Clive odstąpił od kontynuowania litery "M", ja wrócę:
David Murray Black Saint Quartet - Sacred Ground
Strukturalnie to jesteśmy w świecie hard-bopu, a w finale to nawet kieliszek brandy, cygaro i rozglądanie się za kelnerem, ale zanim do tego dojdzie to dostaniemy mocarny sound saksofonu tenorowego i klarnetu basowego. Taki, powiedziałbym, żylasty wręcz, tym bardziej że nagrany bez pudła (znaczy solidnie). Jest jeszcze bębniący z polotem
Andrew Cyrille nie dający się sprowadzić do jedynie nabijającego rytm.
Jako, że to stały członek składów organizowanych przez
Murraya pewnie nie usłyszał od lidera:
Mój drogi, wiem że w tym takcie jest strasznie trudno policzyć do 4, ale gdyby pan zechciał byłoby nam niezmiernie miło...
ale w innej kompanii, mógłby zaliczyć inwektywę powyższą. Ale to zupełnie, powtórzę, nie znaczy że człowiek nie sięga do zamierzeń lidera.
Jest tu jeszcze, dwukrotnie
Cassandra Wilson, świetnie odnajdująca się w otwierającym
Sacred Ground, zaś w finale robiąca za szansonistkę z klasą wprawdzie, ale szansonistkę.
Murray z <gębą awangardzisty> tu sobie tę odkleja ,skupiając się na warsztacie. Materiał powstawał z myślą o jakimś dokumencie telewizyjnym o prześladowaniu czarnych, więc ten finał mocno kojarzy się z muzyką użytkową, ale zanim to dosięgnie... zresztą nieważne.
McCoy Tyner - Quartet
Zacznijmy od tego, że album klasyfikowany jest jako live, ale zrobiono bardzo wiele (
Phil Edwards) by brzmiał jak realizowany w studio.
Jakość tej rejestracji jest rzetelna i może nawet wybitna. Muzyka składa się z kompozycji z najlepszego okresu pianisty (proszę sobie wygooglać repertuar).
Właściwie każdy skład pracujący z
Tynerem i fonograficznie utrwalany to muzycy co najmniej interesujący, żeby nie szastać określeniem wybitni. Tak jest i tu, nikt się z nikim nie ściga, porozumienie jest pełne, solówki nie przeciągane (czy to kultura muzyków, czy już wpływ mody z XXI wieku?) publiczność osłuchana nagradza brawami nie przy każdym pyknięciu w: klawisz, werbel, przycisk, strunę...
Lovano szybszy i odważniejszy niż na płytach firmowanych własnym nazwiskiem.
McBride/Watts niczym sekcja marzeń, ale wspomniałem: w tym formacie pętaków nie uświadczymy. Zatem płyta roku
No nie,
McCoy Tyner w chwili nagrania miał już 68 lat, Jego lewa to już nie ta burząca <czwarte ściany> na koncertach w latach 70-tych, owszem precyzja w panowaniu nad instrumentem, wątpliwości nie budzi, chwalebna powściągliwość prosi się o szacunek... ale ogień już był przygasł.
Ci co stanęli z nim na scenie dopasowali się do dyspozycji
Mistrza.
To jest ostatnia z wielkich płyt tego Muzyka, chyba. Jak nie ma czasu to chociaż
Sama Layuca, ustawi Wam wgląd w jakość materiału.
Nie ma takiego naleśnika, który nie wyszedłby na dobre. H. Murakami