Larry Carlton - Mr. 335

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Larry Carlton - Mr. 335

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/Larry-Carlton-M ... ase/942065



Niezwykle wszechstronny, z przeogromnym dorobkiem - nie tylko jako solista ale poszukiwany i ceniony gitarzysta, aranżer sesyjny. U nas w kraju znany stosunkowo wąskiej grupce miłośników nieco bardziej przystępnej odsłonie jazzu czy fusion. Niezasłużenie - bo jego pastelowa barwa Gibsona 335 - który stał się jego znakiem rozpoznawczym i od którego wzięło się jego nieoficjalne / oficjalne pseudo artystyczne. Jego wczesne płyty są fascynujące i powinny u nas na stałe wejść na zajęcia z gitary - w wydziały jazzu ( w USA na pewno są ). Do dziś piorunujące wrażenie robi w/w koncert z Japonii w doborowym towarzystwie - jest klawiszowiec Greg Mathieson, uczeń Jaco - basista o nie mniejszym jak lider dorobku płytowym - wzięty sideman - Neil Stubenhaus ( jego partia - wymiata w końcówce Rio Samba ), perkusista - znany jeszcze z czasów szkolnych - John Ferraro ( przy okazji wielu wywiadów i wspominek - Larry z uśmiechem przytacza, że spotkał tego 12/13 młodziaka - który od razu zaczął grać niesamowity bepopowy groove - niczym stary Afroamerykanin ) i czasem słyszalny - a czasem słabo mistrz instrumentów perkusyjnych - inna legenda - Paulinho da Costa. Kawał wybornego grania - iskry lecą z instrumentów.



https://www.youtube.com/watch?v=KjiEWX-q0o4


https://www.youtube.com/watch?v=rKNoj6ZAEC0
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

Larry swoim talentem, muzykalnością i nieodpartym urokiem osobistym zawsze przyciągał podobnych jemu wspaniałych artystów i instrumentalistów - niezłą wizytówką i przeglądem jego umiejętności i kompozytorskich kierunków jest np ten występ - żal, że taki krótki - na scenie same sławy :


Larry Carlton - guitar, vocals
Terry Trotter - keyboards
Brian Mann - keyboards
Rick Marotta - drums
Michael Fisher - percussion
John Patitucci - bass


https://www.youtube.com/watch?v=9rovXPuLLqM




Przy jakiejś okazji rozbawiony do łez lider wspominał wspólne początki w pianistą Terrym - że grali ubrani w jakieś fikuśne różowe/ fioletowe/ purpurowe garniturki / marynarki w parku rozrywki czy wesołym miasteczku - tak zdobywali estradowe szlify :D
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=47ysdThtXgw


A tu koncertowa wizytówka Larry`ego - niesamowicie bujający groove i feeling - z festiwalu w Montreux - za klawiszami jeszcze młodziutki David Benoit - który za kilka lat stał się gwiazdą amerykańskiego pop jazzu GTR.


Lider balladzistą był również niezrównanym - co nie powinno dziwić - grał wcześniej z muzykami soulowymi.


https://www.youtube.com/watch?v=uOJKw2ZenVE
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=Alsr_49Y-hg


Fajny koncert, wartościowy dokument i przegląd ówczesnych możliwości Larry i jego bandu - akurat promującego najnowszy Strikes Twice ale i ciut wcześniejszy zwany po prostu Larry Carlton - grający oszczędniej z mniejszą ekspresją niż Gregg Mathieson - Don Freeman ( dobra okazja by podziwiać instrumentarium stanowiące "jazdę obowiązkową" elektrycznego jazzu - obowiązkowo Piano Fendera, Clavinet, Mini Moog, Arp Quadra i Hammond), dobry przyjaciel jeszcze z okresu młodzieńczego muzykowania - John Ferraro (lider na każdym kroku wychwalał tego perkusistę - że już jako dzieciak potrafił zagrać niesamowity be-bopowy rytm prawie jak Philly Joe Jones ) oraz napędzający całość najbardziej funkowy i groove`owy basista - Pops Popwell - niestety już nieżyjący - wystarczy posłuchać jego partii we flagowym Rio Samba - szkoła gry i ABC dla wszystkich początkujących. W tamtym czasie Larry często gościł w Japonii - był niezwykle ciepło przyjmowany, prawie jak gwiazda rocka. Można mieć drobne zastrzeżenia gdy zaczyna śpiewać - mnie akurat jego maniera i barwa nie przeszkadzają - lecz gdy zespół się rozkręca - trudno się oderwać i taka jest ta muzyka, żywa, skoczna, rytmiczna, optymistyczna, z silnym pierwiastkiem "czarnej" muzyki - czyli bluesa, soulu, silnie funkująca , pełna orzeźwiającego powietrza i słońca. Szkoda, że w naszym kraju to muzyk ciągle znany w wąskim gronie. Może przesadzę lecz u Carltona pojawiał ten sam "problem" co u innych artystów z pograniczna i funkcjonującego "pomiędzy kategoriami" - dla rockmanów i bluesmanów nazbyt "jazzowy" a dla ortodoksyjnych jazzfanów zbyt "popowy i rockowo-rajcujący" - warto wsłuchać w jego solówki - nie tylko nienaganna technika i ogień ale umiejętność układania ciekawych melodii - pewna "linearność" i myślenie długofalowe - układanie długich logicznych opowieści gdzie wszystko wynika z wcześniejszych fraz. Tak grają tylko mistrzowie plus niezwykła "komunikatywność" jego przekazu.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Larry Carlton - Mr. 335

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/4826518 ... -Last-Nite


W minionym 2025 roku pianista udzielający się na tym albumie, bardzo chwalony za wysmakowany akompaniament Terry Trotter świętował 85 urodziny. W ogóle wszyscy obecni na Last Nite muzycy zdają się być nie do zdarcia. Nie tak dawno lider Larry Carlton obchodził 77, basista Abraham Laboriel (jego syn od dawna gra na perkusji z Paulem McCartneyem) 78 a geniusz perkusyjnych z Peru - Alex Acuna pod koniec roku 82. W tym roku płycie stuknie równo 40 lat. To niby "album koncertowy" ale wcale nie słychać reakcji publiczności. Z informacji w książeczce dowiadujemy się, iż nagrano to w legendarnym klubie Baked Potato w Północnym Hollywood w Kalifornii. Stałym rezydentem w latach 70 był choćby bliski przyjaciel Carltona - inny rozchwytywany muzyk sesyjny Lee Ritenour oraz Steve Lukather z Toto (nagrał album koncertowy właśnie w tym miejscu z innym kapitalnym klawiszowcem Carltona - Gregiem Mathiesonem). Intymna atmosfera klubu sprzyjała bardziej wysublimowanej muzyce i na Last Nite mamy tego wyraźny ślad. Larry przyznawał, że blues zawsze był mu bliski i zagrać na koncercie parę takich kawałków "robiło dobrze jego duszy" 😎.


Krytycy, recenzenci i fani podsumowali Last Nite, że to "powrót do bardziej jazzowego grania". Lider nieco odstawił "ogniste wymiatanie" z którego był znany na przełomie lat 70 i 80 i więcej tu zadumy, refleksji co znalazło potwierdzenie w doborze utworów. Aż 2 kompozycje Davisa z najsłynniejszego "Kind of Blue" - czyli otwierający "So What" i "All Blues". Żartobliwie przyznawał, że nawet koledzy do końca nie wiedzieli "co będzie grane" i na początku poczuli zaskoczeni szczególnie "So What" ale błyskawicznie się odnaleźli - w końcu co zawodowstwo to zawodowstwo. Szkoda, że na całej płycie perkusjonalia Acuny są bardzo słabo słyszalne. Jedynie w połowie tytułowego, nieco mrocznego oddającego nastrój przemykania najciemniejszymi zaułkami miasta w środku nocy "Last Nite" można go wreszcie usłyszeć. Tu również gitarzysta raczy nas nieco swobodniejszym graniem, pozwala sobie na więcej ale nie popada we free. Sam zachwala porozumienie jakie osiągnęli z Trotterem. Podobno znali się jeszcze jako "nastolatkowie" (Terry jest o 8 lat starszy) i bywało, że grali straszne chałtury np w lunaparkach ubrani w różowe czy jasnoniebieskie błyszczące marynarki - z czego po latach się śmiali (jedna z ulubionych anegdot Carltona). Nuta i feeling bluesowy są prawie wszechobecne podobnie jak duch wielkiego Milesa u którego nawet w nafaszerowanych elektroniką latach 80 musiał się też solidny blues znaleźć. Gościnny udział sekcji dęciaków z Marciem Russo na czele - wypożyczonym z Yellowjackets nie jest przypadkiem - a trębacz i aranżer Jerry Hey pozwala sobie na klimatyczne solo davisowskie w "The B.P.Blues". Wspomnienie dawnego "rock`n`rollowego" wcielenia lidera mamy w żywszym "Don`t Give It Up" z "debiutanckiego" z 1978.

Fani Carltona pamiętają, że obok bluesowych inklinacji był również mistrzem nastrojowej, emocjonalnej ballady. Taką otrzymujemy pod koniec - opartej na niby prostej melodii (ale każdy jazz fan wyłapie, że pierwsze nuty są mocno oparte na "Naimie" Coltrane`a) - niegdyś napisany specjalnie dla wokalistki Michelle Pillar (u nas prawie nieznana)- "Emotions Wound Us So". Do tego albumu również dojrzewałem latami. Początkowo nie zrobił na mnie większego wrażenia - można posłuchać, dobra muzyka i ot tyle. Preferowałem jego pełne żaru albumy z "Mr.335", "Strikes Twice" czy "Live in Japan". W 1986 powoli zbliżał do 40, nieco wcześniej stał się żarliwie wierzący - co pozwoliło mu filozoficznie i refleksyjnie podejść do wielu kwestii życiowych, np. do ojcostwa czy fatalnego w skutkach postrzału przez jakiegoś nastoletniego członka gangu (prawdopodobnie miała to być jego "inicjacja", pod względem przydatności i bezwzględności, podobno sprawcy nigdy nie odnaleziono) pod swoim domowym studiem pod koniec lat 80 (miał przestrzelone gardło, kark, na jakiś czas stracił głos i czucie w lewej ręce - kosztowało go prawie rok rehabilitacji by doszedł do siebie). Nakład płyty dawno się wyczerpał. Jak na CD dość krótka bo ok 43 minut. Żal, iż nie dołożyli paru dodatkowych kawałków. Na aukcjach za używane kolekcjonerzy karzą sobie niejednokrotnie słono płacić. Mnie się udało za stosunkowo niewielkie pieniądze. Larry wspominał, że w drugiej połowie lat 80 przemysł muzyczny ogromnie się zmienił i wiele potężnych wytwórni np. Warner - likwidowały swoje jazzowe odziały i "skrzydła". Nawet muzycy o wielkiej renomie jak Carlton lądowali "na bruku" (Larry wspominał taką rozmowę - w klasycznym "Amerykańskim" stylu - "... doceniamy to co zrobiłeś w przeszłości, jesteś świetny...ale sorry stary, czasy się zmieniły....") lub musieli radzić sobie sami, czasem zakładając własne wytwórnie lub wydając płytki pod egidą maleńkich wytwórni - stąd fani mieli utrudniony do nich dostęp.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Larry Carlton - Mr. 335

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/4052559 ... 4%E3%82%B9



Niebawem, na początku marca ten wyśmienity gitarzysta będzie świętował 78 urodziny, a jego wieloletni partner wszechstronny klawiszowiec Greg Mathieson pod koniec lutego 76. To dobra okazja by odświeżyć sobie jeden z jego najsłynniejszych albumów. Z niego pochodzi "wizytówka" artysty i jeden z koncertowych asów - tytułowy "Strikes Twice". Wielokrotnie otwierał nim swoje występy (bywało, że grał i pod koniec, czy na bis) - po ruchliwym intro na pianie elektrycznym pojawia szybki jak błyskawica pełen ognia pasaż na gitarze i cały zespół wchodzi pełną parą. Całość brzmi soczyście dzięki pełnej mocy ale i nie pozbawionej be-bopowych zagrywek inteligentnej grze perkusisty Johna Ferraro. Tego ostatniego Larry wypatrzył gdy ten był jeszcze nastolatkiem - miał ok. 13/14 lat a już wtedy potrafił grać ze znacznie starszymi od siebie doświadczonymi muzykami. Carlton miał pewne grono zaprzyjaźnionych muzyków, po których regularnie sięgał w zależności od potrzeb. Nie zawsze wszyscy byli dostępni gdyż jako rozchwytywani muzycy sesyjni mieli napięty grafik (stąd dość częste ich "tasowanie"). Carlton sam opuścił obóz sesyjnych pod koniec lat 70 i rozpoczął pełną sukcesów karierę pod własnym nazwiskiem.


Poznałem go prawie 20 lat temu i od razu polubiłem jego dzieła - szczególnie te najwcześniejsze z przełomu lat 70 i 80 gdzie jego wersja fusion jazzu była jak pierwszy powiew po zimie prawdziwego orzeźwiającego wiosennego powietrza i od razu człowiek chce przystąpić do działania. Akurat wtedy byłem często w drodze (w licznych rozjazdach pociągami, autokarami, przesiadki itd.), stąd z licznymi podróżami a przede wszystkim ze szczęśliwym powrotem do domu zawsze kojarzyć mi się będzie jego muzyka. O dziwo wersję japońską kupiłem już wiele lat temu gdy była jakaś końcówka serii czy wyprzedaż - obecnie są o niebo droższe - w ramach "Fusion Best Collection 1000" (cała książeczka po japońsku i bądź tu mądry 😁). Na okładce widzimy przystojnego muzyka, jeszcze z dłuższymi ciemno blond włosami (w okolicach 84 je ściął, bo niestety zaczął powoli łysieć, co odrobinkę "skaszaniło" mu wygląd, ale przecież muzyka jest najważniejsza) w jeansowej koszuli i z jego ukochanym Gibsonem 335. Ta gitara stała się znakiem rozpoznawczym artysty a nawet dała mu przydomek Mr.335 (w połowie lat 70 korzystał z niej również jego przyjaciel - również niezrównany as studiów nagraniowych Lee Ritenour - do tego stopnia, że dla mniej wtajemniczonych ich brzmienie bywało trudne do rozróżnienia) i tak również nazwał swoje studio nagraniowe oraz jedną z najwcześniejszych kompozycji. Brzmi nie tylko z ostrym bluesowym zacięciem ale i na swój sposób "pastelowo" i "pachnie" najszlachetniejszym drewnem. Szkoda, że ten świetny muzyk jest u nas słabo znany. Nieliczni kojarzą go np. z gościnnym udziałem na albumach Steely Dan.


"Strikes Twice" jest idealny na późne popołudnie, gdy powoli przechodzi w wieczór a my wracamy do ciepłego domku po, co najważniejsze - UDANYM dniu w pracy. Wszystko z nas spływa a my wreszcie możemy się zrelaksować i ogarnia nas błogi spokój. Szczególnie w ten nastrój wprowadza nas zamykający - błogi, zmysłowy, lekko nostalgiczny, bluesujący balladowy - oparty na przepięknej melodii "For Love Alone". Mnie kojarzy odrobinę z "Cause We End As a Lovers" Jeffa Becka czy późniejszymi balladami Gary Moore`a. Uważny słuchacz wyłapie inteligentne dodające aury rozmarzenia smaczki syntezatorowe Briana Manna. Na marginesie warto dodać, że w tym kawałku Larry gra prawie na wszystkim począwszy od elektrycznego piana, poprzez elektroniczną perkusję. Mocne utwory instrumentalne są przeplatane pop-jazzowymi podlanymi soulem kawałkami wokalnymi ( np. "Ain't Nothin' For A Heartache", "In My Blood") . Zwykło się je traktować jako "nieszkodliwy" ale zbędny "balast". Mnie Carlton jako wokalista nie przeszkadza. Miał dobre warunki, wysoką ale i pełną miodowej słodyczy barwę. Te piosenki kojarzą z tym co w tamtym czasie oferowała rosnąca w siłę grupa TOTO, George Benson, czy inni artyści dla których pisał i aranżował Quincy Jones. Fani ognistego wielowątkowego ale i niezmiennie melodyjnego wymiatania z pewnością polubią "Midnight Parade", "Springville" i "Mullbery Street". Jedynie gra głównego pianisty Dona Freemana wydaje trochę bez wyrazu - ot, solidnie przygrywa liderowi ale nie ma w sobie tej huraganowej żarliwości co w/w Greg Mathieson czy finezji i fantazji co Brian Mann.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Larry Carlton - Mr. 335

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/942169- ... sa_dtlidFj


"Eight Times Up" - "Osiem razy w gorę", choć biorąc pod uwagę ilość utworów oraz muzyków powinno być raczej "Six" 😁. To bardzo ciekawy (aczkolwiek trochę szkoda, że nie podwójny) album koncertowy podsumowujący pewien wczesny, bardzo owocny i szalenie lubiany przez fanów okres twórczości kapitalnego gitarzysty Larry Carltona. Podobnie jak wcześniejszy "Live in Japan" z 1979 - również zarejestrowany w Japonii - w Yubinchokin Hall, Tokyo 28 stycznia 1982 (czyli na kilka tygodni przed moimi urodzinami 😂). Lider był zawsze świetnie przyjmowany w kraju kwitnącej wiśni, w tamtym czasie regularnie odwiedzał go co roku. Trasa zorganizowana na fali sukcesu dwóch poprzednich albumów studyjnych (również uznawanych obok debiutu za jedne z najlepszych) "Strikes Twice" i "Sleepwalk". Z tym krążkiem wiąże się miłe wspomnienie sprzed lat. Gdy bodajże byłem w klasie maturalnej widziałem tą płytkę w Empiku w Katowicach - gdzie te czasy, gdy ta sieć miała TAKIE płyty w swojej ofercie. Pamiętam, że była dość droga (ok 70 zł ?) i nie było mnie na nią stać, ale dość długo trzymałem ją w rękach wczytując się w informacje z tylnej okładki. Pomyślałem - "może kiedyś ?" 😇. Po latach udało się najpierw upolować kopię, a później odkupić oryginał od jakiegoś znudzonego zbieracza. Nie należy ufać pozorom - ale pomyślałem, że TAKA okładka z przystojnym, długowłosym gitarzystą - nie może zawierać złej lub przeciętnej muzyki. W okresie 84 lider ściął swoje włosy, co wynikało z faktu, że zaczął łysieć i włosy mocno mu się też przerzedziły. Każdy był kiedyś "młody i przystojny" 😎 (na tej okładce wygląda jeszcze jak "młody Bóg" 😁).


Koncert ma odrobinę "przekrojowy" charakter. Jest otwierający tytułowy "Srikes Twice" oraz dwa kawałki z ostatniego "Sleepwalk". Carltonowi towarzyszą zaprzyjaźnieni i sprawdzeni muzycy. Nie zawsze byli osiągalni ci, z których w danym momencie chciał skorzystać - ale była pewna konstelacja instrumentalistów doskonale się rozumiejąca, o wysokich umiejętnościach i czujących to co Larry chciał wyrazić. Jeden z ulubieńców lidera - John Ferraro na perkusji, na basie legenda - Abe Laboriel (często zatrudniany w projektach Lee Ritenoura) i przede wszystkim idealnie wzajemnie uzupełniający się duet klawiszowców - Brian Mann na organach i syntezatorach oraz druh z młodzieńczych czasów Carltona - Terry Trotter na elektrycznym pianie Fender Rhodes. Na okładce jest również wymieniony brazylijski as perkusyjnych - Paulinho Da Costa... jednakże często jest zupełnie niesłyszalny. Można wskazać nieliczne momenty, gdzie cokolwiek do nas dociera z jego strony - chyba najbardziej w "Black and White", gdzie najpierw dodaje be-bopowego pulsu na kongach pod inteligentne zagrywki Trottera na elektrycznym pianie (to na dobrą sprawę jego solowy popis, dopiero w dalszej części pojawia gitara), by pod koniec na moment wykreować nastrój karnawału w Rio (Laboriel na też swoje "okienko", popisując kaskaderskimi funkowymi zagrywkami).

"Eight Times Up" zamyka pewien etap w karierze Larry`ego. W kolejnych latach muzyka zaczęła się powoli zmieniać - szczególnie gdy lider częściej sięgał po gitarę akustyczną począwszy od "Friends", "Alone/But Never Alone" i "Discovery". Tutaj jego muzyka ma jeszcze coś w sobie z funkowego i pop-soulowego nastroju lat 70. Najpierw zabawna zapowiedź niby po "angielsku", ale z silnym orientalnym akcentem jakiejś dziewczyny i zespół rusza niczym jakiś skład nowoczesnej japońskiej kolei. Brzmienie jest soczyste i ma odpowiednią dynamikę (wielka w tym zasługa obdarzonego świetnym uderzeniem Ferraro), a przy tym jest skoczne, radosne i pełne oddechu. Słychać, że muzycy potrafili odpowiednio rozruszać zgromadzoną publiczność, ale i sami również wybornie się bawili - np. w trakcie rozbudowanego o wolniejszą środkową jazzująca sekcję "Strikes Twice" (znakomity Mann na Moogu, Prophecie 5 i rasowych Hammondach) czy aż w zachęcającym do rytmicznego klaskania i tupania innym moim faworycie - "Upper Kern" (opartym na tak chwytliwej i zaraźliwej melodii, że człowiek mnóstwo razy się łapał na jej nuceniu np. w trakcie gotowania lub sprzątania, od pierwszych nut ma się wrażenie, że zna się ją od zawsze). Larry obowiązkowo musiał przemycić jakiegoś bluesa - w tym przypadku "Blues Bird", gdzie po głównym powracającym niczym refren motywie może snuć swoje zrelaksowane opowieści na ulubionym Gibsonie 335 (idealne do słuchania nocną porą). Złożone i ambitniejsze oblicze przedstawia ostatni "House on the Hill".

Ciekawostką może być fakt, że na początku w trakcie głównego motywu mistrza - mamy prawie pewność, że w tle słyszymy gitarę akustyczną podającą rytmiczną akordy.... - ale kto to może być ?. Czyżby któryś z muzyków ?, a może to zostało dograne potem w studio lub puszczone z taśmy ?. Ale to drobiazg. Znakomity przykład wielowątkowego grania (znów wciągające solo Trottera na Fender-Rhodes) i wyśmienitego zgrania całego zespołu. Dawniej "najsłabszym" momentem wydawał mi się jedyny utwór autorstwa Laboriela (swoją drogą jego syn nieźle się "ustawił" stając nadwornym perkusistą u McCartneya 😁) - "Salud", ot - taki klasyczny pop-soul-funk z przełomu lat 70 i 80. Jednak z czasem zacząłem bardziej doceniać ten utwór - szczególnie nastrojowe akordowe łączniki i nie zawsze oczywiste "rozwiązania" wątków. Wiele takich rzeczy w połowie lat 70 nagrywał w studio wspomniany Lee Ritenour. Widać było jak obaj panowie mocno się inspirowali i każdy coś uszczknął od drugiego. Mimo, że w latach 70 obaj byli nijako "rywalami" i najbardziej wziętymi (obok Lukathera) muzykami sesyjnymi to łączyła ich szczera przyjaźń (często przytaczano anegdotę gdy pod to samo studio podjeżdżali swoimi diametralnie różniącymi się od siebie samochodami - Larry wypasionym, drogim, eleganckim, a Lee jakimś malutkim, brudnym i zdezelowanym 😁). Ciekawe czy gdzieś istnieją taśmy z zapisem pełnego występu z Tokyo 1982 ?, może się kiedyś doczekamy. Rzecz nie tylko dla miłośników "jazz-fusion", ale inteligentnego, pełnego fajnych melodii i "z duszą" gitarowego grania (chociażby solówka w "Upper Kern"). Dekadę temu upolowałem bootleg z Buffalo ale już z 1983 - on daje pojęcie jak wyglądała set lista z tego okresu m.in asy jak "Rio Samba" i "Room 335" plus solowe popisy m.in Briana Manna. Nastąpiła mała aczkolwiek poważna zmiana - na basie już przyszła gwiazda Elektric Bandu Chicka Corei - John Patitucci.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Larry Carlton - Mr. 335

Post autor: Inkwizytor »

Niedawno - 2 marca swoje 78 urodziny świętował gigant gitary - Larry Carlton. Zapewne chciałby znów tak wyglądać jak na okładce swojej płyty "Sleepwalk" z 1982, miał wtedy 34 lata 😁. Patrząc na to zdjęcie - przystojniaka z gitarą - możemy być pewni, że "ani te oczy, ani zniewalający uśmiech, ani tym bardziej gitara Gibson ES-335 nie mogą kłamać" 😂. Krążek "Sleepwalk" - czyli "Lunatykowanie" dedykował ukochanej żonie i córce - tej drugiej dodatkowo utwór "Song for Katie". Śledzący fani i popularyzatorzy tego artysty podkreślają, że począwszy od tego albumu - Larry na dobre opuścił obóz muzyków sesyjnych i zaczął już wyłącznie pracować na własne konto, co wcale nie oznacza, iż niekiedy nie wspomógł zaprzyjaźnionych muzyków swoimi umiejętnościami. Album plus niezły koncerty "Eight Times Up" stanowią podsumowanie pierwszego i chyba najbardziej udanego etapu solowej kariery Carltona. Mistrz powoli rozglądając się wchodził w nowe czasy, nową dekadę - jednakże można odnieść wrażenie, że mentalnie jeszcze był w drugiej połowie lat 70. Do nagrania, oprócz sekcji smyczków - zaprosił swoje sprawdzone grono przyjaciół i wybornych instrumentalistów - trzon zespołu studyjnego stanowią basista Abe Laboriel (na krótko zastąpiony przez Popsa Popwella), nieodżałowany perkusista z TOTO - Jeff Porcaro (w jednym kawałku wierny John Ferraro) i klawiszowcy skupiający głównie na pianinie Fender Rhodes - Terry Trotter, Don Freeman oraz organach Hammonda - Greg Mathieson, Brian Mann (ten drugi gra na Prophet 5). Pekusyjne to Paulinho Da Costa. W przebojowym i świetnie skonstruowanym "Upper Kern" gościnnie pojawił znakomity David Sanborn - wówczas coraz częściej zapraszany na swoje albumy przez gwiazdy muzyki pop, ale i nie tylko.

Larry wraz z doborowym towarzystwem nagrali album.... który idealnie oddaje atmosferę sesji - czyli bardzo późnego wieczoru, wręcz nocy. Lider wspominał, że nie zawsze szło mu nadawanie tytułów swoim kompozycjom - w jednym przypadku panowie rozglądali się po sobie i nagle spojrzeli na zegarek na ścianie w studio i bingo !! - 10:00 pm - czyli 10 wieczorem 😁 . To idealna płyta by słuchać jej właśnie bardzo, ale to bardzo późnym wieczorem, wręcz w nocy. Na pewno nie ma na niej absolutnie śladów zmęczenia czy znużenia, tylko można odnieść wrażenie, że Carlton lepiej czuł się i więcej dawał z siebie w takich "nocnych", rozmarzonych", zrelaksowanych powolnych impresjach - pełnych gitarowych smaczków, niuansów i wtrąceń - np. w "Last Nite", "Blues Bird", "10:00 pm" i tytułowym - który doczekał bodajże "miliona" wersji i coverów - hitem autorstwa zespołu Santo, John i Ann Farina - z lekko "hawajsko/karaibskim" posmakiem i feelingiem. Mnie ta melodia zawsze będzie się nieodłącznie kojarzyć z programami duetu Mann & Materna - wielokrotnie w swoim "Za Chwilę Dalszy Ciąg Programu" - gdy coś komentowali zza kadru, omawiając jakiś problem społeczny - to w tle leciał ten utwór 😂. Gdy ponad 20 lat temu poznawałem dyskografię Larry`ego - "Sleepwalk" wpadł w moje ręce najpóźniej - początkowo długo nie mogłem go upolować. Podobnie z oryginałem CD - udało dopiero parę lat temu. Dziś również nie jest łatwo o płytkę - chyba, że ktoś wyprzedaje swoje zbiory - ale wówczas nie jest tanio 😎. Nie ma wątpliwości, że to jeden z lepszych jego albumów - i nie tylko dlatego, że Larry na nim .... nie śpiewa 😁, jest w całości instrumentalny. Jedynie dwa utwory - zagrane w znacznie szybszym tempie: "Frenchman`s Flat" i "You Gotta Get It While You Can" - nie są specjalnie frapujące - solidna robotą, rzetelne, zawodowe granie...ale nie wiele z nich pozostaje w głowie. Mogą się momentami wydawać wręcz "sztampowe". Dlatego tym bardziej warto skupić na w/w balladowych, dopracowanych w każdym szczególe i pomysłowych snujących balladach. Dzięki nim chce się wracać do tego krążka.
Załączniki
sleepwalk.jpg
sleepwalk.jpg (121.99 KiB) Przejrzano 663 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ