Znaleziono 3936 wyników

autor: greg66
07.05.2022, 20:00
Forum: Muzyka
Temat: Czego teraz słuchacie?
Odpowiedzi: 50276
Odsłony: 6743292

Crazy polecam "Odessee" o której pisałem na blogu( ale to pewnie znasz :) )

Maćku to mój chyba najlepszy Young ze wszystkich płyt, które jego mam (około 100) ta gości najcześciej w odtwarzaczu. A "Pocahontas" jest moim numerem jeden.

GEORGIE FAME - Seventh Son /1969/
typowy Fame, rhythm and blues połączony z pastiszem i wodewilem, podoba sie? a jakże.
autor: greg66
02.05.2022, 21:03
Forum: Muzyka
Temat: Singer/Songwriter
Odpowiedzi: 40
Odsłony: 24396

Joni Mitchell - Clouds /1969/

Na debiucie była eteryczną syreną śpiewającą z odległych mgieł, tutaj na „Clouds” jest pięknością z sąsiedztwa, przeglądającą własną poezję i pamiętniki. Kwintesencja lat 60-tych, zbiór gotowy do śpiewania z gitarą, przedwczesne artystyczne maleństwo, które głosi swoje mądrości świadomie ignorując popowy szum. Tak, Joni Mitchell, może trochę za młoda, by śpiewać o smutku, przygnębieniu i melancholii (choć życie już ją niemiłosiernie dotknęło) ale z pewnością ma to swój urok i wdzięk. I bliższe są mi raczej tutaj letnie wieczory niż jesienne smutki. Spoglądam czasami ukradkiem na nią, gdy siedzi na werandzie, ubrana w sukienkę w kwiatki, mająca spięte włosy i bose stopy. A ona udaje, że mnie nie widzi i śpiewa mając przymknięte powieki: „Obudziłam się, to było poranne Chelsea/ I pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam/ Było słońce, które przeszło przez żółte zasłony/ I tęczę na ścianie/ Niebieski, czerwony, zielony i żółty wita cię/ Szkarłatne kryształowe koraliki kołyszą się”. No a gdy dodaje jeszcze to: „Znalazłam dziś kogoś kogo kocham/ W jego oczach jest smutek. Jak u anioła z cyny/ Co się stanie jeśli spróbuję umieścić w nim kolejne serce/ W kawiarni Bleeker Street znalazłam dziś kogoś kogo kocham”, to tylko wisi w powietrzu lekkie rozczarowanie, że to nie o mnie ta piosenka. A przecież te pojedyncze dźwięki gitary akustycznej wprawiają w niezwykłe akordy, które oddzielają się od oczekiwań i tworzą poczucie oderwania od codzienności. Delikatny głos Joni w „Songs to Aging Children Come” skutecznie harmonizuje z samym sobą, krążąc wokół melodii jak satelity wokół gwiazdy. Wsparta pięknymi harmoniami, czysta melodia, jedna z najpiękniejszych znajduje się w utworze „The Gallery”, który opowiada o wartości kobiet w naszym społeczeństwie, bezpośrednio związanych z przemijającym pięknem: „Dałam ci wszystkie moje piękne lata/ Potem zaczęła się pogoda/ I zostałam tu na zimę/ Podczas gdy ty wyjechałeś na zachód, by zaznać przyjemności”. W tym nastroju będąc o mało nie przeoczyłem, że gitarowe dźwięki zanikły a sam wokal, czysty i pełen żalu porusza temat groźnej rzeczywistości. „I tak jeszcze raz mój drogi Johnny/ Mój drogi przyjacielu/ I tak po raz kolejny walczysz z nami wszystkimi/ A kiedy pytam cię/ dlaczego podnosisz kije i płaczesz, a ja upadam/ Och, mój przyjacielu/ Jak mogłeś zamienić skrzypce na bęben”. Grzmot w oddali jakby dochodził do nas ale ten jasny wokal świeci, przynosząc mi okrycie przed deszczem. Nadal wpatruję się na drewnianą, w kolorze ciemno brązowym werandę. Nadal widzę piękną kobietę i tylko smutek oraz rezygnacja przebija przez ciemne okulary. Bo takie jest życie i nic z tym nie zrobisz. I nawet nie patrząc w moją stronę, chociaż tak pragnąłbym jej choć uśmiechem podziękować, kończy śpiewanie i znika zza zamkniętymi drzwiami: „Ale teraz starzy przyjaciele zachowują się dziwnie/ Kręcą głowami, mówią, że się zmieniłam/ Cóż, coś się straciło, ale coś się zyskało/ Jak to w życiu bywa”.
autor: greg66
28.04.2022, 19:25
Forum: Muzyka
Temat: [']['][']
Odpowiedzi: 5797
Odsłony: 1025980

O tak po prostu Mistrz :(
autor: greg66
25.04.2022, 19:34
Forum: Pozostałe
Temat: Dom Dziecka na Ukrainie
Odpowiedzi: 22
Odsłony: 17005

Tomek nie wystawiał żadnych płyt tylko podaj konto to powysyłamy co możemy.
autor: greg66
23.04.2022, 17:31
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

THE LEMON FOG - The Psychedelic Sounds of Summer /67-68/

Houston. Rok 1963. W skład powstałego zespołu The Bar Eights weszli koledzy z Fillmore High School, Danny Ogg grający na gitarze prowadzącej i Terry Horde, perkusista oraz basista Timmy Thorpe i grający na saksofonie i wokalu Dale VanDeloo. Zasadniczo grupa grała covery i poza kilkoma występami w barach kawowych, przez dwa lata nie udało jej się zaistnieć nawet półprofesjonalnie. Kiedy podobno VanDeloo zaatakował Ogga statywem mikrofonowym podczas kłótni o to, kto dostanie wyższą gażę, The Bar Eights przestali istnieć. Latem 1965 roku Chris Lyons kręcił się po muzycznym sklepie Clem’s Music, szukając kolesiów do swojego nowego zespołu, który właśnie tworzył. Już wcześniej miał perkusistę Eddiego Sure’a i klawiszowca Jimmy’ego Spichera a szukał gitarzysty i basisty. Danny Ogg właśnie wypróbowywał nowy bajer gitarowy, kiedy Chris zaproponował mu przyjęcie do zespołu. Danny zgodził się ale pod warunkiem, że na basie będzie grał jego przyjaciel Timmy Thorpe, który właśnie został zwolniony z pracy w fabryce szkła i nudził się niemiłosiernie. Lyons zgodził się. Jednak po kilku próbach stało się boleśnie oczywiste, że Sura nie radzi sobie jako perkusista. Ogg: „Eddie ciągle krzyczał na wszystkich, a szczególnie na Timmy’ego, maskując tym swój problem jakim był brak umiejętności gry na instrumencie”. Do grupy przyłączył się kumpel Ogga z The Bar Eight, Terry Horde i The Pla-Boys zagrali swój pierwszy koncert w St. Regis College for the Arts.
Tego wieczoru na widowni zasiadł człowiek, który miał zmienić ich życie…
Ted Eubanks, awangardowy kompozytor i stały bywalec muzycznej sceny Houston. Tak wspomina wrażenia z występu The Pla-Boys: „Oni grali to całe garażowe gówno. Ich set składał się głównie z coverów takich zespołów jak Sam the Sham and the Pharaophs i ? and the Mysterians. To było okropne. Ale coś mnie w nich uderzyło… Myślę, że to była chemia”. Po koncercie podszedł do chłopaków i zaproponował im, że zaopiekuje się ich muzyczną karierą. Zgodzili się. Eubanks postanowił, że trzeba będzie wprowadzić parę zmian. Po pierwsze, muzyka. Natychmiast zaczął wprowadzać do repertuaru grupy oryginalne numery i zniechęcił ją do typowego garażowego grania. Po drugie, wizerunek. The Pla-Boys wyglądali jak coś pospolitego, w szarych sportowych garniturach. Idąc z duchem czasu Eubanks zadbał o ich psychodeliczny wizerunek, ubierając chłopaków w modne garnitury, przyozdabiając w koraliki i tym podobne rzeczy. I wreszcie nazwa. Od tej pory The Pla-Boys byli znani jako The Lemon Fog.
I tak w krótkim czasie The Lemon Fog stał się jednym z dwóch najlepszych zespołów w okolicy, obok dobrze już znanego Nomads.
Po zmianie składu grupa zyskała status lokalnej gwiazdy i stała się etatową kapelą klubu Jimmy’ego Duncana „The Living Eye”(z ogromnym, pulsującym okiem na środku sufitu). Eubanks: „Nasz program składał się z oryginalnych kompozycji napisanych przeze mnie i Jimmy’ego. Otwieraliśmy występy przed Electric Prunes, The Moving Sidewalks, The 13th Floor Elevator oraz Fever Tree. Scott Holtzman był menedżerem tej ostatniej kapeli i w końcu zajął się też nami”. Pierwsza sesja nagraniowa The Lemon Fog odbyła się w studio Doyle Jones w Houston latem 1967 roku. Ukończono pięć utworów, które były wyrafinowanymi psychodelicznymi odjazdami zahaczającymi o słoneczne brzmienie amerykańskich klimatów. Pierwszym singlem z tej sesji był numer „Lemon Fog” wydany w listopadzie 1967 roku. Alternatywnie zatytułowany był „The Living Eye Theme” nawiązując do klubu Duncana. Jest to jeden z najbardziej eksperymentalnych numerów z danego roku. Instrumenty klawiszowe brzmią jak mellotron, choć w rzeczywistości były to organy Farfisa. Inżynier nagrania tak manipulował taśmą przesuwając ją po głowicach, aż uzyskał efekt fazowania. Jeśli chodzi o pierwsze single The Lemon Fog wyprzedzili inne zespoły swoim unikalnym brzmieniem i stylem łączenia kosmicznych tekstów z jeszcze bardziej kosmiczną, psychodeliczną muzyką. Na szczególną uwagę zasługuje, lokalnie zdobywający zasłużoną sławę drugi singiel grupy: „Summer”/”Girl From The Wrong Side Town”. Ten pierwszy numer zaprezentowany w programie telewizyjnym Larry’ego Kane’a brzmi bardzo elegancko i mocno wchodzi do czołówki psychodelicznych klejnotów. Delikatne organy w tle oraz spokojny, melancholijny wokal są wskazówką dla niektórych bardziej znanych kapel i ich numerów. Większość nagrań The Lemon Fog utrzymanych jest w klimacie folkowo psychodelicznym a dodatkowym atutem są nieoczekiwane zwroty w partiach gitary oraz organów połączone z ciekawymi harmoniami. Poza pracą w studio, The Lemon Fog cieszyli się opinią jednego z najpopularniejszych zespołów klubowych w okolicy. Poza muzyką, grupa korzystała ze spektakularnej prezentacji scenicznej. W dużej mierze było to zasługą charyzmy i dobrego wyglądu Chrisa Lyonsa. Dodatkowym atutem był Ted Eubanks, tańczący na scenie w długiej, lejącej się cekinowej pelerynie. W szczytowym okresie świetności w zespole zaczęły pojawiać się problemy. Eubanks stawał się coraz bardziej wymagający wobec pozostałych, nalegając, by ćwiczyli każdego dnia, kiedy nie występują. Oprócz tego zaczął narzucać swoje kompozycje i nie myślał o kompromisie. Zaczęło się starcie o władzę. Na domiar złego, ofiarą kwasu stał się Bill Simmons co powodowało jego niekontrolowane odjazdy i opuszczanie występów. W rezultacie Lyons musiał przejmować część obowiązków związanych z grą na klawiszach, oprócz gitary i wokalu. W 1970 roku grupa była już w rozsypce. Kiedy Eubanks spotkał się z pozostałymi na próbie, planując zaprezentować swoją najnowszą kompozycję, chłopaki spakowali sprzęt i z ponurymi minami oznajmili mu, że to już koniec. Tego dnia cała czwórka opuściła miejsce prób i każdy poszedł w swoją stronę. I tak się skończyła historia The Lemon Fog.


Obrazek
autor: greg66
13.04.2022, 22:48
Forum: Wykonawcy
Temat: John Lennon
Odpowiedzi: 7
Odsłony: 8493

Akurat opisałem na blogu.
JOHN LENNON - Imagine /1971/

Ledwo rok wcześniej John Lennon na „Plastic Ono Band” mówił nam, że „sen się skończył”(„God”) a teraz karze nam marzyć od nowa. Lennon zdaje się uważać, że marzenie Beatlesów nie sprawdziło się, więc próbuje je stworzyć sam, pokojową utopię bez granic, w której świat będzie mógł „żyć jak jeden”, bez tych kłótni, i że The Beatles nie są już najlepszym sposobem na odnalezienie tego świata. Tylko, że świat miał pretensje do Lennona za prawdopodobnie niesławny wers z albumu: „wyobraź sobie, że nie masz żadnych dóbr”, podczas gdy sam był multimilionerem. Cóż za sprzeczność! A może jednak? Piosenka „Imagine” jest spełnieniem życzeń Johna o tym, jak chciałby, aby wyglądał świat (i jak większość z nas, skrycie lub nie, chciałaby aby wyglądał) – nigdy nie twierdził, że to marzenie łatwe do zrealizowania, a jedynie, że być może pewnego dnia się spełni. Tak czy inaczej, album „Imagine” przypomina nieco pierwotną szczerość pierwszej płyty Lennona „Plastic Ono Band”, tylko że z pełną premedytacją John dodał do niego „słodzik”. Powstała płyta będąca taka jak debiut tylko z odrobiną cukru i jest: „dla takich konserwatystów jak Ty!”-powiedział Lennon podczas jednej z rozmów Johna i Paula w prasie muzycznej. No cóż, tak. Bez wątpienia „Imagine” okazał się najlepiej sprzedającym się albumem w karierze Lennona i to właśnie ten album lepiej niż jakikolwiek inny oddaje człowieka i jego sprzeczności. Gniewny Lennon, przestraszony Lennon, winny Lennon, zakochany Lennon, zabawny Lennon, zmęczony Lennon: jeśli „Plastic Ono Band” jest najlepszym albumem Lennona pod względem pokazania nam jego prawdziwego wnętrza, to „Imagine” jest najlepszym albumem Lennona pod względem pokazania nam twarzy, którymi dzieli się ze światem.
Zwróćcie uwagę, jak na tak dobrze sprzedającą się płytę, jest ona bezkompromisowo szczera i kontrowersyjna. „I Don’t Wanna Be A Soldier” nie jest bynajmniej najlepszą antywojenną pieśnią, jaką kiedykolwiek napisano, ale biorąc pod uwagę liczbę egzemplarzy, jaką rozeszła się „Imagine”, może być najlepiej sprzedającą się i najczęściej słuchaną antywojenną piosenką w historii. Zauważmy, wydana w czasach, gdy reakcja Richarda Nixona na pokojowe protesty przeciw Wietnamowi była nieproporcjonalna. „Gimme Some Truth” jest najbardziej kontrowersyjną piosenką, jaką Lennon kiedykolwiek napisał. Pluje w niej na polityków i światowych przywódców, którzy udają, że wszystko jest w porządku, podczas gdy najwyraźniej nie jest. Melodia w „Crippled Inside” może i prowadzi nas do wesołego tańca, ale tekst o tym, że każdy dorosły jest w rozsypce, a jeśli nie jest to tylko się okłamuje, to ciężki temat w 1971 roku, podany niemal samoświadomie jako żart. Nawet sam numer „Imagine” jest mocny, jak hymn światowy. Nie ma bardziej „komunistycznych” przebojów niż te, a wydawanie takich piosenek w Stanach Zjednoczonych w 1971 roku, w czasie, gdy próbuje się wjechać do kraju, aby tam zamieszkać, było nader odważnym posunięciem. W „How Do You Sleep?” Lennon traktuje Paula McCartneya jako najnowszego kozła ofiarnego i źródło wszelkiego zła-prawdopodobnie niesprawiedliwie, choć nigdy się nie dowiemy, co tak naprawdę zaszło między nimi pod koniec czasów Beatlesów.
No i kolejna sprzeczność. Album „Imagine” jest zarówno bardziej, jak i mniej ważny od „Plastic Ono Band”. Płyta z 1970 roku była ostatnim słowem Lennona o jego bólu i uczuciach. Pod względem muzycznym była surowa i to pokazywało jej klasę. Jednak „Imagine” jest ważniejsza po prostu dlatego, że to właśnie na nim większość fanów zaczyna zwracać uwagę na Lennona, a on powoli wypracowuje swoje solowe brzmienie. Jest punktem, w którym Lennon wreszcie robi dobry użytek ze swojego gwiazdorskiego nazwiska. Jeśli kochasz muzykę do tego stopnia, że bez niej twoje życie uległoby nieodwracalnemu zniszczeniu, to uważaj bo może ona być kapryśnym mentorem. Może sprawić, że wzniesiesz się na wyżyny tak radosne, że twoje serce poczuje się jak gdyby miało zerwać swoje włókniste kajdany. Może też wpędzić w taką rozpacz, że nie ma sensu dalej żyć. Może wywołać frustrację, gniew, empatię, miłość, pogardę, obojętność i śmiech w równych proporcjach. Pewnie to znasz. I tu masz wyjątkową rzecz, za jednym posiedzeniem dostajesz całą tą porcję uczuć.
Słuchaj „Imagine”.
I jeszcze zwróć uwagę.
Jak już pisałem piosenka „Imagine”, hymn światowy znaczy bardzo wiele. I z tekstem Lennona, który mówił o marzeniach i utopii rywalizuje ona z „I have a dream” Martina Luthera Kinga. I wyobraźcie sobie, że wciąż, nawet na ułamek sekundy świat nie zbliżył się do tej utopii i pewnie tak już pozostanie.
„Wyobraź sobie, że nie ma państw/ To nie jest trudne do osiągnięcia/ Nie ma za co zabijać, ani poświęcać życia/ I nie ma religii/ Wyobraź sobie, że wszyscy ludzie żyją w pokoju”.
autor: greg66
11.04.2022, 22:46
Forum: Pozostałe
Temat: Przy muzyce o filmie
Odpowiedzi: 3728
Odsłony: 749380

Oba filmy i "Najmro..." i "Wielka wsypa" obejrzałem. Fajne, luźne kino z świetną obsadą. Czekam na kolejne polecajki :)
autor: greg66
08.04.2022, 18:55
Forum: Muzyka
Temat: 50 lat minęło - chronologiczny przegląd płyt z 1972 roku
Odpowiedzi: 467
Odsłony: 38269

Godne osobistego polecenia
AL KOOPER i CROSBY and NASH.
Kooper nagrał wspaniałą płytę a na okładce on... w wieku 28 lat.
natomiast Crosby and Nash opisywałem u siebie na blogu:
Dlaczego nie spytasz drzew, czy cię lubią? Może kłamią i udają, że rosną dla Ciebie.
Jak łatwo jest uwierzyć jeśli w nocy jest światło. Najpierw spróbuj przywołać noc, potem zimę, potem jeszcze śpiew a jak już wszystko przywołamy to można zasłuchać się w niezwykłą opowieść o słonecznych brzegach rzeki zapomnienia. W otwartych drzwiach świat pusty od nocy. I zdaje się, że on patrzy na mnie, że przyczaił się i czeka.
Debiut połowy kwartetu Crosby Stills Nash and Young czyli płyta „Graham Nash-David Crosby” powstał w 1972 roku gdy Stills po raz kolejny nie mógł dogadać się z Youngiem. Dwaj kumple Crosby i Nash postanowili nie zwracać uwagi na to co dzieje się u ich współpracowników i weszli do studia aby nagrać tą płytę.
A debiut ten jest po prostu wyśmienity i smakuje jak dobre stare wino.
Ta płyta jest jak poranna rosa o zapachu słoneczników. Osadzona głęboko w tradycji amerykańskiej muzyki wywołuje niezapomniane chwile w trakcie słuchania. Kompozycje obu muzyków robią wrażenie. Czy country rockowe „Southbound Train” Nasha, czy jazzujące „Games” Crosby’ego, to nie ma znaczenia. To świetnie gra. Pozostaje tylko dać się unieść i swobodnie otworzyć swój umysł na te dźwięki. Jak zwykle harmonie wokalne zostały doprowadzone do perfekcji i ponownie powstała płyta, która wywarła ogromny wpływ na całe pokolenie amerykańskich wykonawców. Mamy tutaj utwory muzyków, które trzymają wysoki poziom. Wędrujące po jazzowej czułości „Whole Cloth” zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Tak dobry wokal Crosby’ego tylko utwierdza mnie w tym jak bardzo lubię go słuchać. Albo „Where Will I Be?” łagodna akustyczna piosenka z ładną melodią czy nawiązujący do jego pierwszej solowej płyty a znany z występów z muzykami Grateful Dead utwór „The Wall Song”.
O! to jest brama. Pełen niesamowitego klimatu spływający w stronę psychodelicznej drogi „The Wall Song” nie znalazł się tu przypadkowo. Duch epoki nadal jest wyraźny.
A Nash? Jego skłonność do bardziej popowych kompozycji w ogóle nie razi. „Blacknotes” to wysiłek wokalu i fortepianu zagrany na żywo, „Strangers Room” jest bardziej rockowe wspomagane przez orkiestrę a „Frozen Smiles” prowadzi do otwartych bram serdeczności. No i „Immigration Man” autobiograficzna opowieść będąca pod wyraźnym wpływem „Ohio” Neila Younga. Wspaniały utwór kończący ten album.
Tak sądzę, że pory roku dyktować zgięciem przegubów, to piękna, wyśmienita taka umiejętność. My jej nie posiadamy, więc radzę, na południe wędrujmy milordzie. Szukam czarodzieja, czarodzieja, który powie:”mosty nie są już potrzebne”.
I czarodziej był tu tylko przez chwilę ale zdążył musnąć moje myśli. Skierował mnie do lasu, do drzew. Dlaczego by nie spytać ich, czy mnie lubią? Może kłamią i udają, że rosną dla mnie.
autor: greg66
08.04.2022, 18:05
Forum: Wykonawcy
Temat: Pink Floyd
Odpowiedzi: 1397
Odsłony: 551381

Nie tylko Ty.
autor: greg66
07.04.2022, 19:53
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

TIMMOTHY - Strange But Truth /1972/

Ward, Tim Ward mieszkaniec Bay City, po raz pierwszy pojawił się na scenie muzycznej Michigan jako muzyk zespołu The Ides Of March (nie jest to zespół, który wydał płytę „Vehicle”), garażowo-rockowej grupy nastolatków z Essexville w stanie Michigan. To był wtedy szczyt Beatlemanii, a Ward – wówczas uczęszczający do Garber High School – dopiero zaczynał swoją karierę. Zespół występował w środowisku nastolatków w całym stanie a także w Ohio i Indianie. Później Tim został frontmanem The Blues Company. W latach świetności grupa wydała trzy single, które czasami pojawiają się na różnego rodzaju kompilacjach. Na początku lat 70-tych Ward odnalazł nową pasję, którą stało się pisanie samotnych, folkowych piosenek, umiejętnie wpływających w klimat kawiarnianego folku. I oto pod pseudonimem Timmothy, nagrał i wydał własnym sumptem w 1972 roku przepiękny album solowy „Strange But True”. Jest to poszukiwana przez entuzjastów płyt winylowych prywatna płyta, która powstała w nakładzie zaledwie 300 egzemplarzy. Jest to album, który można uznać za dziwaczną podróż w nieprzyzwoicie mroczny klejnot psychodelicznego folku. Na okładce tego dzieła znajduje się zwykłe czarno-białe zdjęcie Warda i nie jest to typowe zdjęcie promocyjne „gwiazdy rocka”. Z łatwością mogłoby to być przypadkowe zdjęcie z rodzinnego albumu. W jakiś sposób to działa i ma sens w przypadku tej czterdziestominutowej kolekcji intymnych dźwięków. To bardzo samotna, folkowa płyta z mieszanką gitary elektrycznej i akustycznej, basu i perkusji z subtelnymi wpływami bluesa plasująca się gdzieś tam w okolicach wczesnych nagrań Neila Younga. Po obu stronach płyty znalazło się wiele wyróżniających się numerów dla których warto poznać te nagrania i ….zachwycić się nimi.

Oto niebezpiecznie zbliżony do twórczości właśnie Younga otwieracz „Blue and Grey”, ale jest to fantastyczny wstęp. Ten numer to ciężka lirycznie, melancholijna, akustyczna piosenka o osobie, która straciła ukochaną osobę i chce być z nią po „drugiej stronie”. Ward śpiewa o tym, że minęły trzy lata, odkąd widział ją po raz ostatni i chciałby, aby tu była razem z nim. Kolejnym jest folkowy utwór, opowiadający o mężczyźnie, który chce by jego romantyczna wybranka została z nim na noc. Kusi ją łagodnością, czułymi słówkami, mówi, że kocha ją bardziej, ale ona zmienia się i zostawia go samego. Muzycznie przebija pod koniec optymizm i melancholijna aura. Ale już teraz mamy fantastyczne odjazdy w postaci dwóch piosenek. „A Woman” to energetyczna piosenka, mocna osadzona w psychodelii z rozmytą gitarą elektryczną, wyjątkowym wokalem wzmocnionym echem i zabójczą grą perkusisty. Czysta w swej prostocie pieśń brzmi jakby człowiek cieszył się z tego, ze trzyma swoją kobietę za rękę, co powoduje tęskne poczucie bliskości. Świetnie komponuje się to z energicznym klimatem utworu, z uderzeniami perkusji, doskonałymi solówkami gitarowymi i krzykliwym wokalem. Z drugiej strony, choć „Evil Woman” stonował brzmienie, wykorzystując jedynie minimalną ilość gitary, to klimat bagnistego bayou uderza w słuchacza. No ale jest to opowieść o złej kobiecie, która odeszła. Grany jest w swej istocie w postaci jamu, bardzo rytmicznej akustycznej gitarze i perkusji brzmiącej jakby w cieniu. Jednymi z najprzyjemniejszych piosenek na płycie są z pewnością dwa kolejne numery: „Down Country” i „Rich Get Richer”. Pierwsza to wesoły kawałek z żywą gitarą, z szybkimi, country bluesowymi zakrętami i zabawnymi akordami. Miły wokal uatrakcyjnia i tak już fajną melodię. Natomiast „Rich Get Richer” jest oparty na dźwiękach gitary i basu. To ballada mówiąca o tym, jak złe mogą być pieniądze i jak bogaci ciągle się bogacą, a biedni ciągle ubożeją. Tim śpiewa bardzo spokojnie a całość reperuje mocnymi rytmicznymi akordami gitary. Ostatnimi numerami na płycie są kompozycje, z których pierwsza „The Sky” to jeden z najważniejszych punktów albumu. Z gitarą pobudzoną echem, z mocno mieniącym się pogłosie i świetnym wokalem Tima, toczy się w smutku poruszającym każde uciekające sekundy numeru. Ale i słoneczne promienie wychylają się zza chmur, tworząc z całości barwne kolory tęczy. Psychodeliczne nutki buszują w głośnikach i sprawiają, że całość brzmi bardzo ładnie. „Good Morning” to mniej więcej standardowa akustyczna piosenka podparta basem i drugą gitarą. Cały numer jest spokojny, tylko czy na pewno ten dzień będzie dobry?

„Strange But True” to z pewnością zapomniany klejnot, który dzięki zawiłym tekstom, unikalnemu stylowi gry i wokalowi, przy odrobinie czasu i ekspozycji mógłby zostać okrzyknięty klasykiem, jak wiele innych albumów. Dla tych, którzy nieustannie szukają i polują na zapomnianych singer-songwriterów jest to pozycja obowiązkowa.

Obrazek
autor: greg66
07.04.2022, 19:49
Forum: Muzyka
Temat: Czego teraz słuchacie?
Odpowiedzi: 50276
Odsłony: 6743292

Białystok pisze:
Känguru pisze:Juniors Eyes – Battersea Power Station (1969) - dosyć ciężko zagrana psychodelia z wyrazistymi liniami melodycznymi
Miałem na CD. Raczej brakowało pomysłu i talentu. Nawet wtedy gdy byłem niemal bezkrytyczny wobec NKR-ów, szybko się tego pozbyłem.
No niestety podobnie.
autor: greg66
05.04.2022, 18:38
Forum: Muzyka
Temat: 50 lat minęło - chronologiczny przegląd płyt z 1972 roku
Odpowiedzi: 467
Odsłony: 38269

American Pie, Dona McLeana jest o tyle ciekawe, że trwa ponad osiem minut. Tak długi numer utrzymujący się w top 10 to raczej rzadkość.
autor: greg66
03.04.2022, 21:22
Forum: Muzyka
Temat: Singer/Songwriter
Odpowiedzi: 40
Odsłony: 24396

MANDY MORE - But That Is Me /1972/

We wspaniałej tradycji brytyjskiego popu, wokalistki stanowią wyselekcjonowaną grupę. Z muzyczną klasą i dystynkcją tak niepodważalną jak ich świetny gust kostiumowy i fryzjerski, do dziś z przyjemnością słucha się Cilli Black, Lulu, Petuli Clark, Sandie Shaw i wielu innych a wśród nich niekwestionowanej królowej, Dusty Springfield. Prawdopodobnie ta ostatnia jest jedyną osobą, która weszłaby do tego małego klubu wielkich głosów muzyki popularnej, jedyną, która mogłaby choćby próbować dorównać Arethcie Franklin czy Dionne Warwick.

Ale istnieją jeszcze ukryte perełki, nieznane piosenkarki, pogrzebane przez zapomnienie, ignorancję i obojętność, razem lub osobno. I pewnego czasu zostałem mile zaskoczony, gdy mój kumpel Wojtek podrzucił mi jedno nazwisko, piosenkarki Mandy More, która w 1972 roku nagrała „But That Is Me”, album, który przeszedł bez śladu, przeznaczony do bycia jednym z milionów nagrań, które przepadają na drodze do sukcesu.

I jest to miła niespodzianka z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że zakres wokalny tej kobiety jest wysokich lotów. Mandy śpiewa dobrze, hmmm bardzo dobrze, potrafi wydłużać frazy, podnosić wysokość dźwięku lub obniżać go, kiedy jej to pasuje. Ona po prostu interpretuje piosenki, co wydaje się być w zasięgu każdego wokalisty, a to jedna z naprawdę trudnych rzeczy w muzyce. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na „Listen Babe”, przepiękną piosenkę, która sama w sobie uzasadnia zakup tej płyty.

A po drugie, Mandy More (Amanda Campbell-Moore) pojawia się także jako autorka wszystkich piosenek, z wyjątkiem ostrej wersji wysublimowanego „God Only Knows” Briana Wilsona. I to jest osobliwe, bo za Mandy nie stoi cały sztab, równie dobrze radzi sobie sama.

Pochodząca z Leeds, More stawiała pierwsze kroki jako kompozytorka w młodym wieku i udało jej się zdobyć miejsce w obsadzie jednej z produkcji słynnego musicalu „Hair”. Dwie z jej kompozycji znalazły się w programie telewizyjnym „I See Something Beautiful”, wyreżyserowanym przez Petera Knighta. Program ten oglądał Tony Hall, znany brytyjski producent, disc jockey i menedżer, który w 1966 roku stał na czele Deramu, jednej z filii wytwórni Decca. On to zaproponował Mandy kontrakt płytowy, dzięki czemu w 1972 roku ujrzała światło dzienne pierwsza (i niestety jedyna) jej płyta. Została ona nagrana w Londynie, wyprodukowana przez Halla a wokale i fortepian zostały nagrane w jeden dzień. Później dołączyła do nich grupa doświadczonych muzyków: Roon Hutton, Mike Todman, Jake Falsworth, Philip Chen, Richard Bailey i Lennox Langton.

„But That Is Me” jest pięknym i poruszającym albumem. Mandy More ma wspaniały głos, a aranżacje są cudowne – smyczki, harfa, warstwy wokalu i fortepian. Przypomina to czasami Kate Bush, ale Mandy wyprzedziła pierwszy album Kate. Numery z płyty niosą ze sobą aurę odosobnienia i samotności. Oto „If Not by Fire” z głosem przekształconym i ze zniekształconą gitarą brzmiąca jak moog. Ten upiorny numer prowadzi prawie do szaleństwa i utrzymuje ten nastrój przez całość. Zasłony zaczynają drżeć a białe palce skradają się w czarnych fantastycznych kolorach, nieme cienie wpełzają do rogu pokoju i przykucają tam. Na zewnątrz słychać śpiew ptaków pośród liści, odgłosy mężczyzn idących do pracy, westchnienia i szloch wiatru schodzącego ze wzgórz i wędrującego po cichym domu, jakby obawiał się obudzić śpiących. To bardzo ciekawy utwór, zresztą podobnie jak cała płyta. A „Harvey Muscletoe” to już z pewnością musiałby być przebój. To rewelacyjny numer. Zmiany tempa tak muzyczne jak i wokalne (to tu zbliżyła się Bush) suną przez całą piosenkę. I jest to coś tak wciągającego, że trudno oprzeć się aby nie dać repeat. Perełka, po prostu perełka.

Trudno mi się tu rozpisywać, muszę przyznać, że do tej płyty podchodzę bardzo emocjonalnie. No zauroczyła mnie.

Nie, musicie sami sobie jej posłuchać. Ja już nie będę się o niej rozpisywał.

Niestety „But That Is Me” odeszła w zapomnienie. Mandy More nadal występowała w musicalach („Godspell”) i kilku programach telewizyjnych. Nigdy nie nagrała kolejnej płyty, a jej niewątpliwy talent przepadł w zapomnieniu. Szkoda. Jednak reedycja jej jedynego albumu przez Sunbeam Records dała nam szansę na odzyskanie jego śladu.

Witamy z powrotem, Mandy More, w świecie żywych!

https://www.youtube.com/watch?v=_uVjHG6NYvI
autor: greg66
31.03.2022, 21:30
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

THE SERPENT POWER - The Serpent Power /1967/

W niekończącym się strumieniu psychodelicznej muzyki wywodzącej się z Zachodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych, kolejne zespoły wypływają na powierzchnię, co niewątpliwie cieszy mnie jak najbardziej, tym bardziej, że kiedyś to się musi skończyć. Ale na szczęście jeszcze dużo czasu musi upłynąć. Wprawdzie smutnym jest, że tak imponujące grupy jak The Serpent Power zostały pogrzebane pod powierzchnią muzycznej sagi lat 60-tych. Biorąc pod uwagę majestatyczny wokal Tiny Meltzer, jest rzeczą zdumiewającą, że grupa ta nigdy nie zdobyła uznania, na jakie zasługiwała. I nie tylko porywający wokal Tiny błyszczał, także jej mąż David Meltzer był sam w sobie bardzo zdolnym wokalistą. Małżonkowie sumiennie wykonywali swoje partie wokalne w sposób, o jakim wielu mogłoby tylko pomarzyć. Grając na koncertach w San Francisco zespół zwrócił na siebie uwagę Eda Dentona, który zarządzał grupą Country Joe & The Fish. Po podpisaniu kontraktu z wytwórnią Vanguard Records, The Serpent Power wydali swój debiutancki album pod własnym tytułem. Jest to jeden z moich ulubionych lp powstałych w latach 1966-67 na scenie SF. To album, który w moich uszach stoi w jednym szeregu z innymi cenionymi płytami dużo bardziej znanych zespołów tamtej sceny. Uważam, że to zadziwiające, że ten zespół nigdy nie został doceniony tak, jak na to zasługiwał w swoim czasie. Teraz otrzymują o wiele więcej. Podobnie jak inne wspaniałe płyty, ich dźwięki przywołują czasy i okres, których nigdy osobiście nie zaznałem, a jedynie czytałem, studiowałem i słuchałem. Eklektyczny, piękny, przejmujący i unikalny lp The Serpent Power wciąga mnie i poprzez swoje wibracje w jakiś sposób przenosi mnie do czasu i miejsca, w którym został nagrany. Nigdy nie chodziłem po Haight, nie brałem udziału w koncertach w Fillmore czy Avalon, ani nie leniuchowałem w Golden Gate Park, gdy zespoły grały swobodnie a dzieci-kwiaty tańczyły szaleńczo, ale kiedy słucham tego albumu, czuję się tak, jakbym to robił.

Otwierający płytę, zaraźliwy „Don’t You Listen to Her” zawiera zadziorne dźwięki organów John Payne’a i skoczny rytm, tworząc wesoły, cyrkowo-popowy utwór, napędzany dodatkowo chrzęszczącą gitarą. Muzycznie atmosfera jest tu całkowicie optymistyczna. Ciekawy początek. Ale to drugi numer jest moim faworytem. Cudownie nastrojowa i mroczna ballada działa bardzo hipnotycznie, a napięcie jest uwalniane i gromadzone przez wokal i grę zespołu. Zauroczenie „Gently, Gently” sprawia, że jesteś oczarowany i marzenia wpływają wprost do ciebie. Podobnym w klimacie jest numer „Flying Away” zaśpiewany fantastycznie przez Tinę Meltzer. Uchwycenie magii to niełatwy wyczyn a to tutaj udało im się osiągnąć. Ta magia wykorzystywana zostaje również w bardziej skocznych utworach, takich jak „Up and Down”. Cóż to za wesoła piosenka, przepełniona nostalgią. Przypomina nam o prostym życiu, bez trosk i kłopotów, które pojawiają się wraz z upływem mijającego czasu. Trzecią i ostatnią piosenką zaśpiewaną przez Tinę jest numer „Forget”, który jest powrotem do mrocznej strony, z tekstem, który przywodzi na myśl utratę pamięci i to, jak bardzo może być ona wyniszczająca i przerażająca. Mamy tu doskonały akompaniament, pełen wirującej gitary i uroczego brzmienia organów a całość jest odpowiednio połączone z porywającym wokalem. Jak wcześniej wspominałem David Meltzer, niczym swojej żonie nie ustępował. Potrafił doskonale panować nad piosenką, co udało mu się w utworze „Sky Baby”, który zapada w pamięć dzięki ostrej, akustycznej gitarze. Dobrze wypada w jedynym bluesowym numerze na płycie. „Nobody Blues” to lament, w którym znów pojawia się świetna, wrażliwa gra gitary oraz ozdobnik w postaci kończącej nagranie harfy. No cóż, jeśli to wszystko nie jest dla ciebie wystarczająco niesamowite, nie szukaj dalej, bo oto nadchodzi ponad trzynastominutowy numer „Endless Tunnel”. Czytałem porównania do The Doors „The End” i „When the Music’s Over” pod względem tonu i nastroju i nie mam nic przeciwko temu, by The Serpent Power stawiano w podobnym świetle co The Doors. Złowieszczy nastrój przenikający ten numer jest po prostu genialny. Już wcześniej odbieraliśmy mroczne tony, ale w tym utworze są one bliskie przerażenia. To fantastyczny sposób na zamknięcie tak fantastycznego albumu.

Niestety po rozczarowującej sprzedaży płyty grupa rozpadła się. Cóż za strata. David i Tina Meltzerowie, tworząc muzyczny duet, wydali w 1969 roku ciekawy album „Poet Song” a „The Serpent Power” z wiekiem osiągnął status zaginionego klejnotu psychodelicznej sceny.

https://www.youtube.com/watch?v=OYkcgDIkIMQ
autor: greg66
25.03.2022, 18:37
Forum: Pozostałe
Temat: Sprzedam, kupię, zamienię
Odpowiedzi: 639
Odsłony: 473393

O to u mnie "tylko" 100 kaset puszczonych z gazem, a w zeszłym roku było tak fajnie :?