Znaleziono 3936 wyników

autor: greg66
21.03.2022, 23:31
Forum: Wykonawcy
Temat: Eric Burdon
Odpowiedzi: 13
Odsłony: 26511

The Animals - The Animals /1964/

Obrazek

Piosenka zostaje napisana, a jeśli jest wystarczająco wyjątkowa, czeka na artystę, który się jej podejmie, odciskając na niej swoje niezatarte piętno, tak że wszystkie inne wersje będą odtąd porównywane do tego jednego, niezapomnianego ujęcia. Nikt nie jest pewien, kto napisał "House of the Rising Sun". Muzykolog Alan Lomax nie potrafił wskazać dokładnego pochodzenia tej pieśni choć znalazł dowody na to, że muzycy jazzowi znali ją jeszcze przed I wojną światową. W tych wersjach narratorką jest kobieta opłakująca swój powrót do prostytucji. Męscy wokaliści uczynili z tej piosenki „ruinę wielu biednych chłopców”. Gdy nadeszły lata 60-te, legenda folku Dave Van Ronk na stałe włączył do swego repertuaru intensywne wykonanie numeru „House of the Rising Sun”. Jego młody uczeń, Bob Dylan w dużej mierze naśladował aranż Van Ronka i zamieścił ją na swoim debiucie. Mniej więcej w tym samym czasie Eric Burdon usłyszał tę pieśń od lokalnego piosenkarza ludowego w Anglii. Wprowadzając ją do repertuaru swojej grupy The Animals, numer został zelektryfikowany i zamieszczony w 1964 roku na singlu. Wersja ta odniosła niebywały sukces i to do tego stopnia, że pytając, kto napisał „House of the Rising Sun” wielu mówi, że The Animals. Fundamentem melodii jest stoicka partia gitary Hiltona Valentine’a, podczas gdy organy Alana Price’a próbują uwolnić każdą torturowaną duszę uwięzioną w tym złowrogim miejscu. „Jest taki dom w Nowym Orleanie/ Nazywają go domem wschodzącego słońca/ I był ruiną wielu biednych chłopców/ I Boże, wiem, że jestem z jednym z nich” śpiewa Burdon. I właśnie to jak śpiewa jest bez wątpienia wielkim wydarzeniem. Jeśli muzyka brzmi niemal jak nadprzyrodzona, to wokal nadaje piosence ziemskie serce, rozdarte na dwie części przez obciążone kości i przegrane zakłady. Burdon temperuje swój występ, zaczynając nisko i ze śmiertelnie poważnym zamiarem przyciągnięcia uwagi słuchacza. Kiedy wznosi się wyżej, cały ból i udręka wylewają się na zewnątrz. Tragizm utworu polega na tym, że narrator jakby stracił wolną wolę. Wie, że ten dom będzie jego potępieniem, a jednak jest w drodze, gdy opowiada swoją smutną historię.
Jak pisałem numer ten został nagrany i wydany w Anglii w postaci singla, natomiast w Stanach znalazł się on na długogrającym debiucie zespołu.
Kiedy historycy rocka dyskutują nad spuścizną „Brytyjskiej Inwazji” The Animals porównywani do współczesnych im kapel wyróżniają się tym, że jako jedyna i pierwsza grupa rockowa w tamtym czasie, mogła pochwalić się organami, które nie były tylko tłem ale podstawą swojego brzmienia. Innym wyznacznikiem The Animals jest oczywiście wokalista Eric Burdon, którego głęboki, gruby, szorstki głos jest bliższy dramatycznym opowieściom powstałym na progu zapadłej chaty u brzegów Mississippi. Debiut The Animals pokazuje jak wiele zespół zrobił dla popularyzacji bluesa i rhythm and bluesa dzięki swojemu unikalnemu brzmieniu i nowatorskiemu podejściu. No cóż, genialnych singli w wersji brytyjskiej płyty nie znajdziemy ale mamy tam inne znakomite utwory. Porywający numer z niespodziewanym wokalem mówionym i znienacka atakującymi sprzężeniami gitary (rok 1964!) to znakomity otwieracz albumu. „Story of Bo Diddley” opowiada o jednym z idoli zespołu. Bluesowo-popowy „Baby, Let Me Take You Home” wzmocniony żałobną grą organów, która kontrastuje z szybkim tempem utworu i kolejnym mistrzowskim występem Burdona. Zresztą każdy numer jest majstersztykiem jeśli chodzi o wokalistę bo przyznać trzeba, że Eric Burdon głos ma. Dudniący, potężny, który jest po prostu fantastyczny na całym albumie. Dodaje tyle energii i osobowości utworom oraz sprawia, że stają się one czymś wyjątkowym, nawet jeśli grają w dużej mierze ten sam materiał, co inne grupy w tym czasie. Posłuchajcie takiego „Dimples”. Czarny, mroczny wokal rozciąga się wokół pełnej ekspresji i zbliża wielkimi krokami ku złowieszczym rytmom. Wspaniale wtóruje mu sekcja rytmiczna a zabawa organ i gitary dopełnia całości. Podręcznikowym wręcz przykładem jak wykorzystać dynamikę do budowania intensywności jest numer „I’m Mad Again”, zawierający do tego porywającą solówkę na organach. To prowadzi do paru słów o tajnej broni, jaka posiada zespół: pianisty i organisty Alana Price’a. Gość potrafi grać. Jego organy są siłą napędową wielu utworów. Podobnie ma się rzecz z Hiltonem Valentinem. Otóż jego gitara właśnie brzmi tak jak ma brzmieć w tego typu numerach. Raz rytmicznie, raz drapieżnie, raz stonowanie. I o to chodzi. I tak jak posłuchamy sobie innych debiutów Brytyjskiej Inwazji bez problemów musimy stwierdzić, że „The Animals” jest nowatorski oraz przesiąknięty mocnym klimatem Delty i wart jest zainteresowania każdego fana dobrej muzyki.
autor: greg66
21.03.2022, 20:17
Forum: Muzyka
Temat: 50 lat minęło - chronologiczny przegląd płyt z 1972 roku
Odpowiedzi: 467
Odsłony: 38269

Tak jest robisz fajną robotę Retromaniaku, miło poczytać to w trawie piszczało 50 lat temu.
autor: greg66
15.03.2022, 20:54
Forum: Wykonawcy
Temat: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 294224

Rok 1987
31.03.1987 Filadelfia, flagowa stacja GD i jeden z najlepszych koncertów danego roku. Od początku do końca wykonanie pełne zapału i entuzjazmu, świetna forma muzyków i Deadheadów.
02.04.1987 powrót zespołu do coraz dłuższych występów, ponad 20 numerów, biorąc pod uwagę niedawne problemy Garcii, to wynik zadowalający. Kilka miłych niespodzianek „Dupree’s..”, „Bird Song”/”Music Never”.
06.04.1987 moje ulubione show z tego roku. Ostatni „Dancin’” i świetna sekcja Terrapin’>The Other One.
07.04.1987 kolejny niesamowity wieczór w East Rutherford, dużo się dzieje w poszczególnych numerach tylko trzeba się wsłuchać. Mnóstwo smaczków.
09.04.1987 pierwsza noc w Chicago od 6 lat. Niesamowity występ z prawdopodobnie najlepszym Scarlet>Fire w tym roku. Wszystko dograne a energia rozpiera.
13.06.1987 pierwszy set zrelaksowany i bardzo dobrze zagrany z mistrzowską wersją „Masterpiece”, ale to drugi set jest najważniejszy, od „Shakedown” po „Dew” i bisujące „Sugar” i „Black Muddy River”.

28.06.1987 jeden z najgorętszych koncertów, set lista może nie jest najsilniejsza ale chłopaki zagrali bardzo sprawnie, drugi set powala.
30.06.1987 Toronto, „Scarlet>Fire” podbija widownię, ostatni „Spanish Jam” z Brentem, wokal Garcii z czasem się rozwija i brzmi bardzo dobrze.
08.07.1987 kolejny wielki koncert, Jerry świetnie daje radę szczególny Space, „Bucket” podkręcony od pierwszej nuty, „Estimated” mocno funky psychedelic, a „Crazy Fingers” hej gdzie te dziewczyny kręcące się wokół…
10.07.1987 może przytoczę opinię jednego z Deadheadów: „jeden z najlepszych koncertów Deadów, na jakich byłem, każdy utwór był w najlepszej wersji. „Iko” rozpoczął się z uśmiechem i od razu było wiadomo, ze to będzie dobry set. Solówka i zakończenie „Jack Straw” to istna furia!! Jerry był wniebowzięty, a my jechaliśmy razem z nim. Jego solo w „Sugaree” brzmiało bardziej jak u Frippa niż Jerry’ego. Nuty po prostu staczały się w dół.”Althea” ociekała funkiem, „Cassidy/China>Rider” to był punkt kulminacyjny, po prostu cudo. „Terrapin>Drums>Space” było wisienką na torcie. Nie wiem czy słońce zachodziło czy wschodziło?!! A potem był set z Dylanem trochę rozczarowujący. Jeden gorący dzień w starym JKF wraz z 95 000 deadheadów”.
18.09.1987 kolejna noc w Madison Square Garden, to koncert który przetrwa wieki, GD byli w ogniu, a numery są odlotowe. „Candyman” klasycznie, „Walking Blues” zadziwiające, „Bird Song” chyba najlepsza wersja jaką słyszałem. Drugi set pełen emocji, ciekawy „Drums”, „Dew” totalnie oparte na emocjach, tak muzyków jak i tłumu. Jeden z tych show, które musisz mieć. (30 Trips Around the Sun)
14.11.1987 bardzo rozjechany otwieracz „Shakedown” końcówka wprost niesamowicie improwizacyjna, wpadki tekstowe w „Althea” Jerry nadrabia piękną solówką. W drugim secie Garcia i Lesh brykają w „Playin’” (świetna wersja) wspaniały „Terrapin’” dopełnia dzieła.
autor: greg66
13.03.2022, 11:11
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

CREME SODA - Tricky Zingers /1975/

Wiecie co? Jest taka historia o takim jednym zespole i ich pomyśle aby niekonwencjonalnie promować własną płytę, wydaną swoim sumptem.

Posłuchajcie.

Zespół nazywa się Creme Soda a płyta o której mowa to „Tricky Zingers”, wydana w 1975 roku ale klimatem trzymająca się dobrze w latach wcześniejszych. Jeszcze przed nagraniem albumu grupa wypuściła w 1974 roku singiel, który frontman Creme Soda Billy Tanon tak reklamował. Wlazł na gzyms z megafonem piątego piętra budynku Mitchell Building i krzyczał o zespole, reklamując go. Siedział tam przez kilka godzin, zanim nie przyjechała policja. W maju dwa lata później opracował nowy plan promocji lp. „Tricky Zingers”.

Otóż wraz ze swoim współlokatorem udali się na most Hoan Bridge, gdzie za pomocą łańcuchów zaczepili huśtawkę i przymocowali do niej prześcieradło reklamujące nową płytę. Następnie Tanon opuścił się na huśtawkę, używając sprzętu do wspinaczki górskiej. W tym momencie jego kumpel zaczął wydzwaniać do lokalnych stacji radiowych, informując je o tym wyczynie, co miało na celu zdobycie radiowego rozgłosu dla „Tricky Zingers”. Podczas gdy muzyczne nadzieje muzyka zależały od słuchowisk radiowych, jego ciało wisiało na huśtawce nad jeziorem Michigan. W pewnym momencie wzmógł się wiatr i Billy zaczął spadać. Przez kilka minut jego ciało obracało się do góry nogami na wietrze, a w końcu spadł do wody, gdzie uratował go przepływający obok statek wycieczkowy. Tanon miał na sobie żółtą koszulkę z napisem „I like Creme Soda”. Spadając w dół, wspominał, że zakręciło mu się w głowie, ale zdołał zobaczyć łódź poniżej. „Krzyknąłem do nich, że spadam, ale wiedziałem, że mnie nie słyszą”. Na szczęście kapitan statku zorientował się w sytuacji i wyłowił Tanona z wody. Przybywająca straż przybrzeżna przetransportowała go do czekającej karetki policyjnej, która zabrała go do szpitala, gdzie mimo urazu pleców jego stan był zadowalający. A wszystko to dla zespołu, który rozpadł się poprzedniego lata…

Wspomina perkusista grupy Hicks:”Podejście Billa do przemysłu muzycznego było, delikatnie mówiąc, niekonwencjonalne”. A sam lider twierdził, że „Wszystkie moje instynkty przetrwania mówiły mi, że jestem szalony, ale to było coś, co musiałem zrobić”. Chociaż dzięki temu wyczynowi Tanon znalazł się w gazetach, najwyraźniej nie wpłynęło to na sprzedaż „Tricky Zingers”. Jak pisałem płytę wydano własnym kosztem a jej dystrybutorem była firma Kiderian z Chicago. Niestety brak jakiejkolwiek chęci wsparcia reklamowego doprowadził do braku kompletnego zainteresowania ją. I nie pomogła nawet specyficzna reklama lidera grupy.

A szkoda. Właściciel We Buy Records, Andy Noble, który jest w posiadaniu jednego z tych nielicznych egzemplarzy wydanych w tamtym czasie, mówi, że to „absolutnie świetna płyta”. I ja się z tym zdaniem w zupełności zgadzam. Myślę, że nasza międzynarodowa psychodeliczna społeczność powinna darzyć ją bardzo dużym szacunkiem. Pomimo nagrania w roku 1974 to są lata 60-te w wielkim stylu.

No dobrze. „Tricky Zingers” to dwanaście piosenek, w których można usłyszeć klasyczne rockowe klimaty, gitarowe akordy, lekkie, prawie popowe melodie i wirujące psychodeliczne momenty. Większość płyty zawiera wyraźne elementy garażowe, a całość pokazuje, że chłopcy byli utalentowanym i zgranym zespołem z dobrą gitarą i solidną harmonią wokalną. Można powiedzieć, że nagrania z płyty mają swój własny smak, pomimo pewnych naleciałości. Ciekawą stroną całej zawartości płyty jest fakt, że dzięki niej fenomen amerykańskich „zespołów garażowych” nigdy nie wygasł. To dzięki mieszance prostych aranżacji i eklektycznej stylistyce, „Tricky Zingers” stanowi pomost od rozwijającej się garażowej formy z połowy lat 60-tych do połowy lat 70-tych. Choć mamy tutaj wiele kierunków muzycznych, jest na tym albumie pewien prosty, nieco niedbały, pełen radości aspekt, który stanowi rdzeń garażowej estetyki. Muzycy z Creme Soda naprawdę wiedzą, jak wziąć to, co najlepsze z przeszłości i przerobić na ciekawe formy rock and rollowe. Weźmy takie punkabillowe „I’m Chewin’ Gum”, które zawstydza wszystkie te próby z lat osiemdziesiątych albo „Tonight” przypominający wczesne dokonania Floydów. Druga strona płyty jest bardziej klimatyczna, pociągająca nostalgią ze zniekształconymi gitarami i delikatnymi wokalami. To usposobienie tego, czym powinien być psychodeliczny rock. Może nie jest to najdoskonalsza, samodzielnie wyprodukowana płyta z połowy lat siedemdziesiątych, ale dla mnie jest wystarczająco dobra i z godnością zajmuje swoje miejsce na mojej muzycznej półce.

Obrazek
autor: greg66
22.02.2022, 21:11
Forum: Muzyka
Temat: Psychodelia
Odpowiedzi: 239
Odsłony: 180587

COLOURS - Colours /1968

Byłem niemal pewien, że słuchając grupy Colours mam do czynienia z młodymi Anglikami, inspirującymi się „Revolverem” The Beatles czy też zapatrzonymi w harmonie wokalne braci Gibb. A tu niespodzianka. Otóż mamy kolejną amerykańską trupę, której korzenie sięgają Oklahomy gdzie perkusista Chuck Blackwell i basista Carl Radle byli kumplami młodego Leona Russela. Zasadniczo Colours był projektem studyjnym a album powstawał przez kilka miesięcy pod koniec 1967 roku. W następnym roku wydała go wytwórnia Dot Records, która głównie nastawiona była na muzykę łatwą, lekką i przyjemną, przez co nie miała zbyt dużego doświadczenia w pracy z taką grupą jak Colours i dlatego ich album nie eksplodował w wyniku słabego marketingu. Szybko jednak płyta zatytułowana jak zespół stała się obiektem kolekcjonerskim, a jej wartość rosła przez lata.

To prawdziwa zapomniana perełka (któraż to już), która choć nieco wtórna, obfituje w żywiołowe aranżacje, mocne melodyjne haki i wyrafinowane pejzaże dźwiękowe. Od początku do końca album jest zwarty i skupiony. Lekki psychodeliczny temperament zespołu idealnie zrównoważony został z nieskazitelną muzykalnością i doskonałymi harmoniami. Wystarczy posłuchać otwierające płytę „Bad Day at Black Rock, Baby” i ich misja staje się jasna. Zespół nigdy się nie poddaje a na zakończenie słuchania płyty „Colours” pozostaje niedosyt. Niestety nic więcej nie zostało.

Album został wyprodukowany przez Danny’ego Moore’a i Richarda Delvy’ego a materiał został napisany przez gitarzystę Jacka Daltona i klawiszowca Gary’ego Montgomery’ego. Wyszła im wspaniała kolekcja gotowego do słuchania psychodelicznego popu lub jak kto woli baroque popu. Uwagę zwraca rytmika nagrań, która jest bardzo udana. Doskonały bas zawsze wciska się we właściwe miejsce, a klawisze i harmonie mają silny beatlesowski charakter. Posłuchajcie „Love Heals” ociekający wpływem Sgt. Peppera co nie jest zarzutem. Przetworzone wokale, operowe podkłady wokalne a całość bardzo melodyjna – nic więc dziwnego, że Dot wybrało ten numer na singla. Klimat utworów jest po prostu bardzo słoneczny, przecież czas w jakim powstały był kalejdoskopowo kolorowy. „Helping You Out” jest właśnie takim słonecznym dźwiękiem, gdzie fajne wrażenie robią akcenty wokalne przy wejściach w zwrotki. „Where Is She” tu sam uśmiech wstępuje na myśl o pięciu gościach z Oklahomy, którzy nasłuchali się Paula McCartneya i stworzyli ładną balladę w dodatku wzbogaconą partią fletu w tle. Jak już pisałem to były czasy gdzie kalejdoskop dźwięków mieszał na płytach różne sfery i urozmaicał dzięki temu dane krążki. Wpływ raga-rocka w „Rather Be Me” z dodatkowym przetworzonym wokalem i wrzuconymi efektami produkcyjnymi jest bardzo kwasowym numerem grubym jak pieprz w słoiku z konfiturami. Zresztą w podobnym stylu mamy i kolejne perełki, „Brother Lou’s Love Colony” czy „Lovin’”. Ten drugi ma fantastyczny rytm a całość jest pełna bliskości Lennonowskim barwom. Ciekawym efektem zwrotnej gitary i akustycznej pracy jest „I Think of Her (She’s On My Mind)” gdzie dodatkowo zespół wydobywa soulowe ruchy z epoki. Na pewno w pamięci pozostanie numer „Cataleptic” z mocno trippową partią i wyśmienitą psychodeliczną solówką gitarową a kończący płytę „Don’t You Realize” doprowadza do tego, że ledwo ostatnie dźwięki się kończą, już masz ochotę na powtórkę. Niestety gdy gusta publiczności oswoiły się z latem miłości, kolekcja „Colours” została przeoczona przez krytyków i przepadła. A przecież nazwać tą płytę niewyśpiewanym klejnotem to spore niedopowiedzenie. Grupa przestała istnieć w 1970 roku a muzycy zaczęli współpracę z innymi zespołami m.in. z Taj Mahalem, Derek and the Dominoes, Ericiem Claptonem czy Joe Cockerem. Carl Radle w 1980 roku zmarł na skutek śmiertelnej kombinacji alkoholu i narkotyków. Kalejdoskopowa kombinacja kolorowych barw odeszła na zawsze.

Obrazek
autor: greg66
22.02.2022, 21:10
Forum: Muzyka
Temat: Czego teraz słuchacie?
Odpowiedzi: 50276
Odsłony: 6743292

alternativepop pisze:Silver Apples – Silver Apples

Wydanie na jednym CD, gdzie jest "Silver Apples" oraz "Contact".

Chociaż poznałem tę muzykę późno, to myślę, że właśnie w takim graniu tkwią korzenie moich ulubionych nurtów muzycznych. Bezwzględnie jak na tamte czasy nowatorska muzyka i do dzisiaj tego dobrze się słucha.
„Oscillations, oscillations, electronic evocations of sound’s reality..” tak powtarzającą się i zapętloną frazą podaną na dziwnym, monotonnym, generowanym elektronicznie, przywodzącym psychodeliczne odloty podkładzie zaczyna się płyta grupy Silver Apples.
Wow, to jest 1968 rok?!
Niespełna 32 minuty wypełnia ten krążek kosmiczną nieomal transową muzyką wybijającą nas w odległe przestrzenie galaktycznych mgławic.
Surrealistyczne dźwięki grane na generatorze, dzikie elektroniczne wibracje i pulsujący, organiczny rytm powodują z w sumie prostych piosenek iście odjazdowe numery i co najważniejsze – jest to muzyka nigdy wcześniej tak nie zagrana. Dopiero lata 80-te zaczęły wprowadzać takie rzeczy.


Zespół powstał w 1967 roku w Nowym Jorku i na początku przyjął nazwę The Overland Stage Electric Band. Instrumentarium składało się z trzech gitar, audio oscylatora i perkusji. Jednak już po paru występach gitarzyści odeszli z grupy ponieważ Simeon Cox III zagłuszał ich gitary swoją samoistnie zbudowaną maszyną .
Simeon zbudował ją na bazie generatora z lat czterdziestych a obsługiwał ją z niemal akrobatyczną zwinnością grając na niej rękami, łokciami, kolanami i stopami jednocześnie. I tak ostatecznie w składzie pozostało dwóch muzyków. Obok Simeona mamy tutaj świetnego bębniarza Danny’ego Taylora, który wykazuje się wspaniałą wyobraźnią muzyczną. Doskonale wpasował się ze swoją grą w utwory napisane przez swojego kolegę z zespołu.
Pulsujący beat wraz z dźwiękami przestrzeni kosmicznej stworzyły muzykę, jakiej nikt nie grał do tej pory, muzykę dodajmy stworzoną na bardzo minimalistycznym instrumentarium.
No tak, był zespół The United States Of America czy tez Fifty Foot Hose ale te grupy w porównaniu z Silver Apples brzmią zachowawczo co czyni opisywany duet zjawiskowym.
autor: greg66
22.02.2022, 21:06
Forum: Wykonawcy
Temat: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 294224

To prawda, myślę, że mógł zadziałać tu splendor, "Hej gramy w Egipcie pod Piramidami, i jeszcze na dodatek w trakcie zaćmienia". Chyba chłopaki za bardzo wyluzowali.
No bo pierwszej tej wrześniowej nocy mamy naćpanego klawiszowca, Donne która wchodząc za każdym razem spóźniała się z intonacją, Boba, który był cieniem siebie. Owszem jedyną rzeczą ratującą ten koncert są jammy Jerry'ego i Phila ale to za mało.
Drugiej nocy przynajmniej Weir pamięta większość śpiewanych tekstów ale całość jest pełna złych momentów, hmmm w końcu były to wakacje.
Ta trzecia noc chyba najlepsza ale to i tak są małe możliwości tego co reprezentowali np. na początku tego roku.
autor: greg66
19.02.2022, 18:45
Forum: Wykonawcy
Temat: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 294224

Nie wiem czy mi sie uda ale spróbuję opisać koncerty, które znam i mam i które słucham z wielką sympatią rok po roku :) może nie chronologicznie ale zawsze to coś. Na początek biorę sie za lata 80-te aby wspomóc Oleeksa i innych zakrętasów w tym co szukać w tych latach. :)
1986 rok
Przypomnę tylko. To był rok w którym Garcia był po udanej kuracji odwykowej ale którego na początku lipca dopadła śpiączka cukrzycowa co spowodowało m.in. to, że zapomniał grać na gitarze. Uczył go z powrotem gry jego kumpel Merl Saunders. Ale to są też ostatnie dni grudnia, gdzie Garcia wrócił do grania, stanął na nogi i znów był wśród żywych.
Oczywiście dość trudno jest znaleźć w latach 8-tych show podobne choćby do maja 1977 ale i tu jest wiele świetnych wykonań a poza tym lata 88-91 mają najlepsze sekcje Drums>Space bez dwóch zdań. Tak więc czas przejść do króciutkich poleceń. Oczywiście jak macie coś do dodania to zapraszam, fajnie abyśmy stworzyli taką listę koncertów dla każdego.

29.02 86 bardzo ciekawe show, szczególna radość sprawia dobra forma Garcii, a w drugim secie sekwencja He’s Gone, Smokestack.. i Comes A Time należy do moich faworytów.
19.03.86 występy w Hampton zawsze były ekscytujące, tutaj chłopaki czuli się świetnie. Kochali to miejsce, dlatego praktycznie każdy występ w tej hali biorę w ciemno. China>Rider>Playin’ świetny jam i mocne Space.
23.03.86 a tutaj mamy jeden z tych występów gdzie pierwszy set jest szalony a otwarciem jest Roadrunner grany tylko dwa razy. Jak zwykle ciekawa sekcja drums>Space
27.03.86 Revolutionary Hamstrung Blues piosenka napisana przez Lesha i Mydlanda a słowa napisał Bobby Petersen, beatnik i przyjaciel Phila, wykonana jedyny raz. Fajne przejście z Eyes na drums i spanish jam.
21.04.86 uwaga! Tu nie ma prawdziwego drums a szkoda bo na scenie pojawił się Billy Cobham, natomiast Drums jest zagrane z Brentem, co ciekawe wg opinii naocznych świadków i Brent i Jerry byli zdrowo odurzeni i mocno odlatywali. Wtrącenie Mydlanda bluesowej Maybe You Know How I Feel pogrąża jeszcze bardziej to show ale mi się ono podoba.
28.05.86 jeden z ostatnich koncertów przed śpiączką Jerry’ego. Bardzo krótki drugi set ale może i dzięki temu mocno naładowany świetnymi wersjami. Szczególnie GDTRFB i Lovelight daję mnóstwo energii. Słychać, że szło ku dobremu, niestety….
15.12.86 pierwsze show po wyjściu Garcii ze szpitala, świetnie przyjęte przez Deadheadów, ciekawe ze względu m.in. na grę Garcii, która bardziej zbliża się do solówek z początku lat 70-tych ogólnie bardzo pozytywne wrażenia.
autor: greg66
18.02.2022, 18:27
Forum: Muzyka
Temat: Czego teraz słuchacie?
Odpowiedzi: 50276
Odsłony: 6743292

docent_chleb pisze:David Crosby "If I Could Only Remember My Name" 1971.


Miałem posłuchać wczoraj, posłucham dzisiaj.
I od razu lepszy nastał dzień :)
autor: greg66
17.02.2022, 19:23
Forum: Pozostałe
Temat: Przy muzyce o końcu muzyki
Odpowiedzi: 176
Odsłony: 203999

Tak to prawda trudno słuchać tego Zdroju a kolorowe zespoły przynajmniej czasami fajnie melodie miały.
autor: greg66
17.02.2022, 17:49
Forum: Wykonawcy
Temat: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 294224

Z pewnością są :)
Może w weekend będę miał więcej czasu to coś napiszę, teraz dziś słuchany 21.06.80 od początku zaskakują, od pierwszych taktów Sugaree z dziwną solówką Garcii a na dodatek Space z głosami (popisami wokalnymi Weira bliższymi wyciu wilków).
08.IV.85 to jest odlotowe show. Pierwszy set jest niesamowity z zaskakujących coverów Ain't Supertitious, Revolution i In the Midnight Hour pierwszy raz zagrany od 1971 roku (bodajże).
autor: greg66
17.02.2022, 17:30
Forum: Wykonawcy
Temat: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 294224

Co ciekawe przez cały 1985 rok Jerry po otrzymaniu ultimatum od zespołu albo "narkotyki albo zespół" odbywał terapię odwykową. Pomagała mu Nora Sage i doszli do tego, że wiosną 1986 Garcia był całkowitym abstynentem. Więc mimo wielu z pewnością złych dni na jego grę trzeba patrzeć też pod tym kątem. Ciekawe są też występy w następnym roku, roku w którym Garcia zapadł w śpiączkę cukrzycową, z której obudził się po pięciu dniach i okazało się, że zapomniał grać na gitarze. W sukurs przyszedł mu przyjaciel Merl Saunders, który z powrotem nauczył go grać i doprowadził do tego, że jeszcze w 1986 roku Garcia wraz z GD i własnym Jerry Garcia Band wrócił na scenę w zadziwiającej formie.
autor: greg66
16.02.2022, 16:53
Forum: Wykonawcy
Temat: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 294224

Jeszcze ta strona
https://www.setlists.net
szczególnie zwróc uwage na komentarze

tu znajdziesz dużo koncertów we flacach
https://bt.etree.org/?searchzzzz=&cat=8

tu też są flaci
https://thecurtainwithblog.blogspot.com ... teful+dead
autor: greg66
14.02.2022, 21:01
Forum: Wykonawcy
Temat: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 294224

WOJTEKK pisze:
greg66 pisze:Garcii majątek po śmierci wynosił około 10 mln dolarów, to nie jest tak dużo.
Hm... to bym chciał mieć tak 'niedużo" :D

A film The Other One polecam każdemu, nie tylko fanom GD - to z jednej strony dokument z epoki, z drugiej strony historia przyjaźni, z trzeciej historia zespolu złożonego z kumpli, dla ktorych najważniejsze było grać razem, a z czwartej strony historia faceta dla którego muzyka jest życiem.
a z piątej strony wielka frajda dla Deadheada :)
autor: greg66
14.02.2022, 15:57
Forum: Wykonawcy
Temat: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki
Odpowiedzi: 238
Odsłony: 294224

Obrazek

:D