Jazz-Rock / Rock-Jazz Kleeblatt no.24

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Jazz-Rock / Rock-Jazz Kleeblatt no.24

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=_cNTiNwUZ7M


Robert Fripp powiedział niegdyś ciekawą i esencjonalną rzecz - że - "... niekiedy muzyka tak pragnie być usłyszana, że potrafi przemówić głosem kogoś nieoczekiwanego....". Tak jest i w tym przypadku. Album nadal tylko dostępny na czarnymi winylu stanowi nie lada gratkę dla kolekcjonerów i miłośników fusion jazzu czy jazz-rocka zgodnie z tytułem... nieco przewrotnym - bo jest drugi "rock-jazz". Można długo polemizować i dyskutować ile jest tego "jazzu" w tym graniu czy "jazz-rocka" w "jazz-rocku" - lecz czy to aż takie ważne ?. Mimo pochodzenia powstała muzyka nadal po upływie ponad 35 lat - zaskakuje świeżością, mnogością pomysłów, entuzjazmem, radością samego grania, zapałem. To wdzięczne kompozycje na każdą porę - na drogę, na poranek zamiast kawy, na długą podróż, do plecaka, na popołudnie, na wieczór, na wiosenny czy jesienny spacer. W moim przypadku to zaskakujący zbieg okoliczności i spore szczęście. Album wygrzebałem z kartonów w kultowym niegdyś sklepie płytowym w Chorzowie "Hobo" - legendarnego p. Wojtka - później również przemianowany na antykwariat zanim właściciel rzucił wszystko i z rodziną wyjechał do Skandynawii. Mam go już od kilkunastu lat - regularnie do niego wracam i za każdym razem mnie zaskakuje. Może panowie z czterech zespołów nie "odkrywają ameryki" czy nikt z nich nie wynalazł "muzycznego prochu" - ale prawie każdy utwór to miła niespodzianka i zaskoczenie na plus. Wydany bodajże w 88 przez niemiecką legendarną Amigę - serwuje zbiór, wiązankę utworów niemalże "anonimowych" grup z kręgu elektrycznego jazzu czy fusion jazzu - zgodnie z tytułem. Można się uśmiać z samej idei - zapyta ktoś z drwiną i kpiną - "enerdowskie fusion" czy "enerdowski jazz-rock" - o Chryste Panie.... a właśnie - wręcz przeciwnie. Panowie byli niezwykle na bieżąco ze światowymi trendami - z tym co się grało na zachodzie - głównie z święcącym triumfy Elektric Bandem Corei - proszę mi uwierzyć - to nie ślepe naśladownictwo czy epigońskie działanie - są dalekie echa np dokonań Yellowjackets, Spyro Gyra, Neila Larsena, Jeffa Lorbera, Pat Metheny Group, projektów skupionych wokół GRP - Lee Ritenoura i Dave`a Grusina - ale wspominam o nich tylko w ramach "zachęty" - jeśli ktoś lubi i bawi go takie granie - to z pewnością bandy z tej winylowej składanki przypadną mu do gustu.


Warsztat techniczny jest bez zarzutu - opanowanie instrumentów prawie mistrzowskie. Owszem - sekcje były mocno zafascynowanie i wpatrzone w duo Weckl / Patuticci - czy to co prezentował Marcus Miller lub Omar Hakim / śp. Victor Bailey. Początkowo podszedłem do albumu bez specjalnych wymagań - zakupiony za ok 20 zł był wielką tajemnicą - w trakcie zgrywania na CDR każdy kolejny kawałek powodował nie słabnący uśmiech na twarzy - że to był trafiony zakup. Każdy kto zbiera nieznaną muzykę i winyle - wie, że nie ma nic gorszego jak wydać mnóstwo pieniędzy na nietrafioną muzykę. Trudno doprawdy wyróżnić jakikolwiek band - mamy cztery formacje o może mało odkrywczych nazwach - Flair, Fill In, Bossa Nostra i Gin-Chilla - no może "Bossa-Nostra" może bawić i zdradzać poczucie humoru założycieli. Panowie dostali przeciętnie po 12 minut - a słuchanie 48 czarnego krążka mija jak z bicza strzelił i co ważne - człowiek chce po niego sięgać ponownie wciąż i wciąż. Gdybym miał już koniecznie wskazać "faworyta" - to niczym w wyrównanym meczu bokserskim - "ze wskazaniem" była Bossa Nostra - z jak na fusion nietypowym składem z mocno wyeksponowaną funkcją solistyczną bardzo dobrego puzonu - kłania nasz koncertowy Alex Band czy kanadyjski również w wydaniu koncertowym Maynarda Fergussona. Nie mam pewności czy w ich przypadku nagrania nie pochodzą z koncertu - jest nawet odgłos rozentuzjazmowanej publiczności. Ich najdłuższy na krążku Hennings Salsa od nazwiska kompozytora - to taki porywający kawał grania - "fiesta", której nie powstydziłby się sam Mangione czy Corea. Panowie potrafią dołożyć do pieca - o ile pozostałe grupy i instrumentaliści grają w niezwykle zdyscyplinowany sposób - traktując utwory jako "wizytówkę" i kuszącą obietnicę - że być może stać ich na więcej - to chłopaki z Bossa Nostry serwują koncertowy żywioł i szaleństwo. Muzycy mają swoje inspiracje wynikające z osłuchania - ale dalecy są do bezsensownego kopiowania - zręcznie unikają tej pułapki - np. Fill In w Stand By - to wykapany PMG z Markiem Eganem - ale również subtelnie, nie nachalnie i ze smakiem.


Ktoś zapyta z wyrzutem i sarkazmem - "to enerdowcy potrafili grać jazz elektryczny" ? - kabareciarze również w swoich skeczach nawiązywali do wszelkiej "enerdowskiej tandety" - np "bawicie się do rana enerdowską kolejką". Paru znajomym gdy zaprezentowałem album też byli zdumieni ? - że nie słyszeli nigdy o "enerdowskiej scenie fusion". Bandy w sumie przepadły - żaden wielkiej kariery nie zrobił - panowie, koledzy ze studiów grali po uczelniach, małych klubach - udowodnili, że potrafią i mimo nie sprzyjających warunków i położenia geograficznego nie mają kompleksów ani czego wstydzić. Pojawiają wdzięczne melodie - np Marabu. Skoro pewne środowiska i wydawnictwa od lat próbują ze zmiennym szczęściem odświeżyć i zaprezentować dokonania na tym polu ( fusion ) z dawnego Bloku Wschodniego - np. dawnej Czechosłowacji czy Jugosławii - może pora by spojrzeć w stronę na zachód od Odry ?.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ