Exodus, Władysław Komendarek
Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Exodus, Władysław Komendarek
Ukazała się na świeżo nie lada gratka dla fanów odrobinkę już "zapomnianej" aczkolwiek w niektórych kręgach "kultowej" formacji Exodus - Niedokończony Sen. To zbiór pierwszych nagrań demo, pierwszych singli oraz radiowych. Co prawda większość z nich ukazała dawno temu w 2006 r. w ramach pięknego boxu pod egidą Metal Mind - The Most Beautiful Dream; Anthology 1977-1985. Niestety nakład dawno się wyczerpał, nie ma w planach by firma go wznowiła a używane egzemplarze o ile się pojawiają na ebay czy allegro osiągają kosmiczne sumy (ciekawostką jest, że w stosunku do nagrań z boxu - w tych wydaje się, że jest więcej pogłosu w wokalach Pawła - nie wiem dlaczego, może mi się tylko tak wydaje). Uwagę zwraca przepiękna okładka mogąca kojarzyć z pracami Phila Traversa - nadwornego grafika najlepszych płyt Moody Blues z Seventh Sojourn na czele. Już ona wprowadza w specyficzny rozmarzony, bajkowy klimat ówczesnej twórczości Exodusu. Nagrania mamy poukładane chronologicznie ale z zachowaniem stosownej dramaturgii, by również jeszcze bardziej wciągała słuchacza i sprzyjała budowaniu stosownego klimatu. To szalenie istotne by repertuar został w stosownej kolejności zaprezentowany, niby banał ale jednak. Najlepszym na to przykładem jest ulga i poczucie upojenia, wyciszenia, relaksu - gdy po pędzącym, szaleńczym niczym rollercoaster Gonitwa Myśli ( tu rzeczywiście muzycy pokazali lwi pazur i udowodnili, iż potrafią bardzo wiele )- następują pierwsze akordy ballady Biruli - Uspokojenie Wieczorne (lata mijają a mnie niezmiennie wzrusza i zawsze pasuje do klimatu powrotu późnym popołudniem po pracy do domu i szykowania ciepłej strawy i zakopania się w przytulny koc z herbatą). Swoją drogą to naprawdę fenomenalne posunięcie. Ciekawe czy na koncertach też te kompozycje następowały po sobie w tej kolejności. Ten zestaw podobnie jak wcześniejszy koncert z Sali Kongresowej pozwala nam spojrzeć świeżym okiem na dorobek wczesnego ale chyba najlepszego okresu Exodusu (nie jestem entuzjastą tego po Supernovej) . Po raz kolejny błyszczy donośny, panujący niepodzielnie nad tkanką instrumentalną głos Pawła Biruli o niezwykle szerokiej skali i bogatym arsenale środków wyrazu. W dalszym ciągu uważam, że obok Staszka Wenglorza to był jeden z największych w kraju (i ścianie wschodniej) ale niestety "zmarnowanych" i nie w pełni wykorzystanych wokalnych talentów. Melomani są nadal podzieleni co do jego wkładu i sposobu śpiewania - jedni rozpływają w zachwytach, innych on zwyczajnie denerwował ale dobre i to bo przynajmniej nie pozostawał obojętnym. Balladowe momenty dziś nasuwają co prawda dalekie ale jednak skojarzenia z pełnymi patosu, nośnymi balladami i wykorzystaniem gitar dwunastostrunowych w Barclay James Harvest. Te porównania do Yes zawsze wydawały mi się mocno naciągane - chyba że wyłącznie z ich "balladowymi" momentami czy nielicznymi pastelowymi impresjami z Tales From Topographic Oceans. Wskazywano też pokrewieństwo z romantycznie zorientowanymi na kwestie melodii i harmonii zespoły Włoskie z kręgu NRP ale doprawdy trudno uwierzyć, iż w tamtym czasie panowie z Exodusu mieli styczność czy dostęp do winylowych rarytasów mało znanych grup z Włoch. Te nagrania sprzed już ponad 45 lat z czasem naprawdę nabierają patyny - mimo niekiedy ciut "naiwnych" i "archaicznych" momentów to nabierają patyny i słucha się z zaciekawieniem. Godne podkreślenia, że w sumie w swojej kategorii na dobrą sprawę nie mieli "konkurencji", nawet w drugiej połowie lat 70. SBB zmierzali w stronę fusion czy space-rocka, Budka odeszła od progresywnych form, ciut z progiem romansowali Skaldowie na Krywaniu i Stworzeniu Świata... a Niemen był niepokonanym czempionem ale w swojej niepowtarzalnej stylistyce
.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Exodus, Władysław Komendarek
https://www.youtube.com/watch?v=D0nMKzck4CE
Przyznam, że traktowałem wcześniej ten album po macoszemu. Teraz jawi jako jedno z największych osiągnięć naszego "Kosmity" czyli Władka Komendarka, lecz niezmiennie w dość przystępnej formie. Wcześniej miałem znośną kopię ale uznałem po lekturze książki wywiadu-rzeki z mistrzem, że to nietakt i naprawiłem to niedopatrzenie
. A że wydawca (którego nazwy nie wymienię bo mnie nie "sponsoruje") niedawno ogłosił "świąteczną wyprzedaż" to grzech nie skorzystać - by potem po latach nie płacić 200/300 zł za używany. Repertuar pochodzi z połowy lat 90 - czyli to już prawie 30 lat. Wcześniej częściowo pojawił na składance CD - Moogazyn oraz dzielił kasetę na jednej stronie z poradami życiowymi "Poradnik dla Twojej dziewczyny" - aż trudno w to uwierzyć - dlaczego tak ?, kto to wymyślił ? - niestety tego z komentarzu do książeczki się nie dowiadujemy. Teraz zebrano całość i brzmi to wyjątkowo konsekwentnie. Trzeba przyznać, że artysta zaprezentował muzykę, która wyjątkowo poprawia humor, daje wytchnienie, relaks, odprężenie i zaraża dobrym humorem, co zawsze u niego ceniłem. W zależności od perspektywy i nastawienia można zastosować logikę pustej/pełnej szklanki. Z jednej strony wnikliwy słuchacz i miłośnik elektroniki bez problemu wskaże na silne podobieństwa i inspiracje Tangerine Dream z początku lat 80 gdy silnym punktem i wpływowym członkiem stał się Johannes Schoelling oraz późniejszym gdy w drugiej połowie lat 80 jego zastąpił z kolei młody ale wszechstronnie uzdolniony Paul Haslinger z inklinacjami do muzyki filmowej i poważnej (od której zresztą zaczynał). Pojawiają nawet te specyficzne "mandarynkowe" barwy - z PPG2 Wave czy Propheta w jakich się lubowali, że o poczciwym hammondzie i mellotronie nie wspomnę. Z drugiej biorąc pod uwagę specyfikę naszego rynku, konkurencję na niwie "rocka elektronicznego" - trzeba przyznać, że Gudonis absolutnie deklasował wszelkich potencjalnych rywali (szczególnie tych, którzy jeszcze mocniej poszli w "sakro"). Mimo, że w tamtym czasie powoli dobijał do 50 - pozostawał świeży, pomysły dosłownie go rozsadzały, był otwarty na nowe horyzonty i nie oglądał się za siebie. Z dumą podkreślał, że w jego naturze leży "bunt" - przeciw temu co było, skostniałym formom, a nawet swojej przeszłości - nudziło go śmiertelnie i odmawiał by grać konkretne kawałki z dawnych lat. Uparcie twierdził i nadal to czyni - że "nie wszystko w muzyce zostało zagrane". Można z tym polemizować i ewentualnie przyjąć taki punkt widzenia pod warunkiem, że całkowicie przedefiniujemy to co traktujemy jako "muzykę". Parabola muz - w dalszym ciągu przepełniona nie tylko "szkołą berlińską" (czytaj Tangerine Dream) ale i w dalszym ciągu aczkolwiek przygasającym "romantyzmem europejskim". Można ją traktować jeszcze jako "ostatni powiew" tradycji. Na przełomie lat 90 i 2000 mistrz odważniej zaczął mieszać pozornie nieprzystawalne i "wrogie" sobie gatunki jak elektronikę, house, dance, techno, drum`n`bass, metal, industrial a nawet trash. Nie wszystkim owoce jego pracy smakowały a dla sporej części dawnych fanów całość wydawała zbyt radykalna i anarchizująca, a lat muzykowi przybywało - ale mentalnie i stylistycznie jakby wręcz "młodniał"
. Prawie każdy utwór wciąga w pasjonującą podróż, po lekko "nawiedzonej" Narodziny Sumerów, jest eteryczny Analizator Myśli i Spokój Duszy czy jeżąca rozszalałymi kolidującymi podkładami - zgodnie z tytułem Nalot tse-tse. Silną stroną Komendarka jest nieustanna "ruchliwość" w muzyce i jego barw - są tak niespokojne, żyją i pulsują swoim życiem. Tytułowy Parabola Muz wydaje jednym z największych jego osiągnięć. Po snującym się wstępie mamy erupcję przecinających się sekwencji rodem właśnie z połowy lat 80 czym raczyli nas specjaliści od "Mandarynkowych Snów" - by po kilku solówkach lidera przejść do podniosłego przepięknego motywu zamykającego i będącego niezapomnianym zwieńczeniem całości. Melodia, której nie powstydziłby się ani Froese czy sam Vangelis. Pół godziny niezapomnianych wrażeń jeszcze z czasów, gdy Gudonis był jednak trochę "niepoprawnym romantykiem" syntezatorów. Wystarczy zerknąć na listę instrumentarium jakim wtedy dysponował - obok Casio CZ5000, Roland JD800 (którego chyba szybko się pozbył jako mało inspirującego), poczciwe analogi z Rolandem SH2000, Roland System100, Roland SH101 czy nowocześniejszymi jak Ensoniq FVX (z którego wyciskał siódme poty) czy samplery jak Emulator III i IV (podejrzewam, że te głównie w module). Szkoda jedynie, że w komentarzu do płyty zabrakło jakiś wspomnień, ciekawostek, informacji co wtedy Mistrza inspirowało, genezy poszczególnych kawałków, może jakiejś anegdoty czy jak z perspektywy czasu ocenia te nagrania.
Przyznam, że traktowałem wcześniej ten album po macoszemu. Teraz jawi jako jedno z największych osiągnięć naszego "Kosmity" czyli Władka Komendarka, lecz niezmiennie w dość przystępnej formie. Wcześniej miałem znośną kopię ale uznałem po lekturze książki wywiadu-rzeki z mistrzem, że to nietakt i naprawiłem to niedopatrzenie
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- opowiesczimowa
- cylinder Edisona
- Posty: 11
- Rejestracja: 23.01.2022, 21:14
- Lokalizacja: Piła
Re: Exodus, Władysław Komendarek
W jednym z wywiadów, który dodany był jakieś 4 miesiące temu Komendarek wspomina dosłownie jednym zdaniem o tym, że tworzy się dokument o Exodusie 
Psy szczekają, karawana idzie dalej.
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Exodus, Władysław Komendarek
O ile dobrze pamiętam to ten "dokument" się tworzy od dobrych paru lat. Dowiedziałem się o tym od p. Rajmunda - mojego dobrego znajomego "po klawiaturze", który swego czasu pomagał Komendarkowi na koncertach. Podobno było dwóch młodych ludzi tworzących ten film. Sprawa parokrotnie utknęła w martwym punkcie bo albo nie było funduszy, albo ktoś się wycofał czy jakieś problemy z montażem... 
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Exodus, Władysław Komendarek
Niedawno ukazał się archiwalny, niepublikowany materiał czołowego polskiego "Kosmity" - czyli Władysława Komendarka z 1997 r. W ten sposób została zapełniona pewna "luka" między albumami: Szafirowa Chimera, Klasykotronika i Zeta Reticuli IV. Słuchając albumu Przestrzeń Czystej Energii można prześledzić pewną ewolucję stylistyczną, którą mistrze klawiatur realizował z zadziwiającą konsekwencją. To bardzo przyjemny w słuchaniu materiał. Jednakże trochę "zadaje kłam" twierdzeniu artysty, iż w muzyce czy elektronice jeszcze wiele rzeczy nie zostało powiedziane czy zagrane. Przy okazji absolutnie nie twierdzę, że proponowaną tu muzykę można nazwać "wtórną". Komendarek "wpadł" na pewne pomysły nijako niezależnie od pozostałych magików sfery elektronicznej. Podobnie jak niektórzy filozofowie czy pisarze - do pewnych wniosków czy rozwiązań dochodzili swoimi drogami, niekiedy nie mając świadomości istnienia "konkurentów" ( może On sam gdy zaszył w domowym studio uznawał, że nie ulega wpływom, kreuje coś unikatowego ale osłuchani z muzyką elektroniczną miłośnicy gatunku od razu wskażą pewne podobieństwa i pokrewieństwa do uznanych światowych nazwisk). Można śmiało powiedzieć, że to jedna z ostatnich okazji by posłuchać Pana Władysława hołdującemu tradycji czy nawiązującego do dobrej starej szkoły Berlińskiej. Najbardziej zamieszczone tu kompozycje kojarzą się z Tangerine Dream z okresu swoistej "dominacji" Johannesa Schmoellinga. Nie jest to bynajmniej zarzut. Pana Władka wypada pochwalić z jaką naturalnością tworzy swoją muzykę oraz jak bogaty dźwiękowo "kobierzec" tka zarówno z dawnych analogowych barw syntezatorów jak i z tych cyfrowych. Z opisu płyty dowiadujemy się, że w dużym stopniu opierał się na Ensoniq VFX SD oraz modułu Roland JD-990. Wtedy jeszcze miał bardzo ciekawego a obecnie poszukiwanego na rynku Korga Tridenta. Miał się go niedługo później pozbyć czego nie raz gorzko żałował. Jako "minus" podawał brak Midi oraz konieczność wgrywania brzmień z kasety co bywało uciążliwe i niepewne. Już sam początek intryguje i wciąga słuchacza w niezwykły świat. Psychozoiczna Era to swobodna impresja z co jakiś czas deklamowanym stwierdzeniem, że "maszyny przejęły kontrolę nad światem". Najbardziej ekscentryczny jest Epigones-Alt z gościnnym udziałem fenomenalnego altowiolinisty chyba siostrzeńca mistrza. Wtedy chyba jeszcze studenta akademii muzycznej. Dziś uznany profesor, nagradzany solista i pedagog. Dwa ostatnie to trochę taki "Komendarek z pigułce" - charakterystyczne melodie, rozwiązania kompozytorskie i prowadzenie narracja a przy tym bardzo optymistyczny charakter. Trochę szkoda, że w komentarzu do płyty zabrakło trochę wspomnień samego muzyka - co go wtedy inspirowało, co interesowało i jakie kwestie stanowiły inspirację dla powstania tych utworów, może jakaś anegdota. Jak już nadmieniłem - muzyk powoli odchodził od takiej stylistyki. Na początku nowej dekady i nowego milenium odważniej wchodził w ambient, przemycał pierwiastki techno a nawet metalu/industrialu. Słuchając bardzo miłej Przestrzeni Czystej Energii mimo wszystko odnosi się wrażenie, iż gdzieś to już się słyszało a pewna formuła powoli uległa wyczerpaniu. Każdy prawdziwy fan Komendarka czy w ogóle szeroko pojętej muzyki elektronicznej powinien tej płyty posłuchać.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Exodus, Władysław Komendarek
https://www.discogs.com/release/1606766 ... onica-8990
W trakcie nagrywania dość kontrowersyjnego album King Crimson "Lizard" - doszło do słynnej sprzeczki między dawnymi przyjaciółmi ze szkolnej ławy - Gordon Haskell, gdy usłyszał partie fortepianu Keitha Tippetta miał bez ogródek powiedzieć, że "... to brzmi jakby kot przechodził przez fortepian...". Lider Fripp szybko zripostował, iż "...kot nie wie co robi, a Keith tak...". Haskell - "...ale mimo wszystko brzmi tak samo..."
. Jedną z żelaznych zasad Crimson było, że nie wolno było w tym zespole grać tego co wcześniej. Na potrzeby zespołu należało wymyślić własny styl na nowo. Jakoś to wszystko idealnie pasuje do okoliczności powstania tej wielce "oryginalnej" płyty naszego Władysława Komenarka - "Ars Electronica". Zawiera nagrania, które mistrz przygotował i przesłał na organizowany od 1979 w austriackim Linzu festiwal "Ars Electronica" - zarówno w 1989 i 1990 (te drugie są już bardziej "konwencjonalne" i zawierają więcej "progresywnego" ówczesnego Komendarka - np. "Pobudzenie Ludzi do Życia Mówi Alfa"). Za ideę ciekawej imprezy odpowiadało czterech nietuzinkowych ludzi w tym jeden z liderów progresywnej grupy ze Szwajcarii - Eela Craig - śp. Huber Bognermayer. Chodziło by zachęcić twórców m.in sztuk wizualnych, multimedialnych, łączących obraz i muzykę i przede wszystkim samą muzykę - do przekraczania granic i zaprezentowania czegoś zupełnie nowego i nieszablonowego. Gudonis z typowym dla siebie dystansem wspominał, że zdawał sobie sprawę, że tzw. "ambientowymi pościelówami" (jak nazywał swoje pierwsze melodyjne utwory) nie przebije się i nie znajdzie uznania w oczach organizatorów. Przyznał, że stworzyć i zagrać nagle coś zupełnie innego jest niezwykle trudno. Komendarek zawsze lubił artystyczne wyzwania i jak z dumą podkreślał - szybko się nudził i buntował przeciwko własnym "skostniałym" formom - stąd postanowił zmierzyć się z czymś nowym. Postanowił odrzucić wszelkie konwencje, które uznał za nudne i ograne. Wysiłek się opłacił - organizatorzy będący pod wrażeniem taśmy, którą przesłał zaprosili go na festiwal, by mógł wygłosić wykład jak powstaje jego muzyka oraz dać mini recital.
Muzyka przez wiele lat pozostawała jedynie w archiwum artysty. Ukazała się dopiero w 2020 czyli ponad 30 lat od jej powstania. Gudonis mając do dyspozycji ciekawe instrumentarium - obok analogowych stareńkich Rolandów Sh, czy 101, do granic możliwości wykorzystywał wtedy ulubiony Korg Trident, Casio CZ-5000, FZ-1 i najnowsze nabytki Ensonig VFX-SD i wypożyczony dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej firmy - ekskluzywny Kurzweil K250. Powstała chyba najmniej przystępna i najbardziej "dziwaczna" spośród jego wcześniejszych płyt. To zdecydowanie nie jest "muzyka" dla każdego. Wielu być może zakwestionowałoby fakt, że to jest w ogóle "muzyka". Władek potwierdza, że jak na tamte czasy - w istocie to była "awangarda" (chociaż w kolejnych latach poszedł jeszcze dalej, gdy w swoją muzykę wsączył elementy industrialu, techno czy house). Maestro odrzucił całą spuściznę i dorobek elektroniki wywodzący się z tzw. "Szkoły Berlińskiej" (Tangerine Dream i Schulze, choć w "Alfie" pojawiło echo formacji Edgara Froese z czasów gdy ważnym członkiem bym Johannes Schmoelling). Zrezygnował z charakterystycznej mające korzenie w niemieckim romantyzmie melodyki i rozwiązań harmonicznych. Trudno mówić o jakiejkolwiek strukturze - wstępie-rozwinięciu i zakończeniu. Postawił na pełne nieustannego niepokoju zabawy brzmieniem, niezliczone efekty, wrzucane raptownie nerwowe i rozedrgane motywy, eksperymenty z ludzkim (własnym) głosem, przyśpieszone do granic absurdu sekwencje, które równie nagle potrafią się "wykoleić. Dla wielu sprawiałoby to wrażenie przypadkowej plątaniny, dobranych na zasadzie przypadku efektów, poszatkowanej, rozrzuconej i znów zniekształcanej układanki. Trudno stwierdzić, czy to spontaniczne, mające upodobanie w chaosie i kolażu "granie" - czy może proces nad którym Gudonis ani przez chwilę nie traci kontroli.
Odnosi się wrażenie, że muzyk chciał sprawdzić gdzie go to wszystko zaprowadzi. Od wielu dekad słuchacze i muzykolodzy zadają sobie pytanie - jaka będzie muzyka za 50/100/200/500 lat itd itd ?. Artysta zawsze kategorycznie twierdził, iż jego zdaniem w muzyce jeszcze wiele rzeczy zostało do zagrania i wymyślenia, jakby na przekór powszechnym twierdzeniom, że "już wszystko było". Czyżby nasz klawiszowiec chciał nam uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić nam jaka będzie muzyka odległej przyszłości ?. Wiele też zależy od pewnej weryfikacji dotyczącej tego co my ludzie, co umysł ludzki jest w stanie traktować jako "muzykę". Podobno to nasz umysł narzuca w tej materii sztywne ograniczenia. Mimo wszystko jakaś wrażliwość i ślad "klasycznego" Komendarka można w drobnych fragmentach odnaleźć (np. w ciężkich, zawiesistych akordach będących jakby "oddechem elektronicznego chóru"). Należy z pewnością chylić czoło przed jego benedyktyńską, tytaniczną pracą jako producent, aranżer z zegarmistrzowską precyzją łącząc pozornie nieprzystające do siebie spiralne motywy. Może te niełatwe elektroniczne impresje są dźwiękowym portretem jednostki ludzkiej za parę stuleci, która powoli zatraci swoje dawna "humanitarne" odruchy i instynkty - stając hybrydą ciała, elektroniki, pierwiastków wirtualnych, kwantowych i Bóg wie jeszcze czego
. Wystarczy tylko zerknąć na mało optymistycznie nastrajające jeśli chodzi o przewidywaną kondycję człowieczeństwa tytuły "Komputerowa Krew", "Magowie Galaktycznego Czasu" czy "Pobudzanie Ludzi do Życia Mówi Alfa".
W trakcie nagrywania dość kontrowersyjnego album King Crimson "Lizard" - doszło do słynnej sprzeczki między dawnymi przyjaciółmi ze szkolnej ławy - Gordon Haskell, gdy usłyszał partie fortepianu Keitha Tippetta miał bez ogródek powiedzieć, że "... to brzmi jakby kot przechodził przez fortepian...". Lider Fripp szybko zripostował, iż "...kot nie wie co robi, a Keith tak...". Haskell - "...ale mimo wszystko brzmi tak samo..."
Muzyka przez wiele lat pozostawała jedynie w archiwum artysty. Ukazała się dopiero w 2020 czyli ponad 30 lat od jej powstania. Gudonis mając do dyspozycji ciekawe instrumentarium - obok analogowych stareńkich Rolandów Sh, czy 101, do granic możliwości wykorzystywał wtedy ulubiony Korg Trident, Casio CZ-5000, FZ-1 i najnowsze nabytki Ensonig VFX-SD i wypożyczony dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej firmy - ekskluzywny Kurzweil K250. Powstała chyba najmniej przystępna i najbardziej "dziwaczna" spośród jego wcześniejszych płyt. To zdecydowanie nie jest "muzyka" dla każdego. Wielu być może zakwestionowałoby fakt, że to jest w ogóle "muzyka". Władek potwierdza, że jak na tamte czasy - w istocie to była "awangarda" (chociaż w kolejnych latach poszedł jeszcze dalej, gdy w swoją muzykę wsączył elementy industrialu, techno czy house). Maestro odrzucił całą spuściznę i dorobek elektroniki wywodzący się z tzw. "Szkoły Berlińskiej" (Tangerine Dream i Schulze, choć w "Alfie" pojawiło echo formacji Edgara Froese z czasów gdy ważnym członkiem bym Johannes Schmoelling). Zrezygnował z charakterystycznej mające korzenie w niemieckim romantyzmie melodyki i rozwiązań harmonicznych. Trudno mówić o jakiejkolwiek strukturze - wstępie-rozwinięciu i zakończeniu. Postawił na pełne nieustannego niepokoju zabawy brzmieniem, niezliczone efekty, wrzucane raptownie nerwowe i rozedrgane motywy, eksperymenty z ludzkim (własnym) głosem, przyśpieszone do granic absurdu sekwencje, które równie nagle potrafią się "wykoleić. Dla wielu sprawiałoby to wrażenie przypadkowej plątaniny, dobranych na zasadzie przypadku efektów, poszatkowanej, rozrzuconej i znów zniekształcanej układanki. Trudno stwierdzić, czy to spontaniczne, mające upodobanie w chaosie i kolażu "granie" - czy może proces nad którym Gudonis ani przez chwilę nie traci kontroli.
Odnosi się wrażenie, że muzyk chciał sprawdzić gdzie go to wszystko zaprowadzi. Od wielu dekad słuchacze i muzykolodzy zadają sobie pytanie - jaka będzie muzyka za 50/100/200/500 lat itd itd ?. Artysta zawsze kategorycznie twierdził, iż jego zdaniem w muzyce jeszcze wiele rzeczy zostało do zagrania i wymyślenia, jakby na przekór powszechnym twierdzeniom, że "już wszystko było". Czyżby nasz klawiszowiec chciał nam uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić nam jaka będzie muzyka odległej przyszłości ?. Wiele też zależy od pewnej weryfikacji dotyczącej tego co my ludzie, co umysł ludzki jest w stanie traktować jako "muzykę". Podobno to nasz umysł narzuca w tej materii sztywne ograniczenia. Mimo wszystko jakaś wrażliwość i ślad "klasycznego" Komendarka można w drobnych fragmentach odnaleźć (np. w ciężkich, zawiesistych akordach będących jakby "oddechem elektronicznego chóru"). Należy z pewnością chylić czoło przed jego benedyktyńską, tytaniczną pracą jako producent, aranżer z zegarmistrzowską precyzją łącząc pozornie nieprzystające do siebie spiralne motywy. Może te niełatwe elektroniczne impresje są dźwiękowym portretem jednostki ludzkiej za parę stuleci, która powoli zatraci swoje dawna "humanitarne" odruchy i instynkty - stając hybrydą ciała, elektroniki, pierwiastków wirtualnych, kwantowych i Bóg wie jeszcze czego
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Re: Exodus, Władysław Komendarek
Występy Komendarka podziwiałem parokrotnie. Zarówno z Exodusem, jak i solo (Jarocin 1984 chyba?).
W zeszłym roku trafiłem na YT autorską promocję kompilacyjnego wydawnictwa "Przestrzenie przeszłości".
https://www.youtube.com/watch?v=D4jmDzbT8Wg&t=4s
Przyznam, że była to mistrzowska auto-reklama. Rzecz kupiłem. Są to dwa CD wypełnione po brzegi, częściowo materiałem niepublikowanym wcześniej. Wydane w 2011 r. przez Metal Mind Production. Najbardziej zaciekawiła mnie wzmianka artysty o utworze "Wietnam". Świetne (właściwie wszystko), polecam!
W zeszłym roku trafiłem na YT autorską promocję kompilacyjnego wydawnictwa "Przestrzenie przeszłości".
https://www.youtube.com/watch?v=D4jmDzbT8Wg&t=4s
Przyznam, że była to mistrzowska auto-reklama. Rzecz kupiłem. Są to dwa CD wypełnione po brzegi, częściowo materiałem niepublikowanym wcześniej. Wydane w 2011 r. przez Metal Mind Production. Najbardziej zaciekawiła mnie wzmianka artysty o utworze "Wietnam". Świetne (właściwie wszystko), polecam!
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Exodus, Władysław Komendarek
https://kultowenagrania.pl/product/wlad ... aterii-cd/
Też warto - tym bardziej jeśli ktoś ma prawie całą dotychczasową dyskografię Mistrza.
Też warto - tym bardziej jeśli ktoś ma prawie całą dotychczasową dyskografię Mistrza.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Exodus, Władysław Komendarek
https://www.discogs.com/release/2485013 ... KWgQo7tGlv
"Życie Robotów" to jeden z "roboczych" projektów Władysława Komendarka, który powstał w ok. 1990 r..... jednak wtedy nie doczekał się wydania i został odłożony na półkę - aż do 2022 r. Dziś z perspektywy czasu nie jest aż tak trudno zrozumieć "pecha", lub braku zainteresowania potencjalnych wydawców. Podobnie jak w przypadku ciut wcześniejszego ambitnego przedsięwzięcia - muzyki przygotowanej na festiwal "Ars Electonica" - artysta zaprezentował znacznie trudniejszą w odbiorze dzieło. Z drugiej strony - paradoksalnie - nie aż tak bardzo odległe od jego ówczesnych "głównych" fascynacji - jakim dał wyraz na "Hibernacji no.1." czy na "Fruwającej Lalce". Słuchając tego archiwalnego materiału dziś - można odnieść wrażenie, że Mistrz, mając absolutną artystyczną wolność ( i poniekąd dobrze) - chciał w pierwszej kolejności "zadowolić samego siebie", po raz kolejny zbuntował się przeciwko samemu sobie i odciął się, być może znudzony, od przeszłości. Z boku mogło to wyglądać jak "albo otwieracie umysły i bierzecie mnie z moją muzyką - albo możecie spadać". Znów pragnie się zacytować lubiany przez śp. Lyle`a Maysa cyta: "prawdziwa sztuka rozkwita pod przymusem, a zamiera na (totalnej) wolności". Nie jest tajemnicą- że "za całkowitą wolność, płaci się całkowitym osamotnieniem".
Trzeba chyba naprawdę baaaardzo lubić p. Władysława - by również polubić i ten "zaginiony" album. Niestety taka stylistyka - przepełniona "rozpędzonymi, rozbieganymi i nieustannie zderzającymi się ze sobą" sekwencerami w 1990 mogła być traktowana jako pewien relikt i anachronizm. Dziś coraz bardziej natarczywe są pytania o rolę i odpowiedzialność za "sztuczną inteligencję". Te pytania wywodzące się z ludzkich lęków wielu zadawało i dekady temu w tym będący inspiracją dla "Życia Robotów" pisarz Isaac Asimov - twórca słynnych "trzech praw" dla robotów. Trzy prawa - mają jakby swoje odpowiedniki w trzech częściach suity: "Syndrom Robotów" - kolejno "Inwazja", "Korekta Inteligencji" i "Zadanie". W prawach - rzekomo prostych i trudnych do podważenia Asimova dostrzegano źródło sprzeczności i paradoksów. Ideę rozwijał inny pisarz Philip K. Dick w swych "Czy Androidy Śnią o Elektrycznych Owcach" - na bazie której powstał kultowy "Łowca Androidów". Jedni - podobnie jak w instrumentach elektronicznych - dostrzegają wielki potencjał i same korzyści - inni zagrożenie - wystarczy wspomnieć chociażby serię "Terminator", "Ja, Robot", "Matrixa" czy niepoprawnie romantyczny z cudownym głosem Scarlett Johansson "Ona".
W nafaszerowanej niezliczoną plątaniną sekwencji muzyce Komendarka - można odnaleźć również strach i zagrożenie permanentną inwigilacją jak w "1984" Orwella lub w filmach pokroju "Ucieczka Logana" - np "Korekta Inteligencji" czy w finale "Zadania". Początek - to prawie jak w "Bladerunnerze" czy "Diunie" - rozlewne i bezkresne plamy syntezatorów kreślą obraz lądowania niezliczonej armady statków kosmicznych.... które opanowały całkowicie ziemię. W drugiej części mamy wspomnianą "korektę" -czyli jak mawiał groteskowy wróg Pana Kleksa - Wielki Elektronik - "sprzątanie całego bajkowego śmietnika"....by w "Zadaniu" gdzie na tle ambientowego tła możemy podziwiać "nowy wspaniały wysprzątany świat". Sekwencje z keyboardów mogą nam służyć za przyszły język robotów próbując przekazać sobie miliardy danych i kodów. Moim zdaniem trochę jest tych sekwencji za dużo.... Dla współczesnego słuchacza mogą być celem samym w sobie, czy próbą udowodnienia ile wtedy można było z tego sprzętu maksymalnie wycisnąć. Nie inaczej gdy pojawia charakterystycznie brzmiąca elektroniczna perkusja z automatu Rolanda TR czy Yamahy RX11. Te rozwiązania i sound mógł na chwilę fascynować w 83/84...ale już nie w 1990. Gdzieś również w tym zelektryfikowanym gąszczu "ginie" dawny Komendarkowy romantyzm. Pojawia ale na chwilę - będący jakby wspomnieniem dawnego świata - np. ok 8 minuty w "Zadaniu", 6 minut w "Korekcie Inteligencji" i 8 minucie w najdłuższej "Miłości Robotów". Czy roboty są zdolne do miłości ? - w/w film "Her"/"Ona" oraz "Bladerunner" nie dają nam satysfakcjonującej odpowiedzi. Niektórzy, może i naiwnie", uważają, że w przyszłości to ludzie staną się zimni i pozbawieni uczuć, a to maszyny staną się bardziej "ludzkie" i empatyczne .... Nie zmienia to faktu, że jak zawsze należą się słowa uznania za upór, zegarmistrzowską precyzję, benedyktyńską cierpliwość dla Komendarka za produkcję i montaż nagrań. Łatwo sobie wyobrazić tygodnie czy miesiące przy magnetofonie nagrywając i łącząc kolejne mini ścieżki - przewijając taśmę tam i z powrotem, aż do zadowalającego maestro efektu. Nadal możemy być pod wrażeniem bogactwa (mimo "skromnego" instrumentarium) palety syntezatorowych brzmień - p. Władysław zawsze z dumą powtarzał, że wyciskał ze swoich klawiatur tyle, że aż się "krztusiły i pociły". Nową erę w jego muzyce otworzył m.in Ensoniq VFX-SD i późniejsze Nordy, Roland V-Synth, Waldorf itd.
Pewną "ulgę" dla miłośników szkoły berlińskiej oraz tradycyjnie pojmujących elektronikę - przynoszą dwa "bonusy" - z lat 89/91 - czyli mające typową budowę (wstęp-melodia-sekwencja-rozwinięcie-finał-i znów impresja) znacznie bardziej komunikatywne "Synergia" i "Kepler 1649C" - mieszczące się w okresie Tangerine Dream z Johannesem Schmoellingiem. To dowód, że Komendarek tworzył wielowątkowe, ciekawe i milsze w słuchaniu rzeczy, nadal pozostając, w rozsądnych proporcjach - eksperymentatorem. Tu "romantyzmu" jest zdecydowanie więcej
"Życie Robotów" to jeden z "roboczych" projektów Władysława Komendarka, który powstał w ok. 1990 r..... jednak wtedy nie doczekał się wydania i został odłożony na półkę - aż do 2022 r. Dziś z perspektywy czasu nie jest aż tak trudno zrozumieć "pecha", lub braku zainteresowania potencjalnych wydawców. Podobnie jak w przypadku ciut wcześniejszego ambitnego przedsięwzięcia - muzyki przygotowanej na festiwal "Ars Electonica" - artysta zaprezentował znacznie trudniejszą w odbiorze dzieło. Z drugiej strony - paradoksalnie - nie aż tak bardzo odległe od jego ówczesnych "głównych" fascynacji - jakim dał wyraz na "Hibernacji no.1." czy na "Fruwającej Lalce". Słuchając tego archiwalnego materiału dziś - można odnieść wrażenie, że Mistrz, mając absolutną artystyczną wolność ( i poniekąd dobrze) - chciał w pierwszej kolejności "zadowolić samego siebie", po raz kolejny zbuntował się przeciwko samemu sobie i odciął się, być może znudzony, od przeszłości. Z boku mogło to wyglądać jak "albo otwieracie umysły i bierzecie mnie z moją muzyką - albo możecie spadać". Znów pragnie się zacytować lubiany przez śp. Lyle`a Maysa cyta: "prawdziwa sztuka rozkwita pod przymusem, a zamiera na (totalnej) wolności". Nie jest tajemnicą- że "za całkowitą wolność, płaci się całkowitym osamotnieniem".
Trzeba chyba naprawdę baaaardzo lubić p. Władysława - by również polubić i ten "zaginiony" album. Niestety taka stylistyka - przepełniona "rozpędzonymi, rozbieganymi i nieustannie zderzającymi się ze sobą" sekwencerami w 1990 mogła być traktowana jako pewien relikt i anachronizm. Dziś coraz bardziej natarczywe są pytania o rolę i odpowiedzialność za "sztuczną inteligencję". Te pytania wywodzące się z ludzkich lęków wielu zadawało i dekady temu w tym będący inspiracją dla "Życia Robotów" pisarz Isaac Asimov - twórca słynnych "trzech praw" dla robotów. Trzy prawa - mają jakby swoje odpowiedniki w trzech częściach suity: "Syndrom Robotów" - kolejno "Inwazja", "Korekta Inteligencji" i "Zadanie". W prawach - rzekomo prostych i trudnych do podważenia Asimova dostrzegano źródło sprzeczności i paradoksów. Ideę rozwijał inny pisarz Philip K. Dick w swych "Czy Androidy Śnią o Elektrycznych Owcach" - na bazie której powstał kultowy "Łowca Androidów". Jedni - podobnie jak w instrumentach elektronicznych - dostrzegają wielki potencjał i same korzyści - inni zagrożenie - wystarczy wspomnieć chociażby serię "Terminator", "Ja, Robot", "Matrixa" czy niepoprawnie romantyczny z cudownym głosem Scarlett Johansson "Ona".
W nafaszerowanej niezliczoną plątaniną sekwencji muzyce Komendarka - można odnaleźć również strach i zagrożenie permanentną inwigilacją jak w "1984" Orwella lub w filmach pokroju "Ucieczka Logana" - np "Korekta Inteligencji" czy w finale "Zadania". Początek - to prawie jak w "Bladerunnerze" czy "Diunie" - rozlewne i bezkresne plamy syntezatorów kreślą obraz lądowania niezliczonej armady statków kosmicznych.... które opanowały całkowicie ziemię. W drugiej części mamy wspomnianą "korektę" -czyli jak mawiał groteskowy wróg Pana Kleksa - Wielki Elektronik - "sprzątanie całego bajkowego śmietnika"....by w "Zadaniu" gdzie na tle ambientowego tła możemy podziwiać "nowy wspaniały wysprzątany świat". Sekwencje z keyboardów mogą nam służyć za przyszły język robotów próbując przekazać sobie miliardy danych i kodów. Moim zdaniem trochę jest tych sekwencji za dużo.... Dla współczesnego słuchacza mogą być celem samym w sobie, czy próbą udowodnienia ile wtedy można było z tego sprzętu maksymalnie wycisnąć. Nie inaczej gdy pojawia charakterystycznie brzmiąca elektroniczna perkusja z automatu Rolanda TR czy Yamahy RX11. Te rozwiązania i sound mógł na chwilę fascynować w 83/84...ale już nie w 1990. Gdzieś również w tym zelektryfikowanym gąszczu "ginie" dawny Komendarkowy romantyzm. Pojawia ale na chwilę - będący jakby wspomnieniem dawnego świata - np. ok 8 minuty w "Zadaniu", 6 minut w "Korekcie Inteligencji" i 8 minucie w najdłuższej "Miłości Robotów". Czy roboty są zdolne do miłości ? - w/w film "Her"/"Ona" oraz "Bladerunner" nie dają nam satysfakcjonującej odpowiedzi. Niektórzy, może i naiwnie", uważają, że w przyszłości to ludzie staną się zimni i pozbawieni uczuć, a to maszyny staną się bardziej "ludzkie" i empatyczne .... Nie zmienia to faktu, że jak zawsze należą się słowa uznania za upór, zegarmistrzowską precyzję, benedyktyńską cierpliwość dla Komendarka za produkcję i montaż nagrań. Łatwo sobie wyobrazić tygodnie czy miesiące przy magnetofonie nagrywając i łącząc kolejne mini ścieżki - przewijając taśmę tam i z powrotem, aż do zadowalającego maestro efektu. Nadal możemy być pod wrażeniem bogactwa (mimo "skromnego" instrumentarium) palety syntezatorowych brzmień - p. Władysław zawsze z dumą powtarzał, że wyciskał ze swoich klawiatur tyle, że aż się "krztusiły i pociły". Nową erę w jego muzyce otworzył m.in Ensoniq VFX-SD i późniejsze Nordy, Roland V-Synth, Waldorf itd.
Pewną "ulgę" dla miłośników szkoły berlińskiej oraz tradycyjnie pojmujących elektronikę - przynoszą dwa "bonusy" - z lat 89/91 - czyli mające typową budowę (wstęp-melodia-sekwencja-rozwinięcie-finał-i znów impresja) znacznie bardziej komunikatywne "Synergia" i "Kepler 1649C" - mieszczące się w okresie Tangerine Dream z Johannesem Schmoellingiem. To dowód, że Komendarek tworzył wielowątkowe, ciekawe i milsze w słuchaniu rzeczy, nadal pozostając, w rozsądnych proporcjach - eksperymentatorem. Tu "romantyzmu" jest zdecydowanie więcej
- Załączniki
-
- komend.jpg (117.68 KiB) Przejrzano 921 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Exodus, Władysław Komendarek
Najbardziej oddani fani Władysława Komendarka zostali uradowani nowym "archiwalnym" materiałem z drugiej połowy lat 90, który ukazał się pod tytułem "Szum Czarnej Materii". Trzeba przyznać, że to jeden z ciekawszych zestawów z serii odkrywających przepastne prywatne taśmoteki naszego krajowego "kosmity" i czarodzieja od keyboardów z ostatnich lat. Z pewnością bardziej przystępny niż chociażby "Życie Robotów" i kontrowersyjna "Ars Electronica". Paradoksalnie mimo "mrocznego" tytułu - "Szum Czarnej Materii" - płyta zawiera - zgodnie z sugestią samej okładki autorstwa Olgi Lewskiej - muzykę pełną słonecznych promieni, jasną, pogodną, ożywczą, jakby ktoś do dusznego pokoju otwierając na oścież okno wpuścił świeże wiosenne powietrze lub morską bryzę. Komendarek wśród barw jakie wycisnął ze swojego nieustannie rozbudowywanego instrumentarium - wybrał również te najpogodniejsze, pełne optymizmu. Mroku, brudu, "toksyn" i "kwaśnych deszczy" tu zdecydowanie nie uraczymy. Słucha się go z niekłamaną przyjemnością i ci, którzy całkiem nieźle orientują się w jego twórczości i stylistyce - od razu z aprobatą pokiwają głowami - że "na takiego Komendarka właśnie czekaliśmy".
W tamtym czasie p. Władysław w dalszym ciągu eksplorował całkiem spore i dalekie od sztampy możliwości chyba niedocenionego (przez ignorantów) modelu syntezatora Ensoniq VFX-SD - używanego przez chociażby Tony Banksa czy Richarda Barbieri (dziś dość rzadki i poszukiwany na rynku wtórnym). Z rozmów z osobami, które miały okazje poznać mistrza bliżej - przewija się kwestia, iż chwalił jego prosty ale dający wielkie możliwości sekwencer. Nadal jeszcze dodawał ornamentów i zdobników na stareńkich prawie 20 letnich Rolandach SH czy 2000, ale coraz bardziej były wypierane przez Emulator III, Nord Modular czy niezwykle ciekawy moduł Rolanda JD990 - czyli zamknięty w skrzynce JD-800 (który sam przez jakiś czas miałem - ale trafił mi się niestety uszkodzony egzemplarz, gdzie ginęły ścieżki - jego naprawa okazała się kosztowna i postanowiłem go sprzedać). Każdy, kto zna te modele bez większych trudności rozpozna w którym momencie muzyk z nich korzysta - rzecz jasna stosownie przetwarzając. Komendarek przy każdej okazji podkreśla, że "nie korzysta z gotowców" - barwy fabryczne uważa za nudne i bazowanie na nich traktuje jako pójście na łatwiznę nie godną prawdziwego eksperymentującego artysty. Po dawnych "odjazdach" (i przed tymi w nowym stuleciu / milenium) - postanowił na przystępność i większą bezpośredniość swojej muzyki, rezygnuje niemalże z rozbudowanych wstępów i dygresji w środku utworu - od razu zmierza do celu. Można domniemywać, że oddawała jego ówczesny stan ducha i umysłu - czyli - muzykowi w tym okresie musiało się wieść całkiem nieźle.
Mimo "szumnych" zapowiedzi (vel "powrót do kilkunastominutowych kawałków") - płytka jest dość krótka i samej muzyki stosunkowo niewiele - ok 44 minuty. Nie wiem doprawdy dlaczego wydawcy - wypuszczając na rynek CD - nadal w niepojęty sposób myślą w kategorii "płyty winylowej". Srebrny dysk nie musi (jak u np. Metalliki) być wypchany muzyką do 80 minut - ale jakieś 25 minut spokojnie można by dorzucić - choćby jako bonus. Jestem pewien, że wartościowego materiału - np. z jakiegoś koncertu - z tego okresu czyli 97/98 by nie zabrakło. Naturalnie - cytując Frippa i Bruforda z Crimson - czy ktoś woli 44 dobrej muzyki czy 80 marnej - odpowiedź jest jasna. Mam do tych lat spory sentyment i słabość - wtedy rozpoczynał się w moim życiu nowy rozdział - czyli szkoła średnia, gdzie człowiek się znakomicie bawił
. "Szum Czarnej Materii" może niekoniecznie jest jakimś "przełomem" czy "nowym rozdziałem" w karierze Komendarka - raczej zgrabną syntezą dotychczasowych poszukiwań i doświadczeń - z bardzo, ale to bardzo subtelnymi przebłyskami tego - w jakim kierunku podąży za kilka lat - chodzi o częstsze przetwarzanie swojego głosu za pomocą wokodera i wręcz wynalezienie własnego "języka" w jakim będzie "śpiewał" na koncertach za pomocą wspomnianego urządzenia - szczególnie gdy stanie się posiadaczem świetnego Rolanda V-Syntha.
Reżyser kultowych "Gwiezdnych Wojen" miał na przełomie lat 90 i 2000 powiedzieć, że dopiero ówczesna technologia była na tyle dla niego zadowalającym poziomie - że wreszcie mógł zrealizować swoje pomysły. Czy tak samo czuł się p. Władysław w tym samym czasie ?. Słuchając kolejnych urokliwych i płynących sobie kompozycji odnosimy wrażenie - że być może coś takiego chciał tworzyć np w 84/85 r. ale jego ówczesne instrumentarium nie pozwalało mu na tworzenie śmiałych idei, ale nie tak znowu odległych od przedstawicieli tzw. "szkoły berlińskiej" - czyli Tangerine Dream i Klausa Schulze - co słychać np. w "Cyfrowe Zawłaszczanie Duszy", tytułowym czy "Podróż w Czasie". Pojawiające zgrabne sekwencje nie stanowią głównego "silnika" i "napędu" utworu - prędzej czegoś w rodzaju "gwiezdnego drogowskazu" czy "gwiezdnej mapy" - by podróżnik - którym w tym przypadku jest słuchacz - mógł się zorientować gdzie się aktualnie znajduje i w którym miejscu należy skręcić aby trafić do celu. Zwracają uwagę trochę odświeżone "mellotronowe smyczki" - które przypominają nam o pięknych początkach tej muzyki - czyli znane z albumów jak "Phaedra" czy "Rubicon". Mistrz zawsze wyjątkowo udanie mieszał barwy starszych, analogowych instrumentów z tymi cyfrowymi. Nie zapomina o dobrych, jakże przyjemnych dla uszu melodiach - np. w "tytułowym", "Kepler 1649C" i ostatnim "Świat Wielkich Haseł" - gdzie gościnnie możemy podziwiać "pokotłowaną" partię gitary - jeszcze bardziej przywołująca nam czasy gdy po ten instrument sięgał śp. Edgar Froese dodając więcej głębi i pierwiastka ludzkiego. Poszukiwacze bardziej ekstremalnych doświadczeń, bezkompromisowej naładowanej wściekłością, industrialem i techno elektroniki - raczej potraktują "Szum" jako zbyt "sentymentalno-tradycjonalistyczny" produkt. Paradoksalnie - taką "diagnozę" mógł postawić wkrótce sam autor - przypatrując się swoim dokonaniom z bliska. Dlatego - ciągle się buntując, ciągle szybko się nudząc osiągniętym efektem - postanowił w latach 2000 pójść dalej i w rzeczy samej zadbać, by w swoich dokonaniach odważniej zawrzeć elementy techno, house, metalu, industrialu, drum`n`base itd. Odszedł wtedy naprawdę daleko od chociażby takiej "eterycznej", "wakacyjnej" i "niewinnej" atmosfery "Szumu". Wspominając Coltrane`a - jego dawny szef - surowy Miles tak podsumował ostatnie dokonania - że poszedł zdecydowanie za daleko, być może tęsknił za dawną muzyką, nawet chciał wrócić do tego co grał wcześniej, ale nie mógł, nie zdążył. Szkoda, że w komentarzu do CD nie oddano głosu samemu zainteresowanemu - co go zainspirowało do tworzenia tych utworów, jak się wtedy czuł, z czym się zmagał, jakie miał inspiracje - a lata 97/98 to był ciekawy czas. Zerkając na tytuły kompozycji - widzimy, iż przyszłość i kondycja ludzkości - w jakim TO wszystko zmierza kierunku - nie napawała go specjalnym optymizmem: "Cyfrowe Zawłaszczenie Duszy" i "Świat Wielkich Haseł".
W tamtym czasie p. Władysław w dalszym ciągu eksplorował całkiem spore i dalekie od sztampy możliwości chyba niedocenionego (przez ignorantów) modelu syntezatora Ensoniq VFX-SD - używanego przez chociażby Tony Banksa czy Richarda Barbieri (dziś dość rzadki i poszukiwany na rynku wtórnym). Z rozmów z osobami, które miały okazje poznać mistrza bliżej - przewija się kwestia, iż chwalił jego prosty ale dający wielkie możliwości sekwencer. Nadal jeszcze dodawał ornamentów i zdobników na stareńkich prawie 20 letnich Rolandach SH czy 2000, ale coraz bardziej były wypierane przez Emulator III, Nord Modular czy niezwykle ciekawy moduł Rolanda JD990 - czyli zamknięty w skrzynce JD-800 (który sam przez jakiś czas miałem - ale trafił mi się niestety uszkodzony egzemplarz, gdzie ginęły ścieżki - jego naprawa okazała się kosztowna i postanowiłem go sprzedać). Każdy, kto zna te modele bez większych trudności rozpozna w którym momencie muzyk z nich korzysta - rzecz jasna stosownie przetwarzając. Komendarek przy każdej okazji podkreśla, że "nie korzysta z gotowców" - barwy fabryczne uważa za nudne i bazowanie na nich traktuje jako pójście na łatwiznę nie godną prawdziwego eksperymentującego artysty. Po dawnych "odjazdach" (i przed tymi w nowym stuleciu / milenium) - postanowił na przystępność i większą bezpośredniość swojej muzyki, rezygnuje niemalże z rozbudowanych wstępów i dygresji w środku utworu - od razu zmierza do celu. Można domniemywać, że oddawała jego ówczesny stan ducha i umysłu - czyli - muzykowi w tym okresie musiało się wieść całkiem nieźle.
Mimo "szumnych" zapowiedzi (vel "powrót do kilkunastominutowych kawałków") - płytka jest dość krótka i samej muzyki stosunkowo niewiele - ok 44 minuty. Nie wiem doprawdy dlaczego wydawcy - wypuszczając na rynek CD - nadal w niepojęty sposób myślą w kategorii "płyty winylowej". Srebrny dysk nie musi (jak u np. Metalliki) być wypchany muzyką do 80 minut - ale jakieś 25 minut spokojnie można by dorzucić - choćby jako bonus. Jestem pewien, że wartościowego materiału - np. z jakiegoś koncertu - z tego okresu czyli 97/98 by nie zabrakło. Naturalnie - cytując Frippa i Bruforda z Crimson - czy ktoś woli 44 dobrej muzyki czy 80 marnej - odpowiedź jest jasna. Mam do tych lat spory sentyment i słabość - wtedy rozpoczynał się w moim życiu nowy rozdział - czyli szkoła średnia, gdzie człowiek się znakomicie bawił
Reżyser kultowych "Gwiezdnych Wojen" miał na przełomie lat 90 i 2000 powiedzieć, że dopiero ówczesna technologia była na tyle dla niego zadowalającym poziomie - że wreszcie mógł zrealizować swoje pomysły. Czy tak samo czuł się p. Władysław w tym samym czasie ?. Słuchając kolejnych urokliwych i płynących sobie kompozycji odnosimy wrażenie - że być może coś takiego chciał tworzyć np w 84/85 r. ale jego ówczesne instrumentarium nie pozwalało mu na tworzenie śmiałych idei, ale nie tak znowu odległych od przedstawicieli tzw. "szkoły berlińskiej" - czyli Tangerine Dream i Klausa Schulze - co słychać np. w "Cyfrowe Zawłaszczanie Duszy", tytułowym czy "Podróż w Czasie". Pojawiające zgrabne sekwencje nie stanowią głównego "silnika" i "napędu" utworu - prędzej czegoś w rodzaju "gwiezdnego drogowskazu" czy "gwiezdnej mapy" - by podróżnik - którym w tym przypadku jest słuchacz - mógł się zorientować gdzie się aktualnie znajduje i w którym miejscu należy skręcić aby trafić do celu. Zwracają uwagę trochę odświeżone "mellotronowe smyczki" - które przypominają nam o pięknych początkach tej muzyki - czyli znane z albumów jak "Phaedra" czy "Rubicon". Mistrz zawsze wyjątkowo udanie mieszał barwy starszych, analogowych instrumentów z tymi cyfrowymi. Nie zapomina o dobrych, jakże przyjemnych dla uszu melodiach - np. w "tytułowym", "Kepler 1649C" i ostatnim "Świat Wielkich Haseł" - gdzie gościnnie możemy podziwiać "pokotłowaną" partię gitary - jeszcze bardziej przywołująca nam czasy gdy po ten instrument sięgał śp. Edgar Froese dodając więcej głębi i pierwiastka ludzkiego. Poszukiwacze bardziej ekstremalnych doświadczeń, bezkompromisowej naładowanej wściekłością, industrialem i techno elektroniki - raczej potraktują "Szum" jako zbyt "sentymentalno-tradycjonalistyczny" produkt. Paradoksalnie - taką "diagnozę" mógł postawić wkrótce sam autor - przypatrując się swoim dokonaniom z bliska. Dlatego - ciągle się buntując, ciągle szybko się nudząc osiągniętym efektem - postanowił w latach 2000 pójść dalej i w rzeczy samej zadbać, by w swoich dokonaniach odważniej zawrzeć elementy techno, house, metalu, industrialu, drum`n`base itd. Odszedł wtedy naprawdę daleko od chociażby takiej "eterycznej", "wakacyjnej" i "niewinnej" atmosfery "Szumu". Wspominając Coltrane`a - jego dawny szef - surowy Miles tak podsumował ostatnie dokonania - że poszedł zdecydowanie za daleko, być może tęsknił za dawną muzyką, nawet chciał wrócić do tego co grał wcześniej, ale nie mógł, nie zdążył. Szkoda, że w komentarzu do CD nie oddano głosu samemu zainteresowanemu - co go zainspirowało do tworzenia tych utworów, jak się wtedy czuł, z czym się zmagał, jakie miał inspiracje - a lata 97/98 to był ciekawy czas. Zerkając na tytuły kompozycji - widzimy, iż przyszłość i kondycja ludzkości - w jakim TO wszystko zmierza kierunku - nie napawała go specjalnym optymizmem: "Cyfrowe Zawłaszczenie Duszy" i "Świat Wielkich Haseł".
- Załączniki
-
- komendszum.jpg (92.56 KiB) Przejrzano 867 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !