Crash
Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Crash
https://www.youtube.com/watch?v=a1Sz6-mu2LM
https://www.youtube.com/watch?v=T4Z5-y4e9Dw
Niesamowita niespodzianka - prawdziwy rarytas i gratka dla fanów ale i nie tylko tej troszkę zapomnianej grupy. Otrzymałem to dzięki cudownej i oddanej bez reszty muzyce personie - Boczeq`owi - nigdy nie ukrywałem, iż w Jego postawie dostrzegam na wzór Luisa Armstronga - Tootsa Thielemansa - ten sam serdeczny stosunek do dźwięków, do świata, do najbliższego otoczenia, brak pretensjonalności, pełny afirmacji i radości apoteozy esencji życia, naturalności, brak zawłaszczania grup stylistycznych czy "jedynej natchnionej prawdy" i kanoniczności - czy gdy jeden człowiek jak ON - skupia talenty rozdzielone na grupę wokalną Take Six - wyszukane harmonie, idealne intonacyjne brzmienie. Muzykalność Bocze`ka - nienaganna, niewiarygodna, technika bajeczna, błyskawiczne pochody akordowe - misja Jego jak u Adwentystów Dnia Siódmego - nieść nadzieję, pociechę, radość, zachętę do godnego życia - i jak Najwyższy - podniesie przygniecione do ziemi troskami ciało - przytuli do serca i łona i skutecznie pocieszy.
A wracając do bandu - może zacząłem wątek od "końca" ale dlaczego nie ?. Może wychodzę na ignoranta - ale te fragmenciki mnie mega zaskoczyły -zgodnie z opisem i materiałami źródłowymi - w okolicach 86 Crashu miało już nie być - albo jedni wyemigrowali do Niemiec jak Mazur, założyli bluesowe bandy jak Recydywa Pluszcza czy flirtowali z Budką Suflera jak "Zybek". Nie jest tajemnicą " poliszynszyla" - że Crash generalnie bardziej nastawiał się na rynek zachodni i tam był przyjmowany z większymi honorami - np nagrody na festiwali w San Sebastiam niż w kraju. Tu grają bardziej drapieżne - momentami silnie "urockowione" fusion - są silnie na bieżąco, na czasie co grały bandy europejskie, czy zza oceanu jak Spyro Gyra czy który wszystko wywrócił do góry nogami - Elektric Band - nie ma w tym przypadku - Mazur gra na DX7 obok składanego piana Yamahy CP a Kwaśnicki zakłada przenośny KX5 - na którym szalał z EB - Chick Corea - tu nie ma czystego zbiegu okoliczności. Dziwne widzieć w tym układzie "jeszcze" Staszka - który miał w drugiej połowie lat 80 wypowiedzieć sporo krytycznych by nie rzecz obelżywych opinii odnośnie środowiska jazzowego / około-jazzowego.
https://www.youtube.com/watch?v=T4Z5-y4e9Dw
Niesamowita niespodzianka - prawdziwy rarytas i gratka dla fanów ale i nie tylko tej troszkę zapomnianej grupy. Otrzymałem to dzięki cudownej i oddanej bez reszty muzyce personie - Boczeq`owi - nigdy nie ukrywałem, iż w Jego postawie dostrzegam na wzór Luisa Armstronga - Tootsa Thielemansa - ten sam serdeczny stosunek do dźwięków, do świata, do najbliższego otoczenia, brak pretensjonalności, pełny afirmacji i radości apoteozy esencji życia, naturalności, brak zawłaszczania grup stylistycznych czy "jedynej natchnionej prawdy" i kanoniczności - czy gdy jeden człowiek jak ON - skupia talenty rozdzielone na grupę wokalną Take Six - wyszukane harmonie, idealne intonacyjne brzmienie. Muzykalność Bocze`ka - nienaganna, niewiarygodna, technika bajeczna, błyskawiczne pochody akordowe - misja Jego jak u Adwentystów Dnia Siódmego - nieść nadzieję, pociechę, radość, zachętę do godnego życia - i jak Najwyższy - podniesie przygniecione do ziemi troskami ciało - przytuli do serca i łona i skutecznie pocieszy.
A wracając do bandu - może zacząłem wątek od "końca" ale dlaczego nie ?. Może wychodzę na ignoranta - ale te fragmenciki mnie mega zaskoczyły -zgodnie z opisem i materiałami źródłowymi - w okolicach 86 Crashu miało już nie być - albo jedni wyemigrowali do Niemiec jak Mazur, założyli bluesowe bandy jak Recydywa Pluszcza czy flirtowali z Budką Suflera jak "Zybek". Nie jest tajemnicą " poliszynszyla" - że Crash generalnie bardziej nastawiał się na rynek zachodni i tam był przyjmowany z większymi honorami - np nagrody na festiwali w San Sebastiam niż w kraju. Tu grają bardziej drapieżne - momentami silnie "urockowione" fusion - są silnie na bieżąco, na czasie co grały bandy europejskie, czy zza oceanu jak Spyro Gyra czy który wszystko wywrócił do góry nogami - Elektric Band - nie ma w tym przypadku - Mazur gra na DX7 obok składanego piana Yamahy CP a Kwaśnicki zakłada przenośny KX5 - na którym szalał z EB - Chick Corea - tu nie ma czystego zbiegu okoliczności. Dziwne widzieć w tym układzie "jeszcze" Staszka - który miał w drugiej połowie lat 80 wypowiedzieć sporo krytycznych by nie rzecz obelżywych opinii odnośnie środowiska jazzowego / około-jazzowego.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
https://www.youtube.com/watch?v=RBcy7QjQq7s
Czy ten wyśmienity fragmencik - Niespokojny Duszek - ukazujący bardziej zakręconą, drapieżną, atawistyczną i napastliwą naturę Crashu - czym ta grupa bywała na koncertach - jak dawała ponieść muzyce i gdy nie musiała być sprowadzona do "akompaniatorów" - skądinąd wybornym - ale jednak - wokalistkom. Ta otwierająca partia Pluszcza na basie a la Jaco - czytałem, że niekiedy grywał nawet jeszcze bardziej "dziko" - a Lewandowski - szalejący za bębnami niczym rasowe " perkusyjne zwierzę" - i doprawdy uważam to - i nie tylko ja - za najwyższy komplement. Nie każdego stać na taką ekspresję i artystyczny szturm. To nie "pykanie" a la Charlie Watts" - tak jak Lewandowski grają muzycy - którzy nie mają wątpliwości, pytań jak grać - tylko wkraczają na scenę, zagarniają ją, mają odwagę sięgać po swoje nie oglądając na nikogo. Jeśli coś jest TWOJE - to zwyczajnie to bierzesz. Podejrzewam, że m.in taka filozofia przyświecała "craszowcom".
Czy ten wyśmienity fragmencik - Niespokojny Duszek - ukazujący bardziej zakręconą, drapieżną, atawistyczną i napastliwą naturę Crashu - czym ta grupa bywała na koncertach - jak dawała ponieść muzyce i gdy nie musiała być sprowadzona do "akompaniatorów" - skądinąd wybornym - ale jednak - wokalistkom. Ta otwierająca partia Pluszcza na basie a la Jaco - czytałem, że niekiedy grywał nawet jeszcze bardziej "dziko" - a Lewandowski - szalejący za bębnami niczym rasowe " perkusyjne zwierzę" - i doprawdy uważam to - i nie tylko ja - za najwyższy komplement. Nie każdego stać na taką ekspresję i artystyczny szturm. To nie "pykanie" a la Charlie Watts" - tak jak Lewandowski grają muzycy - którzy nie mają wątpliwości, pytań jak grać - tylko wkraczają na scenę, zagarniają ją, mają odwagę sięgać po swoje nie oglądając na nikogo. Jeśli coś jest TWOJE - to zwyczajnie to bierzesz. Podejrzewam, że m.in taka filozofia przyświecała "craszowcom".
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
https://www.youtube.com/watch?v=V9R1i816Agc
Od dawna inspirował mnie ten silnie w duchu Corei - z okresu współpracy z śp. Joe Farrellem, Florą Purim i muzą Moran. W naszej krajowej scenie brakowało takich piosenek - w silnym roztańczonym etnicznym duchu - troszkę Santany, troszkę Mangione, troszkę - autentycznego a nie cukierkowego i zgoła zafałszowanego Sergio Mendesa ( Bem ) - znów w ramach dźwiękowej terapii puszczałem to różnym znajomym i często była reakcja - że to - istna rewelacja - całe ciało od razu rusza do tańca i jakie to bliskie - po ciężkim dniu frustrującej pracy - bezproduktywnej, a tu powiew orientu, latino ale błyskotliwego - wielu odnajduje się w tej piosence.
Od dawna inspirował mnie ten silnie w duchu Corei - z okresu współpracy z śp. Joe Farrellem, Florą Purim i muzą Moran. W naszej krajowej scenie brakowało takich piosenek - w silnym roztańczonym etnicznym duchu - troszkę Santany, troszkę Mangione, troszkę - autentycznego a nie cukierkowego i zgoła zafałszowanego Sergio Mendesa ( Bem ) - znów w ramach dźwiękowej terapii puszczałem to różnym znajomym i często była reakcja - że to - istna rewelacja - całe ciało od razu rusza do tańca i jakie to bliskie - po ciężkim dniu frustrującej pracy - bezproduktywnej, a tu powiew orientu, latino ale błyskotliwego - wielu odnajduje się w tej piosence.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
https://www.youtube.com/watch?v=ady9R6s0xyc
Nie inaczej sprawa ma się z tym klejnotem w koronie Crashu - idealna współpraca między uduchowionym wokalem Łobaszewskiej a przekraczającym granice subtelnego i dyskretnego ale i naładowanego silnym indywidualizmem poszczególnych członków akompaniamentem bandu. Tekst Jacka Cygana jak dla mnie oddał nie tylko głos pokolenia nieco zagubionego na przełomie lat 70 i 80 - ale i dziś jest szalenie aktualny. Może nie będzie w tym przesady gdy w jego personie wskażę naszego polskiego "bitnika" - kogoś kto idealnie oddał stan ducha, przejściowych emocji ludzi nieustannie niczym buntownicy w Stanach - podróżujących - ale nie własnymi zdezelowanymi samochodami - ale PKS`ami, pociągami - urok podupadających dworców, aromat poczekalni w podrzędnych stacyjkach, czasem zamykanych w kuriozalnych godzinach, kioskach na peronach oferujących - nieaktualne gazety, krzyżówki, ryż prażony, landrynki, gorącą herbatę z cytryną, przepaloną kawę, ciepłe piwo, bary stacjach przesiadkowych, gdzie królowały tłuste przyprawione flaki, fasolka i ubiegłoroczny bigos - a w tym wszystkim człowiek starał się pozostać jednostką niezależną - zmierzającą do indywidualności kartując dokonania egzystencjalistów czy zbierając rozsypujące się kartki tanich wydawnictw odnośnie annałów jazzu. A piękne miasta jak Wrocław i Kraków tonęły w nieodgarniętym śniegu - zmieniając w lawinę błota. Sam w połowie lat 80 sporo podróżowałem w zimie / w okresie ferii PKS`ami i pociągami - ten utwór przyciemnioną kreską kreśli ten pejzaż i subtelni makijaż. Gdy między kamieniczkami szukamy właściwego adresu. Wielkie słowa uznania dla Juliusza Mazura - który dzięki tkanym misternym barwom na pianie fendera z odpowiednimi dobranymi barwami i dalekim echem ARP string Omni przybliża nam ówczesny krajobraz.
Nie inaczej sprawa ma się z tym klejnotem w koronie Crashu - idealna współpraca między uduchowionym wokalem Łobaszewskiej a przekraczającym granice subtelnego i dyskretnego ale i naładowanego silnym indywidualizmem poszczególnych członków akompaniamentem bandu. Tekst Jacka Cygana jak dla mnie oddał nie tylko głos pokolenia nieco zagubionego na przełomie lat 70 i 80 - ale i dziś jest szalenie aktualny. Może nie będzie w tym przesady gdy w jego personie wskażę naszego polskiego "bitnika" - kogoś kto idealnie oddał stan ducha, przejściowych emocji ludzi nieustannie niczym buntownicy w Stanach - podróżujących - ale nie własnymi zdezelowanymi samochodami - ale PKS`ami, pociągami - urok podupadających dworców, aromat poczekalni w podrzędnych stacyjkach, czasem zamykanych w kuriozalnych godzinach, kioskach na peronach oferujących - nieaktualne gazety, krzyżówki, ryż prażony, landrynki, gorącą herbatę z cytryną, przepaloną kawę, ciepłe piwo, bary stacjach przesiadkowych, gdzie królowały tłuste przyprawione flaki, fasolka i ubiegłoroczny bigos - a w tym wszystkim człowiek starał się pozostać jednostką niezależną - zmierzającą do indywidualności kartując dokonania egzystencjalistów czy zbierając rozsypujące się kartki tanich wydawnictw odnośnie annałów jazzu. A piękne miasta jak Wrocław i Kraków tonęły w nieodgarniętym śniegu - zmieniając w lawinę błota. Sam w połowie lat 80 sporo podróżowałem w zimie / w okresie ferii PKS`ami i pociągami - ten utwór przyciemnioną kreską kreśli ten pejzaż i subtelni makijaż. Gdy między kamieniczkami szukamy właściwego adresu. Wielkie słowa uznania dla Juliusza Mazura - który dzięki tkanym misternym barwom na pianie fendera z odpowiednimi dobranymi barwami i dalekim echem ARP string Omni przybliża nam ówczesny krajobraz.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
https://www.youtube.com/watch?v=llO5icrW7P4
Czy "zamykająca burzliwy okres" - z albumu koncertowego Chicharea - z koronkową - kojarzącą silnie dzięki barwom Mini Mooga a la Kit Watkins z Camel ( to samo ustawienie filtrów i oscylatorów ) - z prog rockiem - solówką Mazura - czyżby realizatorom zależało by ten burzliwy okres zakończył mocnym iście piorunowym akcentem ?.
Czy "zamykająca burzliwy okres" - z albumu koncertowego Chicharea - z koronkową - kojarzącą silnie dzięki barwom Mini Mooga a la Kit Watkins z Camel ( to samo ustawienie filtrów i oscylatorów ) - z prog rockiem - solówką Mazura - czyżby realizatorom zależało by ten burzliwy okres zakończył mocnym iście piorunowym akcentem ?.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
https://wroclaw.tvp.pl/14912515/gwiazdy ... z-nad-odra
Czy ten rewelacyjny, absolutnie rewelacyjny materiał z archiwum TVP Wrocław z Jazzu nad Odrą - od 28 min. na scenie niepodzielnie króluje Crash - 3 perełki: Michałek, Nite Sprite - Corei fragment Baraqua. Band w znakomitej formie - jeszcze z pierwszym liderem i założycielem trębaczem Zbigniewem Czwojdą. Zabawnie ogląda się muzyków - w scenicznym "entourage" przypominającym amerykańskich bitników i ówczesnych steropianowych opozycjonistów
- Zybek jeszcze taki szczuplutki jak trzcina chłopaczek z gitarą, podobnie wbity w golf Juliusz Mazur. Sama muzyka porywająca - choć zwraca uwagę zaskakująca "akustyczność" - niezwykle zdyscyplinowane granie, jak w zegarku zgrany kolektyw - żadnego krytykowanego później przez lidera - "efekciarstwa", "grania pod publiczkę" czy "niekończących się solówek". Crash później grał o wiele ostrzej i bardziej drapieżnie. Tu niekiedy mamy stricte wyluzowane pełne oddechu i przestrzeni ale zwięzłe jazzowe granie - ale w Nite Sprite pokazali pazur. Niestety od wielu lat Staszka i Andrzeja nie ma już wśród nas.
Czy ten rewelacyjny, absolutnie rewelacyjny materiał z archiwum TVP Wrocław z Jazzu nad Odrą - od 28 min. na scenie niepodzielnie króluje Crash - 3 perełki: Michałek, Nite Sprite - Corei fragment Baraqua. Band w znakomitej formie - jeszcze z pierwszym liderem i założycielem trębaczem Zbigniewem Czwojdą. Zabawnie ogląda się muzyków - w scenicznym "entourage" przypominającym amerykańskich bitników i ówczesnych steropianowych opozycjonistów
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Crash
https://www.discogs.com/release/4293576 ... ay-A-Trial
Mimo usilnych starań, by unikać jak ognia oklepanych frazesów - zarówno ten album jak i w dużym stopniu cała kariera wrocławskiej grupy Crash (o ile ktoś o niej usłyszał) idealnie opisuje powiedzenie: "najtrudniej być prorokiem we własnym kraju"
(ich koncerty były lepiej przyjmowane i recenzowane na zachodzie niż u nas). Kilka dni temu cierpliwość i wytrwałość zostały nagrodzone. W moje ręce trafiła po ponad miesięcznej wędrówce przez całą Europę płyta CD Crash - Every Day A Trial - czyli "Każdy dzień to próba". Świat wydawnictw płytowych naprawdę jest pełny absurdów i zabawnych paradoksów. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że album nagrany przez wrocławską grupę jazz-rockową w studio w Warszawie, wydany przez niemiecką wytwórnię Jaro Medien w 1996, będę ściągał z małego antykwariatu w Anglii (z miasta, którego miałem problem by znaleźć na ich mapie) - a paczka zostanie przepakowana w Malmo w Szwecji i stamtąd trafi w moje ręce
. Od ładnych paru lat krążyły plotki i zapowiedzi "wysypu" wydawnictw lepiej i szerzej prezentujące fenomen tej grupy... na razie cisza, więc każdy "szanujący się kolekcjoner" musi sobie jakoś radzić . Ciekawe do kogo wcześniej należał ten rarytas i jak trafiła w jego ręce. Być może angielski Łobaszewskiej i jej specyficzny "akcent" spowodował, iż ktoś postanowił się tej arcy rzadkiej płytki pozbyć
. Trzeba uczciwie przyznać, że Grażyna starała się jak mogła... ale wówczas - czyli 1982 skąd miał się wziąć ten angielski w narodzie ?. Co również jest wielce wymowne i symboliczne - kiedy zespół odbywał sesje do tego krążka - czyli w marcu - również sam się urodziłem
. Ciekawe jest zdjęcie z tylnej części okładki - zespół stoi w odrobinę "zagniewanych" i "buńczucznych" pozach, prawie jak gang - jest wśród nich jeszcze Zbigniew Lewandowski (założył własny zespół i zdążył zagrać na genialnym debiucie String Connection), choć w opisie figuruje Wojciech Morawski - ten również nie pograł z nimi zbyt długo. Do tego wydania CD (podejrzewam, iż nakład nie był zbyt duży) dodano 3 bonusy z koncertu w Krakowie z 1983 - wydane później na winylu i kasecie Life is Brutal / Something Beautiful But Not Expensive (ich póki co również na razie próżno szukać na CD). Wtedy to już był zespół o diametralnie innym obliczu niż na początku. Słychać zdecydowanie bardziej drapieżne i heavy klimaty i zapowiedź w jakim kierunku podąży śp. Staszek Zybowski z jego wielką miłością - Urszulą - np. w opartym na ciekawej melodii zadziornym - Needle of Love (tu momentami naprawdę można ulec złudzeniu, że to śpiewa nie kto inny jak Urszula). Dawny jazz-rockowy Crash z wyraźnie latynoskimi pierwiastkami mamy tylko w kapitalnym porywającym do tańca - Chicharera - autorstwa klawiszowca - "polskiego Chicka Corei" - Juliusza Mazura (mocna rytmika, świetne solo wspomnianego Zybowskiego oraz w duchu Kita Watkinsa - śmigająca jak koliber solówka autora na Mini Moogu). Skoro mowa o Zybowskim - dla przyjaciół "Zybek" ( wtedy powoli dobijający do 30tki) zaczął coraz częściej dochodzić do głosu, znacznie się rozwinął jako kompozytor oraz solista. Stał się twórczą siłą , z którą należało się coraz bardziej liczyć. We wczesnym Crashu, jeszcze pod dowództwem trębacza Czwojdy - często schodził na dalszy plan i bywał "przytłoczony"przez pozostałych kolegów. Every Day a Trial jest również dowodem na rosnącą "demokratyzację" wewnątrz grupy i na pewno na fakt, że gitara Staszka miała coraz więcej do powiedzenia. Album uznaje się niekiedy za "schyłkowy" i mniej jazzowy od poprzedników. Kompozycje stały się bardziej zwarte, treściwe, o ostrzejszych konturach melodycznych. Powoli "machają na pożegnanie" dawnym jazzującym inspiracjom. Muzyka stała się bardziej heavy i straciła dawny "słowiański romantyzm" czy jak na debiucie lub impresyjnej Sennej Opowieści Jana B. Dzięki rosnącej roli gitary można było zrozumieć w stronę jakiej stylistyki powoli zwracał się "Zybek" jak i cały Crash. Po latach gitarzysta miał się wypowiadać o jazzmanach w taki sposób, że lepiej go nie cytować
. Mimo wszystko pewien pierwiastek jazz-rocka pozostał (choć akcent jest zdecydowanie położony na drugi człon). Najbardziej na ostatnim na oryginalnym winylowym lp - jedynej kompozycji śp. Andrzeja Pluszcza - Little Sad Story...:
https://www.youtube.com/watch?v=IXtlLun ... rt_radio=1
.... (wedle plotek - jako syn wojskowego - Pluszcz próbował prowadzić grupę "silną ręką" - co nie specjalnie spotkało z aprobatą kolegów). Kompozycja składa jakby z 3 części. W pierwszej stanowiącej aneks i nawiązanie do poprzedniego longplaya - Senna Opowieść. Bardzo powoli i intrygująco się to rozwija a sami jesteśmy świadkiem ciekawego dialogu między saksofonem Kwaśnickiego a nieokiełznanym, niesfornym i dość "zachłannym" na ruchliwe nuty - basem Pluszcza. To najdłuższy utwór na płycie. Grażyna swoim angielskim
ma okazje popisać się tylko na 2 utworach z wokalem - pogodnym lekko funkującym In My Shelter (znów dobre solo Kwaśnickiego) oraz pełnym smutku snującym się nieco na "bluesową nutę" balladowym - tytułowym Every Day a Trial (wkrada feeling a la Billie Holiday). Trzeba przyznać, że jej głos o specyficznej "zachrypniętej" barwie prezentuje się po latach bez zarzutu. Wokalistka dysponowała szerokim wachlarzem środków wyrazu - potrafiła zaśpiewać i w niższych rejestrach i naprawdę wysoko, przekazać coś czule słuchaczowi oraz przekrzyczeć gniewnie cały zespół. To album, który niesie dość pozytywne przesłanie, znam go od prawie 20 lat, zawsze potrafi poprawić mi humor, a melodie nigdy się nie nudzą np. Check Please, Wpadka Władka, Good Message - mają w sobie coś takiego "uciesznego", dającego energię. Idealne na popołudniowy relaks po całym dniu "ciężkiej pracy"
. Sporo w nich unison saksofonu i gitary. Mazur rzadziej dochodzi do głosu jako improwizator - wyraźnie schodził wtedy na dalszy plan. Solówki na Mini Moogu w jego wykonaniu również należały do rzadkości. Jeśli posłuchać albumu na dobrym sprzęcie - można nie tylko docenić bardzo dobrą produkcję, bogate mimo "skromnego" zaledwie 5 osobowego składu brzmienie (niekiedy jak mini big band) ale przede wszystkim jak wybornym basistą (i chyba nadal niedocenianym) był śp. Pluszcz. Moim zdaniem obok Ścierańskiego bezdyskusyjny mistrz w naszym kraju ale i w ścisłej czołówce w Europie. Słucham tej płyty od lat i za każdym razem potrafi mnie jakiś jego basowy patent zadziwić i zachwycić. Nie ma się co dziwić, iż nie raz z całego Crashu - to on najczęściej bywał nagradzany na festiwalach jako solista. W dość skromnej książeczce do tego CD mamy parę cytatów z fachowej muzycznej prasy np. Melody Maker - że Andrzej robił spore wrażenie swoją grą na zachodzie, a zespół był świadomy kierunku w jakim zmierzał. Może dożyję obiecanych wznowień pozostałych albumów w tym niepublikowanych radiowych i koncertowych.
Mimo usilnych starań, by unikać jak ognia oklepanych frazesów - zarówno ten album jak i w dużym stopniu cała kariera wrocławskiej grupy Crash (o ile ktoś o niej usłyszał) idealnie opisuje powiedzenie: "najtrudniej być prorokiem we własnym kraju"
https://www.youtube.com/watch?v=IXtlLun ... rt_radio=1
.... (wedle plotek - jako syn wojskowego - Pluszcz próbował prowadzić grupę "silną ręką" - co nie specjalnie spotkało z aprobatą kolegów). Kompozycja składa jakby z 3 części. W pierwszej stanowiącej aneks i nawiązanie do poprzedniego longplaya - Senna Opowieść. Bardzo powoli i intrygująco się to rozwija a sami jesteśmy świadkiem ciekawego dialogu między saksofonem Kwaśnickiego a nieokiełznanym, niesfornym i dość "zachłannym" na ruchliwe nuty - basem Pluszcza. To najdłuższy utwór na płycie. Grażyna swoim angielskim
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Crash
Ostatnie informacje od zaprzyjaźnionej p. Renaty dotyczące koncertu Łobaszewskiej chociażby w Chrzanowie stały się dla mnie twórczym "impulsem" by sięgnąć i na poważnie przyjrzeć się jedynemu albumowi jaki nagrała z Ergo Bandem. Przy okazji tej niedocenionej i chyba zapomnianej grupy aż prosi się by przypomnieć wyświechtane powiedzonko, że "najtrudniej jest być prorokiem we własnym kraju". W pewnym sensie te nagrania w tym jak i minionym roku świętowały okrągły 50 jubileusz. Płytka, która jakiś czas temu wreszcie ukazała się na CD okazała się być takim podsumowaniem, zamknięciem pewnego okresu i zbiorem nagrań z różnych lokalizacji na przestrzeni paru lat - począwszy od 1975, 1976, 1977, aż do 1978. Mimo wszystko stanowi dość przekonującą i skrzącą się od pomysłów całość - wcale nie ma się wrażenia, że to "przypadkowa zbieranina" lepszych lub gorszych pomysłów. Nie jest to również album pozbawiony wad.
Fani wrocławskiego jazz-rockowego Crash w dalszym ciągu wypatrują dalszych archiwalnych rarytasów, w tym również koncertowych gdy ich wokalistką została właśnie sama Łobaszewska. Nie wszyscy pamiętają, że zanim błysnęła swoim talentem we wspomnianym Crash - najpierw ok 23 letnia wokalistka z Gdańska mogła sobie wyrobić imponującą markę w Ergo Bandzie. Idea stworzenia takiej zawodowej ekipy przyszła do głowy muzykom będącym na pokładzie statku wycieczkowego. Wedle legendy i wspomnień lidera - basisty i wokalisty (a w późniejszych latach również wziętego trenera tenisa ziemnego w Niemczech) Kazimierza Plewińskiego. Gdy zawitali do jednego z portów z bodajże Oakland - niczym dzieci w sklepie ze słodyczami postanowili zaszaleć w jednym z tamtejszych przeogromnych salonów i zakupić (widocznie całkiem nieźle płacili za grę do kotleta i dansingów na tym statku) odpowiedni sprzęt - m.in. organy Hammonda B3 (u nas miał je tylko śp. Wojtek Karolak), Mooga, Clavinet, itd itd. Gdy wrócili do kraju i wyładowali cenny sprzęt sprawa była przesądzona. Plewiński miał w głowie cały skład i wiedział kto będzie odpowiednim wsparciem z jego ówczesnym druhem - gitarzystą Jerzym Kurkiem (przyszłym mężem i managerem Urszuli Sipińskiej, której nomen omen przez jakiś czas akompaniowali). Podobnie jak to bywało w przypadku "super-grup" na zachodzie - jak mawiał śp. Jon Hiseman - "jeśli się chciało zatrudnić muzyków na najwyższym poziomie, a nie pasażerów na gapę - to trzeba było albo zatrudnić kompletnych wariatów, albo ludzi skazanych na śmierć przez farmaceutyki"
. W Ergo Bandzie chyba aż tak tragicznie nie było - ale lider wspominał, że silne, niezależne artystyczne osobowości nie zawsze potrafiły się dogadać - nie raz dochodziło to ostrych tarć, a w efekcie ludzie przychodzili i odchodzili. W wyniku pewnych nieporozumień i odmowy, by zagrać w ZSRR na jakimś partyjnym święcie - Kurek postanowił odejść i skupić na karierze swojej ukochanej Urszuli Sipińskiej.
Współpraca z młodą Łobaszewską również nie zawsze szła gładko. Na afiszach to ją eksponowano jako solistkę - a reszta muzyków została zdegradowana jako prawie "anonimowy zespół akompaniujący", co nie mogło się im podobać. Okładka również została poważnie zmieniona bez konsultacji z liderem i pozostałymi członkami (by jeszcze bardziej wyeksponować postać wokalistki). Zabawne, że sama Grażyna nie przypomina na zdjęciu do końca siebie - widocznie już wtedy były w użyciu "prehistoryczne photoshopy"
. Historia grupy nie potoczyła się jak sobie wymarzył Plewiński i pozostali. Być może zakładali, że z TAKIMI umiejętnościami i TAKIM zawodowym sprzętem będą "rozchwytywani" - o ironio - podobnie jak wspomniany Wojtek Karolak gdy do kraju przybył z największym i najbardziej "wypasionym" modelem Hammonda B3. Nadzieje okazały się płonne. Ergo - był próbą naszej krajowej odpowiedzi na wówczas modne soul-funky granie - to co robiły chociażby Average White Band, Kool and the Gang, Earth Wind and Fire, trochę też Quincy Jones, Chase, Blood Sweat and Tears i wielu innych. W ten "czarny" nurt próbował też wejść Spisek - który powstał na zgliszczach Spisek Sześciu i MSA 1111 - lecz ani nasi dziennikarze, ani spora część widowni nie była przekonana do tej stylistyki i nie było większego zainteresowania. Już w tamtych latach celem ataków były białe zespoły, które próbowały udawać, że "są czarni". Wielu wokalistów jak np. Glenn Hughes wpatrzeni w Stevie Wondera poszło w tym kierunku.
Przyznam, że lata temu gdy pierwszy raz zetknąłem się z tym albumem - również nie byłem do końca przekonany. Wydawało mi się to zbyt gęste, momentami nużące - choć trzeba i dziś podkreślić - że brzmieli rasowo i w pełni zawodowo. Jak na tamte krajowe biedne realia - skład był dość rozbudowany - spora rola funkującego Clavinetu, organów, puls sekcji jak u Herbie Hancocka z czasów Headhunters (Plewiński z pewnością wnikliwie wsłuchiwał się w patenty Paula Jacksona - co można wyłapać w "A Więc" - czyli wykapany "Chameleon" czy "Hang up Your Hang Ups"). Do tej płyty na pewno trzeba się stopniowo przekonać, by w końcu naprawdę polubić. Skład również był do pewnego stopnia "nietypowy" - z Warszawy przez lidera została ściągnięta szalenie utalentowana ekspertka od wszelkiej maści perkusyjnych - czyli wibrafony i kongi - Bożena Bruszewska - a przy tym kompozytorka niebanalnych motywów. Jej najsłynniejszym dziełem jest hit - "Gdybyś". Ta piosenka akurat spodobała się publiczności i była nadawana w radio. Gdzie te czasy, gdy na polskich estradach, festiwalach i w radio "królowały" takie przeboje ?
. Niestety ten numer jest również bardziej kojarzony z samą Łobaszewską niż Ergo Bandem. W sekcji dętej był młody puzonista Aleksander Maliszewski - również kompozytor - świetny i wciągający na finał instrumentalny "Zmienność Myśli" (aż chce się do tego utworu wciąż i wciąż powracać) - w późniejszych latach twórca i bezbłędny lider słynnego Alex Bandu. Na dobrą sprawę prawie wszyscy komponowali dla grupy - stąd takie bogactwo stylistyczne i mnogość inspiracji. Mamy bardzo "czarny" wielowątkowy funk a la w/w Average White Band, Tower of Power, Sly and Family Stone, Lafayette Afro Rock Band i the Beginning of the End - "15 Minut Spóźnienia". Mamy jakże otulający, rozkosznie zrelaksowany - wręcz zapowiadający ere smooth-jazzu: "Nocny Spacer" (trochę Roberty Flack, Lori Lieberman i Patrice Rushen) i jazzujący "Pieśń dla Ciebie" - pianisty (nie tylko Moog, Clavinet i Hammondy ale również Fender Rhodes) - Lisewskiego - gdzie wkrada coś z Chicka Corei gdy śpiewały u niego Flora Purim i Gayle Moran. Gdy sekcja rytmiczna złapie szwung i się rozpędzi (naprawdę świetna Bruszewska - chyba nie miała sobie równych w tej części Europy, czyżby nasza Ruth Underwood ?) - wkrada coś z Santany, gdy sam flirtował z fusion.
Słuchając i wyłapując jakich płyt wnikliwie słuchali członkowie Ergo - można też przypomnieć o (dla wielu znienawidzonym) soulowym i funkowym okresie u Dawida Bowie i jego kontrowersyjnym utworom jak "Fame". Młoda Łobaszewska udowodniła, że stać ją było na wiele, nad wyraz dojrzale - równie przekonująco wypadała w w/w jazzujących kompozycjach jak również w mocno bluesowym, ale też mających w sobie ze wspomnienia z dawnych wielkich orkiestr złotej ery swingu współpracujących z wielkimi wokalistkami "Dzień jak Blues". Niestety fascynacja soulowym "afro-amerykańskim" kierunkiem daje czasem efekty, które mogą powodować mieszane uczucia - np. dziwny troszkę jak Bowie - "Za Górą Gór" - wokalne wstawki pozostałych muzyków jak "... ile trzeba lat..." mogą irytować i szybko męczą. Dziś o Ergo Band pamiętają ci, którzy uwielbiają takie "muzyczne wykopaliska". Nawet w latach intensywnej pracy - bardziej rockowo lub "progresywnie" melomanii krzywili się na ich ofertę i mieli swoich bohaterów. Słuchając bardzo pewnej swoich możliwości wokalistki - tym bardziej nie dziwi, że jej późniejsze współpraca z Crashem czy chociażby Krzyśkiem Ścierańskim była tak udana. Jako bonus dołożono koncertowy cover Quincy Jonesa - "Długi Dzień" - z bardzo dobrym solem Hammonda. Szkoda, że tylko jeden - bo sam oryginalny lp. był króciutki - ok 35 minut. Daje to pewne wyobrażenie jakim żywiołem byli na koncertach. Szkoda, że z książeczki do CD tak na dobrą sprawę niewiele się dowiadujemy - w historii grupy sporo luk, przeskoków czasowych i całe mnóstwo niedopowiedzeń. Aż się prosiło by obok lidera Plewińskiego - mogli się wypowiedzieć pozostali byli członkowie Ergo z Grażyną na czele - większość z nich żyje i ma się całkiem dobrze. Czyżby jednak stare animozje nadal w niektórych żyją ?.
Fani wrocławskiego jazz-rockowego Crash w dalszym ciągu wypatrują dalszych archiwalnych rarytasów, w tym również koncertowych gdy ich wokalistką została właśnie sama Łobaszewska. Nie wszyscy pamiętają, że zanim błysnęła swoim talentem we wspomnianym Crash - najpierw ok 23 letnia wokalistka z Gdańska mogła sobie wyrobić imponującą markę w Ergo Bandzie. Idea stworzenia takiej zawodowej ekipy przyszła do głowy muzykom będącym na pokładzie statku wycieczkowego. Wedle legendy i wspomnień lidera - basisty i wokalisty (a w późniejszych latach również wziętego trenera tenisa ziemnego w Niemczech) Kazimierza Plewińskiego. Gdy zawitali do jednego z portów z bodajże Oakland - niczym dzieci w sklepie ze słodyczami postanowili zaszaleć w jednym z tamtejszych przeogromnych salonów i zakupić (widocznie całkiem nieźle płacili za grę do kotleta i dansingów na tym statku) odpowiedni sprzęt - m.in. organy Hammonda B3 (u nas miał je tylko śp. Wojtek Karolak), Mooga, Clavinet, itd itd. Gdy wrócili do kraju i wyładowali cenny sprzęt sprawa była przesądzona. Plewiński miał w głowie cały skład i wiedział kto będzie odpowiednim wsparciem z jego ówczesnym druhem - gitarzystą Jerzym Kurkiem (przyszłym mężem i managerem Urszuli Sipińskiej, której nomen omen przez jakiś czas akompaniowali). Podobnie jak to bywało w przypadku "super-grup" na zachodzie - jak mawiał śp. Jon Hiseman - "jeśli się chciało zatrudnić muzyków na najwyższym poziomie, a nie pasażerów na gapę - to trzeba było albo zatrudnić kompletnych wariatów, albo ludzi skazanych na śmierć przez farmaceutyki"
Współpraca z młodą Łobaszewską również nie zawsze szła gładko. Na afiszach to ją eksponowano jako solistkę - a reszta muzyków została zdegradowana jako prawie "anonimowy zespół akompaniujący", co nie mogło się im podobać. Okładka również została poważnie zmieniona bez konsultacji z liderem i pozostałymi członkami (by jeszcze bardziej wyeksponować postać wokalistki). Zabawne, że sama Grażyna nie przypomina na zdjęciu do końca siebie - widocznie już wtedy były w użyciu "prehistoryczne photoshopy"
Przyznam, że lata temu gdy pierwszy raz zetknąłem się z tym albumem - również nie byłem do końca przekonany. Wydawało mi się to zbyt gęste, momentami nużące - choć trzeba i dziś podkreślić - że brzmieli rasowo i w pełni zawodowo. Jak na tamte krajowe biedne realia - skład był dość rozbudowany - spora rola funkującego Clavinetu, organów, puls sekcji jak u Herbie Hancocka z czasów Headhunters (Plewiński z pewnością wnikliwie wsłuchiwał się w patenty Paula Jacksona - co można wyłapać w "A Więc" - czyli wykapany "Chameleon" czy "Hang up Your Hang Ups"). Do tej płyty na pewno trzeba się stopniowo przekonać, by w końcu naprawdę polubić. Skład również był do pewnego stopnia "nietypowy" - z Warszawy przez lidera została ściągnięta szalenie utalentowana ekspertka od wszelkiej maści perkusyjnych - czyli wibrafony i kongi - Bożena Bruszewska - a przy tym kompozytorka niebanalnych motywów. Jej najsłynniejszym dziełem jest hit - "Gdybyś". Ta piosenka akurat spodobała się publiczności i była nadawana w radio. Gdzie te czasy, gdy na polskich estradach, festiwalach i w radio "królowały" takie przeboje ?
Słuchając i wyłapując jakich płyt wnikliwie słuchali członkowie Ergo - można też przypomnieć o (dla wielu znienawidzonym) soulowym i funkowym okresie u Dawida Bowie i jego kontrowersyjnym utworom jak "Fame". Młoda Łobaszewska udowodniła, że stać ją było na wiele, nad wyraz dojrzale - równie przekonująco wypadała w w/w jazzujących kompozycjach jak również w mocno bluesowym, ale też mających w sobie ze wspomnienia z dawnych wielkich orkiestr złotej ery swingu współpracujących z wielkimi wokalistkami "Dzień jak Blues". Niestety fascynacja soulowym "afro-amerykańskim" kierunkiem daje czasem efekty, które mogą powodować mieszane uczucia - np. dziwny troszkę jak Bowie - "Za Górą Gór" - wokalne wstawki pozostałych muzyków jak "... ile trzeba lat..." mogą irytować i szybko męczą. Dziś o Ergo Band pamiętają ci, którzy uwielbiają takie "muzyczne wykopaliska". Nawet w latach intensywnej pracy - bardziej rockowo lub "progresywnie" melomanii krzywili się na ich ofertę i mieli swoich bohaterów. Słuchając bardzo pewnej swoich możliwości wokalistki - tym bardziej nie dziwi, że jej późniejsze współpraca z Crashem czy chociażby Krzyśkiem Ścierańskim była tak udana. Jako bonus dołożono koncertowy cover Quincy Jonesa - "Długi Dzień" - z bardzo dobrym solem Hammonda. Szkoda, że tylko jeden - bo sam oryginalny lp. był króciutki - ok 35 minut. Daje to pewne wyobrażenie jakim żywiołem byli na koncertach. Szkoda, że z książeczki do CD tak na dobrą sprawę niewiele się dowiadujemy - w historii grupy sporo luk, przeskoków czasowych i całe mnóstwo niedopowiedzeń. Aż się prosiło by obok lidera Plewińskiego - mogli się wypowiedzieć pozostali byli członkowie Ergo z Grażyną na czele - większość z nich żyje i ma się całkiem dobrze. Czyżby jednak stare animozje nadal w niektórych żyją ?.
- Załączniki
-
- 20260304_163526.jpg (142.11 KiB) Przejrzano 648 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !