Fish - Ryba prosto z kutra.

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3810
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Fish - Ryba prosto z kutra.

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/3587883 ... s-Hes-Fish


Warto czasem przypomnieć "klasykę" - postanowiłem założyć wątek poświęcony Fishowi - artysta bliski sercu zapewne wielu forumowiczów - nie tylko z rozrzewnieniem wspominający niezapomniane albumy i utwory ery z Marillion, wychowani na nocnych audycjach. Chciałbym zachęcić by spojrzeć na w sumie bogaty dorobek płytowy szkota w niebanalny i nieoczekiwany sposób. Nieliczni obok śp. Beksińskiego z uporem maniaka i z pasją zbierali i kupowali dosłownie wszystkie koncerty, bootlegi, a z biegiem lat uzbierało się tego całe mnóstwo. Tu trzeba niestety potwierdzić smutną prawdę, że występy bywały niezwykle spontaniczne, ale bywały niezwykle i zawstydzająco słabe np ten z płyty Tales From the Big Bus - na artrock.pl jest recenzja trafiająca idealnie w punkt, momentami amatorka, momentami totalna kompromitacja. Na szczęście są takie albumy jak np w/w - gdzie Fish & Company wspięli na niesamowite wyżyny. Chyba z najlepszego okresu - choć po latach lider w swój oryginalny sposób tłumaczył się, iż nadal "leczył kaca po Marillion" i musiało minąć kilka lat by wyswobodził z tego stylu i grał, tworzył juz inaczej. Lata temu miałem kopię zgraną z audycji radiowej i długo nie potrafiłem namierzyć jaki to bootleg i z jakiego występu. Opis jest nieścisły - Royal Centre Nottingham 92 - był nawet nadawany przez BBC lecz precyzyjniej jest że to 15 listopada 91 - więc minęła niedawno piękna rocznica - kolejny powód by po niego sięgnąć. Gdyby ktoś chciał najlepszy koncert, zagrany z pasją, wyczuciem, energią, fantazją, wciągając do zabawy publiczność - gdzie każdy z intrumentalistów daje z siebie wszystko - Beksiński mawiał z upodobaniem, że "muzycy od Fisha przy tych z Marilion wypadają jak cienie w pochmurny dzień" - później doprawdy różnie bywało - trochę lepiej, trochę gorzej - ale tu lider zebrał najlepszy dream team w solistycznej karierze - duet gitarzystów Boult / Usher, świetnie się uzupełniają, grają z ogniem i mimo wszystko przemycają i tworzą własny styl np w Credo, basista od Parsonsa, Pilot i Camel - świetny wokalista David Paton ( szkoda, że później panowie rozstali w nieprzyjemnych okolicznością prawie zahaczając o sąd ) i obdarzony niepowtarzalnym stylem, smakiem tym magicznym "touch" Mickey Simmonds ( Oldfield, potem Camel)- np jego barwy w Vigil czy Tongues. Niczego nie ujmując frontmanowi - jego niespotykanej charyzmie - to w sumie ci trzej panowie - Simmonds, Usher i Boult robili mu całą muzykę, komponowali itd. Koncert choć nie kompletny wciąga bez reszty - to najsmaczniejsza ryba w sosie własnym i wyrafinowanym smaku - na pewno wtedy o "pierwszej świeżości i prosto z kutra" :D


https://www22.zippyshare.com/v/S6qAGvbd/file.html
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3810
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

http://www.progarchives.com/album.asp?id=3846


Silnie z wcześniej wymienionym bootlegiem koresponduje i stanowi wielce wartościowe dopełnienie i potwierdzenie jak udana to była trasa - Back From Exile i w jak wysokiej formie nie tylko wokalnej ( co w późniejszych latach wcale nie było normą ) był lider ale cały zespół. Nie należały do odosobnionych głosy , który wskazywały - że być może Derek zrealizuje swój plan i "groźby", że zdeklasuje i skaże na niebyt swój macierzysty zespół - stanie tym czym stał po pójściu na swoje - Sting, Ferry, Gabriel czy Collins. Wtedy jeszcze nic nie było przesądzone - dawni koledzy z Marillion okazali długodystansowcami i zdecydowali na metodę drobnych kroczków i by dać nieograniczony kredyt zaufania początkowo różnie odbieranemu Hoggarthowi - opłaciło się. Kariera Fisha toczyła ze zmiennym szczęściem - nie obyło bez dramatycznych załamań w trakcie trasy Sunset of Empire - jaki wymowny tytuł ale i pod koniec lat 90 dawni koledzy przechodzili te same finansowe, biznesowe perturbacje - nawet fani przyszli z odsieczą tworząc m.in fundusz koncertowy by występy doszły w ogóle do skutku. Fish prawie zbankrutował - wydawnictwo Roadrunner uratowało muzyka wykupując jego katalog i wznawiając prawie wszystkie płyty łącznie z koncertami / bootlegami.


Ze starym Fishem z koncertów jest trochę jak z naszymi rodzimymi krajowymi smażalniami ryb - ktoś je z forum pamięta ? - te z lat 70 / 80 - sam je pamiętam z Kołobrzegu czy Świnoujścia - we wczesnych 90 nastąpił ich zmierzch - mniej czy bardziej zasłużony - biorąc choćby pod uwagę względy sanepidowskie :wink: . A ile ich było u mnie na Śląsku ? - te bary na dworcach PKP / PKS, w Katowicach, w Rudzie Śląskiej, na Wirku, w Chorzowie , w Bytomiu. Wtedy ten aromat mnie odrzucał i uciekałem jak najszybciej. Dziś oddałbym majątek by w cudowny sposób za sprawą wehikułu czasu się przenieść i tam udać i na papierowej tacce ociekającej tłuszczem ( nie najnowszej młodości i świeżości ) z kawałkiem suchego razowca spróbować kawałek. Czy to domena człowiek wiecznie niedojrzałego i tęskniącego jak mawiał śp. Doba - wiecznie za tym co w danym momencie nieosiągalne, co znamy, co przyniesie poczucie bezpieczeństwa ?, a może po latach doceniamy to co było autentycznie DOBRE ?. Jak mawiał w skeczu zanim stoczył w humor kloaczno-rynsztokowy Eddie Murphy - gdy zazdroszcząc bogatszym kolegom , którzy dzierżyli w łapach burgery z McDonalndsa - namówił mamę by mu kupiła - ona stwierdziła, że zrobi mu lepszy - utoczyła kulę z mielonego, cebuli, ogórka - usmażyła wpakowała między dwa wielkie kawałki chleba i wypchnęła na dwór do kolegów - ci pytali " skąd masz tego gniota ?" - on płacząc że mama mu zrobiła "za karę" a - a po latach gdy zatęsknił za atmosfera domową płakał do słuchawki - że mamooooo..... muszę cię odwiedzić bo się stęskniłem - a przy okazji zrób mi takiego burgera jak dawniej :D . Może ciut naciągane ale po latach wczesnego solowego Fisha trochę się tak odbiera - wtedy niektórzy kręcili nosem a dziś chcieliby by muzyk wrócił do tych klimatów i takiego grania.


Uncle Fish and the Crypt Creepers - przy okazji ktoś miał poczucie humoru i fantazję - smakuje właśnie jak naprawdę dobra rasowa ryba z dawnej smażalni - ten aromat, chrupiąca skórka i poczucie swojskości - nie przypadkiem muzyk kokietując fanów i nabijając z własnego pseudo - w późniejszych latach nazywał albumy koncertowe flagowymi daniami rybnymi - Sushi, Sashimi czy Bouliabaisse. To nie przypadek. Ten album koncertowy niegdyś w polskich sklepach za kosmiczne pieniądze - 80/90/100 zł - ja szczęśliwym trafem dostałem za ok 30 - gdy mój inny mentor ze sklepu płytowego w trakcie jego likwidacji postanowił mi go niemalże podarować. Świetna jakość dźwięku - doskonałe zgranie - napięcie nie siada ani na moment - muzycy zagrali wielce energetycznie z pasją, wiarą w umiejętności i soczyście - co również w późniejszych latach nie było regułą - by np wskazać nasz krajowy Krakow - jakby z panów uszło powietrze plus byle jaka produkcja. Fish jako niezrównany konferansjer czy mistrz ceremonii niezwykle poważnie podszedł do swoich scenicznych obowiązków - dźwięki i te trudniejsze łapie z łatwością i unika bełkotliwych trąceń - co w późniejszych latach na niektórych koncertach stało "przykrą" tradycją. Akompaniował mu niezrównany kolektyw - czuć dobrą atmosferę w zespole i każdy z chęcią dokładał swoje trzy grosze pozostając sobą. Utwory mają należyty cios, nie są grane topornie - ze swadą, zawadiacko, jak na szkockich rozrabiaków przystało nadal pozostając na heavy art rockowym gruncie.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3810
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

http://www.progarchives.com/album.asp?id=7027


https://ulozto.net/file/PtaQBg785DlA/fh3-94a-zip


Koncert bliski mojemu sercu. Mam do niego osobisty stosunek - swego czasu kupiłem oryginalnego kaseciaka bo na CD nie było mnie stać - zimowego wieczoru zanurkowałem w tą muzykę - wtedy nie znałem ani kawałka - nie licząc klasyki Marillion w ramach "medley" - co później miało stać się regułą na występach szkota. Wówczas recenzje pierwszego oficjalnego krążka live Fisha były niezwykle entuzjastyczne - że to dobry muzyczny portret - pewne muzyczne podsumowanie niezwykle owocnego pierwszego okresu - później bywało różnie - sam nie raz miałem wrażenie - że " do czorta - niezłe" i taki jest ten album - uosobienie najlepszego rockowego rzemiosła - i bez pejoratywnych skojarzeń - nie album wybitny, nie genialny, nie dobry , nie przełomowy - ale właśnie - podobnie jak gra towarzyszących muzyków - "niezły". Jak pisałem - że występy Fisha bywały niezwykle spontaniczne - podobnie jak jego forma wokalna - są momenty że lider wszystkie trudniejsze nuty i przejścia bierze bez wysiłku, lecz skupiony słuchacz gdy włoży słuchawki wyłapie momenty słabsze, że coś deklamuje bardziej niż śpiewa, pewne fragmenty traktuje niechlujnie, inne sprawiają mu trudności, inne chrypi czy odpuszcza - ale w porównaniu do lat późniejszych - to były nadal jego złote lata. Dziwią mnie kąśliwe recenzje tego albumu z ostatnich lat - przebija "odkrywcze" i szydercze hasło - Witamy na festiwalu czy w klubie Karaoke - syndrom "papugi" - jeden coś wymyśli i zaskrzeczy - inni mu wtórują. Owszem - na albumie słuchać wierną , oddaną publiczność - może bardziej wyznawców niż fanów z Utrechtu - wciągniętych do przedniej zabawy - Fish z maestrią nimi dyryguje i co rusz prowokuje i zachęca - "louder" - w Big Wedge, w Credo, flagowym Company. Lucky, klasyce Marillion - He Knows - doprawdy życzyłbym by inni artyści tak rozpalali gardła i dochowali wielce umuzykalnionej widowni - momentami fani robią za chórek - potężny chór dla Fisha. I taki jest ten album - spotkanie z przyjaciółmi. Pochodzi z trasy kontrowersyjnego Songs From the Mirror - to trochę podsumowanie, portret , migawka z tamego czasu ale i zapowiedź w jakim kierunku podąży nasz idol. Brzmienie zespołu - jest niezwykle sugestywne i soczyste - wielkie słowa uznania dla niedocenionego tandemu wioślarzy - Boult / Usher. Dziś bardziej z perspektywy niż dawniej widać w jak trudnej czy niewdzięcznej roli się znaleźli - wytykano że ustępują inwencją Rothery`emu - ale on był unikatowy - mogli kopiować wiernie jego solówki - źle - bo uznano to za plagiat - lub grać po swojemu - też źle bo ustępowali mistrzowi. Podoba mi się się solidarnie się wspierali na żywo i uczciwie dzielili partiami - nikt nie jest w cieniu - każdy ma chwilę by zabłysnąć - narażę purystom Marillion ale np wersja Last Straw z tego koncertu w niczym jeśli chodzi o pomysły, ekspresję i żar - nie ustępuje pierwotnej - dla mnie jedna z najlepszych. Fish nadal miał wierną kompanię - trio - Usher / Boult / Paton - niestety Simmondsa zastąpił Foss Patterson - ten sam który uratował trasę Camel - Harbour ( by potem stwierdzić - "nigdy więcej" ) ale i ten zaprezentował arcy ciekawie - ma swój styl, swoje barwy i nie chowa w cieniu. Dużo miejsca zajmują "covery" z Songs from the Mirror - wszystkie w wersjach całkiem przekonujących przefiltrowane przez osobowość i styl wokalny Fisha - do tego stopnia, że sprawiają wręcz wrażenie JEGO piosenek - szczególnie rozbujany Boston Tea Party i Hold Your Head Up - wokalista co rusz zachęca rozochoconą publiczność do zabawy - przed Jeepster ( zagrany niestety ciut za bardzo w stylu rockabilly i grupy The Band ) wymyśla niby "nowy" taniec - Harold i prowokuje by audytorium dało się ponieść. Nie mgło zabraknąć chyba najlepszego utworu solowego Fisha - dedykowany ówczesnej żonie - rockowa ballada wszech czasów - Cliche - znów mają okazję pokazać lwi pazur gitarzyści. Taki jest ten album - jak tytułowe "sushi" - ryba surowa, czasem danie ma w sobie niespodziankę - np fajnie zagrane mało znane Poets Moon, niekiedy trzeba dłużej porzuć by docenić kunszt szefa kuchni, czasem coś wejdzie między zęby, czasem coś nam umknie, lecz całość jest niezwykle świeża - to też zaleta albumu - bardzo świeże dynamiczne brzmienie - później bywało różnie , często gorzej, lider miał problem z "dostawą świeżego towaru".
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3810
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Fish - Ryba prosto z kutra.

Post autor: Inkwizytor »

Fish zapowiada pożegnalną trasę ( lub pierwszą z serii pożegnalnych :wink: ) - Road to The Isles 2024/2025 - w jej ramach zagra 4 koncerty w Polsce, zapowiada ciekawa set lista - plakat bardzo stylowy.

https://artrock.pl/aktualnosci/12963/po ... olsce.html
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Monstrualny Talerz
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4018
Rejestracja: 24.05.2017, 10:29

Re: Fish - Ryba prosto z kutra.

Post autor: Monstrualny Talerz »

Inkwizytor pisze: 31.01.2024, 13:22 Fish zapowiada pożegnalną trasę
Wydaje mi się, że ja to już słyszałem jakieś piętnaście razy....
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3810
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Fish - Ryba prosto z kutra.

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=JlR3e3tCKPk


Fajny koncert - to już 30 lat - ciekawostka i rarytas... o ile się jest fanem Fisha czy takiej nieco nasiąkniętej AOR`em stylistyki. Fish cenił ten okres ( z wyjątkiem strony czysto biznesowej - czemu dawał wyraz w tekstach coraz bardziej ociekających jadem do wytwórni, managerów, prawników czyli "białych kołnierzyków" ) - według jego słów - album Suits to najlepsza rzecz jaką stworzył, najlepsze teksty jakie kiedykolwiek napisał a muzycznie przewyższa wszystkie dawne jego płyty, również te z Marillion czy współczesnego (wtedy) Marillion - niestety odrobinę wyśmiano go za te buńczuczne deklaracje. Suits miał być też definitywnie "tym" właściwym albumem, kiedy już wyleczył się jak to określił " za kaca-po-marillion". Fani w znacznej części jeszcze jego słowa brali za dobrą monetę ale dla istotnej części a ta z biegiem lat rosła - poczuli rozczarowani zbyt "popowym" kierunkiem i powoli oswajano z faktem, że ich dawny idol się wypala i "niknie za horyzontem". Wtedy miał niezły skład - duet zdolnych gitarzystów - Boult / Usher ( choć jak mawiał guru Beksiński - byli w porównaniu do Rothery "jak cienie w pochmurny dzień) , słynny szkocki basista i wokalista od Parsonsa ( i nie tylko ) David Paton, młodziutki Dave Stewart ( ale nie TEN Stewart ani nie ten DRUGI - czyli nie Eurythmics oraz nie Egg/Hatfield/Health ) a Simmondsa na klawiszach zastąpił sympatyczny kolejny Szkot - Foss Patterson - dwóch ostatnich za parę lat uratuje całe przedsięwzięcie "za pięć 12" i będzie się dwoiło/ troiło i dziesięcioiło w Camel na trasie Harbour of Tears.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ