James widzi współczesnego człowieka jako aroganckiego typa, który myśli, że jest na szczycie. Ale narrator widzi w ludziach sprzed wieków duchowość i jedność z naturą o której współczesny człowiek zapomniał. Niesamowita sekwencja akordów prześladuje piosenkę a świetna solówka Pevara w środkowej części szykuje atak na arogancję człowieka, która jest jego zgubą.
Ogólnie „CPR” jest ważnym dodatkiem do kanonu Crosby’ego. Choć słynie z tego, że nie szczędzi ciosów, wiele ujawnia na temat autora piosenek, którego uważaliśmy, że znamy całkiem dobrze. I mam nadzieję, że tekst ten zmusi więcej fanów do zapoznania się z tym materiałem, który jest kluczowy dla zrozumienia jednego z największych songwriterów naszych czasów.
autor: greg66
20.01.2023, 14:07
Forum: Muzyka
Temat: [']['][']
Odpowiedzi: 5797
Odsłony: 1025980

Re: [']['][']

Oj, bardzo bliski mi muzycznie.
Żegnaj David
[']
autor: greg66
16.01.2023, 16:31
Forum: Wykonawcy
Temat: Rock'n'rollowy cowboy - Neil Young
Odpowiedzi: 72
Odsłony: 204150

Re: Rock'n'rollowy cowboy - Neil Young

Dzięki. Im bardziej wsłuchuje się w Neila tym bardziej cieszę się że jest ze mną już prawie czterdzieści lat.
A najnowszą słyszałeś. Polecam.