Ryszard Sygitowicz

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Ryszard Sygitowicz

Post autor: Inkwizytor »

W tym roku a konkretnie 27 listopada piękne okrągłe 70 urodziny obchodzić będzie Ryszard Sygitowicz, a w okolicach lata / jesieni 40 lecie pierwszych sesji radiowych / studyjnych - które zaowocowały wspaniałym albumem "Bez Grawitacji". To jeden z najwspanialszych przykładów krajowej muzyki gitarowej najwyższej próby - a niestety takich krążków u nas było jak na lekarstwo ( polecam innym album Just Quartet z 87 o którym już wcześniej wspominałem - w dalszym ciągu nikczemnie ignorowany przez wszelkiej maści samozwańczych decydentów i pseudo-wydawców "redaktorów naczelnych i muzycznych" i nieosiągalny na CD ). Nie miałem zaszczytu rozmawiać z mistrzem "Ryśkiem" a jak wiadomo z filmu "Miś" - "... polubiłem Cię chłopie, wszystkie Ryśki to porządne chłopy...." 😁 - a jednakże po lekturze krążka można odnieść wrażenie, iż muzyk, wirtuoz sześciu strun - dla niego żadna gitara nie miała w sobie tajemnic - widział siebie podobnie jak muzycy ze Stanów - "pomiędzy kategoriami" i czerpał pełnymi garściami z przeróżnych stylistyk - czy rock, jazz, fusion, pop-jazz, southern rock, muzyka filmowa, funk, progressive, blues-rock, sam blues...ufff.... można tak długo wymieniać. Dlatego powstała tak smakowita i przepiękna muzyka. Każdy - ale to absolutnie każdy utwór ma swój patent, swój "klucz", swoją alchemiczną "formułę", łatwą do zapamiętania melodię i potem trudno się od tego oderwać.


Ja miałem zaszczyt zapoznać się z nim w połowie lat 80 dzięki płytotece mojego Ojca - słuchaliśmy tego wielokrotnie - wtedy jeszcze jako nieświadomy i naiwny dzieciak chłonąłem to wszystko - nie mając pojęcia ile dzięki temu skorzystam i jak to zaprocentuje w przyszłości - dało mi wrażliwość, zachęcało do samodzielnego słuchania, szukania nagrań innych gitarzystów, zaszczepiło miłość do jazzu, muzyki gitarowej innych tuzów głównie z zachodu - którzy również łamali ramy stylistyczne jak Sygitowicz, kładli nacisk i wiele wysiłku na dobre melodie, wielopiętrowe aranżacje ale nie przesadzone, luz, odrobinę zabawy, zgrywy i radochy - mistrzowskie wykorzystanie techniki studyjnej nagrywania kolejnych ścieżek i wielośladów ale by całość swobodnie oddychała i "bujała". Pamiętam jak "zamęczałem" go by znów posłuchać Cavalcado - jego hołd dla Chicka Corei i Al Di Meoli. Już sam początek i niezwykle / ba.... zaraźliwie chwytliwy Opóźniony do Bostonu ( dziwne - skąd w ogóle wziął się ten Boston ? - dlaczego nie np. Bilbao - skoro słabość do melodyki, klimatów latynoskich ? ) zwiastował wielką i świetną muzykę - ale przy okazji taką "ludzką", do słuchania przez zwykłych śmiertelników, np. z ranka, na dobry początek dnia czy popołudniu / wieczorem po ciężkim dniu pracy.... był taki czas, że żadna ale to ABSOLUTNIE ŻADNA kolekcja winyli nie mogła się u nas obyć bez krążka "Bez Grawitacji". Płyta osiągnęła wielki sukces a Cavalcado stało hitem, przebojem, szlagierem Ryśka - do dziś grana jest w stacjach radiowych. Gdyby "Sygit" wydał to w Stanach byłby milionerem 😉. Dziwne, że nie poszedł wówczas za ciosem - tego naturalnie z książeczki wznowienia na CD się nie dowiemy - przecież po takim sukcesie i jak na muzykę instrumentalną " ludycznej" popularności aż się prosiło - co zadecydowało ? - brak siły przebicia i charakteru samego muzyka ? , specyfika ówczesnego rynku wydawniczego - że "... pan już swoje wydał, to dajmy szansę innym ....?", jakaś zawiść środowiska ? - że "sideman" nagle tworzy hity a ludzie szaleją z zachwytu ?. Nie jest tajemnicą "poliszynszyla" że Guru Hołdys nie doceniał talentów Sygita - po latach Markowski celnie podsumował tamten najlepszy okres gdy grał w Pefekcie - że ".... Zbyszek coś mruczał i pojękiwał pod nosem a Rysiek miał od razu pomysł na wstęp, rozwiniecie i efektowny zawijas na zakończenie i był notorycznie blokowany kompozytorsko przez Hołdysa....".


Wracając do "Bez Grawitacji" - muzyka która mimo upływu lat nadal zachwyca, nigdy nie nudzi ani nie nuży - słuchanie jej to wielka radość i frajda - jest w niej to "magiczne coś". Wznowienie na CD uszczęśliwiło fanów prawie 20 minutami dodatkowej muzyki - czterema bonusami - które niekiedy wręcz "przykrywają" niektóre kompozycje oryginalnego albumu - śmiało mogły stanowić kanwę / połówkę kolejnego albumu... można popuścić wodze fantazji i pomyśleć "co by było gdyby" Sygitowicz poszedł jednak za ciosem i wydał kolejny taki krążek. Jak już wspomniałem - wielka siła oddziaływania tych utworów, aranży i melodii - np. Jamal mogło śmiało zostać wykorzystane jako motyw przewodni filmu drogi czy tytułowy z bajecznym solem, śp. Namysłowskiego - nie wiem już który koronny dowód na to ile światy "rocka" i "jazzu" miały sobie do zaoferowania i w "ustach" i pod "palcami" odpowiednich muzyków potrafiły to udowodnić.



To najlepsza muzyczna edukacja jaką można otrzymać - ja miałem w połowie lat 80 takie szczęście i zaszczyt dzięki ojcu. Nadal wracam do "Bez Grawitacji" - chyba jak człowiek osiąga pewien wiek, coś w życiu przeżyje - dopiero to sobie uświadamia, jakie to dobre i jaki za tym krył się TALENT - z tym się człowiek rodzi - podobnie jak z innymi gitarzystami z którymi się zetknąłem - Metheny, Ritenour, Scofield, Carlton, Meola, Abercrombie, Coryell. U nas Sygit w sumie nie miał na dobrą sprawę konkurencji - w drugiej połowie lat 70 brylowali Antymos i śp. Piwowar, był śp. Śmietana czy śp. Bliziński - hołdujący w sumie dość zachowawczej stylistyce, był później niedoceniany inny "Rysiek" Styła, był śp. Winicjusz Chróst. Od czasu do czasu błyszczał szalenie nierówny Paweł Ścierański brat sławniejszego Krzyśka.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ