Chick Corea

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4474
Rejestracja: 09.09.2011, 12:43
Lokalizacja: Opole

Chick Corea

Post autor: mahavishnuu »

CZĘŚĆ 11 - CHICK COREA GOŚCINNIE NA INNYCH ALBUMACH JAZZOWYCH (1967-1975)


Na przełomie lat 60. i 70. Chick Corea zagrał gościnnie na wielu albumach jazzowych. Postanowiłem pokusić się o wybór dziesięciu najbardziej interesujących. Świadomie pominąłem płyty nagrane z Milesem Davisem, ponieważ są dobrze znane. To cenne uzupełnienie jego działalności w tym okresie.


Pete La Roca – Turkish Women At The Bath (1967)

Na „Turkish Women At The Bath” mamy sposobność posłuchać jeszcze nie w pełni wykrystalizowanego stylu gry 26 letniego pianisty. Całkiem niezły to album. Mieszanka mainstreamu z różnymi, czasami dość egzotycznymi, składnikami – muzyką latynoską, afro-kubańską, orientalną. Ciekawostką jest udział Johna Gilmore'a, znanego z wieloletniej współpracy z Sun Ra. W 1973 roku album ukazał się pod innym tytułem – „Bliss!” - tym razem firmował go... Chick Corea.


Wayne Shorter – Super Nova (1969)

Tydzień po historycznych sesjach „Bitches Brew” Wayne Shorter wchodzi do nowojorskiego studia i nagrywa jeden ze swoich najwybitniejszych albumów. „Super Nova” to znamienny przykład tego, jak współpracownicy Davisa, pomimo niewątpliwej inspiracji jego dokonaniami, potrafili chodzić własnymi ścieżkami. Mamy tu do czynienia z jednym z najdoskonalszych wariantów wczesnego fusion. Frapująca mieszanka post-bopu, free jazzu, fusion i muzyki brazylijskiej. Ciekawostką jest fakt, że tym razem Corea zagrał tylko na instrumentach perkusyjnych.


Eric Kloss – Consciousness! (1970)

Saksofonista Eric Kloss to dzisiaj już nieco zapomniana postać. W latach 60. i 70. nagrał jednak sporo interesujących płyt. Warto sięgnąć między innymi po ten album. Już sam skład, który go zrealizował jest bardzo obiecujący. Obok lidera tego projektu udzielają się: Chick Corea, Pat Martino, Dave Holland i Jack DeJohnette. Długie utwory, ciekawe partie solowe. Stylistycznie grawituje między nowoczesnym post-bopem a fusion, czasami zdarzają się wypady w stronę free jazzu.


Larry Coryell – Spaces (1970)

Amerykański gitarzysta Larry Coryell był w latach 60. jednym z prekursorów jazz-rocka. Na „Spaces” spotkały się młode wilki, które już wkrótce będą znaczącymi postaciami na jazzowej scenie (John McLaughlin, Billy Cobham, Chick Corea, Miroslav Vitouš). „Spaces” to przykład wczesnych poszukiwań jazzmanów na gruncie jazz-rocka. Muzyka jest jeszcze dość surowa, dla fanów rocka może być dość trudna w odbiorze. Nie jest to może jedno ze szczytowych osiągnięć Coryella, niemniej stanowi dość ciekawy przykład flirtu jazzmanów z „elektrycznością”.


Marion Brown – Afternoon Of A Georgia Faun (1970)

Najbardziej oryginalny album w dorobku saksofonisty. Na „Afternoon Of A Georgia Faun” udało mu się wykreować wielce osobliwy świat dźwięków. Najpełniejszym tego świadectwem jest wypełniająca pierwszą stronę płyty analogowej kompozycja tytułowa - eteryczne pejzaże, intrygujące eksperymenty sonorystyczne, ekscentryczne wokalizy, do tego dość nietypowe instrumentarium. Obok Corei na płycie udziela się również Anthony Braxton. Doświadczenia związane z nagraniem tej płyty były dla obydwu źródłem inspiracji już w czasie nagrań z Circle.


Sadao Watanabe – Round Trip (1970)

W czasie sesji w nowojorskim studiu japońskiemu saksofoniście udało się zgromadzić piekielnie silny skład: Chick Corea, Miroslav Vitouš, Jack DeJohnette. Wynikiem jednodniowej sesji była muzyka mocno zanurzona w estetyce free jazzu. Niemal cały album jest niezwykle ekspresyjny. Corea gra mnóstwo zakręconych solówek, cechujących się mocno dysonansową fakturą. Preferuje akustyczny fortepian, choć w drugiej części kompozycji tytułowej gra także na elektrycznym fortepianie. Jakkolwiek dźwiękowy radykalizm tej płyty może wydać się dość kontrowersyjny to jednak efekt końcowy jest naprawdę intrygujący.


Rolf Kühn - Going To The Rainbow (1971)

Corea w czasie pobytu w Niemczech Zachodnich pojawił się gościnnie na płycie niemieckiego klarnecisty Rolfa Kühna. Zagrało na niej kilku cenionych europejskich muzyków jazzowych (brat lidera Joachim Kühn, John Surman, Alan Skidmore, Tony Oxley). Jako że muzyka mocno grawituje w stronę free jazzu, Chick Corea po raz kolejny ma sposobność objawić swoje nieco bardziej awangardowe oblicze. „Going To The Rainbow” to zdecydowanie jeden z najlepszych albumów w dorobku niemieckiego klarnecisty.


Elvin Jones – Merry-Go-Round (1972)

Wybitny perkusista jazzowy Elvin Jones najbardziej kojarzony jest ze słynnym kwartetem Johna Coltrane'a. Po śmierci saksofonisty starał się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości. „Merry-Go-Round” nie należy może do jego najwybitniejszych osiągnięć, niemniej jednak znalazło się na nim sporo interesującego materiału. Muzyka jest dość zróżnicowana (m.in. nie brakuje nawiązań do słynnego coltrane'owskiego kwartetu i różnych odmian fusion). Na płycie znalazła się wczesna wersja „La Fiesty”.


Joe Farrell – Outback (1972)

Drugi album solowy saksofonisty należy zdecydowanie do jego największych osiągnięć. Materiał zrealizowano trzy miesiące przed sesjami do pierwszego albumu Return To Forever. Zagrała na nim zresztą większość muzyków z pierwszego składu zespołu (Joe Farrell, Chick Corea, Airto Moreira), ponadto udziela się świetna sekcja rytmiczna: Buster Williams (kontrabas) i Elvin Jones (perkusja). Wyborna mieszanka „środkowego” jazzu i fusion.


Stan Getz – Captain Marvel (1975)

Kilkanaście dni po nagraniu pierwszej płyty z kwintetem Return To Forever Corea zrealizował materiał ze Stanem Getzem. Światło dzienne ujrzał dopiero trzy lata później. Cała pierwsza strona płyty analogowej to utwory z repertuaru zespołu („La Fiesta”, „Five Hundred Miles High”, „Captain Marvel”). Bardzo ciekawy jest skład – obok Corei i Getza zagrali: Stanley Clarke, Airto Moreira i Tony Williams. Dla zwolenników pierwszej inkarnacji Return To Forever jest to pozycja ze wszech miar godna uwagi.
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/Chick-Corea-Gar ... e/15108466


Niezwykle wartościowa pozycja - rzadko do niej wracam lecz za każdym razem w tym bogactwie odkrywa coś nowego. W tym również tkwi pewna "skaza" tego krążka - momentami to bogactwo, mnogość pomysłów może przytłoczyć i pragnęło by panowie więcej pobawili ciszą, przestrzenią i dali sobie i słuchaczom więcej oddechu - a wątkami i melodiami można obdarzyć kilka pozycji. Powstała silnie ECM`owska muzyka - idealna dla miłośników wyjadania miodu z pasieki :wink: , muzyka niekiedy może mniej jazzowa, silniej 3 nurtowa, wykazująca fascynacje muzyką kameralną, współczesnymi kompozytorami chociażby argentyńskimi. Krytycy wskazywali na godną podziwu telepatyczną współprace między Coreą a Burtonem - ich wspólne pasaże brzmią jak jeden instrument i jeden organizm. Miłośnicy płyty wskazują, że ich kooperacja osiągnęła tu punkt kulminacyjny - a nie był to wcale koniec ich muzycznej przyjaźni i wzajemnej inspiracji - wrócili po latach wspomnianym wybornym Like Minds z plejadą nie mniej genialnych partnerów czy silnie uduchowionym i nostalgicznym New Crystal Silence - gdzie np powtórzyli m.in Brasilię - gdzie kłania feeling i aranżacyjne smaczki a la Oregon :


https://www.youtube.com/watch?v=mnhOFWILQQY


Lyric Suite miało niekiedy diametralnie odmienne i rozbieżne recenzje - jedni byli zachwyceni inni np dali niewiele ponad 2 gwiazdki - wskazując, że trzeba dużo samozaparcia i uporu by śledzić te rozbiegane neo klasycystyczne pasaże - na marginesie - sam chętnie bym obejrzał partyturę tej rozbudowanej suity - chyba kartki z daleka wyglądały na czarne jak u Zappy :D . Poniekąd sporo w tym racji - że nie sposób tej muzyki ogarnąć za pierwszym razem - potrzeba mnóstwo przesłuchań - więcej niż w przypadku Spanish Heart. Warte również wspomnienia jest silne i mocno rytmiczne akcentowane brzmienie fortepianu - ma momentami potężne uderzenie - jakby na przekór nazwie krążka. Ciekawe jest rozpisanie głosów - czasem pojawia takie typowe - call and response - smyczki podsumowują i puentują wcześniejsze pasaże Chicka i Gary`ego - a często są równorzędnymi partnerami całej opowieści.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
mahavishnuu
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4474
Rejestracja: 09.09.2011, 12:43
Lokalizacja: Opole

Post autor: mahavishnuu »

CZĘŚĆ 12 - EPILOG

Twórczość Chicka Corei w okresie działalności Return To Forever wywoływała rozliczne kontrowersje. Obecnie jej ocena nadal daleka jest od jednoznaczności. Niejednokrotnie wychodziło to również na naszym forum. Miłośnikom mainstreamowego jazzu nie podobały się jego eksperymenty z „elektrycznością”, raził flirt z rockiem. Gdy pianista podkreślał, że niezwykle istotną kwestią jest dla niego „komunikatywność” niemała część krytyków widziała w tym chęć przypodobania się masowemu odbiorcy. Nie wszystkim przypadła do gustu ekwilibrystyczna wirtuozeria „Hymn Of The Seventh Galaxy”. Nie inaczej było w przypadku „Romantic Warrior”. Najbardziej popularny album Return To Forever niektórzy odbierali jako zbyt pompatyczny i pretensjonalny, jednocześnie wytykano, że jego brzmienie jest zanadto plastikowe. Wielu krytyków jazz-rocka mogłoby powołać się na znaną tezę wybitnego krytyka jazzowego Joachima Ernsta Berendta, który uważał, że ten gatunek miał tendencję do szybkiego „zużywania się”. W tym kontekście nader wymowne mogłyby być losy jego prominentnych przedstawicieli (vide Larry Coryell i jego Eleventh House czy też różne wcielenia Lifetime, prowadzonego przez Tony'ego Williamsa). Czy zatem Corea, wkraczając na obszar muzyki popularnej, tak naprawdę tworzył tylko namiastki wartości, tracąc szansę na stworzenie czegoś naprawdę znaczącego? Odpowiedź na to pytanie bynajmniej nie jest taka prosta. Na problem warto również spojrzeć z innej perspektywy. Nie da się zaprzeczyć, że Corea był pod koniec lat 60. i w całej następnej dekadzie jedną z wiodących postaci na jazzowej scenie. Był nie tylko błyskotliwym wirtuozem, imponował muzyczną erudycją i wszechstronnością. Aby nie być gołosłownym, zaskakiwać może fakt, jak łatwo przychodziło mu poruszanie się w obrębie różnych stylistyk, czasem nawet mocno odległych od siebie (rozmaite odcienie mainstreamu i fusion, free jazz). Tworzył na fortepian solo, dobrze czuł się w obrębie jazzowej kameralistyki, prowadził kwartety i kwintety, pisał i grywał materiał rozpisany na duży aparat wykonawczy. Co istotne, praktycznie na każdym polu potrafił pokusić się o stworzenie rzeczy, które przykuwały uwagę krytyków i słuchaczy. Różne wcielenia Return To Forever należały niewątpliwie do ścisłej czołówki fusion i jazz-rocka, wpływając w ogromnym stopniu na rozwój gatunku. Oryginalna inkarnacja, która pozostawiła po sobie dwa albumy studyjne, to jeden z najbardziej fascynujących i oryginalnych przykładów fuzji jazzu z innymi gatunkami muzycznymi. Niektóre aspekty twórczości Return To Forever można uznać za ożywcze dla jazzu, bowiem nie tylko poszerzały jego granice estetyczne, ale także tworzyły w jego obrębie nowe wartości (vide intrygujący melanż jazzu nowoczesnego z muzyką latynoską i canto flamenco). Jak zatem dzisiaj wypadałoby ocenić dorobek Return To Forever? Czy mamy tu do czynienia z trywializacją idiomu jazzowego, aktem zdrady i płytkim komercjalizmem? A może warto zauważyć fakt, że był to jednak jeden z najznakomitszych przykładów muzykowania w obrębie fusion/jazz-rocka? To tylko świadomie bardzo wyjaskrawione tezy, w grę wchodzi przecież jeszcze wiele odcieni. Każdy z nas może eksponować w tym sporze rozmaite wątki. W niemałym stopniu jest to przecież kwestia naszych indywidualnych preferencji. Niezależnie od tego, jak będziemy postrzegać twórczość Chicka Corei, trzeba mu przyznać jedno. W latach 70. był jednym z czołowych artystów, którzy skutecznie budowali mosty między światem jazzu i rocka. Dla wielu rockfanów była to szansa odkrycia nowych fascynujących rejonów muzycznych.
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

Dziwi mnie pewne zawężenie dyskusji o solowym dorobku i to przepastnym Coreai jedynie do wciąż i wciąż i wciąż powtarzającego się wątku o Return to Forever - czy to komercha czy nie ?, czy to zdrada jazzowych ideałów czy nie ?, czy to jedynie plastik i tanie efekciarstwo czy nie ?. Rozumiem - każdy ma swoje obsesje, jeden ma obsesję na punkcie pewnego cymbalisty na M. ( na mocy decyzji prokuratora generalnego nadal obowiązuje mnie zakaz wymawiania tego nazwiska ) , inny na punkcie jakiejś aktorki porno, inny czy aby żona go nie zdradza i czy zrobić testy na ojcostwo, inny na punkcie Komana - z którym na marginesie rozmawiałem na początku lat 90 - był zdumiony jakie kłamstwa budowały jego legendę - nie miał kluczyków od Forda ani domu o mile stąd, żadna przez niego nie uciekła za mąż, żadna nie płakała na dnie piekła, Dżinu nawet nie tknął itd itd :wink: .

A na poważnie - liczyłem na jakąś szerszą polemikę odnośnie solowych płyt Chicka - jak są odbierane i chętnie sam dowiedziałbym się czegoś nowego i pogłębił swoją wiedzę. Kilka miłych słów i kciuk w górę odnośnie Spanish Heart dał wielki Okechukwu ..... i to by było na tyle. Czyżby u nas wszyscy są aż tak znudzeni czy może zadziałał syndrom "wieszcza narodowego" - podobnie jak w przypadku naszego Jarka Śmietany ? - znamy, wiemy, cenimy, szanujemy..... ale nie słuchamy ?. Zabawny zbieg okoliczności bo niedawno wpadły mi w ręce zaległe książki Joachima o jazzie - cenne uzupełnienie mojej biblioteki - wartościowe pozycje i każdy kto choćby średnio sie interesuje jazzem - powinien je przeczytać i to parokrotnie. Inna sprawa, że co najmniej z połową tez i osądów - kompletnie się nie zgadzam - ale warto poznać inny punkt widzenia i uzasadnienia. Z gentlemanami pokroju Berendta - jest taki "problem" - że pięknie , wzruszająco, mądrze i sensownie piszą o latach swojej młodości czy dojrzałości..... ale dalsze lata, współczesność im umykają - za małe mają o niej pojęcie - bo jej zwyczajnie nie czują i nie rozumieją - to już nie ich bajka i nie ich czasy - i to jest całkiem zrozumiałe - nie ma w tym nic złego, nagannego ani kompromitującego. Ma się wrażenie - ze gdy dotarli w swoich analizach do końca lat 60..... to jakby czekali na wyrok i nadejście kostuchy - dla nich to był koniec i już. Rozumiem, że niczym lwy bronili " starych dobrych czasów" - które doskonale pamiętają i które sami współtworzyli - potem jakby coś im zostało podstępnie odebrane, zniekształcone, wynaturzone i przerobione w złośliwą karykaturę. Zatrzymali na pewnym etapie i nie byli zdolni pójść dalej i przebić przez swoje horyzonty, uprzedzenia i preferencje. Każdy z nas ma to samo - może też "zatrzymałem się na etapie EB Corei czy "twórczości" Pata" - nigdy nie zrozumiem i nie polubię Margaret, chłoptasi z Eneja, Afro Mentala, Ani Dąbrowskiej, Mariny czy Sannah - która nawet otrzymuje nagrody za kompozycje - a ja bym ją najchętniej posiekał na kawałeczki - czy to co proponuje w Teleexpressie Marek Sierocki - mógłbym machnąć potężne tomisko czy elaboraty naukowe uzasadniając o niższości i miałkości takiej pseudo muzyki - ale po co ? - nie czuje tego, nie rozumiem, nie słucham i koniec. Niektórzy krytycy jazzowi powinni też dać sobie luz i podobnie jak Balcerak w latach 70 - zrezygnował z funkcji redaktora naczelnego - z klasą się pożegnał - przyznał, że współczesny jazz w swoich manifestacjach brzmi dla niego obco - a on ukochał sobie swing..... i tyle. Dziwi mnie też uparcie trzymanie i zwracanie uwagi wyłącznie na aspekty szybkości i techniki - sorry ale takie postrzeganie traktuję jako przejaw upraszczania by nie rzec - prymitywizmu. W jednej z książek o technikach gitarowych fajnie napisał przedmowę Les Paul - gdy po koncercie jemu lub Eddie Langowi - ktoś powiedział / pochwalił " chłopie ale dziś na scenie grałeś naprawdę szybko" - to wzruszał ramionami, nie chciało mu się nic mówić - bo co można na coś takiego powiedzieć ?. Podobnie z zarzutem - dość "tanim" - że "stylistyka się szybko zużywa" - czy to samo nie można powiedzieć o free jazzie ?....a o hard bopie - kurcze - jakieś ok 60/70 % płyt z blue note brzmi identycznie - chyba tylko ludzie o słuchu absolutnym potrafią wyłapać autentyczne różnice. Niechęć do jazz-rocka czy fusion szerzyli ci którzy chcieli zagarnąć jazz tylko dla siebie i wąskiej grupki elitarnej quasi znawców i quasi koneserów - i naturalnie tylko spośród siebie wybieraliby kto ma prawo się w niej znaleźć a gdzie jest miejsce pospólstwa, plebsu i motłochu - jak wskazywali np Jassowscy - że z muzyki rozrywkowej, tanecznej, dla ludzi jaką był pierwotnie jazz - zrobili rzecz elegancką, sztywną, krawaciarską, przeznaczoną tylko dla filharmonii, by wbić w sztywny smoking czy frak i z piramidką z dłoni przed sobą "udawać" że rozumie się i chłonie każdy dźwięk - a z tyłu głowy ma się całą litanię filozofów i pisarzy egzystencjalistów - nie daj boże ktoś by zaklaskał, krzyknął "yeah" lub pokiwał nóżką.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=Y2bAn6O9zYs

Od paru dni upajam tym koncertem / bootlegiem - nie znałem tego wcześniej a tu taka sensacja. Nigdy specjalnie nie byłem entuzjastą rankingów - ale to nagranie błyskawicznie bardzo wysoko wspięło wśród mojej kolekcji koncertów Chicka - a mam tego materiału naprawdę sporo i ogromną skalę porównawczą i to przeróżnych projektów / konstelacji. Świetna jakość dźwięku a show wyjątkowo długie. Mogę jedynie zazdrościć uczestnikom - publiczność za swoje wydane za bilety pieniądze otrzymała niezwykły spektakl a sami muzycy z Coreą na czele dają z siebie wszystko - momentami odnosi się wrażenie jakby chcieli się "zagrać na śmierć". Owszem - repertuar jest odrobinę podobny do koncertu RTF z Palladium 77 - skład chyba mniej więcej podobny - jak Clarke, na perkusji.....hmmmm..... tu nie ma dokładnego opisu - ze stylu już w otwierającym zagranym na złamanie karku Nite Sprite wydaje, że to Gadd ale równie dobrze mógł Gerry Brown, jest Moran, jest pewnie Joe Farrell , dęciaki i smyczki. Muzyczna uczta - ciekawie wypadają rozimprowizowane, rozsadzane od niekończących się popisów wybornych solistów - rozbudowane do granic - Dear Alice, ze zmienioną aranżacją Duel of the Jester czy pełniąca jakby klamrę Spanish Fantasy. Jest na finał - jakby inaczej - Spain. Może i momentami niektóre sola czy interludia fortepianowe Chicka niebezpiecznie balansują czy zbliżają ( a może dla niektórych przekraczają - tu nich każdy sam osądzi ) do granicy "przegadania" i przydało czasem przyciąć o parę minut. Ten facet jest jak dawniej Hancock - wedle słów Milesa - " podchodziłem do klawiatury i udawał, że obcinam mu dłoń, bo facet by grał, grał, bo mógł, potrafił i nigdy nie kończyły mu się pomysły, jak ktoś kto będzie pił póki w butelce nie pojawi dno". Popisy Corei to znów klasa sama dla siebie - kolejny dowód , że to była klasa światowa, absolutna czołówka - poziom i fantazja, zmysł artystyczny, smak, technika , rozmach - nie dostępny dla zwykłych śmiertelników - niewielu mogło iść z nim w zawody - wśród naszych krajowych muzyków.... może Skrzek w drugiej połowie lat 70 gdy SBB było też kosmicznie rozpędzone.


Polecam wszystkim - można słuchać bez końca. Dla miłośników szeroko pojętego jazzu czy samego pianisty - pozycja na półkę obowiązkowa - wstyd tego nie znać. Pewnie dla wielu będę nudny - ale ten bootleg to znów dowód jak błądzili i pisali bzdury - ci, którzy w jazzie elektrycznym widzieli "ślepą uliczkę" - gdzie tu schematy, sztampa i granie w kółko tego samego ?. Idiotyzm. Nie sposób wymienić ile się tu dzieje. Chyba wskazane dawkowanie sobie tego show bo może niekiedy przytłoczyć.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Bednaar
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 6741
Rejestracja: 11.04.2007, 08:36
Lokalizacja: Łódź

Post autor: Bednaar »

Inkwizytor pisze:Popisy Corei to znów klasa sama dla siebie - kolejny dowód , że to była klasa światowa, absolutna czołówka - poziom i fantazja, zmysł artystyczny, smak, technika , rozmach - nie dostępny dla zwykłych śmiertelników - niewielu mogło iść z nim w zawody - wśród naszych krajowych muzyków.... może Skrzek w drugiej połowie lat 70 gdy SBB było też kosmicznie rozpędzone.
Mam "Bitches Brew" w wersji z dodatkowym DVD z zapisem koncertu z Chickiem w składzie i odnoszę wrażenie, że to właśnie on jest najbardziej błyszczącą gwiazdą na scenie, jego popisy zepchnęły wtedy na bok nawet samego Milesa. Niesamowita technika i wyobraźnia.
vertical_invader
Awatar użytkownika
Adrithgor
kaseta FeCr
Posty: 237
Rejestracja: 31.07.2021, 00:32
Lokalizacja: Piwnica Kowalskiego

Post autor: Adrithgor »

Da się znaleźć materiał z DVD na youtube? Ewentualnie gdzieś pobrać?
https://discord.gg/62Hy5mpnPk
Muzyczny serwer Discord, nigdy tu nie wchodźcie, najgorszy serwer na świecie.
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

Z kolei mnie nie do końca przekonuje i porywa gra Chicka u Milesa. Nie powiem, że jest słaba czy nudna - jest najwyższych lotów - może to wynika po części z moich mieszanych uczuć odnośnie okresu Milesa - na przełomie lat 60 i 70 - z perspektywy czasu za dużo tam drażniących brzmień - zero melodyjności - owszem - dawali czadu i rozpalali słuchaczy i instrumenty do białości. Jeszcze bardziej akustyczna odsłona - tzw. "Lost quintet" - mam od przyjaciela Live in Europe 69 - wyborne granie ale koncerty z wiosny / lata 70 - np Black Beauty, Filmore, Isle of Wight - za dużo tam free jak na mój gust. Grają hipnotycznie - narkotycznie niekiedy - w ogóle ten okres okrywa jakaś mroczna aura i nadmiar jak dla mnie negatywnych emocji - jakby wyrażały wszystko co złe w ludzkiej naturze. Corea wtedy też grał swobodnie jak nigdy wcześniej i później - projekt Circle który założył po odejściu od Milesa wiele mówi. U Davisa - Chick był jakby "stłamszony" - grał lepiej gdy poszedł na swoje i wsączał w swoją muzykę latynoskie klimaty. Obdarty z tego latin sosu - czegoś mu brakuje - ale to tylko moja niezwykle subiektywna ocena. Trębaczowi zawdzięcza bardzo wiele - np to on niemalże miał zmusić by grał na pianie Fendera - choć te legendy wydają się być po latach nieco podkoloryzowane - że podobno pianista był wściekły i oburzony - że Davis karze mu na tym grać - i początkowo miał swoje partie odtwarzać z wielkim fochem. W biografii lider się wściekał bo gdy na widowni była ponoć pierwsza żona / dziewczyna pianisty - ten podobnie jak Jack czy Wayne - zaczął dziwnie grać , popisywać, dodawać słodkiego szpanu - czyli nie to co by sobie Książe Ciemności życzył. :D
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Bednaar
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 6741
Rejestracja: 11.04.2007, 08:36
Lokalizacja: Łódź

Post autor: Bednaar »

Adrithgor pisze:Da się znaleźć materiał z DVD na youtube? Ewentualnie gdzieś pobrać?
Jest cały koncert, ale każdy utwór oddzielnie, wpisz na youtube w wyszukiwarce "miles davis copenhagen live 1969".

@Inkwizytor: Mnie właśnie te elementy free ekscytują, nawet bardziej niż latynoskie klimaty Chicka. Cóż, każdy znajduje w tej muzyce coś dla siebie - nieco innego.
vertical_invader
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

Faktycznie jest i to całkiem niezłej jakości lub lepiej niż niezłej:


https://www.youtube.com/watch?v=eE_D6Kv ... IE&index=3

Są też z tego okresu materiały z Antibes:

https://www.youtube.com/watch?v=uTT5oTZil8E

czy z Paryża:

https://www.youtube.com/watch?v=ILyeQMTh-44

i Rzymu:


https://www.youtube.com/watch?v=hpuAblWBI-4
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

Wpadły mi całkiem niedawno wartościowe i doskonale brzmiące bootlegi Elektric Bandu - z Calgary 87:


https://www.sendspace.com/file/rjoufo


Lewisham Jazz Festival z Londynu 88:


https://www.sendspace.com/file/mn0g2n


I Tokyo 88:


https://www.sendspace.com/file/w0i4jq


Co prawda Lewisham miałem już wcześniej - jakieś kilkanaście lat temu ale pojawiła dłuższa, mniej "bałaganiarska" wersja i ciut lepiej brzmiąca. Polecam wszystkim - niektórzy traktowali EB jako zbyt "efekciarski" i nastawiony na niekończące popisy i granie na wyścigi - bo w istocie szybciej niż Panowie Corea, Weckl, Patitucci, Gambale i Marienthal grać już się nie dało - a materiał niekiedy może nazbyt "sterylny" i "komputerowy" z krążków studyjnych na żywo przeobrażał w pasjonujące mocno osadzone w jazzowych remach grania - ba.... o prawdziwie big bandowym pełnym soczystym brzmieniu - ci faceci mogli podążać we wszystkich kierunkach ale nigdy nie wkradał chaos czy wymianę ciosów - żelazna dyscyplina była wręcz porażająca. Granie na najwyższym poziomie - znów - cały kosmos, odległe galaktyki i lata świetlne od chociażby naszej krajowej "jazzowej czołówki", którzy brak fantazji, odwagi, techniki, hołdowanie oklepanej muzealnej stylistyce argumentowano jako "przywiązanie do korzeni i tradycji".
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

Przy okazji mija 30 lat od znakomitego koncertu - kto wie czy jednego z najlepszych bootlegów - wyśmienicie brzmiący jak sam Corea zapowiada - zarejestrowane dla radia BBC 2:


https://www.guitars101.com/threads/chic ... st-1231187


https://www.sendspace.com/file/kwze7m


Odświeżyłem go sobie ostatnio i za każdym razem mnie przeraża jak EB wymiatają - co prawda byli oskarżani jak później muzycy z Dream Theater - że to "cyborgi", "zimne perfekcyjne maszyny", że "komputerowe wymiatanie" - owszem - na albumie Beneath the Mask - niektóre utwory mogły nieco zniechęcać chłodnym mechanicznym perfekcjonizmem i przesadnym oparciem na nowoczesnych technologiach - ale na żywo to była inna bajka. Zameldował będący wtedy u szczytu formy nowy muzyk basista Jimmy Earl - o zupełnie odmiennym od Johna stylu ale wpasował idealnie i jest dobra okazja by w poszczególnych kompozycjach posłuchać jego solówek. W studio niekiedy "tłamszony" Frank Gambale tu udowadnia, że jego przydomek - "thunder from down under" / "wymiatacz z antypodów" nie jest w niczym przesadzony - ciekawe bo w spokojniejszych momentach jego tęskne dźwięki przywołują echa i ducha Al Di Meoli. Wielką niespodzianką jest wskrzeszenie Medieval Overture z Romantic Warrior - zagrany iście kaskadersko szczególnie gdy porównać dawne partie Lenny White`a z Wecklem. Na wielki finał - trochę jakby Corea w pigułce i pastiszujący sam siebie i swoje charakterystyczne melodyczne rozwiązania Illusion - polecam bo super granie.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Chick Corea

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=rqa1ODbl_00


Pojawił niezwykle frapujący bootleg z wczesnego okresu Elektric Band - jeszcze z fenomenalnym Scottem Hendersonem z Paryża z prawdopodobnie maja 1986. Gratka dla fanów, kolekcjonerów i miłośników momentami o niebo bardziej swobodnego i zapamiętanego w improwizacjach mocnego - "metalowego" grania fusion - duża w tym zasługa w/w Hendersona. Zwracają uwagę rozciągnięte do granic możliwości wersje No Zone z dialogiem Rhodesa lidera i akustycznego basu Johna czy połączone King Cockroach i India Town.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Chick Corea

Post autor: Inkwizytor »

Chick Corea Elektric Band
1986-11-01, Amherst,
Buffalo, NY

https://www.youtube.com/watch?v=nUWY32dSba0


Rozpieszczają nas kolekcjonerzy i niezmordowani bootlegerzy - fajna okazja by uzupełnić swoje zbiory. Można prześledzić dalszą ewolucję stylistyczną nie tylko samego szacownego Elektric Bandu ale samego Corei. Wedle znawców i badaczy - to podobno jeden z pierwszych występów nowego nabytku
i odkrycia - nie tylko "towarzyskiego" ale przede wszystkim muzycznego wówczas ok 28 letniego "Wymiatacza z Antypodów" czyli Thunder from Down Under - Franka Gambale. Na początku października 86 miał odbywać intensywne próby z bandem Corei by stać aż do 1993 głównym solistą i osobą, która miała dobry wpływ na atmosferę w zespole - człowiek pogodny, wyluzowany, o "wilczym niczym Cannonball apetycie". Chick wówczas miał go komplementować - że dla niego był najlepszym i ulubionym gitarzystą - gdyby miał grać na gitarze - grał właśnie tak jak Frank. Co ciekawe Gambale miał parokrotnie zwątpić w sens obranej drogi i parokrotnie wahał czy nie porzucić gitary na rzecz klawiszy, na szczęście tak się nie stało. Bootleg choć niedoskonały technicznie ma wielką rangę choćby dzięki obecność rzadko wykonywanego - a później niestety zarzuconego Kaleidoscope - który miał stanowić godny finał planowanego na kolejny rok Light Years. Skład przetrwał krótko - Frank zadomowił z nowymi kolegami, szybko zdobył uznanie publiczności - a zastąpił nie byle kogo - w sumie nie aż tak odległego równie "metalowego-swingującego" Scotta Hendersona - a w bodajże okolicach litego 87 zameldował na pokładzie piąty równie ważny członek - Eric Marienthal i słynny kwintet EB był gotowy. Bootleg z Amherst to również jeden z pierwszych gdzie openerem występów stał odkurzony Overture - znany z reunion z 83 z Meolą / Whitem i Clarkiem - tam jeszcze zagrany ciut "niepewnie" , "pokracznie" i zbyt świeżo - Elektric Band go z powodzeniem przyśpieszył i uczynił swoją wizytówkę z kaskadersko przeplatającymi się partiami wszystkich czterech ( a może pięciu ) solistów i zapierających dech w piersi szatańską precyzją szybkich unison.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ