Brian Auger
Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy
Brian Auger
Wiem, ze wielu z Was lubi i docenia tworczosc Briana Augera oraz jego zespolow takich jak Trinity czy Oblivion Express.
Podaje link do interesujacego wywiadu z Augerem, ktory wyjawia kulisy historii niektorych nagran (takze z innymi grupami), opowiada o przygodzie z Hendrixem, ktorego nie przyjal do swego zespolu, obfituje w anegdoty oraz ciekawe zdarzenia. Przy okazji Auger jawi sie jako przefajny facet, zero gwiazdorstwa oraz z olbrzymim poczuciem humoru.
http://pbsfm.org.au/taxonomy/term/182/2015-11-14
pzdr
mir
Podaje link do interesujacego wywiadu z Augerem, ktory wyjawia kulisy historii niektorych nagran (takze z innymi grupami), opowiada o przygodzie z Hendrixem, ktorego nie przyjal do swego zespolu, obfituje w anegdoty oraz ciekawe zdarzenia. Przy okazji Auger jawi sie jako przefajny facet, zero gwiazdorstwa oraz z olbrzymim poczuciem humoru.
http://pbsfm.org.au/taxonomy/term/182/2015-11-14
pzdr
mir
Re: Brian Auger
Czyli jest taki sam jak każdy z nas. No i nagrał niezły Befour. I tyle.mir pisze: Przy okazji Auger jawi sie jako przefajny facet, zero gwiazdorstwa oraz z olbrzymim poczuciem humoru.
Moja malzonka od dawna twierdzi, ze z gustem u mnie jest roznie, wiec nie mam problemu z przyznaniem sie, ze nawet te dwie plyty mi sie podobaly.
Za to, co szczegolnie zarekomendowac moge z pozniejszej kariery Augera, to, jak dla mnie, fantastyczna koncertowka z 1993 roku, pod egida Eric Burdon/Brian Auger Band - Access All Areas Live.
Tam sie po prostu gotuje i wrze.
pzdr
mir
Za to, co szczegolnie zarekomendowac moge z pozniejszej kariery Augera, to, jak dla mnie, fantastyczna koncertowka z 1993 roku, pod egida Eric Burdon/Brian Auger Band - Access All Areas Live.
Tam sie po prostu gotuje i wrze.
pzdr
mir
Tymczasem mija 50 lat od wydania płyty Open https://www.youtube.com/watch?v=uLDNNqDhp8w
Adoptuj, adaptuj i ulepszaj.
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Brian Auger
Niezawodna Repertoire Records po raz kolejny zaskoczyła miłośników starego grania. Niedawno, całkiem przypadkiem odkryłem ten koncert. Niestety na daną chwilę wydawnictwo jest bardzo drogie, więc póki co należy zadowolić się solidną kopią
. Po lekturze trzeba uczciwie przyznać, że nie jest to muzyka "warta wszystkich pieniędzy" ale po kolei. W ubiegłym roku - 18 lipca swoje imponujące 86 urodziny obchodził wyśmienity organista Brian Auger - lider zespołu, a w listopadzie równe 80 świętował drugi bohater tego koncertu pochodzący z Glasgow szkocki gitarzysta jazzowy Jim Mullen. Ringo Starr w swoim żartobliwym stylu cytował matkę, która zwykła mawiać, iż "wojna wybuchła, bo On się urodził"
. Dlatego chyba nie dziwi stosunkowo niewielka popularność Briana Augera w Polsce - rocznika nomen omen 1939. Zostawiając liczby, nie można zaprzeczyć, iż był on nie tylko najwybitniejszym organistą swojego pokolenia ale i wszech czasów - można go śmiało postawić obok takich wirtuozów tego instrumentu jak Shinn, Lord, Emerson, Wakeman, Hensley,Bond, Bardens, Greenslade, czy "św. Trójca Sceny Canterbury": Ratledge, Sinclair i Stewart. Dziś wydaje "odrobinkę" zapomniany. Dlatego materiał archiwalny z koncertu w ramach festiwalu Super Pop Montreux z października 1970 to dobra okazja by sobie przypomnieć jak wybornym był instrumentalistą.
Minimalnie wcześniej rozwiązał poprzedni zespół odpowiedzialny za chyba jego najlepszy album "Befour" i powołał nową ekipę Oblivion Express. Nazwa zobowiązywała. Muzykę określa się jako "jazz-rock" ale proporcje zdecydowanie są po stronie rocka. Pojawili nowy muzycy - poprzednika o bardziej akustycznym jazzowym zacięciu Gary Boyle`a zastąpił młodszy od niego 25 letni w/w Jim Mullen (wcześniej w pechowej formacji Pete`a Browna Piblokto). W późniejszych latach sam o wiele głębiej wszedł w jazz sensu stricte ale na Montreux jego pełne inwencji drapieżne sola mieszczą w najprzedniejszej blues-rockowej konwencji. Express choć istnieli od niedawna zdają się być rozpędzoną dobrze naoliwioną maszyną. Jedynie perkusista Keith Bailey zdaje być jakby "obok" muzyki - dlatego nie dziwi, iż miesiąc później na potrzeby rejestracji płyty studyjnej zastąpił go Robbie McIntosh. Można mieć troszkę zastrzeżeń do zbyt surowego miksu i nieustannej głośnej dominacji organów (wiem, że miłośnikom tego instrumentu bynajmniej nie będzie to przeszkadzało) - one niekiedy zagłuszają Mullena w trakcie jego solówek. Hammond Augera warczy, "szczerzy kły", sypie żarem, spala na popiół wszystko na swojej drodze, grzmi groźnie przez całe prawie godzinne show. Jego inwencja melodyczna i fantazja nie mają granic (ten muzyk na żywo nigdy się nie oszczędzał i ze swojego Hammonda jaki z samego siebie wyciskał siódme poty co widać na zdjęciach). Od czasu do czasu pojawia funkujący Clavinet. O ile na w/w Befour mieliśmy sporo jazzującego cieniowania i impresjonizmu - to na Montreux 70 dominuje dość mocne i demoniczne granie (warto to puścić naprawdę głośno i dać poszaleć kolumnom). W środku każdego kawałka gdy zespół wpada w "szwung" - muzyka potrafi być porywająca. Nieco gorzej jest gdy przypatrzymy się warstwie wokalnej - szczęśliwie ma jej za dużo. Nie wiem czy to wina nagłośnienia, czy braku odpowiedniego odsłuchu ale tego dnia Brian nie był najlepiej dysponowany, może to zmęczenie ? (lub parę drinków za dużo). Pod kątem repertuaru - mamy prawie cały jeszcze nie wydany album Oblivion Express i połowę - to co najlepsze z poprzedniego wybitnego Befour - zagrane z zębem "Listen Here", świetne jak zawsze "Pavane" i "Maiden Voyage" - Herbie Hancocka. Koncert stanowi pewien "pomost" między poprzednim, a nowym wcieleniem zespołu organisty. Miłośnicy blues-soul-rockowego grania będą zachwyceni. Entuzjaści bardziej urozmaiconego, subtelniejszego grania mogą niekiedy czuć "znużenie" zbyt jednostajnym demonicznym brzmieniem wydobywającym z głośników (a panowie dają autentycznie czadu - tu nie ma wątpliwości). Trochę ciekawostka, ale warto posłuchać... wartość dokumentu jest przeogromna. Tak się na początku lat 70 grało. Co ciekawe w "The Dragon Song" pojawia riff, który później również pojawił u Mahavishnu Orchestra w "One World" a pod koniec "On the Road" mamy nieco "kosmiczne"/free zabawy z dźwiękiem solistów.
Minimalnie wcześniej rozwiązał poprzedni zespół odpowiedzialny za chyba jego najlepszy album "Befour" i powołał nową ekipę Oblivion Express. Nazwa zobowiązywała. Muzykę określa się jako "jazz-rock" ale proporcje zdecydowanie są po stronie rocka. Pojawili nowy muzycy - poprzednika o bardziej akustycznym jazzowym zacięciu Gary Boyle`a zastąpił młodszy od niego 25 letni w/w Jim Mullen (wcześniej w pechowej formacji Pete`a Browna Piblokto). W późniejszych latach sam o wiele głębiej wszedł w jazz sensu stricte ale na Montreux jego pełne inwencji drapieżne sola mieszczą w najprzedniejszej blues-rockowej konwencji. Express choć istnieli od niedawna zdają się być rozpędzoną dobrze naoliwioną maszyną. Jedynie perkusista Keith Bailey zdaje być jakby "obok" muzyki - dlatego nie dziwi, iż miesiąc później na potrzeby rejestracji płyty studyjnej zastąpił go Robbie McIntosh. Można mieć troszkę zastrzeżeń do zbyt surowego miksu i nieustannej głośnej dominacji organów (wiem, że miłośnikom tego instrumentu bynajmniej nie będzie to przeszkadzało) - one niekiedy zagłuszają Mullena w trakcie jego solówek. Hammond Augera warczy, "szczerzy kły", sypie żarem, spala na popiół wszystko na swojej drodze, grzmi groźnie przez całe prawie godzinne show. Jego inwencja melodyczna i fantazja nie mają granic (ten muzyk na żywo nigdy się nie oszczędzał i ze swojego Hammonda jaki z samego siebie wyciskał siódme poty co widać na zdjęciach). Od czasu do czasu pojawia funkujący Clavinet. O ile na w/w Befour mieliśmy sporo jazzującego cieniowania i impresjonizmu - to na Montreux 70 dominuje dość mocne i demoniczne granie (warto to puścić naprawdę głośno i dać poszaleć kolumnom). W środku każdego kawałka gdy zespół wpada w "szwung" - muzyka potrafi być porywająca. Nieco gorzej jest gdy przypatrzymy się warstwie wokalnej - szczęśliwie ma jej za dużo. Nie wiem czy to wina nagłośnienia, czy braku odpowiedniego odsłuchu ale tego dnia Brian nie był najlepiej dysponowany, może to zmęczenie ? (lub parę drinków za dużo). Pod kątem repertuaru - mamy prawie cały jeszcze nie wydany album Oblivion Express i połowę - to co najlepsze z poprzedniego wybitnego Befour - zagrane z zębem "Listen Here", świetne jak zawsze "Pavane" i "Maiden Voyage" - Herbie Hancocka. Koncert stanowi pewien "pomost" między poprzednim, a nowym wcieleniem zespołu organisty. Miłośnicy blues-soul-rockowego grania będą zachwyceni. Entuzjaści bardziej urozmaiconego, subtelniejszego grania mogą niekiedy czuć "znużenie" zbyt jednostajnym demonicznym brzmieniem wydobywającym z głośników (a panowie dają autentycznie czadu - tu nie ma wątpliwości). Trochę ciekawostka, ale warto posłuchać... wartość dokumentu jest przeogromna. Tak się na początku lat 70 grało. Co ciekawe w "The Dragon Song" pojawia riff, który później również pojawił u Mahavishnu Orchestra w "One World" a pod koniec "On the Road" mamy nieco "kosmiczne"/free zabawy z dźwiękiem solistów.
- Załączniki
-
- live.jpg (96.85 KiB) Przejrzano 533 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Brian Auger
W tym roku 90 lat będzie świętował uznany brytyjski rysownik karykaturzysta Ralph Steadman, który stworzył okładkę z zabawnymi wizerunkami muzyków z projektu Julie Driscoll /Brian Auger & The Trinity. W przyszłym wokalistka, która wtedy miała niespełna 22 lata będzie obchodzić okrągłe 80 urodziny. W oryginale podwójny winylowy album z rozkładaną okładką ukazał się w 1969 i do dziś zgodnie jest uważany (obok "Befour") za bezapelacyjnie najlepszy w karierze zarówno genialnego organisty Briana Augera jak również wspomnianej wokalistki - na marginesie żony eksperymentującego pianisty Keitha Tippetta (który przewinął się przez King Crimson w okresie "Lizzard", o czym wszyscy fani doskonale pamiętają). Płyta CD tak do końca nie oddaje jak prezentował się podwójny winyl, ale jakieś pojęcie nam daje. Całkiem niedawno w moje ręce wpadła używana reedycja Polydoru z 1990. Obecnie dość rzadka. Trudno ten krążek trafić na kompakcie - czasem na chwilę pojawiają się dość drogie wersje japońskie. Wyprodukowany przez słynnego Giorgia Gomelskiego "Streetnoise" jest uznawany za jedno z większych dokonań szeroko ujętego rocka-progresywnego - będący mieszaniną rocka, bluesa, soulu, fusion, R&B, folku, ballady, psychodelii i undergroundu. Muzyki jest naprawdę sporo i to była odważna decyzja, by w 1969 wydać album podwójny - ok 74 minut, które na szczęście bez problemu mieszczą się na kompakcie - (prawie) nie trzeba niczego wyrzucać.
Brianowi wtedy stuknęła równo 30 i mógł powoli uważać się za weterana. O ile się nie mylę to był ostatni projekt jaki współtworzył z (dla przyjaciół) "Jools", która w późniejszych latach powoli wycofywała się z show biznesu, obecnie zajmuje się szkoleniem wokalnym dorosłych i dzieci oraz nauki improwizacji głosem. Jej potężny wokal to jeden z najważniejszych elementów na tym albumie, niekiedy wręcz organy Hammonda muszą mu ustąpić. Trudno uwierzyć, że drobna, o niebanalnej urodzie 22 letnia angielka potrafiła zaśpiewać jak niejedna czarna wokalistka soulowa. Moim zdaniem wszyscy, którzy w dalszym ciągu noszą żałobę i zachwycają się śp. Amy Winehouse powinni posłuchać co ze swoim głosem potrafiła wyczyniać Driscoll w 1969. Była aktywna już jako nastolatka, prowadząc fanklub Yardbirds, kojarzona z kulturą Modsów stała się jedną z barwniejszych postaci tzw. "swingującego Londynu". "Streetnoise" poznałem dość późno. Głównym magnesem były dla mnie rzecz jasna pełne potęgi i rozmachu partie organowe Augera. Do specyficznego głosu "Jools" musiałem się stopniowo przekonywać. Z pewnością pomógł fakt, że jej barwa była niesamowicie zbliżona (że wręcz nie do odróżnienia) z Lindą Hoyle z innej progresywnej formacji Affinity (lub może uczciwiej jest napisać, że to Linda była pod wielkim wpływem Julie). Fani i dziennikarze są zgodni - "Streetnoise" to przebogaty, wielce urozmaicony album pełen świetnych pomysłów na kompozycje, a brzmienie mimo upływu lat jest nadal ekscytujące i świeże.
Na temat dwójki liderów napisano wszelkie możliwe peany - lecz nie szczędzono słów uznania dla naprawdę świetnej sekcji: Ambrose i Thacker. Całość - choć to "zaledwie" - 4 muzyków - tworzy pełną majestatu i (kiedy trzeba) patosu wybornie naoliwioną maszynkę. Możemy się przekonać o tym już w pierwszym - będącym jak przysłowiowe "trzęsienie ziemi" - "Tropic of Capricorn". Doskonały wybór na sam początek. Wokal męski (choć też bez zarzutu) jest zaledwie dodatkiem do pomysłowych organowych fanfar, przejść akordowych i kadencji. Warto pozwolić "poszaleć" swoim kolumnom, by lepiej docenić ten utwór. To rasowy rock progresywny (lub wręcz jazz-rock), który fani starego grania kochają najbardziej, ma się rozumieć autorstwa Augera. Na równie wysokim poziomie jest inny instrumentalny, również autorstwa Briana - "Ellis Island". Zabawne, bo główny motyw silnie kojarz się ze środkowym riffem i przejściem w "War Pigs" Black Sabbath - może Iommi przypadkiem inspirował się tym utworem ?. To również pewna zapowiedź w jakim kierunku podąży dalej organista na kapitalny "Befour" i wielu albumach projektu "Oblivion Express". Podkreślałem to wiele razy - ale w tym okresie, jeśli chodzi o opanowanie Hammondów i pełne polotu, inwencji solówki na tym instrumencie - niewielu mogło się z nim równać. Dziś, często wymieniając ludzi, którzy płynęli na odbiór i traktowanie organów bywa pomijany, a to wielka szkoda. Słuchając go człowiek z uśmiechem kręci głową - że "do czorta, jakie to cholernie dobre". Kiedy trzeba potrafi lekko wycofać się w cień i skupić na akompaniamencie na fortepianie. Gdy dochodzi do głosu - zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia jak chociażby w przerobionym, że trudno początkowo poznać ten utwór - "Light My Fire" The Doorsów. Na pewno nie był jednym z epigonów Jimmy Smitha, jak wielu brytyjskich kolegów. Jego sola mogą nasuwać skojarzenia ze sceną Canterbury np. w "India Rope Man" autorstwa Richie Havensa - lub znów może to właśnie trio: Sinclair, Ratledge i Stewart byli pod wielkim wpływem osobowości i charyzmy Augera ?.
Driscoll nie tylko nieustannie błyszczy jako wokalistka, ale udziela się na krążku jako gitarzystka akustyczna i znakomita kompozytorka. Nasi fani zawsze wśród wybitnych pozycji wymieniają jej 3 częściową mini suitę "Czechoslovakia" - wstrząsający protest song - zainspirowany wydarzeniami w tym kraju w 1968. Początkowo swingująco soulowy kawałek ustępuje miejsce lekko atonalnej balladzie z późniejszymi kakofonicznym kolażem instrumentów symbolizującym odgłosy zmagań wojennych. Przesłanie hippisowskie dotyczące umiłowania wolności, niezależności w wygłaszaniu przekonań i wymowa antywojenna była bliska muzykom również do tego stopnia, że sięgnęli po 2 utwory z wtedy niezwykle popularnego musicalu "Hair" (który w 1979 przeniesie na ekrany "lekko spóźniony" Milos Forman - nota bene również z byłej Czechosłowacji) - czyli "I`ve Got Life" i chyba najsłynniejszy "Let the Sunshine In" (ten drugi pozbawiony tej otoczki "komercji" oryginału, kiedyś Branford Marsalis miał o nim jak również o "Age of Aquarius" Fifth Dimension powiedzieć zdegustowany: ".... mój Boże....jak to było białe...."). Jak wspomniałem - pomimo sporego "rozrzutu" stylistycznego - to bardzo konsekwentny i jednorodny album. Julie przypomina o swoich folkowych (lub "staroangielskich") korzeniach w balladzie "A Word About Colour" i jakby żałobnym lamencie opartym na tradycyjnym temacie "When I Was a Young Girl" (w tym drugim - zagranym niemalże wyłącznie na wokal i organy mamy coś hipnotyzującego - a Driscoll wspina się na wyżyny - chyba już nigdy później tak przejmująco nie zaśpiewała - ucz się Winehouse
). Dla odmiany - z repertuaru Niny Simone - "Take Me to the Water" - w duchu gospel brzmi jakby żywcem wyjęty i zarejestrowany w trakcie jakiejś religijnej uroczystości w prowincjonalnej świątyni.... do której całkiem przypadkiem wpadli The Blues Brothers, jeszcze bardziej rozkręcając imprezę
. Brian również przesiąknięty do kości konwencją soulową i rhythm`n`bluesem starych czarnych mistrzów ze Stanów serwuje własną wersję tych wpływów w znów instrumentalnym "Finally Found You Out". Ciekawostką jest wokalna wersja standardu Milesa Davisa - "All Blues" z przełomowego "Kind of Blue", gdzie Jools wymyśliła ciekawy kontrapunkt wokalny. Swoją drogą ciekawe czy Miles kiedykolwiek ją usłyszał i co o niej mógł sądzić ?. Album prawie be słabych punktów - może odrobinę odstaje konwencjonalny autorstwa basisty Dave`a Ambrosa - "In Search of the Sun". Każda z pierwotnie analogowych 4 stron - dostała odpowiedni podtytuł. "Streetnoise" - czyli "uliczny hałas", warto posłuchać znacznie głośniej niż są w stanie tolerować to sąsiedzi 
Brianowi wtedy stuknęła równo 30 i mógł powoli uważać się za weterana. O ile się nie mylę to był ostatni projekt jaki współtworzył z (dla przyjaciół) "Jools", która w późniejszych latach powoli wycofywała się z show biznesu, obecnie zajmuje się szkoleniem wokalnym dorosłych i dzieci oraz nauki improwizacji głosem. Jej potężny wokal to jeden z najważniejszych elementów na tym albumie, niekiedy wręcz organy Hammonda muszą mu ustąpić. Trudno uwierzyć, że drobna, o niebanalnej urodzie 22 letnia angielka potrafiła zaśpiewać jak niejedna czarna wokalistka soulowa. Moim zdaniem wszyscy, którzy w dalszym ciągu noszą żałobę i zachwycają się śp. Amy Winehouse powinni posłuchać co ze swoim głosem potrafiła wyczyniać Driscoll w 1969. Była aktywna już jako nastolatka, prowadząc fanklub Yardbirds, kojarzona z kulturą Modsów stała się jedną z barwniejszych postaci tzw. "swingującego Londynu". "Streetnoise" poznałem dość późno. Głównym magnesem były dla mnie rzecz jasna pełne potęgi i rozmachu partie organowe Augera. Do specyficznego głosu "Jools" musiałem się stopniowo przekonywać. Z pewnością pomógł fakt, że jej barwa była niesamowicie zbliżona (że wręcz nie do odróżnienia) z Lindą Hoyle z innej progresywnej formacji Affinity (lub może uczciwiej jest napisać, że to Linda była pod wielkim wpływem Julie). Fani i dziennikarze są zgodni - "Streetnoise" to przebogaty, wielce urozmaicony album pełen świetnych pomysłów na kompozycje, a brzmienie mimo upływu lat jest nadal ekscytujące i świeże.
Na temat dwójki liderów napisano wszelkie możliwe peany - lecz nie szczędzono słów uznania dla naprawdę świetnej sekcji: Ambrose i Thacker. Całość - choć to "zaledwie" - 4 muzyków - tworzy pełną majestatu i (kiedy trzeba) patosu wybornie naoliwioną maszynkę. Możemy się przekonać o tym już w pierwszym - będącym jak przysłowiowe "trzęsienie ziemi" - "Tropic of Capricorn". Doskonały wybór na sam początek. Wokal męski (choć też bez zarzutu) jest zaledwie dodatkiem do pomysłowych organowych fanfar, przejść akordowych i kadencji. Warto pozwolić "poszaleć" swoim kolumnom, by lepiej docenić ten utwór. To rasowy rock progresywny (lub wręcz jazz-rock), który fani starego grania kochają najbardziej, ma się rozumieć autorstwa Augera. Na równie wysokim poziomie jest inny instrumentalny, również autorstwa Briana - "Ellis Island". Zabawne, bo główny motyw silnie kojarz się ze środkowym riffem i przejściem w "War Pigs" Black Sabbath - może Iommi przypadkiem inspirował się tym utworem ?. To również pewna zapowiedź w jakim kierunku podąży dalej organista na kapitalny "Befour" i wielu albumach projektu "Oblivion Express". Podkreślałem to wiele razy - ale w tym okresie, jeśli chodzi o opanowanie Hammondów i pełne polotu, inwencji solówki na tym instrumencie - niewielu mogło się z nim równać. Dziś, często wymieniając ludzi, którzy płynęli na odbiór i traktowanie organów bywa pomijany, a to wielka szkoda. Słuchając go człowiek z uśmiechem kręci głową - że "do czorta, jakie to cholernie dobre". Kiedy trzeba potrafi lekko wycofać się w cień i skupić na akompaniamencie na fortepianie. Gdy dochodzi do głosu - zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia jak chociażby w przerobionym, że trudno początkowo poznać ten utwór - "Light My Fire" The Doorsów. Na pewno nie był jednym z epigonów Jimmy Smitha, jak wielu brytyjskich kolegów. Jego sola mogą nasuwać skojarzenia ze sceną Canterbury np. w "India Rope Man" autorstwa Richie Havensa - lub znów może to właśnie trio: Sinclair, Ratledge i Stewart byli pod wielkim wpływem osobowości i charyzmy Augera ?.
Driscoll nie tylko nieustannie błyszczy jako wokalistka, ale udziela się na krążku jako gitarzystka akustyczna i znakomita kompozytorka. Nasi fani zawsze wśród wybitnych pozycji wymieniają jej 3 częściową mini suitę "Czechoslovakia" - wstrząsający protest song - zainspirowany wydarzeniami w tym kraju w 1968. Początkowo swingująco soulowy kawałek ustępuje miejsce lekko atonalnej balladzie z późniejszymi kakofonicznym kolażem instrumentów symbolizującym odgłosy zmagań wojennych. Przesłanie hippisowskie dotyczące umiłowania wolności, niezależności w wygłaszaniu przekonań i wymowa antywojenna była bliska muzykom również do tego stopnia, że sięgnęli po 2 utwory z wtedy niezwykle popularnego musicalu "Hair" (który w 1979 przeniesie na ekrany "lekko spóźniony" Milos Forman - nota bene również z byłej Czechosłowacji) - czyli "I`ve Got Life" i chyba najsłynniejszy "Let the Sunshine In" (ten drugi pozbawiony tej otoczki "komercji" oryginału, kiedyś Branford Marsalis miał o nim jak również o "Age of Aquarius" Fifth Dimension powiedzieć zdegustowany: ".... mój Boże....jak to było białe...."). Jak wspomniałem - pomimo sporego "rozrzutu" stylistycznego - to bardzo konsekwentny i jednorodny album. Julie przypomina o swoich folkowych (lub "staroangielskich") korzeniach w balladzie "A Word About Colour" i jakby żałobnym lamencie opartym na tradycyjnym temacie "When I Was a Young Girl" (w tym drugim - zagranym niemalże wyłącznie na wokal i organy mamy coś hipnotyzującego - a Driscoll wspina się na wyżyny - chyba już nigdy później tak przejmująco nie zaśpiewała - ucz się Winehouse
- Załączniki
-
- 20260322_065740.jpg (105.84 KiB) Przejrzano 465 razy
-
- noise1.jpg (111 KiB) Przejrzano 465 razy
-
- noise2.jpg (119.76 KiB) Przejrzano 465 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !