Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Najciekawsze - najsilniejszych.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Białystok
box
Posty: 9326
Rejestracja: 03.01.2013, 08:21
Lokalizacja: Białystok

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: Białystok »

esforty pisze: 25.03.2023, 13:13 Debiut z 88 Vivid w zestawieniu lat 80' nie pojawił się, nawet w siódmej setce :? :shock:
Mnie dziwi, bo jakkolwiek nie będąc zagorzałym wielbicielem mocnych brzmień, to docierało do mojej mózgownicy, że obok Jane's Addiction, zespół Living Colour byli jedynymi, bodaj, w estetyce, mającymi pomysł na siebie i odświeżenie zaciosu (męskiej muzyki :wink: )od LZ czy BS.
W 89 Lou Reed odsłonił czarno-biały Nowy Jork, na płycie New York, rok wcześniej Living Colour płytą Vivid, błysnął w oczy oślepiającym i kolorowym światłem Nowego Jorku, barwnego. Obie wydają się, no! mnie się wydają, bardzo nowojorskimi płytami i pamiętam, iż barwny nie znaczy pozbawiony ciemnych stron...
Mięsiste riffy Vernona Reida (zaczynał w harmolodycznym eksperymencie Rolanda Shannona Jacksona, umie więc niejedno), bębny funkowo- metalowe Willa Calhona podciągają potężny sound, zwinny acz myszkujący po dziwnych okolicach bas Muzza Skillingsa, wynosi całość, wysoko, znacznie ponad, obowiązujące standardy w metalowej ekspresji. Jeszcze głos Corey Glovera, lepszy kiedy wyśpiewuje w murzyńskiej sprawie ( przełom lat 80' i 90' nie sugerował pejoratywnego zabarwienia w słowie <murzyński>), niż kiedy zaplątuje się w damsko-męski światek. Te składowe wyznaczają warunki brzegowe tak dla debiutu jak i kolejnej, tu sugerowanej.
Dla porządku i mojej, głównie, satysfakcji: zespół odkrył Mick Jagger w nowojorskim, a jakże, CBGB, on zaciągnął Ich do studia, choć cip z Warnera, nawet to nie przekonało :roll:
Grałem w weekend partyjkę w scrabble z żoną i postanowiłem wykorzytsać czas i przypomnieć sobie Vivid (z You Tube).

Małżonka się zdumiała, czego ja słucham, bo mniej więcej wie co lubię a co nie. Dla mnie to w dużym skrócie powiedzmy mocniejsza i inaczej (z wiadomych względów) zaśpiewana wersja Toys In Attick. Jednak pozostanę przy Primus, Jane's Addition czy Faith No More, które cieszą oczy na półce.

Niemniej samej płyty można sobie przyjemnie posłuchać, bo mimo wszystko to nie amatorski heavy psych z 1971 r.
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4951
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: esforty »

Ha!!! Jak mam się bronić :?: :)
Celnie wyosobniłeś z mojego wpisu cechy wspólne dla obu płyt LC, podobnie jest ze wskazaniem estetycznego odniesienia. Niedawno wróciłem
(dla potrzeb prezentacji francuskiej 100-ki) do poprzedniczki Toys in Attic, mianowicie do Get Your Wings i biorąc pod uwagę powtarzalność Aerosmith, nie wypada się nie zgodzić.
Gorzej! Na mojej półce, też nie ma żadnego kawałka plastiku (w moim przypadku) z nazwą Living Colour, czym w niezamierzony sposób identyfikuję się z Tobą i dalej "gorzej" (????) :wink: , bo też wolę Jane's Addiction i Primusa.
Zatem stręcząc LC, zostaję li z pierwotną ideą mojej obecności w plebiscycie, z ową dezynwolturą, owym meandrowaniem po gałęziach pnia, który wyrósł w latach 90-tych i morfologicznie jest niemal zbieżny z Waszymi wskazaniami... bo z faktami się nie dyskutuje...

Z drugiej strony, już subiektywnie, chętnie wymieniłbym mój jedyny Aerosmith - Honkin' On Bobo (bez breloczka z organkami, te już podarowane) na którąś z dwu pierwszych LC, ot!
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Awatar użytkownika
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 15587
Rejestracja: 11.04.2007, 21:33

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: B.J. »

Wtedy dla mnie młodego Living Colour było atrakcyjne, nietypowe i oryginalne. I po latach nadal uważam je za takie, ale wybieram rzeczy mi bliższe, choć na swojej liście wstępnej owszem miałem.
Nieznających rockersów zachęcam do spróbowania.
Crazy
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 6240
Rejestracja: 19.08.2019, 16:15

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: Crazy »

Ha! Zapomniałem (-śmy?) o albumie z lat 90., który u mnie bankowo znalazłby się w top 50, godnie towarzysząc bardziej znanym i efektowniejszym kolegom, czyli Twin Peaks / Fire Walk With Me / Lost Highway -

- Angelo Badalamenti - Straight Story :!:

Ta muzyka idzie zupełnie wbrew temu wykrzyknikowi i zupełnie wbrew wszystkiemu, do czego przyzwyczaili nas Badalamenti z Lynchem, jest jednak skończenie piękna i kojąca jak mało co w ogóle, co - chciałbym powiedzieć: co kiedykolwiek nagrano, ale że mało znam, to niech będzie: co ja kiedykolwiek słyszałem. Trącenia w struny, delikatne smyczki, mają moc terapeutyczną, tak jak i cały świat Alvina Straighta i Prostej historii.
Ode mnie pięć gwiazdek bez mrugnięcia okiem.
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4951
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: esforty »

Obrazek
The Olivia Tremor Control - Black Foliage: Animation Music Volume One 1999

W ramach podkolorowywania obrazu dekady!

To taki, myślę, przypadek kiedy Artysta/Zespół, nagromadził tyle pomysłów, że może to rozsadzić formę wypowiedzi (czyt: płytę).
Komu się muzycy kłaniają za inspirację, to słychać po 10 minutach odtwarzania albumu. Z tym, że to nie jest niewygodna pozycja: >z kolan> a bardziej spoglądanie na ręce.
Inaczej:
Rodzaj pozytywnej paranoi mutującej w prowokację artystyczną składającą się z nowatorstwa strukturalnego (co ja tu wymyślam :shock: ) zestawionego z komercyjnie strawną formą zewnętrzną.
Jednym słowem: psychodelia i to taka nad którą pochyliłby się ekspert od tej estetyki, greg66 (czyt. zrobiłby dla płyty, miejsce na swoich półkach :? .
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4951
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: esforty »

Obrazek
Julian Cope - Peggy Suicide, 1991

W wątek, kiedy był aktywny, udało się wpleść, nie biorącemu udziału, kilka polecajek, spoza tych istotnych w dekadzie, głównie po to by podbarwić i tak już wielobarwną dekadę. Nic ponadto.
Plebiscyt skończony, wątek wygasa, nikt nic nie dodaje. Szkoda, bo na tak zasobnym polu jakim była ostatnia dekada XX wieku, pewnie jeszcze można by ze 150 płyt, spoza kanonu polecić. Spróbuję zakłócić tę ciszę.
Julian Cope to muzyk znany na Forum mniej, ale też nie zupełnie anonimowy. Pisano o nim przy okazji debiutu z 84 Fried, pisano z należytą atencją i ...już.
Wydaje się, że Peggy Suicide ma/miała potencjał by stać się wydawnictwem, mogącym wynieść Juliana, zgoda nie do sławy, ale do uznania i szerszej rozpoznawalności, już tak.
Niestety, autorytarny reżim noszących się we flaneli i podartych spodniach, wygasił zainteresowanie jakiekolwiek. Dopiero XXI w. wytworzył subkulturę hipsterską oraz zasobne pokolenie japońskich kolekcjonerów winylu i Julian odnalazł się na muzycznych portalach o wyrafinowanych preferencjach.
To jest prawie 76 minut muzyki, czyli w wariancie analogu podwójny album i to jest, ten bardzo rzadki przypadek, kiedy nie ma nic do wyedytowania, niemal. Piszę "niemal" bo początek czwartej części ( w wariancie CD, też podzielono materiał na cztery, opisując to na okładce) jest piosenka pt.
Beautiful Love o lekko irytującym (głównie przez plażową aranżację a'la Man At Work) charakterze. Ale to ledwie, nieco ponad 3 minuty.
W ogóle ta czwarta część pokazuje, że p. Cope potrafi wyjść ze swojej rockowej, z dużą ilością tajnych przejść, norki.
Oczywiście, ktoś może doszukać się tropów wielu innych uczestników sceny muzycznej, ale ja domagałbym się określenia, że Samobobójstwo Peggy to materiał nie muszący się podpierać inną twórczością.
Komu się przypomni jedna okładka od zespołu Procol Harum, się pomyli, bardzo.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4951
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: esforty »

Obrazek
Violent Femmes - Why Do Birds Song 1991

Zacznę prowokacyjnie :oops: , mało kto z szanujących się zbieraczy płyt muzyki rockowej, co nam zawęża krąg obrażonych, nie ma debiutu Violent Femmes :wink: na swoim regale.
Zespół zaczynał na rogach ulic Milwaukee, tam odkrył Ich James Honeyman-Scott, wiosłowy The Pretenders.
Wkrótce nagrali, wspomniany debiut, ale lont palił się długo nim przeciął barierę 1 mln. sprzedanych egz. mimo intrygującej okładki, nazwy i zawierający materiał o niebagatelnym znaczeniu.
Rok później ukazuje się, nie gorsza, Hallowed Ground, niekiedy, podejrzewana o ciągoty countrowe - oj tam, oj tam!
Ja jednak, też nabyłem, drogą kupna, choć ten tytuł już nie taki kanoniczny i można nie mieć.
Z archiwizacyjnej przyzwoitości wspomnę o kolejnej The Blind Leading The Naked z 86.
I jeśli nawet jest tam cover: Children Of The Revolution( to ten co złamał mi serce na łódzkim targowisku :wink: ), i jeśli nawet producentem był, niedawno napomknięty, Jerry Harrison ( taki sobie producent, ale w końcu to lista płac TH) to tym razem VF wypada jak komunikaty z Belwederu o zatroskaniu losem obywateli, przez lokatora (przesadzam, aż tak cynicznie nie jest :wink: ).
Tak sobie gawędząc, dotarliśmy do 91 kiedy Świat usłyszał zespół w elektrycznej odsłonie. To były, ciągle zgrabne piosenki upychane w szufladę punk-folk, ale teraz obszyto je dźwiękiem elektrycznej gitary i klawiszy. Nadto ofiarowano ludzkości, intrygujące chórki o nadpsutej, czasem, harmonii. Łączono różne gatunki, nowatorsko, jak chcą niektórzy, ale my na Forum już słyszeliśmy niejedno i możemy co najwyżej przyznać , iż piosenka zaczynająca się w jednej estetyce, traci poczucie kierunku.
W każdym razie jest rozmach, trochę jakby nieobecny dotąd, pewnie stąd te oskarżenia o kant-rowy dryf przy poprzedniczkach.
Brązowych statuetek (Grammy) z tego nie było, ale prestiż w różnych muzycznych periodykach został odnotowany. Fanów Violent Femmes, płyta podzieliła wtedy, ale dzisiaj ocenia się ją jako tę istotniejszą z dekady.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4951
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: esforty »

Obrazek
Eno/Cale – Wrong Way Up 1990


Można się zastanawiać dlaczego brakuje porządku alfabetycznego w nazwie tego tandemu. Wszak znaczenie obu panów dla muzycznej kultury dość porównywalne.
Owszem, Eno komercyjnie z przodu, ale też, to blask pożyczany od ( tu alfabetycznie): Roxy Music, Talking Heads, U2, myślę.
Można też zastanawiać się dlaczego emploi twórców "obszyte" przymiotnikami: nowatorskie, artystowskie... tu specjalnie nie do użycia.
Bo to materiał, który powierzchownie odsłuchany, sytuuje się w szufladzie synth-pop bez pretensji do bycia czymś większym.
Ale kiedy zanurzyć się głębiej w detale, to satysfakcja z takiego zanurzenia, nieporównanie większa.
Panowie wcześnie spotykali się zawodowo w studiach nagraniowych, ale w wymiarze pełnego wydawnictwa płytowego, to raz pierwszy.
Relacje z tego spotkania nie są spójne, podobno bywało na ostro- próżność, ambicja nie ułatwiają przedsięwzięcia.
Na końcu jednak to odnoszę wrażenie, że to interakcja dwóch płatów tego samego mózgu.
Pewnie nie to było podstawowym zamierzeniem, ale brzmi to jak unieważnienie nurtu New Romantic (pamiętam alternative-ie o Twojej obecności i Twoich sympatiach na stronach forum :oops: ), jako pokaz wykorzystania starszych sztuczek producenckich i porządnego warsztatu w kreowaniu lżejszej formy, unikając pospolitości.
Pozornie to więcej tutaj Eno, ale pozornie... kolejne odsłuchy ujawniają obecność Cale'a na równych warunkach. Ten jest na fali i jest "oćwiczony" w reagowaniu na inną osobowość muzyczną, albowiem wcześniej napracował się z Lou Reedem przy Songs For Drella.
Pierwsze wydanie kończy się piosenką The River z porządku countrowego zawodzenia, ale tu w jakiś cudowny sposób ocalona od owej "zarazy".
Przy okazji, czy U2 w związku z finałem Zooropy pt. The Wonderer nie mają czegoś za uszami ?
Wznowienie z 2005 z inną nieco okładką (gorszą, za to pozbawioną aury konfliktu) zawiera You Don't Miss Your Water i Palanquin, obie dobrze wpisujące się w pierwotna strukturę.
Komercyjnie przepadło, świat patrzył na ręce piewcom spod flagi grunge i zachłystywał się Enter Sandmanem, co to na 17 w zestawieniu :roll: :roll:
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4951
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: esforty »

Obrazek
Bonnie 'Prince' Billy- I See a Darkness 1999

Jason Molina dostał swój wątek i to skłoniło mnie do przeczesania pamięci w sprawie innych przedstawicieli estetyki, będących jakimś nawiązaniem.
Nie jestem znaczącym admiratorem nurtu, ale w swym indywidualistycznym, jak każdy z nas, doznawaniu emocji/satysfakcji z słuchania, dostrzegam wyrwę wobec takich płyt jak I See..., gdzie jestem gotowy do tworzenia wspólnot podobnie reagujących.
To, bodaj, pierwsza płyta Artysty, fascynująca o tyle, że te wspaniałe utwory zrobione są właściwie z niczego. Może to właśnie Amerykanie są w tym najlepsi(?)
Siedzisz, wsłuchujesz się w brzmienie utworu - wszystko jedno, czy dłuższy czy krótszy- I nie wiesz do końca co myśleć, ale czujesz, że tam jest coś więcej niż tylko, to co słyszysz.
Zdumiewa i fascynuje jak Will Oldham (tak nazywa się poza sceną) na to wpadł. Jak złapał kawałek rzeczywistości i sprawił, iż zabłysnął.
A tam, karkołomnej aranżacji nie za wiele i muzycy ze studia nie są 《nadużywani》(?) i jeszcze wiedzą kiedy przerwać, nie dodać tego jednego dźwięku za dużo.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4951
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: esforty »

Obrazek
The Moles - Untune The Sky 1991

Zespól z Australii, założony i prowadzony przez Richarda Daviesa. To debiut i w zasadzie to w tym składzie już innych płyt nie było. Ale ten Richard Davies był/jest muzycznie aktywny i robi podobno rzeczy intrygujące :?:
Wracając do płyty z 91 to tropów jest kilka, ale żaden nie zdominował tej wypowiedzi by używać ryzykowniejszych określeń ponad: inspiracje.

Tak na zachętę, by <skosztować> tej muzyki, podrzucę:
-Sonic Youth - choć to zbyt subtelne;
- R.E.M. - zawodzący Stipe nieobecny, chociaż, zdaje się, kilka razy użyto rickenbackerów;
-Flaming Lips - o tyle sensowne, że panowie z Flaming... przyznają się do sporej sympatii;

Skorzystają wielbiciele psychodelicznej ekspansji z noise-owym wtrętem. Pan Davies wie czym wypełnić czas słuchaczowi.
I tylko otwierający jakiś taki pastelowy :roll:
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Crazy
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 6240
Rejestracja: 19.08.2019, 16:15

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: Crazy »

esforty pisze: 03.09.2025, 18:06 otwierający jakiś taki pastelowy
Mówisz o "Bury Me Happy" zapewne? Brzmi jak żywcem wyjęty z lat 60 (niekoniecznie późnych) i jako taki oczywiście bardzo mi się podoba. Ale potem faktycznie jest całkiem inaczej i podsumowanie tej muzyki jako "psychodelicznej ekspansji z noise-owym wtrętem" bardzo dorzeczne, co przywołało mi na myśl skojarzenie z debiutem Velvetów: na początku też ten przesłodzony Sunday Morning, a potem... Pewnie sporo innych określeń można by też dołożyć do opisu "Untune The Sky". Mi np. ze współczesnych rzeczy kojarzyły się rzeczy od Fontaines D.C. (oprócz pierwszej płyty). Ogólnie rzeczywiście ciekawe!

Pewnym wyzwaniem jest ustalenie, o jakim konkretnie materiale mówimy. Jeżeli zaczyna się od "Bury Me Happy", to nie jest to chyba to najbardziej oryginalne wydanie, bo niby discogs mówi, że najpierw był LP/mini-album składający się z ośmiu numerów w kolejności:
A1 Wires
A2 Accidental Saint
A3 Rich Man
A4 Curdle
B1 Surf's Up
B2 Europe By Car
B3 Bury Me Happy
B4 Nailing Jesus To The Cross
i tylko to wydawnictwo osadza w 1991. Dalej, powiada, w kolejnym roku wydali to na CD, ale z trzema utworami więcej i w innej kolejności, i tam już "Bury..." jest pierwsze. W kolejnych wydaniach jest wciąż coraz więcej utworów, a także zmienia się okładka, z tej, co podałeś (dziurka od klucza?), na takie jakby dwa negatywy czy coś.
A na youtubie mamy w ogóle pomieszanie z poplątaniem.

W sumie wszystko mi jedno, ale interesująca to muzyka i kompletnie chyba nieznana.
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4951
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: esforty »

Obrazek
Lou Reed & John Cale - Songs For Drella, 1990
Białystok pisze: 13.05.2023, 21:54 Pełna klasyfikacja końcowa
...
576. Reed, Lou / Cale, John - Songs for Drella 11 pkt (Freefall 11)
...
Nieobecność wśród nas, głosującego na tytuł i czas na wspominanie tych co odeszli, wygenerował ten wpis. Ale nie ma też i Lou i nie ma Andy'ego.
Chwilę się wahałem, bo dwa wpisy wcześniej John Cale już zaistniał w tym <moim suplemencie do dekady> i tytuł pojawił się w zestawieniu, jak powyżej widać.
Ale też nie obiecywałem sobie, że będę szukał płyt dla mnie jakoś ważnych, spoza zestawienia ani tym bardziej ograniczał się do jednego tytułu dla wykonawcy.
Jeśli pozycja Songs for Drella relatywnie niska w końcowym zestawieniu, to o wydawnictwie parę razy na Forum wspomniano i nie jest żadnym nieznanym dokonaniem, bo choćby okładkowa grzywka Johna "na czechosłowackiego piłkarza" (1990!) rozsławiła znacząco płytę :wink:

Pamiętamy, że panowie po nagraniu dwóch płyt VU, rozstali się z wykopanym toporem wojennym i nikt nie przypuszczał, iż podejmą współpracę, by uczcić preceptora. Iskrą zapalającą ten ogień było zamówienie przez Brooklyn Academy of Music jakiejś laurki dla zmarłego w 88 Warhola.

Zatem powstały Pieśni dla Pciuszka i pozostają, zasadniczo do dzisiaj, jednym z bardziej szczerych przykładów muzycznego hołdu w postaci tego mini-musicalu. Kończące spektakl słowa Lou:
goodbye Andy!,
nie składają w żadną wątpliwość co do wdzięczności autorów muzyki i tekstów dla podmiotu lirycznego, ale też silnie uzasadniają słuszny wybór Brooklyn Academy.
Nie dosłuchuję się w powstałej muzyce nostalgicznych kantów i podbierań z twórczości VU. Jest przejmująco i uzależniająco. Miejscami smutno, w innych nieco nerwowo, a z dość nietypowym balansem głośności (czasem trudno o zaniechanie użycia potencjometru).
Cale i Reed pozostają w rejonach swoich wypracowanych estetyk, pierwszy gdzieś w okolicy intelektualnej wysublimowanej muzyki (przykład to sygnalizowana wyżej praca z Eno), drugi zaś wyćwiczony w opisie reportażowym, otaczającej Go rzeczywistości i zaglądaniu sobie pod skórę (New York).
O istotności wydawnictwa decyduje, nie tyle suma Ich dokonań muzycznych ile iloczyn. Łagodność ze szorstkością, piosenki o Warholu i te w których jakby on sam zabierał głos. To trochę wypleciony kosz wiklinowy mogący sporo pomieścić oprócz taniego sentymentalizmu.

Podejrzewam, że Ci co będą tego kosztować, pierwszy raz potem będą za płyta tęsknić.
Ostatnio zmieniony 02.11.2025, 11:22 przez esforty, łącznie zmieniany 1 raz.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
Crazy
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 6240
Rejestracja: 19.08.2019, 16:15

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: Crazy »

Ja tak miałem! Poznałem tę płytę nie za dawno, za pośrednictwem "Melodramatu" Tomasza Budzyńskiego. Bardzo mi się spodobała, a potem stała się ważna również w związku ze sprawami naszego zespołu, w bo w naszym zespole nie ma perkusisty, który potrafi grać jak perkusista - gramy więc wszyscy na zmianę, a czasami ktoś się denerwuje, że przydałby się ktoś, kto umie równo, a ja wtedy się denerwuję, że może byśmy dla odmiany grali bez perkusji. I ta oto płyta jest dowodem na to, że można grać w rockowym paradygmacie bez perkusji!
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr
Awatar użytkownika
alternativepop
digipack
Posty: 2752
Rejestracja: 29.11.2021, 19:00
Lokalizacja: Łódź
Kontakt:

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: alternativepop »

Crazy pisze: 01.11.2025, 19:21 przydałby się ktoś, kto umie równo, a ja wtedy się denerwuję, że może byśmy dla odmiany grali bez perkusji. I ta oto płyta jest dowodem na to, że można grać w rockowym paradygmacie bez perkusji!
A można też w tym paradygmacie grać na automacie!

:)
esforty
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4951
Rejestracja: 26.01.2010, 11:45
Lokalizacja: Łódź

Re: Album dekady 1990-1999 (edycja 2023)

Post autor: esforty »

Obrazek
The Legendary Marvin Pontiac – Greatest Hits 1999 (często można spotkać 2000 jako rok wydania, ale to bardziej, poprzednie stulecie)



Historia Marvina Pontiaca to rozdzierający serce znak zapytania „co by było?” Był artystą, który zmagał się z wieloma problemami w ciągu swoich krótkich lat na tym świecie; nieobecny ojciec, zinstytucjonalizowana matka, kryzysy tożsamości poważniejsze niż większość. W wieku piętnastu lat przeprowadził się do Chicago, gdzie dobrze opanował grę na harmonijce bluesowej, jednak wkrótce został wyrzucony ze sceny przez niskiego, ale silnego harmonijkarza, który oskarżył Marvina o kopiowanie jego stylu - jednak obstawiam, że tak naprawdę był po prostu zazdrosny. Z tego powodu Marvin rozwinął nieufność do przemysłu muzycznego i tak na zawsze pozostał outsiderem, dryfującym między miastami, stającym się jeszcze bardziej szalonym i paranoicznym. Pontiac ostatecznie zmarł po potrąceniu przez autobus w 1977 roku, kończąc życie znacznie mniej efektowne, niż powinno być. Bezsprzecznie można powiedzieć, że był jednym z najbardziej wpływowych artystów wszech czasów – a jednak nieznanym masom. Było to z pewnością połączeniem jego pogardy dla przemysłu muzycznego i strachu przed kamerami (co oznaczało, że istniały tylko trzy niewyraźne zdjęcia tego człowieka). Tak czy inaczej, po prostu życzę sobie, aby ta recenzja mogła pomóc niektórym ludziom w pełnym olśnieniu uświadomić sobie wieczny status Pontiaca... - z recenzji użytkownika RYM-u

Tyle, że to pic na wodę, fotomontaż :!:

Autorem mistyfikacji jest niejaki John Lurie i aby historyjkę uwiarygodnić podkręcił ją:

Zdobył niewielką popularność w latach 50., cieszył się ponoć sławą jedynego muzyka, którego słuchał Jackson Pollock podczas malowania obrazów. Ten ostatni przesłał nawet Pontiacowi kilka płócien, ale ten – nie zdając sobie sprawy, z czym ma do czynienia – wyrzucił je na śmieci. Na koniec, w latach 70., kompletnie oszalał – twierdził, że jego ciało opanowali kosmici. W kreację tej biograficznej fantazji Lurie wciągnął duże gwiazdy – m.in.Becka, Davida Bowie, Leonarda Cohena, Iggy’ego Popa, którzy potwierdzili publicznie szacunek dla muzyki Pontiaca. Sam Lurie też dopisał się do długiej listy fanów: „Marvin Pontiac zmienił moje życie”.

Do powyższej historii stworzono płytę Greatest Hits (która siłą rzeczy nie mogła być jakimkolwiek zbiorem wcześniejszych nagrań), gdzie i Calvin Weston i Erik Sanko i John Medeski i okazjonalnie Marc Ribot a nade wszystko John Lurie.
To muzyka spajająca wzory bluesowe z Afryki (Mali) i Ameryki, przy czym nie ma mowy o jakiejkolwiek skostniałości. Zasadniczo za tradycję do której się odwołuje można by przyjąć awangardę, chociażby dlatego, że nieobcy jest jej eksperyment. Z drugiej zaś strony nie zasłania się i nie unieważnia przeżycia. Styl i temperatura całości nie tworzą bariery intelektualnej.

Na forum o wydawnictwie wspomniano raz w zamierzchłym 2011 roku.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami
ODPOWIEDZ