Fani jazzu doskonale pamiętają, że obok mega-gwiazdy Pata Metheny jest jeszcze inny Pat - mistrz jazzowej gitary - Pat Martino - właściwie to Patrick Carmen Azzara. To postać, może niekiedy powoli zapominana, ale otoczona swoistym "kultem". Niestety odszedł od nas niemalże 5 lat temu w wyniku powikłań związanych z chorobą płuc. Każdy, kto choćby odrobinę interesuje się ambitniejszą muzyką wie doskonale, że to naprawdę niezwykła postać, a jego historia idealnie nadaje się na film. Warto na szybko przypomnieć tę historię. Już jako nastolatek uznany za wielką nadzieję jazzowej gitary, po współpracy jako partner z najlepszymi organistami np. Brother Jack McDuffem - zaczął nagrywać płyty solowe jako 22 latek ze słynnym "El Hombre" na czele. Jego kariera gwałtownie przyhamowała pod koniec lat 70, gdy zdiagnozowano u niego zagrażającego życiu tętniaka mózgu (wcześniej uskarżał na coraz bardziej dokuczliwe bóle głowy i silne wahania nastroju). Zdecydowano się na ryzykowną operację - dawano 50% szans na jej powodzenie (lub nawet mniej), odbyła w 1980 (swoją drogą ciekawe jak wszystko potoczyłoby się obecnie - w związku z ogromnym postępem w medycynie). Zakończyła się "sukcesem" - artysta co prawda przeżył, ale wraz ze złośliwym tętniakiem wycięto również tę część mózgu odpowiedzialną za pamięć - w tym najważniejszą - "muzyczną". Pat po przebudzeniu miał nie wiedzieć nawet jak się nazywa, podobno ledwie rozpoznawał (lub "kojarzył") swoich rodziców, nie pamiętał zupełnie ani przyjaciół, ani tego, że grał na gitarze. Wedle legend zupełnie nie był tym zainteresowany, na jakiś czas wyjechał ze stanów (zmagał się z depresją). Dzięki niebywałej determinacji rodziców (szczególnie ojca, który często puszczał w domu dawne nagrania syna) udało się namówić artystę, by ponownie, niemalże od zera uczył się gry - m.in właśnie o ironio - słuchając swoich przeszłych dokonań. Jedne źródła podają, że z czasem pamięć zaczęła wracać....ale nie cała. W terapii miał też pomóc prosty program muzyczny zainstalowany na Macintoshu. Martino dokonał rzekomo niemożliwego - wrócił do dawnej wirtuozerii - a wedle niektórych krytyków i fanów - grał jeszcze lepiej niż za dawnych lat. Aż nie sposób sobie wyobrazić co musiał sobie myśleć i jak się czuł gdy puszczano mu płyty z jego własną muzyką, gdy brał je do ręki, czytając swoje nazwisko na okładce... i zupełnie tego nie pamiętał - wręcz mógł śmiało powiedzieć - "to nie Ja !!!". Na pewno zmieniła się jego postawa i filozofia życiowa. Patrząc krytycznie na swoją przeszłość uznał, że dawniej "napędzała go ambicja, a nie sztuka". Postanowił również już zawsze żyć tu-i-teraz, nie wracać ani do przeszłości, ani nie wybiegać za bardzo w przyszłość. Najważniejsze jest by jako jednostka ludzka - "przetrwać".
Najpierw nagrał może trochę "wycofaną" i pełną wahania płytę "The Return" w 1987. Koncert - "Live at Yoshi`s" pochodzi ze znanego klubu z Oakland z 2000, gdzie występowały i nagrywały największe sławy m.in śp. Allan Holdsworth. Co ciekawe Pat mimo zapowiedzi - wrócił jednak w dużej mierze do przeszłości - czyli do formuły skromnego organowego tria - w którym przecież jako nastolatek zaczynał swoją muzyczną przygodę. Partnerowali mu nie mniej słynni muzycy - ok 60 letni wówczas perkusista Billy Hart (m.in od Hancocka) i młody geniusz organów Hammonda - śp. Joey DeFrancesco - wtedy prawie 30 letni. Niestety jego również nie ma już wśród nas - odszedł 4 lata temu w wyniku rozległego zawału serca (co nie powinno specjalnie nikogo dziwić gdy patrzymy na zdjęcia i jego potężną sylwetkę za organami, co miało być również konsekwencją nie tyle sporego apetytu ale również problemów zdrowotnych). Yoshi`s uznawany jest za jedno z największych osiągnięć w dorobku gitarzysty po powrocie do zdrowia. Intymna atmosfera kameralnego klubu mu służyła najlepiej. Nie jest łatwo zdobyć ten album - nakład dawno wyczerpał. Pamiętam jak widziałem go za straszne pieniądz w katowickim Empiku ponad 20 lat temu. Obecnie trzeba polować na używane egzemplarze na aukcjach. Fani niechętnie się z tym krążkiem rozstają. Mnie się trafił odrobinę "sfatygowany", ale za to naprawdę tanio

. Za recenzję może posłużyć jedno zdanie dziennikarza - że "...ten album stanowi potwierdzenie w słuszność obranej ścieżki - dla tych, którzy tak mocno wkręcili się w jazz lata temu..."

. Martino z doborowymi partnerami postanowili na niezwykle urozmaicony repertuar - mamy 3 standardy największych jazzmanów - czyli "Oleo" Sonny Rollinsa oraz 2 kawałki Milesa Davisa z jego słynnego "King of Blue" - czyli "All Blues" i "Blue in Green". Resztę stanowią kompozycje samego Martino - w tym jego niegdyś popisowy, niesamowicie rozbujany tytułowy - ze wspomnianego debiutu "El Hombre". Gitarzysta nadal bardziej koncentruje się na swoich "linearnych" pełnych rozmysłu partiach solowych. Chwalono jego klarowną, pełną skupienia grę czystym, szlachetnym dźwiękiem - ale również to, że potrafi zademonstrować technikę w błyskotliwych zagranych w szybszych tempach utworach jak w lekko funkowym "Mac Tough" i ostatnim "Cath". Potrafi też w nielicznych momentach dobrze "bawić" się gitarą dodając szczyptę żartobliwego "efekciarstwa" - np. pod koniec "All Blues" - jakby puszczał oczko do słuchaczy. Świetnie wypada w nastrojowych balladach jak wspomniany "Blue in Green" (zmieniając ten utwór niemalże nie do poznania) i "Welcome to a Prayer" - wtedy jest zamyślony, nostalgiczny, pełny stoickiego nastawienia do rzeczywistości. O klasie organisty DeFrancesco nie ma sensu się w ogóle rozpisywać - tego trzeba posłuchać. Co prawda w jego grze nie ma tego czarnego "brudu" i "przydymienia" dawnych mistrzów (np. jak u Jimmy Smitha, Larry Younga czy w/w McDuffa) - gra elegancko, niemalże "po królewsku" - głównie koncentrując na jasnych i czystych barwach organów - unikając przesadnego vibrata czy innych zniekształceń. Jego basowy podkład w lewej ręce zdaje się pochodzić od innej osoby - szczególnie w szybkich utworach, jest do tego stopnia nie zachwiany i niezależny. Choć muzyka nawiązuje do koncepcji tria organowego z połowy lat 50 - to Martino i jego kompanii brzmią niezwykle świeżo i nowocześnie (jakość nagrań jest znakomita). Lider lubi przy okazji swoich refleksyjnych partii dbać przy okazji o dobre melodie jak np. w "Recollection". Tak swingują doświadczeni przez życie panowie, pogodzeni ze swoim losem, ze światem i znajdujący sporą frajdę we wspólnym muzykowaniu.