Jazz i okolice

Forum podstawowe.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Bednaar
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 6758
Rejestracja: 11.04.2007, 08:36
Lokalizacja: Łódź

Re: Jazz i okolice

Post autor: Bednaar »

Skromnie napiszę, że w przypadku dwóch pierwszych płyt Moncoura słychać rozwój tego puzonisty - Some Other Stuff wydaje się płytą dojrzalszą na tle bardziej (moim zdaniem) spontanicznego Evolution. Ale to tylko takie moje proste wynurzenia.
vertical_invader
Awatar użytkownika
jay.dee
singel analogowy
Posty: 308
Rejestracja: 15.08.2016, 19:31
Lokalizacja: Barcelona

Re: Jazz i okolice

Post autor: jay.dee »

W mojej ocenie Some Other Stuff (nagrana 1964.07.06, czyli dokładnie w środku opisywanego okresu) jest krokiem w nieco innym kierunku, bardziej free - mniej klimatu (brak Hutchersona jest odczuwalny). Na dobrą sprawę jedynie otwierający album "Gnostic" nawiązuje atmosferą do poprzedniej płyty.

Co ciekawe, pewien powrót do estetyki Evolution daje się zaobserwować na zagranym niecały rok później (1965.03.28) koncercie w Village Gate, którego fragmenty ukazały się na składance The New Wave in Jazz.

Obrazek

Półgodzinny set Moncura z Hutchersonem, McBee i Harrisem z pewnością przypadnie do gustu wszystkim wielbicielom puzonisty i nieokreślenie snującego się blunołtowego klimatu z omawianych płyt.

https://www.youtube.com/watch?v=xW9MKFKGpKM&t=2571s
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4015
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Jazz i okolice

Post autor: esforty »

jay.dee pisze: 08.02.2024, 21:41 ...
Co ciekawe, pewien powrót do estetyki Evolution daje się zaobserwować na zagranym niecały rok później (1965.03.28) koncercie w Village Gate, którego fragmenty ukazały się na składance The New Wave in Jazz.
...
Zatem, potwierdza się, iż meandrowanie wokół zmian jest lepszym określeniem, niż że wszyscy mieli wytyczony, kierunek przeobrażeń.

Obrazek
Anthony Williams - Life Time 1964


Obrazek
Anthony Williams - Spring 1966

Obie daty wydania za discgos.
Dlaczego nie będę rozważał kolejnej, tego Artysty, to zainteresowani dobrze wiedzą. Pozostałym musi wystarczyć :wink: info, że już nie Anthony, a The Tony Williams Lifetime. A to najmniejsza ze zmian.
Ten, ledwie, osiemnastolatek nagrywa autorski debiut w szacownej oficynie jazzowej. Za sobą ma udział w kilkunastu sesjach, które z czasem będą tylko zyskiwać na znaczeniu. Czy zatem jest największym/najważniejszym perkusistą swoich czasów(?!)
Czy może jednak, jak chce John Coltrane, jest, grający z nim Elvin Jones, a może Roy Haynes, będący szalenie zapracowanym muzykiem. Są jeszcze Art Blakey o ustalonej reputacji, czy pnący się ku szczytom Buddy Rich?
Poprzestanę na tych nazwiskach, chociaż jeszcze z pięciu panom, należało by się, ich wymienienie.
Anthony Williams to talent nie do podważenia i nie obarczony nawykami z grania form stygnących. Mający o wiele więcej do zaoferowania niż ambicję młodego muzyka. Potrafiący się rozeznać w potrzebach tych, co go do studia zaprosili i nie dryfujący na własnym kabotyństwie (chociaż jak poczytać, to drobne złośliwości, nie były mu obce).
Powyższe dwa, trzy zdania, dotknięte nieco, hagiograficzną nutą, głównie po to, że pasują do mojej konstrukcji wypowiedzi i dają pewien opis wydarzeń muzycznych na obu wydawnictwach.
Spring to płyta, którą poznałem w tym tygodniu, co może zdumiewać bo <<bluenotowski> debiut od wielu lat na półce. Świetne są tu otwierający Extras i wieńczący wydawnictwo Tee. Pomiędzy jest hmm... mniej odwagi(?), choć nie ma wątpliwości, że stosem pacierzowym jest granie ad libitum i spodziewana przez autora materiału, inwencja improwizatorska starszych kolegów, zachodzi. Za to, odnoszę wrażenie, że
Williams , jest liderem nie tylko z nominacji ale faktycznym, rozciąga frazy ale i skraca (Love Song, Tee).
Zasadniczo, to samo da się napisać o Life Time, dodając jeszcze atrybut znaczącej przejrzystej gry Williamsa. Tu nie ma tego "brudu", który wypełni Emergency! Volume One.
A ważną cechą różniącą te płyty, myślę, jest pewna estetyczna zwartość Spring, kiedy album z 64, jest jakby wejściem do pokoju, do którego wstawiono meble nie od kompletu :wink:
W moim odczuciu obie mają podobny kierunek, jak to, celnie, określa jay.dee - out (autowy). Obie są bardzo dobre.
Wolę jednak, Life Time, za ten <meblarski płodozmian>, za wyczucie poziomu napięcia w Memory i za trafną rezygnację z udziału w kończącym Barb's Song To The Wizard.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Awatar użytkownika
jay.dee
singel analogowy
Posty: 308
Rejestracja: 15.08.2016, 19:31
Lokalizacja: Barcelona

Re: Jazz i okolice

Post autor: jay.dee »

esforty pisze: 05.02.2024, 11:11Założyłem sobie odsłuchy wskazanych [...] tytułów w pewnym porządku
Tak przy okazji słuchania w porządku, to polecam nie sugerowanie się porządkiem wydawniczym, a podążanie sekwencją dat nagrań:

https://en.wikipedia.org/wiki/Wayne_Shorter_discography
https://en.wikipedia.org/wiki/Andrew_Hi ... iscography
https://en.wikipedia.org/wiki/Bobby_Hut ... iscography
https://en.wikipedia.org/wiki/Sam_River ... iscography
https://en.wikipedia.org/wiki/Jackie_McLean#Discography

Blue Note często trzymało znakomity materiał przez kilka(naście) lat na półce, zatem nie warto sugerować się kaprysami włodarzy wydawnictwa, a skoncentrować się na ścieżce rozwoju każdego artysty.
Ostatnio zmieniony 12.02.2024, 20:42 przez jay.dee, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
akond
longplay
Posty: 1308
Rejestracja: 04.09.2020, 13:09
Lokalizacja: Wrocław

Re: Jazz i okolice

Post autor: akond »

Jeszcze bardziej pomocna może być ta znakomita witryna, a w szczególności sekcja List of sessions by recorded date & location:
https://www.jazzdisco.org/blue-note-records/
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4015
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Jazz i okolice

Post autor: esforty »

Dziękuję Wam!
Jakkolwiek "praktyka" jest mi znana, to nie brałem takiej możliwości, tymczasem, pod uwagę.
Zrządzeniem losu, moje wpisy w temacie, nie naruszyły chronologii sesji. Ale będę pamiętał, żeby trzymać się dat sesji a nie tylko wydań.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Awatar użytkownika
Bednaar
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 6758
Rejestracja: 11.04.2007, 08:36
Lokalizacja: Łódź

Re: Jazz i okolice

Post autor: Bednaar »

Również dziękuję, mnie ostatnio trochę CD Blue Note przybyło, a to jeszcze nie koniec.
vertical_invader
Awatar użytkownika
jay.dee
singel analogowy
Posty: 308
Rejestracja: 15.08.2016, 19:31
Lokalizacja: Barcelona

Re: Jazz i okolice

Post autor: jay.dee »

"Blue Note: Uncompromising Expression"

Obrazek
Blue Note was founded in 1939 by Alfred Lion, the son of a Jewish architect who settled in New York in 1933 after fleeing from the capital of the Third Reich. Lion slept rough at first in Central Park, and when he could afford to rent a room immediately installed a Victrola gramophone to play the jazz records he bought on excursions uptown to Harlem. [...]

Lion became an “evangelist” for America’s home-grown music, with jazz as his gospel. Among the bands he recorded was Art Blakey’s Jazz Messengers, who adapted the “funky church stuff” of black religion to preach on behalf of the blues. Another Blue Note pianist offered a mystical revelation: Lion regarded Thelonious Monk as “the holy grail of jazz”, and said he was proud to be “the first to put his radical and unorthodox ideas on wax”, which makes it sound as if recording was a way of trapping spirit in material form. Like the pianist Andrew Hill, Havers enrols Monk’s later followers in a holy order that Hill himself punningly entitled the New Monastery. Many Blue Note musicians played at a triangular den in downtown New York called the Village Vanguard; with the same sense of jazz as a sacred calling, the pianist Jason Moran has called it “the place where Mohammed and Moses and Jesus walked!”

Monk considered all musicians to be “subconsciously mathematicians”, and Lion was proud of Blue Note’s intellectualism. Cecil Taylor’s first album for Blue Note was entitled Unit Structures, and presented itself as an experiment in Einsteinian physics, with “time measurement as isolated matter abstracted from mind”: no matter how syncopated your steps are, it’s hard to dance or even tap your feet to a demonstration of the relativity theory. An album led by the percussionist Tony Williams drummed out a more metaphysical plaint. The liner notes claimed that Williams’s timpani, woodblocks, maracas and triangle made audible a cosmic uproar: “Everything which the universe has given life has a right to that life and a right to propel into that life all the values it can.”
https://www.theguardian.com/books/2014/ ... ard-havers
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4015
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Jazz i okolice

Post autor: esforty »

Obrazek
Bobby Hutcherson - The Kicker 1999

Obrazek
Bobby Hutcherson - Dialogue 1965

Obrazek
Bobby Hutcherson - Components 1966


The Kicker, rzeczywisty debiut (nagrania z 63), celnie myślę, przetrzymany przez dyrekcję BN, bo wskazywał ślepe przywiązywanie do jazzu mijającego (chociaż podobno, Bobby myślał do przodu) i łatwo było przeoczyć takiego muzyka, przez publiczność patrzącą w przyszłość. Zatem przysługa :!:
Jaka jest ta płyta?
Trywialne pytanie, trochę jak, stojąc u podnóża Mount Rushmore, zastanawiać się co jest na pierwszym planie :wink:
Za to okładkowe zdjęcie pokazuje Go z czterema pałeczkami, kiedy na Dialogue, z dwiema, co wskazywało by na warsztatowy regres (gruby fałsz). Pewnie jest tak, że pomysł na okładkę, zmienił się po latach albo... te cztery pałeczki miałyby być (jedynym) synonimem nowego (?).

Dialogue to płyta, którą zna każdy mieszkaniec mojego miasta... tu się udzielający... i uznający tę, za kamień milowy w nurcie oraz, oczywistą wizytówkę, Hutchersona. Dodam, lekko zmieszany, że sam do <wczoraj> wyrażałem się o Dialogue z ostrożnym entuzjazmem, a obecnie, pozbywanie się przymiotnika <ostrożny> przychodzi z łatwością. Powzięta perspektywa, przyniosła taką zmianę.
Warto podkreślić, iż Hutcherson podpisując się jako lider, nie był autorem żadnej kompozycji. To zadanie rozdzielili między siebie seszynmeni: Andrew Hill i Joe Chambers, ale dla mniej wyrobionego (czyli też dla mnie) rezultat tej współpracy brzmi jednorodnie. W ten <niespokojny jazz> ingeruje Bobby ze swoim wibrafonem, który, wiemy, ma bardzo melodyjną barwę. Ale to nie jakieś <mizianie> , tylko konkretna gra z pasją, ze świadomością warsztatowej biegłości i wyczucia nowej formy. Imponujące!
Jeszcze coś, doskonale w zamysł wydawnictwa, wpisuje się Freddie Hubbard.

Kolejna płyta, z 66 nie ma już tej siły rażenia, nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku ujmy nie przynosi. Pokazuje jednak, że owym czasie muzyk miał też ograniczenia. Pierwszą stronę analoga zapełniają kompozycje Hutchersona, takie... hmm... nie zamaszyste. Little B's Poem, to mogłaby być, oprawą filmu instruktażowego (made in WFO) o azotynach i azotanach w przemyśle mięsnym (w nawiązaniu do spraw bieżących) :wink: . Lepiej wypada West 22nd Street Theme z bluesowym korzeniem. Kiedy płytę przełożyć na drugą stronę, to ta pierwsza zostaje w tyle... diametralnie zmienia się poziom przekazu.
Tyle że to, według mnie, tez nie jest jazz porywający, nawet jeśli <dalekowzroczny>. Ponarzekałbym też na Hancocka (szczególnie w kontekście pianistyki z Dialogue), ale zapewne, mam jakieś osobiste uprzedzenia :oops:.
Za to ta druga strona, pokazuje bogactwo pomysłów i urodę brzmień, wykluczająca nudę w wykonaniu Bobby'ego Hutchersona.
Na koniec tej wypowiedzi wypada stwierdzić/potwierdzić, iż muzyk lepiej odnajduje się w cudzym materiale i rzucając (sobie :oops: ) pomocniczą linę metafory, można podeprzeć się tą z literatury:
Niekiedy w książkach, więcej jest z tłumacza niż z autora.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4015
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Jazz i okolice

Post autor: esforty »

Obrazeke
Jackie McLean – One Step Beyond 1964

Obrazek
Jackie McLean – Destination... Out! 1964

Obrazek
Jackie McLean – It's Time! 1965

Kiedy kolega Bednaar, wspomniał w swoim wpisie o pewnym <zaniedbaniu>, wobec fonograficznych dokonań Muzyka, uświadomiłem sobie, że i ja mogę obarczyć się, zarzutem podobnym. Niby, pamiętam o tnącym powietrze alcie w mingusowym Pithecanthropus Erectus i że swoim udziałem w sesji przyczynia się do zwiastowania zmian estetycznych w kolejnej dekadzie. Ale o tym pamięta, każdy (?).
I nie wolno, Muzykowi imputować, iż na płycie z 56 roku miał, li tylko, <kelnerski> wkład, bo... zjawisko porzucania, przez niego, cech hard-bopowej estetyki, nieźle słychać na Let Freedom Ring z 63-ego, już!
Skupiając na pierwszej z reprodukowanych okładek, czyli One Step Beyond (poznanej kilka dni temu :oops: ), słychać jednokierunkowość zmian estetycznych (tymczasem). Przechodząc z Prestige do Blue Note (bodaj, 59) zyskuje nie tylko finansowo (Blue Note, płaci za czas prób, min. kiedy poprzednia oficyna, nie rozpoznawała takiej wartości) ale także i przede wszystkim: swobodę wyboru artystycznego, księgowi nie pętają się pod taboretami, na których siadają seszynmeni.
Gra McLeana potrafi być i energetyczna, mocno z przodu i potrafi (też) zejść na drugi plan. Pokazują się modalne struktury, choć tymczasem, bez rozmachu z płyt Hilla i Dolphy'ego. Wyzbycie się pianisty i zastąpienie go Hutchersonem, to z jednej strony, trzeźwy osąd: że w zasięgu jest Artysta o znacznym potencjale, ale też odważny ruch stylistyczny jako wyjście poza klasyczny skład hard-bopowych zespołów.
Dla mnie, kimś kto w tej sesji, kradnie spektakl, jest Anthony Williams. Wspominaliśmy już o tendencji grania przestrzennego i czystego, tu jest to, mam wrażenie, walor istotny. Przy okazji - można dojść do wniosku, iż Jackie McLean, ma <nosa> do perkusistów i na wiele im pozwala. Poprzedniczka Let Freedom Ring, z bębniącym Billym Higginsem, uwiarygadnia ten pogląd.
Destination... Out! , w powszechnym odczuciu sympatyków jazzu, uważana jest za ową <chwilę w Słońcu>, za <taniec derwisza> Saksofonisty.
Owszem, utrzymujemy się w podobnym rejestrze estetycznym i wykonawczym. Ballada Love And Hate, otwierająca wydawnictwo, może zachwycić, nie jest jedynie zgrabnie odegranym tematem, jest tu jakaś podskórna innowacyjność (Grachan Moncur III) .
Jednak kolejne nie tak prowokacyjne, jakby trzymały się rejestrów hard-bopu silniej, a aspiracje lekko się rozwiały. Więcej tu rozproszeń niż kulminacji, choć aury sprawdzianu z gotowości do przepływania na nowe wody, Artysta nie oblewa (sic! tautologia się zakrada :oops: ).
Oczywiście to subiektywne spojrzenie o płycie, którą poznałem kiedyś, ale jakoś, ze mną nie została i może stąd dystans wobec innych płyt McLeana.
Niesłusznie(!) bo kolejna It's Time! intryguje, może nawet bardziej niż One Step Beyond.
To wydawnictwo odczytuję, jako spojrzenie za siebie. Jakby nie dysponując nadmiarem pomysłów, dozbroił się, możliwością efektownej realizacji tych, które do studia przyniósł. Tym razem muzyka nie balansuje na pograniczu hard i post-bopu. Za to dzięki wykonawstwu, materiał staje się barwniejszy i ciekawszy, chociażby przez ilość utrwalonych pozycji. Charles Tolliver, bodaj debiutujący fonograficznie w studyjnym wariancie, spełnia się w partnerskim uścisku dętych. Przerzucanie się muzycznymi pomysłami tych dwu, to walor niepodważalny. Za to bez "gwiazdorzenia", McLean, całość trzyma w ryzach.
W farmacji istnieje zjawisko off-label, dotyczy użycia specyfików na inną dolegliwość, niż na tą, na którą został specyfik zarejestrowany, z dobrym skutkiem.
It's Time! to hard-bopowe wydawnictwo, świetnie odnajdujące się świecie post-bopowej rzeczywistości :wink: .
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Awatar użytkownika
jay.dee
singel analogowy
Posty: 308
Rejestracja: 15.08.2016, 19:31
Lokalizacja: Barcelona

Re: Jazz i okolice

Post autor: jay.dee »

Ciekawe spostrzeżenia. Myślę, że w przypadku Andrew Hilla i Wayne Shortera warto będzie rozszerzyć horyzont wydarzeń do dwóch płyt wstecz i naprzód.
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4015
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Jazz i okolice

Post autor: esforty »

Niby zdawkowo, bardziej niż kolejnych, ale tego Shortera, "już potraktowałem". Nie specjalnie mam ochotę to rozwinąć, może Ktoś inny, włączy się w tę dygresję o Blue Note z pierwszej połowy lat 60-tych.
Ale ten Hill to daje mi ostatnich dniach tyyyyle satysfakcji :) :)
Owszem znałem Jego płyty, ale nie pałałem. Zmiana jest kardynalna, postawiłem na półce trzy wydawnictwa, podpisane przez Andrew Hilla i dalej się rozglądam...
Po odkryciu, dla siebie, Tapscotta (wiem, iż to ktoś więcej niż pianista), to kolejny Artysta, uświadamiający, że nie samym Tynerem, świat jazzowy oddychał...
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Awatar użytkownika
akond
longplay
Posty: 1308
Rejestracja: 04.09.2020, 13:09
Lokalizacja: Wrocław

Re: Jazz i okolice

Post autor: akond »

esforty pisze: 07.03.2024, 07:49 Ale ten Hill to daje mi ostatnich dniach tyyyyle satysfakcji :) :)
Owszem znałem Jego płyty, ale nie pałałem. Zmiana jest kardynalna, postawiłem na półce trzy wydawnictwa, podpisane przez Andrew Hilla i dalej się rozglądam...
I tu śmiało możesz wykroczyć daleko poza dekadę bazową:
akond pisze: 24.09.2020, 14:40 Hill, Andrew - Dusk
Gdy już niemal wszyscy zdążyli zapomnieć o gigancie awangardy Blue Note, ten powrócił w wielkim stylu, choć do niewielkiej wytwórni (Palmetto). Wytrawny album, nagrany w sekstecie m.in. z Billy Drummondem i Marty Ehrlichem. Dźwięki kontrabasu rozpoczynające płytę do dziś wywołują u mnie ciarki na plecach.
Dobromir pisze: 03.01.2021, 17:46 95. Hill, Andrew - Dusk 62 pkt (MirekK 22/akond 40)
Awatar użytkownika
Maciek
box
Posty: 8813
Rejestracja: 15.04.2007, 02:31

Re: Jazz i okolice

Post autor: Maciek »

O, to ja też biorę się do nadrabiania zaległości. Dzięki, akondzie.
Dodatkowo zainteresował mnie fragment jednej z internetowych recenzji Dusk:

I’ve heard a fair few Polish jazz albums that sound American - well, here’s an American jazz album that sounds Polish.
Adoptuj, adaptuj i ulepszaj.
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4015
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Jazz i okolice

Post autor: esforty »

Obrazek
Andrew Hill - Black Fire 1964, nagrana 09.11.1963

Obrazek
Andrew Hill - Smock Stack 1966, nagrana 13.12.1963

Obrazek
Andrew Hill - Judgement!1964, nagrana 08.01.1964

Obrazek
Andrew Hill - Point Of Departure 1965, nagrana 21.03.1964

Obrazek
Andrew Hill - Andrew!!! 1968, nagrana 25.06.1964


Sugestia Wasza by Andrew Hilla, obejrzeć/obsłuchać z szerszej perspektywy, po wniknięciu w bluenotowskie dokonania Artysty z pierwszej poł. lat 60-tych staje się wręcz koniecznością.
Pięć płyt w siedem miesięcy(!) to przecież wyczyn, tym bardziej że to nie jakieś bezładna przebieżka po klawiaturze, a artystyczny konkret, a ze dwa razy kamień milowy w estetyce.
Nadto, moje dotychczasowe spojrzenie na Hilla, zmutowało w fascynację i zamierzam dokupić sobie jeszcze kilka Jego tytułów (tymczasem trzy), czym zrównoważę nad obecność trębaczy na półce.
W oficynie Blue Note, Andrew Hill debiutuje albumem Black Fire. To kwartet z perkusistą Royem Haynesem, basistą Richardem Davisem oraz saksofonistą Joe Hendersonem, który sprawia wrażenie nie pełnoetatowego seszynmena (jakby to on najczęściej wychodził ze studia po kanapki :wink: ), chociaż na końcu to jednak, tylko wrażenie. Jest siedem kompozycji, wszystkie Hilla, o porównywalnej sile rażenia. Może, lekko odstaje, krótsza ballada McNeil Island.
Piszący uważa, jednak, iż otwierający Pumpkin i kolejny Subterfuge to dwa showstoppery wydawnictwa. Stosem pacierzowym jest hard-bop, ale to nie <żelazny uścisk>. Można powiedzieć, iż negocjuje się znaczenie definicji opisującej pierwsze skojarzenie gatunkowe. Ważne, że nic nie dzieje się w jednej warstwie, lecz w punkcie przełamania i nie ma mowy o jednoznaczności hard lub post. W sieci, słusznie myślę, wskazuje się istotność wydawnictwa jako debiut brawurowy.
Aha! Z melodii to Land of Nod (przy okazji, basowy wtręt mięsisty, nad wyraz), zostaje zacytowany w utworze Palladium WR na płycie Heavy Weather.

Miesiąc później Hill wchodzi do studia, zamieniając Hendersona na drugiego basistę Eddiego Khana, nagrywając Smoke Stack. Sporo piszących o płycie wykazuje zdezorientowanie wobec okładki. Zgodnie z tytułem, chcieliby jakiegoś dymiącego komina na tejże, zupełnie zapominając, iż Smoke Stack to marka porządnej whisky, a pomieszczony na płycie Wailing Wall (bardzo dobry) silnie kojarzy się z pomrocznością jasną.
To kwartet osobliwy z perkusistą, dwoma basistami i Hillem, już tak, bezlitośnie, meandrującym w modalnych anturażach, mających odniesienie do… ja nie mam, specjalnych, inklinacji do Cecila Taylora, ale właśnie to nazwisko, wskazują piszący o płycie. Wobec poprzedniczki słychać pewną dezynwolturę wobec harmonii.
To już jest inny świat, to miejsce częściowego ignorowania, wręcz unikania melodii i trzeba odrobiny wysiłku by się polubić z takim podejściem. Pewnie dlatego Blue Note, przetrzymała materiał do 66, nie wierząc w sukces, albo wierząc, że z Hilla da się wyciągnąć więcej, tylko trzeba Go ośmielić.
Dla porządku: kierunek zmian wskazuje przechodzenie w post – bopowy styl, bezwzględnie.

I w zasadzie, w kolejnym miesiącu (01.64), pianiście ustawia się sesję następną. Wiedzieli(?) że taka presja przyniesie rezultat oczekiwany, albo Alfred Lion nie mógł się doczekać muzycznego hołdu, który rzeczywiście, zostaje złożony na Judgement! pod nr. 4 Alfred.
Uważam, że to jedna z lepszych prac na płycie. Elvin Jonespozbawiony pałek, dostaje miotełki i charakter płyty zmienia się diametralnie (pamiętamy Ballads, Coltrane’a?). Detaliczna gra Hilla, ale bardziej nawet, R. Davisa przenosi nas w awangardową estetykę, przy czym to awangarda z impresjonistycznym wkładem.
No i otwierający płytę Siete Ocho, rzecz niosąca cały album, ku górze. Pokuszę się nawet o refleksję: być może, Ci, którzy poznali wcześniej Point Of Departure, a z Judgement! wchodzą w pierwszą relację, gotowi zadawać pytanie: dlaczego to Judgement!, właśnie, nie została namaszczona na <okręt flagowy> Hilla.
Niestety, -stety reszta materiału, delikatnie, ale jednak sfruwa w rejony, które odważnie opuszczał Smoke Stack.
Przyjmując winylową wykładnię, druga strona płyty jest lepsza. Ten Elvin Jones wydaje się być najlepszym partnerem dla pianisty autoramentu Andrew Hill ( i piszę to ja, osoba z poważnym zużyciem kolan, od klęczenia przed Tynerem). Jego nie przeciągane, silne sola perkusji, dokładają tej muzyce męskości. Bardzo dobry jest też R. Davis, słychać to porozumienie z liderem. O Hutchersonie wypada wspomnieć, że jeśli gra Jego w sesji jest bez zarzutu, to najlepsze co ma do pokazania, zachował na płyty ze swoim nazwiskiem na początku.

Punktem odniesienia, który zaproponował jae.dee dla pianisty jest Point Of Departure. Jeśli wobec powyżej pomieszczonych tytułów, hierarchizowanie ich, obarczone jest pewnym ryzykiem, tak, płyta nagrywana w marcu 64, czyni z Andrew Hilla, muzyka najwyższego formatu.
Muzyka jest gęsta niezwykle, intensywna. Na swój sposób nowe podejście, trzy deciaki to dotychczas niespotykany rozmach.
Zatem zmiany!
A zmiany to ruch, nowe wyzwania. Nikt nigdy nie dowiedziałby się o swoich możliwościach, talentach i o tym, na co go naprawdę stać, bez wyzwań i zmian. Zmiany to zawsze ryzyko, trzeba je tylko umieć wykorzystać. Bez zmian pozostaje autorstwo całego materiału, Hill, raczej, z trudem wchodził kompromisy i przyjmował inny od swego punkt widzenia. W tym, czasem, upatruje się, relatywnie, niewielki dorobek jako muzyka zapraszanego na sesje innych.
W sieci jest spora ilość analiz tej płyty, pisanie o niej w podobnym tonie, w moim wykonaniu nie wniesie nic nowego, jeśli, co gorsze, nie rozśmieszy czytelnika potencjalnego.
Wtrącę, wobec tego jedynie, że po trzecim okrążeniu, ciurkiem:
-nie dotarłem do jednego słabego punktu(!);
- że zachodzę w głowę jak Kenny Dorham, hard-bopowiec do szpiku kości, został przekonany do porzucenia stref komfortu i niczym wyścigowy chart, włączał się w bieg z Dolphym czy Hendersonem, a narzucone sobie tempa nie wykluczały precyzji;
- Point Of Departure jest jak miód, nie ma terminu ważności ( w tym miesiącu osiąga 60-tkę), a rozpoznawana nowoczesność to nie tylko symptom konwencji, ale także- a może przede wszystkim- stosunek do muzycznego rzemiosła, wznioślej, artystycznej roboty.

Uśmiechnięty na okładce Andrew coś sugeruje? Decydenci Blue Note, mając(słuszne?) przeświadczenie, że zarejestrowane dotychczas sesje to nie materiał,
który będzie się sprzedawał niczym… maczety w przystadionowych butikach, lub łagodniej… niczym powieść Wildsteina (przecenioną, a jakże), przekonali Artystę do artystycznego kompromisu? Błąd!
Owszem album Andrew!!!, to mniej błyskotliwy wyczyn seszynmenów, ale nie samego autora.
Na rozpoznawalności wydawnictwa, zaciążył fakt, że po pierwszym wydaniu w 68 i jednej reedycji w 70, kolejna edycja (CD tym razem to 2005 rok, dopiero). Tym samym płyta nie mogła dostąpić większej rozpoznawalności. A jeszcze arcydzielne Compulsion z 67 utrudniało docenienie właściwe, sesji z czerwca 64.
W każdym razie, zasięg stylistyczny zamierzenia pozostaje, bezsprzecznie, w domenie post-bopu. Hill pianista nie wydaje się być zagubionym w drodze. Posługuje się instrumentem, wsłuchując się, szczególniej, w jego dźwięk, bardziej niż rytm, harmonię(czyżby,casus Smock Stack).
Frazy improwizacyjne, ekspresję biorą z techniki. Ta wyznacza kulminacje, tworzy poszczególne „impresje” czy „ilustracje”.
Napisałem, że to mniej błyskotliwe granie sesyjnych, ale tylko w relacji do Point Of Departure, jak sądzę.
Bo przecież delikatność Hutchersona w inteligentny sposób, trochę niepostrzeżenie, wychodzi na plan pierwszy, czego kontrapunktem jest sound saksofonu Johna Gilmore’a, twardy, kamienny, a co całość czyni intrygującym pokazem synergii.


Na tym samym, jednym tchu co powyższe, wpadałoby omówić Compulsion ale… przyjęliśmy zasadę, o decydującej roli dat sesji, a nie wydań i szczęśliwiej dla mnie, mogę uchylić się od kolejnej wspinaczki po wzniosłe przymiotniki, by dotknąć, materii dokonań Andrew Hilla.
Ten stał się moim muzycznym odkryciem, może nawet, całego roku. Dowód na skuteczność niespiesznych i uważnych odsłuchów.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
ODPOWIEDZ