"Crest of a Knave" - czyli w luźnym tłumaczeniu: "Herb Łotra"

, w mistrzowskiej okładce jakże zasłużonego artysty heraldycznego Andrew Stewarta Jamiesona. W przyszłym roku płytka będzie świętować 40 urodziny (na swój sposób już w tym, gdyż spora część materiału na pewno została skomponowana w 86 r.), a niezmordowany lider Ian Anderson okrągłe 80. W tym roku 80`tka stuknie byłemu gitarzyście Tull - Martinowi Lancelotowi Barre, który niestety od lat nie jest już członkiem tego zespołu, a był przez wiele dekad. Ciekawe co zespół - obecnie raczej "Ian Anderson Band" niż "Tull" - przyszykuje w 2028, gdy wówczas będą obchodzić .... 60 lecie istnienia zespołu. W momencie gdy ukazał się "Crest" - formacja powoli dobijała do 20, co niezbyt cieszyło lidera, gdyż - jego zdaniem - 25 brzmi o wiele lepiej. Bardzo mnie zastanawia co sobie myśli teraz, że 60 lecie zbliża się nieubłaganie. Zakładając, że wszyscy dożyją, ale jak zwykle w takich sytuacjach "Daj Boże Zdrowie"

. Skoro mowa o okładce i "Tull". Mistrz herbów Jamieson stworzył jedną z lepszych okładek dla zespołu - w herbie uniesiony w górę flet - kto oglądał gesty i popisy na scenie lidera, ten doskonale wie o co chodzi

.
Po poprzednim, przez wielu znienawidzonym i wręcz wyklętym silnie elektronicznym "Under Wraps" z 1984 zespół postanowił zerwać ze zbyt wyeksponowaną elektroniką i wrócić do bardziej gitarowego grania. O ile poprzedni wywołał sporo kontrowersji i raczej nikomu nie było do śmiechu to "Crest" wywołał ich niewiele mniej, ale tym razem było zdecydowanie zabawniej. Wszystko przebiła uroczystość wręczania nagród Grammy, gdy zespół otrzymał ją w kategorii...."heavy-metal/hard-rock... - wyprzedzając faworyzowaną przez chyba wszystkich Metallicę i ich album "... And Justice for All...". Przekonanie o zwycięstwie ekipy metalowych wymiataczy było tak powszechne i pewne, że odradzano by Jethro się tam w ogóle pojawiało, bo "wszystko już zostało dawno rozdane". Szok był ogromny, plus śmiechy i buczenie na widowni. Nagrodę dla ekipy Andersona wymienia się wśród chyba 10 największych "skandali" na gali tej nagrody. Lider - choć silnie zaskoczony - zareagował z typowym "szkockim" spokojem i dystansem, że dla nich to potwierdzenie, że są w tym biznesie od lat i na dobrą sprawę są zespołem (hard)rockowym, bo przecież nie popowym. O ile się nie mylę w kolejnych edycjach rozdzielono obie te kategorie i słusznie. Każdy z zespołów potem "odgryzł" się rywalom w typowy, nie pozbawiony poczucia humoru sposób. Management Tull opublikował w prasie ogłoszenie, że "flute is heavy, metal instrument" - "flet to ciężki, metalowy instrument"

. A na koncertach emitowali film, gdzie słynne postacie miały cegły zamiast głów - również członkowie Metalliki. Z kolei bodajże w 1990, gdy w końcu otrzymali Grammy za utwór "One" - to przy odbieraniu nagrody Lars Ulrich podziękował również Jethro Tull, że w tym roku żadnej płyty jednak nie nagrali

("Catfish Rising" nagrano dopiero w 1991).
Podziwiając okładkę "Łotra" rzuca się w oczy mocno wyeksponowany drugi człon nazwy zespołu "Tull". Podobno już wtedy lider rozważał "korektę" - by zrezygnować z pierwszego "Jethro" - za którym nie przepadał i uważał, że "kojarzy się to z wioskowym głupkiem"

. Monty Python może to potwierdzić

. Niewiele mniej kontrowersji wywołał "nowy" styl muzyczny - silnie zainspirowany będącymi wtedy na topie - Dire Straits np. w bardzo lubianym przez fanów "Budapest" i "Said She Was a Dancer". Zespół się dość "pokrętnie" tłumaczył. Lider forsując się na poprzedniej trasie w 1984 stracił głos i przez wiele miesięcy poddawał się rekonwalescencji. Przyznał, że nie potrafi już tak śpiewać jak dawniej - stąd jego głos, ocierał się czasem o "melodeklamację" i mógł kojarzyć z bardziej "zmęczonym człowiekiem". Okazało się to przełomowe, już nigdy nie zaśpiewał jak w latach 70. Anderson znów obracał sprawę w żart, że jeśli mają brzmieć jak jakiś zespół to Straits nie jest najgorszym wyborem. Z kolei gitara Martina Barre również mocno trąciła stylem Marka Knopflera. Sam zainteresowany tłumaczył, że to pewien "styl gry" (jakich wiele), a nie ślepe kopiowanie. Przy okazji przypominał pewną (podobno prawdziwą) anegdotę sprzed lat, gdy młody Mark miał zwrócić się do producentów bodajże Stratocastera i prosił o model "który daje brzmienie jak u Martina Barre z Jethro Tull"

. Bądź tu mądry. "Crest" to nie tylko mocne piętno Dire Straits ale i np. bardziej przebojowego, również podlanego elektroniką ZZ Top - np. w otwierającym opartym na sekwencerze przebojowym "Steel Monkey" oraz w "Rising Steam". Słychać w wokalach i partii gitary wpływy Billy Gibonsa.
Mimo pewnych oczywistych kontrowersji - "Crest" nie jest złym albumem. Fanom nawet się spodobał - a wielowątkowy i dość "romantyczny" "Budapest" wszedł na stałe do kanonu zespołu i trudno sobie dziś wyobrazić koncert bez tego kawałka (i tego intro na fortepianie). Gościnnie na skrzypcach pojawił się Ric Sanders - wtedy w Fairport Convention, którego liderem był basista Jethro - Dave Pegg. Wcześniej Sanders przewinął się przez schyłkowy Soft Machine z płyty "Alive and Well". Ten album poznałem i polubiłem dość późno. Jak większość najbliższy jest mi "folkowo-leśny" okres w historii zespołu z lat 77/79. Piętno Dire Straits mi nigdy nie przeszkadzało (mamy coś z "Private Investigations w "Budapest" oraz z "Telegraph Road i "Tunnel Of Love" w "Mountain Men", a pierwsze wersy "The Waking Edge" - to prawie cytat melodii z "Brothers in Arms"). Ianowi wymuszona przerwa wyszła na dobre - zaprezentował mocne muzyczne pomysły - na kompozycje, które zapadają w pamięć np. "Farm on the Freeway" ( w środku mamy gitarowe riffy jakby z okresu "Aqualung") czy "Jump Start" (w finale na koncertach wkraczali członkowie ekipy technicznej z tekturowymi gitarami potrząsając nimi parodiując "metalowe stadionowe szaleństwo"). Tym razem na keyboardach zagrał sam lider, czynił to już wielokrotnie w przeszłości. Na koncerty został zaproszony słynny Don Airey - wcześniej w Colosseum II, Rainbow, Ozzy Osbourne`a czy Whitesnake. Nie zagrzał długo miejsca w zespole - gdyż jego gra okazała się dla wielu zbyt o ironio - "heavy-metalowa" (większość fanów go nie polubiła i nie widziała go w zespole, czepiano się tak kuriozalnych detali jak np. że "udawał", że nie korzysta z sekwencerów np. w "Steel Monkey", a wszystkie te szybkie partie syntezatora sam gra "z rąsi"

). Sam przyznawał, że Tull nie było "z jego beczki" i wolał cięższe granie. Po latach wspominał, że kiedyś na lotnisku wpadł na byłego szefa Andersona i ucięli sobie miłą pogawędkę.... o wnukach

. Zastąpił go multiinstrumentalista Maartin Allcock, który wcześniej nie miał pojęcia o klawiszach - skupiał głównie na basie i gitarach. Podobnie jak Pegg lubił się "bratać z fanami" i często z nimi popijał browca. Z nim grupa nagrała łączący folkowe, wręcz greckie klimaty z cięższym blues-rockowym feelingiem - naprawdę udany "Part of the Machine". Lider pożegnał się ze świetnym keyboardzistą Peterem Vetesse`m - uznanym za "głównego winowajcę" elektronicznego brzmienia nieszczęsnego "Under Wraps" (choć coś z tego album zostało przemycone w "Dogs in the Midwinter" oraz w intro do "Mountain Men" ) - co było bzdurą - w tym zespole o wszystkim decydował Ian. Peter był dobrze obeznany z najnowocześniejszą technologią i jedynie realizował wytyczne szkockiego szefa. W tekstach, jak zwykle w jego przypadku lider traktował o sprawach "damsko-męskich" - czyli nie pozbawionych pikanterią romansach z przedstawicielkami płci pięknej zza żelaznej kurtyny - czyli z Węgierką w "Budapest i Rosjanką w "Said She Was a Dancer".... ale pełnym niekiedy celowych niedopowiedzeń

. Ian nigdy nie ukrywał, że lubi "ostre" potrawy oraz równie "ostre" kobiety. Ten temat poruszał już w przeszłości - chociażby w słynnym "Hunting Girl" - oparty na luźnych motywach "Lady Chatterley" (choć w opowieści Iana "role" zostały jakby odwrócone), a niebawem w dość sprośnym "Kissing Willie" - ze znakomitym teledyskiem (brodaci, troszkę niedomyci muzycy naprawdę prezentują się jak najprzedniejsze grajki / minstrele z jakieś oberży z XVIII wieku) zainspirowanym niegdyś u nas "popularną" serią (jak dla mnie debilnych, traktujących niemalże wyłącznie - jakby powiedział nadszyszkownik Kilkujadek - "o ciurlaniu"

) filmów komediowych - "Carry On" / "Do Dzieła"

.