Electric Light Orchestra

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Leptir
box
Posty: 9379
Rejestracja: 04.09.2010, 21:27

Post autor: Leptir »

abraxas pisze:Nie dziwi mnie to. bardziej mnie zaskoczyły wyniki niedawnej strzelaniny do ELO, gdzie ich najbardziej ambitny album, najbardziej interesujący brzmieniowy, czyli Debiut poległ szybciutko, a wygrało jawnie popowe "Time" (proto-electropop?).
Leptir pisze:
abraxas pisze: Nie dziwi mnie to. bardziej mnie zaskoczyły wyniki niedawnej strzelaniny do ELO, gdzie ich najbardziej ambitny album, najbardziej interesujący brzmieniowy, czyli Debiut poległ szybciutko, a wygrało jawnie popowe "Time" (proto-electropop?).
Oczywiście każdy ma prawo do swojego gustu, jednakże moim skromnym zdaniem debiut ELO jest dość słabą płytą, już lepsza jest dwójka. Natomiast nazywanie "Time" proto-electropopem to już czysta złośliwość. Po pierwsze - wówczas nie trzeba było tworzyć żadnych proto-electropopów, bo w 1980 r. electro-pop miał się całkiem dobrze (i nie trzeba wcale by to udowodnić przywoływać nieśmiertelny Kraftwerk). Po drugie - przecież tam jest normalna sekcja rytmiczna, z perkusją, basem itd., która zresztą ma większe powinowactwo z disco niż z jakimkolwiek electro-popem. "Time" to klasyczne, przebojowe, popowe piosenki, a że podlane mocno elektroniką? Taka uroda lat 80.
Tilion pisze:
abraxas pisze:Nie dziwi mnie to. bardziej mnie zaskoczyły wyniki niedawnej strzelaniny do ELO, gdzie ich najbardziej ambitny album, najbardziej interesujący brzmieniowy, czyli Debiut poległ szybciutko, a wygrało jawnie popowe "Time" (proto-electropop?).
a skąd u licha wniosek, że pop jest gorszy od progrocka? szczególnie TAKI pop.
abraxas pisze:
a skąd u licha wniosek, że pop jest gorszy od progrocka? szczególnie TAKI pop.
to niepoprawny wniosek? pop jest lepszy? :wink:

owszem pop bywa dobry.... ale statystycznie dużo rzadziej bywa dobry niż progrock.
Tarkus pisze:
abraxas pisze:"Time" (proto-electropop?)
Ani electro-pop, ani tym bardziej żadne proto. Proto to byli Kraftwerk, dobre kilka lat wcześniej.
Tilion pisze:jak coś dobre to czy pop czy rock czy co innego to dobrym pozostanie :D
Statystycznie to najwięcej ludzi w szpitalach chyba umiera ;)
abraxas pisze:
Leptir pisze:
Oczywiście każdy ma prawo do swojego gustu, jednakże moim skromnym zdaniem debiut ELO jest dość słabą płytą, już lepsza jest dwójka. Natomiast nazywanie "Time" proto-electropopem to już czysta złośliwość. Po pierwsze - wówczas nie trzeba było tworzyć żadnych proto-electropopów, bo w 1980 r. electro-pop miał się całkiem dobrze (i nie trzeba wcale by to udowodnić przywoływać nieśmiertelny Kraftwerk). Po drugie - przecież tam jest normalna sekcja rytmiczna, z perkusją, basem itd., która zresztą ma większe powinowactwo z disco niż z jakimkolwiek electro-popem. "Time" to klasyczne, przebojowe, popowe piosenki, a że podlane mocno elektroniką? Taka uroda lat 80.
bez przesady, to nie była "czysta złośliwość", tylko nieco prowokująca "lekka złośliwość" 8)

Odnośnie debiutu, wysoko go cenię za artystyczne poszukiwanie ciekawych brzmień.
I nadal dziwi mnie, że takie ambitne forum wybrało "klasyczne, przebojowe, popowe piosenki".
Awatar użytkownika
Leptir
box
Posty: 9379
Rejestracja: 04.09.2010, 21:27

Post autor: Leptir »

W zasadzie Tilion dobrze wyraził moje zdanie na temat wyboru najlepszej płyty ELO. Ja także nie bardzo mogę zrozumieć dlaczego niby ex definitione słaby prog rock ma być lepszy od dobrego popu? I też niespecjalnie mogę się zgodzić z tezą, że statystycznie prog rock bywa lepszy od popu. A mało to nudnych, wtórnych i nijakich płyt prog-rockowych? Z kolei wśród tysięcy popowych gniotów trafiają się płyty wypełnione dobrymi, efektownie zaaranżowanymi i wykonanymi piosenkami. W latach 80. podejrzewam, że statystycznie dobry pop górował nad dobrym prog-rockiem (czy nawet w ogóle rockiem) zdecydowanie. A dzisiaj? Nie śledzę zbytnio popowych nagrań, ale nawet w ostatnim roku trafiło do mnie kilka dobrych płyt (Skunk Anansie, Ultravox, Kamp!, White Lies - to z 2011 r.).

Wracając do tematu - moim zdaniem siłą ELO zawsze były melodyjne, efektownie zaaranżowane i wykonane piosenki. W tej kategorii "Time" jest płytą znakomitą, jedną z najlepszych w historii. Można się zastanawiać, czy lepsza w dyskografii ELO jest "Eldorado", czy może "Out Of The Blue", ale "Time" jest IMO w zdecydowanej czołówce.
Awatar użytkownika
bobski66
pocztówka dźwiękowa
Posty: 36
Rejestracja: 03.07.2012, 15:39
Lokalizacja: New Salt
Kontakt:

Post autor: bobski66 »

W styczniowym "Teraz Rocku" jest wkładka (14 stron) o ELO. Oprócz recenzji dyskografii polecam w szczególności ciekawy wywiad z Jeff Lynne przeprowadzony przez Wiesława Weissa.
Awatar użytkownika
Dżejdżej
epka analogowa
Posty: 934
Rejestracja: 17.06.2010, 23:01
Lokalizacja: CHICAGO

Post autor: Dżejdżej »

No i doczekałem się - Jeff LYNN zawitał do Chicago i w sobotę mogłem z nim odbyć wymarzoną od dawna podróż w czasie.
Towarzystwo w większości " over fifty " bawiło się znakomicie (gdy zawitają kiedyś do Polski -moi rówieśnicy koniecznie zabierzcie ze sobą małżonki , będą wam stokrotnie wdzięczne za takie retro-party! ).
Toż to wymarzona set lista prywatek , balang licealnych i studenckich z przełomu lat 70/80-tych.
Dobrze , że Jeff poczekał z tym come backiem do XXI wieku , bo współczesne warunki realizacji takiego przedsięwzięcia sprawiają , że jego muzyka brzmi w pełni swego studyjnego bogactwa aranżacyjnego.
14 osób na scenie - to absolutnie nie przesada - wydaje mi się ,że poza Lee Pomeroy na basie (widziałem go w The english rock ensamble Wakemana i na trasie z Hackettem) nie było tam gwiazd ale to wręcz plus tego koncertu.
Przecież tak naprawdę ELO to Jeff Lynn i jego kompozycje - po pięćdziesięciu latach nie musi już udowadniać że jego piosenki wytrzymały próbę czasu - tak jak przeboje jego idoli THE BEATLES.

Personalnym łącznikem z tą beatlesowską przeszłością było zaproszenie Dhani HARRISONA (grał support) na scenę do wspólnego zaśpiewania w"Handle with care'' Travelling Wilburys partii Georga.To było naprawdę wzruszające , tym bardziej że syn uderzająco przypomina ojca.
Nie tylko mnie zdziwił w solowym secie Dhaniego brak ukłonu w stronę słynnego rodzica - nie zagrał żadnego utworu ojca , wiem ,że na siłę odcina się od legendy - ale przecież kilkanaście tysięcy ludzi w United czekało na to.

Z samego koncertu najbardziej zapamiętam 3 utwory - Can't get out of my head z ELDORADO , Wild west heroes z Out of blue i When I was the boy z ostatniej płyty udowadniający że Jeff nadal potrafi pisać prawdziwe hity.

Na koniec nasuwa mi się taka uwaga - to dobrze że tacy giganci z tak różnych krańców muzycznego spektrum jak FRIPP i LYNN zabrali nas w nostalgiczną podróż do XX wieku,przecież to już ostatnia szansa ...

Dwa dni temu tak grali w Minnesocie (cały koncert)
https://www.youtube.com/watch?v=g2aY79R ... =4&t=3640s

a tak śpiewał Dhani
https://www.youtube.com/watch?v=OrvILSr ... dex=2&t=0s

Tutaj skrót (dla mniej cierpliwych) z TAMPY ( inne ujęcie i dżwięk)
https://www.youtube.com/watch?v=RXPqRiQ ... Pw&index=2
Together we stand - divided we fall
Awatar użytkownika
Tarkus
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 11427
Rejestracja: 11.04.2007, 18:15
Lokalizacja: Wa-wa
Kontakt:

Post autor: Tarkus »

Z tym, że Lynne cierpi na tę samą przykrą przypadłość, co Alan Parsons. Jeździ i festyniarsko ogrywa te swoje przeboje w kółko i cokolwiek beznamiętnie nie zauważając, że autentyczną twórczość zamienił na Tęczową Orkiestrę Janusza Dupy.
If you don’t love RoboCop, then you are a Nazi and support terrorism.
Na Discogsach
Awatar użytkownika
Dżejdżej
epka analogowa
Posty: 934
Rejestracja: 17.06.2010, 23:01
Lokalizacja: CHICAGO

Post autor: Dżejdżej »

A niby co ma robić ?
Showmanem nigdy nie był ,gra i wygląda na scenie jak przed 40-laty ( co akurat zdarza się niewielu i jest raczej zaletą).
Wielu zazdrości mu tych autentycznie ponadczasowych hitów w takiej ilości i asortymencie - publika świetnie się bawi (angielskie - "enjoy the show"jest tu jak najbardziej na miejscu ) czego chcieć więcej od faceta , który nas nie zanudzał swą twórczością od 30 lat.
Chciałbym kiedyś usłyszeć ELDORADO w całej swej symfonicznej krasie a do tego na bis Grotę Króla gór z fenomenalnymi skrzypcami Kamińskiego - ale po pierwsze takiego ELO od dawna nie ma , a nawet gdyby było nie zapełniłoby ani cząstki United - a Lynn zamiast podreperować swą emeryturę, liczyłby straty przy rzęsistych brawach ambitnych krytyków chwalących zacne przdsięwzięcie.

Poza tym tak naprawdę jakoś nigdy nie zachwycały mnie te " przebieżki " wiolonczelistów ciągnących za sobą rozwiane strzępy pourywanych strun przy dżwiękach smyków z playbacku.

Zresztą mamy wolny rynek i każdy wybiera zarówno muzykę jak i formę jej prezentacji.
Together we stand - divided we fall
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=lGtom5DAICI


https://www.discogs.com/release/1436520 ... cutt-Kelly


Prawie 40 lat temu ukazał solowy album basisty - już od wielu lat nieżyjącego niezwykle sympatycznego basisty Kelly Groucutta. Gdyby żył - niedawno 8 września obchodził 77 urodziny. Nie ukrywam, że bardzo lubię i mam słabość do "największego przeboju" z tego albumu czyli Am I a Dreamer - tak bardzo w stylu ( chórki ) macierzystego ELO - że można to uznać za ICH kompozycję plus ta nostalgia w warstwie melodycznej i akordach za latami 50. Zabawne, że Kelly odszedł z zespołu by tworzyć łudząco podobną muzykę. Całość nabiera tym bardziej gorzkiego posmaku gdy przypomni jak latami procesował z Jeffem o tantiemy, wkład itd - w późniejszych latach z ogromnym smutkiem przyznawał, że to był największy błąd jego życia, miał złych doradców, dał się podpuścić plus zgubiła go chciwość - że "zrobił sobie wrogów z dawnych przyjaciół" i do śmierci nie zdążył z nimi pojednać - Bev czy Jeff wypowiadali w podobnym tonie - że to było niepotrzebne i położyło cieniem na ich dawnej wieloletniej przyjaźni. Na albumie Kelly jeszcze nie było oznak sądowej batalii - w ramach koleżeńskiej przysługi zagrali Clark, Kaminski, Tandy i Bevan. W tamtym czasie Groucutt na wypadek zabiegów marketingowych odmienił swój image - zgoił zbyt kojarzące z czasami wiktoriańskimi ogromne wąsy, bokobrody i zmienił fryzurę i znacznie odmłodniał - by nie rzec "wyprzystojniał" :wink: Dobra okazja by przypomnieć sobie jak świetnym był wokalistą - obok Richarda Tandy taką "szarą eminencją" czy "tajną bronią" ELO za najlepszych czasów.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=BI0d0EknIN0


Pamiętam moje zdziwienie gdy na początku tego filmu - druga część Guardians of the Galaxy pojawiła ta piosenka - może dla jednych bluźnierstwo i "niszczenie klasyki w szmatławym kiczowatym filmie" - dla innych fajna okazja by przypomnieć ten evergreen i by młodsze pokolenie podłapało klimat i podszkoliło w rockowej klasyce - mnie ta sekwencja rozbawiła - mimo, że mam dystans do filmów Marvelowskich o superbohaterach - ale tutaj - mały stworek przypadkiem odpala muzykę i odkrywa nowe nieznane dźwięki przy których zaczyna tańczyć - słowem, świetnie się bawi - gdy w tle rozgrywa masakra, ostra nawalanka i walka o życie :D


Lata świetlne temu gdy pewnej wyjątkowej damie robiłem na nagrywarce CDR takie składanki klasycznego pop-rocka lat 70 czy 80 - z okładkami mojego autorstwa ( robiło takie głupie rzeczy z "miłości" :roll: ) - gdy odpalała a w tle jej o kilkanaście lat młodszy brat zaczął podskakiwać, podrygiwać, skakać po kanapie, znaczyło - że mój wybór trafiony i muzyka przełamuje bariery międzypokoleniowe i potrafi "chwycić" - mimo, że wcześniej zupełnie nieznana - tak zrobiłem w przypadku najbardziej tanecznych kawałków Fleetwood Mac czy właśnie ELO. :D
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ