GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Oleeks
singel analogowy
Posty: 353
Rejestracja: 05.04.2015, 18:24
Lokalizacja: Szczecin

Post autor: Oleeks »

Czy są jakieś godne polecenia koncerty z lat 85-88? Jeszcze pół roku temu zdarzało mi się psioczyć na te lata osiemdziesiąte, ale teraz odpalam sobie koncerty z 1989 z wielką, wielką przyjemnością. Nadal jednak mało wiem o latach wcześniejszych.
Awatar użytkownika
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4162
Rejestracja: 31.08.2008, 22:00
Lokalizacja: Opole
Kontakt:

Post autor: greg66 »

Z pewnością są :)
Może w weekend będę miał więcej czasu to coś napiszę, teraz dziś słuchany 21.06.80 od początku zaskakują, od pierwszych taktów Sugaree z dziwną solówką Garcii a na dodatek Space z głosami (popisami wokalnymi Weira bliższymi wyciu wilków).
08.IV.85 to jest odlotowe show. Pierwszy set jest niesamowity z zaskakujących coverów Ain't Supertitious, Revolution i In the Midnight Hour pierwszy raz zagrany od 1971 roku (bodajże).
Awatar użytkownika
Oleeks
singel analogowy
Posty: 353
Rejestracja: 05.04.2015, 18:24
Lokalizacja: Szczecin

Post autor: Oleeks »

Ok, czekam z niecierpliwością :)

Ja natomiast wczoraj z rana zarzuciłem sobie koncert z 30 kwietnia 1977 (Download Series Volume 1). Klasyczny koncert z najlepszego w mojej opinii rocznika. Już sam otwieracz w postaci The Music Never Stopped wprawia w znakomity nastrój. Istny antydepresant na te pochmurne i wietrzne dni :)
Awatar użytkownika
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4162
Rejestracja: 31.08.2008, 22:00
Lokalizacja: Opole
Kontakt:

Post autor: greg66 »

Nie wiem czy mi sie uda ale spróbuję opisać koncerty, które znam i mam i które słucham z wielką sympatią rok po roku :) może nie chronologicznie ale zawsze to coś. Na początek biorę sie za lata 80-te aby wspomóc Oleeksa i innych zakrętasów w tym co szukać w tych latach. :)
1986 rok
Przypomnę tylko. To był rok w którym Garcia był po udanej kuracji odwykowej ale którego na początku lipca dopadła śpiączka cukrzycowa co spowodowało m.in. to, że zapomniał grać na gitarze. Uczył go z powrotem gry jego kumpel Merl Saunders. Ale to są też ostatnie dni grudnia, gdzie Garcia wrócił do grania, stanął na nogi i znów był wśród żywych.
Oczywiście dość trudno jest znaleźć w latach 8-tych show podobne choćby do maja 1977 ale i tu jest wiele świetnych wykonań a poza tym lata 88-91 mają najlepsze sekcje Drums>Space bez dwóch zdań. Tak więc czas przejść do króciutkich poleceń. Oczywiście jak macie coś do dodania to zapraszam, fajnie abyśmy stworzyli taką listę koncertów dla każdego.

29.02 86 bardzo ciekawe show, szczególna radość sprawia dobra forma Garcii, a w drugim secie sekwencja He’s Gone, Smokestack.. i Comes A Time należy do moich faworytów.
19.03.86 występy w Hampton zawsze były ekscytujące, tutaj chłopaki czuli się świetnie. Kochali to miejsce, dlatego praktycznie każdy występ w tej hali biorę w ciemno. China>Rider>Playin’ świetny jam i mocne Space.
23.03.86 a tutaj mamy jeden z tych występów gdzie pierwszy set jest szalony a otwarciem jest Roadrunner grany tylko dwa razy. Jak zwykle ciekawa sekcja drums>Space
27.03.86 Revolutionary Hamstrung Blues piosenka napisana przez Lesha i Mydlanda a słowa napisał Bobby Petersen, beatnik i przyjaciel Phila, wykonana jedyny raz. Fajne przejście z Eyes na drums i spanish jam.
21.04.86 uwaga! Tu nie ma prawdziwego drums a szkoda bo na scenie pojawił się Billy Cobham, natomiast Drums jest zagrane z Brentem, co ciekawe wg opinii naocznych świadków i Brent i Jerry byli zdrowo odurzeni i mocno odlatywali. Wtrącenie Mydlanda bluesowej Maybe You Know How I Feel pogrąża jeszcze bardziej to show ale mi się ono podoba.
28.05.86 jeden z ostatnich koncertów przed śpiączką Jerry’ego. Bardzo krótki drugi set ale może i dzięki temu mocno naładowany świetnymi wersjami. Szczególnie GDTRFB i Lovelight daję mnóstwo energii. Słychać, że szło ku dobremu, niestety….
15.12.86 pierwsze show po wyjściu Garcii ze szpitala, świetnie przyjęte przez Deadheadów, ciekawe ze względu m.in. na grę Garcii, która bardziej zbliża się do solówek z początku lat 70-tych ogólnie bardzo pozytywne wrażenia.
Awatar użytkownika
Oleeks
singel analogowy
Posty: 353
Rejestracja: 05.04.2015, 18:24
Lokalizacja: Szczecin

Post autor: Oleeks »

No z takim kompleksowym zestawieniem show z 1986 roku się jeszcze nie spotkałem. Nie ma absolutnie żadnego zaskoczenia w tym, że najbardziej zainteresował mnie koncert z 21 kwietnia ;)

Fajnie, że padło tutaj nazwisko Billy'ego Cobhama. To przecież bardzo szanowana postać przez forumowiczów (słusznie!) a chyba niewielu wie, że jego postać występuje w uniwersum Grateful Dead. Grał na takiej płycie zespołu Boba Weira - Bobby & The Midnites. Występował tam również Alphonso Johnson z występów w Weather Report. Nie słuchałem tego albumu, niewiele mi o nim wiadomo, ale kapela z nazwiskami pierwszoligowymi :)
Paweł1979
szpula
Posty: 67
Rejestracja: 11.09.2020, 11:57

Post autor: Paweł1979 »

Ostatnio wysłuchałem koncertów z pod słynnych piramid w Gizie z 1978 roku, zamieszczonych na tym wydawnictwie:
https://www.dead.net/features/release-i ... egypt-1978
Powiem wam, że w pewnym sensie rozczarowałem się. Bo są tam momenty naprawde dobre, chociażby Fire On The Mountain, Jack Straw czy ta improwizacja z Egipcjanami ale niektóre fragmenty wręcz porażają jakby nudą i brakiem werwy. Wydaje mi się, że chłopaki nie byli wówczas w najlepszej formie i pomimo egzotyki i związanych z tym przeżyć zagrali po prostu tak sobie, a Jerry pewnie też zapodał sobie co nieco i to wpłynęło niestety na jakość. A szkoda, bo ja rok 1978 bardzo lubię.
Awatar użytkownika
Oleeks
singel analogowy
Posty: 353
Rejestracja: 05.04.2015, 18:24
Lokalizacja: Szczecin

Post autor: Oleeks »

Paweł1979 pisze:Ostatnio wysłuchałem koncertów z pod słynnych piramid w Gizie z 1978 roku, zamieszczonych na tym wydawnictwie:
https://www.dead.net/features/release-i ... egypt-1978
Powiem wam, że w pewnym sensie rozczarowałem się. Bo są tam momenty naprawde dobre, chociażby Fire On The Mountain, Jack Straw czy ta improwizacja z Egipcjanami ale niektóre fragmenty wręcz porażają jakby nudą i brakiem werwy. Wydaje mi się, że chłopaki nie byli wówczas w najlepszej formie i pomimo egzotyki i związanych z tym przeżyć zagrali po prostu tak sobie, a Jerry pewnie też zapodał sobie co nieco i to wpłynęło niestety na jakość. A szkoda, bo ja rok 1978 bardzo lubię.
Muszę w końcu sam się przekonać jak ten materiał faktycznie wygląda. Koncert w takich okolicznościach rozpala wyobraźnię i tym bardziej te powielanie informacje o przeciętnym show rozczarowują. A przecież to był doskonały rok, jeden z moich absolutnie ulubionych.
Awatar użytkownika
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4162
Rejestracja: 31.08.2008, 22:00
Lokalizacja: Opole
Kontakt:

Post autor: greg66 »

To prawda, myślę, że mógł zadziałać tu splendor, "Hej gramy w Egipcie pod Piramidami, i jeszcze na dodatek w trakcie zaćmienia". Chyba chłopaki za bardzo wyluzowali.
No bo pierwszej tej wrześniowej nocy mamy naćpanego klawiszowca, Donne która wchodząc za każdym razem spóźniała się z intonacją, Boba, który był cieniem siebie. Owszem jedyną rzeczą ratującą ten koncert są jammy Jerry'ego i Phila ale to za mało.
Drugiej nocy przynajmniej Weir pamięta większość śpiewanych tekstów ale całość jest pełna złych momentów, hmmm w końcu były to wakacje.
Ta trzecia noc chyba najlepsza ale to i tak są małe możliwości tego co reprezentowali np. na początku tego roku.
Paweł1979
szpula
Posty: 67
Rejestracja: 11.09.2020, 11:57

Post autor: Paweł1979 »

Odniosłem bardzo podobne wrażenie. W takim wypadku z chęcią pozbędę się tego wydawnictwa gdyby ktoś z Was byłby chętny posiadać je jako uzupełnienie dyskografii.
Awatar użytkownika
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4162
Rejestracja: 31.08.2008, 22:00
Lokalizacja: Opole
Kontakt:

Post autor: greg66 »

Rok 1987
31.03.1987 Filadelfia, flagowa stacja GD i jeden z najlepszych koncertów danego roku. Od początku do końca wykonanie pełne zapału i entuzjazmu, świetna forma muzyków i Deadheadów.
02.04.1987 powrót zespołu do coraz dłuższych występów, ponad 20 numerów, biorąc pod uwagę niedawne problemy Garcii, to wynik zadowalający. Kilka miłych niespodzianek „Dupree’s..”, „Bird Song”/”Music Never”.
06.04.1987 moje ulubione show z tego roku. Ostatni „Dancin’” i świetna sekcja Terrapin’>The Other One.
07.04.1987 kolejny niesamowity wieczór w East Rutherford, dużo się dzieje w poszczególnych numerach tylko trzeba się wsłuchać. Mnóstwo smaczków.
09.04.1987 pierwsza noc w Chicago od 6 lat. Niesamowity występ z prawdopodobnie najlepszym Scarlet>Fire w tym roku. Wszystko dograne a energia rozpiera.
13.06.1987 pierwszy set zrelaksowany i bardzo dobrze zagrany z mistrzowską wersją „Masterpiece”, ale to drugi set jest najważniejszy, od „Shakedown” po „Dew” i bisujące „Sugar” i „Black Muddy River”.

28.06.1987 jeden z najgorętszych koncertów, set lista może nie jest najsilniejsza ale chłopaki zagrali bardzo sprawnie, drugi set powala.
30.06.1987 Toronto, „Scarlet>Fire” podbija widownię, ostatni „Spanish Jam” z Brentem, wokal Garcii z czasem się rozwija i brzmi bardzo dobrze.
08.07.1987 kolejny wielki koncert, Jerry świetnie daje radę szczególny Space, „Bucket” podkręcony od pierwszej nuty, „Estimated” mocno funky psychedelic, a „Crazy Fingers” hej gdzie te dziewczyny kręcące się wokół…
10.07.1987 może przytoczę opinię jednego z Deadheadów: „jeden z najlepszych koncertów Deadów, na jakich byłem, każdy utwór był w najlepszej wersji. „Iko” rozpoczął się z uśmiechem i od razu było wiadomo, ze to będzie dobry set. Solówka i zakończenie „Jack Straw” to istna furia!! Jerry był wniebowzięty, a my jechaliśmy razem z nim. Jego solo w „Sugaree” brzmiało bardziej jak u Frippa niż Jerry’ego. Nuty po prostu staczały się w dół.”Althea” ociekała funkiem, „Cassidy/China>Rider” to był punkt kulminacyjny, po prostu cudo. „Terrapin>Drums>Space” było wisienką na torcie. Nie wiem czy słońce zachodziło czy wschodziło?!! A potem był set z Dylanem trochę rozczarowujący. Jeden gorący dzień w starym JKF wraz z 95 000 deadheadów”.
18.09.1987 kolejna noc w Madison Square Garden, to koncert który przetrwa wieki, GD byli w ogniu, a numery są odlotowe. „Candyman” klasycznie, „Walking Blues” zadziwiające, „Bird Song” chyba najlepsza wersja jaką słyszałem. Drugi set pełen emocji, ciekawy „Drums”, „Dew” totalnie oparte na emocjach, tak muzyków jak i tłumu. Jeden z tych show, które musisz mieć. (30 Trips Around the Sun)
14.11.1987 bardzo rozjechany otwieracz „Shakedown” końcówka wprost niesamowicie improwizacyjna, wpadki tekstowe w „Althea” Jerry nadrabia piękną solówką. W drugim secie Garcia i Lesh brykają w „Playin’” (świetna wersja) wspaniały „Terrapin’” dopełnia dzieła.
Awatar użytkownika
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4162
Rejestracja: 31.08.2008, 22:00
Lokalizacja: Opole
Kontakt:

Re: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki

Post autor: greg66 »

MICKEY HART BAND - Mysterium Tremendum /2011/

Obrazek

Od czasu ostatniej trasy koncertowej The Dead w 2009 roku Mickey Hart nie wychylał się zbytnio, co nie znaczy, że wylegiwał się na plaży lub dryfował w domu nic nie robiąc. Jak prawdziwy szalony naukowiec, poświęcił się badaniom o dźwiękowych wibracjach w kosmosie, oglądając gwiazdy i wsłuchując się w dźwięki, do których przyciągają go obrazy widziane w jego teleskopie. Kiedy nie wybiegał w przyszłość, zajmował się przeszłością, majstrując przy starych taśmach magnetofonowych w Instytucie Smithsona, walcząc z czasem, by nagrania zbierające kurz w skarbcach udało się zachować zanim się rozpadną.
Podczas gdy Hart siedział w laboratorium, świat wciąż się kręcił. Bob Weir i Phil Lesh ponownie zebrali się jako Furthur a Bill Kreutzmann poszedł w kierunku „lepszym niż można by się spodziewać”. Nagrywając płytę jako 7 Walkers ustanowił jeden z najlepszych projektów pobocznych kiedykolwiek wymyślonych przez byłego członka Grateful Dead (o tej płycie już niebawem napiszę). Pośród tego zgiełku aktywności, Mickey i jego perkusja wydawali się niesamowicie cisi.
Ci, którzy śledzą twórczość Harta wiedzą, że jego solowe dzieła dzielą się na dwie kategorie. Płyty takie jak „Diga Rhythm Band” czy „Supralingua” to ciężkie, beatowe wycieczki, które z radością zanurzają się w eksperymentowanie z liniami perkusyjnymi i tradycjami transowymi pochodzącymi z całego świata, podczas gdy inne albumy, są bardziej ustrukturyzowane i zorientowane na piosenki. Wydany w 2011 roku „Mysterium Tremendum” mieści się gdzieś pomiędzy tymi dwoma albumami z mieszanką mocno rytmicznych utworów instrumentalnych i wyborem bardziej konwencjonalnych piosenek. Nagrywając ten krążek Hart postanowił stworzyć zespół z wieloma gośćmi wśród których znaleźli się m.in. basista Widespread Panic, Dave Schools, wokaliści Crystal Monee Hall i Tim Hockenberry z Trans-Siberian Orchestra, długoletni przyjaciel Zakir Hussain a także Greg Ellis, Babatunde Olatunji i Steve Kimock. Oprócz tej ośmioosobowej grupy muzyków, trzeba wspomnieć o wkładzie wieloletniego przyjaciela i autora tekstów Grateful Dead, Roberta Huntera. Płytą tą Hart udowodnił, że muzyka nie zna granic. Połączył niesamowity jam band ze światową muzyką, a także kilkoma innymi rodzajami powodując podróż przez przestrzeń i czas, tworząc nowoczesną kosmiczną muzykę, która wypełnia kolumny pełnym dźwiękiem. I od razu pewne spostrzeżenie, ta płyta posiada bardzo nowoczesne brzmienie. Mickey Hart pracował nad nią ponad dwa lata i stworzył coś, co jest mocno innowacyjne w jego dorobku. Fascynacja muzyka dźwiękami i obrazami kosmosu, do których dotarł dzięki NASA, spowodowała, że na tej płycie Hart wykorzystuje „liczącą miliardy lat orkiestrę ruchu planetarnego” jako rodzaj odniesienia lub podkładu muzycznego. Każda kompozycja na albumie łączy się w płynną podróż, która nigdy nie traci swojego tempa. Kombinacja kosmicznych dźwięków, elektronicznych i ręcznych perkusji oraz konwencjonalnych instrumentów rockowych przeplata się, tworząc dźwiękową atmosferę, która jest całkowicie współczesna i wciągająca. Jest to twarda i napędzająca muzyka pobłogosławiona melodyczną wrażliwością. Utwory takie jak „Cut the Deck” potwierdzają powyższe stwierdzenia. Mieszanka dudniących bitów i złożonej melodii brzmi mocno rytmicznie a grające w tle odgłosy ruchu gwiazd dodają tajemniczości i niepokoju. „Slow Joe Rain” napisany przez Huntera, jest typowy dla nowego materiału, z impulsywnym bitem napędzającym narrację wokalną. I choć nigdy nie będzie się mówiło, że Hart ma najbardziej melodyjny głos na świecie, to nigdy nie brzmiał lepiej tutaj, a jego stary bluesowy głos doskonale uzupełnia teksty. Dodaj do tego egzotykę, taką jak złowieszcze brzęczenie starożytnego instrumentu zwanego bullroarer (który jest wymachiwany w kółko, aby stworzyć dźwięk), święte tybetańskie bębny czaszkowe (damaru), atmosferyczne dźwięki lasów deszczowych, a nawet dudnienia trzęsień ziemi, a otrzymasz dziwny i bogaty w szczegóły krajobraz pod konwencjonalnie skonstruowane utwory. To muzyka taneczna, transowa, kosmiczna, płynące ballady i ziarnisty rock’n’roll. Są tu smaczki z Afryki i Bliskiego Wschodu.
„Zakładam, ze znajdą się inni chcący skosztować tego owocu lub usłyszeć dźwięczne dźwięki wszechświata” – mówi. „Wyobrażam sobie, że inni będą próbować czegoś takiego – przynajmniej mam taka nadzieję. Dlatego nazywają to nieskończonym wszechświatem; ja nigdy nie mógłbym objąć wszystkich terenów, więc zakładam, że będą inni. Może nawet pewnego dnia będzie to własny gatunek muzyki. Czy nie byłoby to fajne?”.
Paweł1979
szpula
Posty: 67
Rejestracja: 11.09.2020, 11:57

Re: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki

Post autor: Paweł1979 »

Coś cisza zapanowała w temacie .. Czyżby brak inspiracji? :)
Crazy
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 5070
Rejestracja: 19.08.2019, 16:15

Re: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki

Post autor: Crazy »

W tym temacie jest tyle bogactwa, żę ja bym potrzebował roku wolnego, żeby ogarnąć to, co już jest! :-)
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Awatar użytkownika
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 14175
Rejestracja: 11.04.2007, 21:33

Re: GRATEFUL DEAD Fenomen Amerykańskiej Muzyki

Post autor: B.J. »

greg66 pisze: 12.02.2023, 11:53(...)
Ci, którzy śledzą twórczość Harta wiedzą, że jego solowe dzieła dzielą się na dwie kategorie. Płyty takie jak „Diga Rhythm Band” czy „Supralingua” to ciężkie, beatowe wycieczki, które z radością zanurzają się w eksperymentowanie z liniami perkusyjnymi i tradycjami transowymi pochodzącymi z całego świata, podczas gdy inne albumy, są bardziej ustrukturyzowane i zorientowane na piosenki.
Pozwolę sobie na nawiązanie i drobną polemikę.

Obrazek

Diga Rhythm Band - Diga (1976)
Miłośnicy drumsów, czyli słynnych perkusyjnych koncertowych odlotów Grateful Dead zapewne znają jedyny album pod szyldem Diga Rhythm Band. Jest on traktowany jak jeden z wielu projektów perkusisty grupy, ale warto zaznaczyć, że Mickey Hart dołączył tu do zespołu Tal Vadya Rhythm Band, który działał już wtedy od trzech lat prowadzony przez znakomitego perkusjonistę Zakira Hussaina. Płyta zawiera pięć zróżnicowanych utworów, w których słyszymy szeroką gamę bębnów i dzwonków wszelkiej maści i nawet gościnny udział Jerry`ego Garcii (w dwóch z pięciu utworów) podporządkowuje się tej rytmicznej medytacji. Bliżej tu bowiem do transu, niż do szaleństwa przez co płyta - mimo potężnego arsenału dźwięków - w mojej ocenie należy do przystępnych i łatwych w odbiorze, choć na pewno i nietuzinkowych. Serdecznie zachęcam do spróbowania. :)

Obrazek
ODPOWIEDZ