W minionym roku płyta obchodziła 50 urodziny - choć materiał powstawał, był komponowany i testowany na koncertach w 74. Obok "Fusion I" czy "Atmy" - to najwyżej ceniony krążek wśród fanów i uznawany zgodnie "za najlepszy". W mistrzowskiej okładce Franciszka Starowieyskiego, nagrany w legendarnym Studio Electric Lady - bez żadnych kompleksów stanął dumnie w jednym szeregu z amerykańskimi gigantami jazz-rocka jak Miles, Weather Report, Return to Forever, Hancock & Headhunters czy Eleventh House Coryella. Urbaniak na dobre zadomowił w Stanach uznając je teraz za swój najprawdziwszy i "jedyny" dom (rozprawiał, że w duszy zawsze był "nowojorczykiem", nawet jako dzieciak). Z dumą i rozbawieniem wspominał rozmowy w szefami wytwórni (a przy okazji dostał kilka jakże potrzebnych lekcji dotyczących tego jak w USA bez fałszywego wstydu rozmawia się o pieniądzach, wcześniej nie miał o tym bladego pojęcia) - gdy on i Urszula robili furorę, w związku z tym pytano ile sobie życzą - Michał podał kwotę zaliczki, nieco niższą niż tak naprawdę myślał i autentycznie potrzebował - szycha z wytwórni roześmiał i zdziwił "... dlaczego tak mało, a nie stosownie więcej ?... " - Urbaniak, jak to on, błyskotliwie nie tracąc rezonu odparował - "... a gdybym zażądał więcej to byście tyle zapłacili ?....

" . Takie przekomarzanki zaowocowały chociażby zatrudnieniem ówczesnych asów studyjnych i koncertowych jak Steve Gadd, Anthony Jackson, John Abercrombie, Gerry Brown i w/w Larry Coryell. To również przeszło do legendy - lider po rozmowie o pieniądzach z szefami wytwórni dostał następujące pytanie: "... z kim chcesz grać przyjacielu ? - Armstrong umarł, Hendrix nie żyje, Parker nie żyje ale są telefony i możemy zadzwonić...". Wtedy skrzypek zażyczył sobie najlepszych z najlepszych - mistrzowskiej sekcji: Gadd / Jackson ( a przy okazji koncertów - do legendy przeszedł profesjonalizm i perfekcjonizm basisty, zmieniający co koncert struny, dla naszych muzyków rzecz nie do wyobrażenia - dostawał je za darmo - był tak rozchwytywany, firmy się o niego zabijały - Urszula jako "dobra Samarytanka" szybko się zorientowała, że je wyrzuca - postanowiła je zbierać a potem wysyłać do kraju - gdzie był to towar wysoce deficytowy i pożądany - trafiały dzięki temu chociażby do Krzyśka Ścierańskiego - niesamowita historia ). Urszula i Michał pękali z dumy, że Anthony zakochany w ich muzyce (oraz siostrze wokalistki - Danusi, po latach Urszula dowiedziała się, że wtedy Hancock stracił dla niej głowę i próbował wysondować czy "jakikolwiek romans" wchodzi w grę - ale dostał jasny komunikat: "Urszula jest nie do wyjęcia"), do tego stopnia chciał grać z nimi, że zrezygnował z wysokiej gaży u Roberty Flack (chodziło o kilkaset dolarów tygodniowo) oraz u Buddy Richa - co doprowadziło tego ostatniego do wściekłości, a pamiętamy, że Rich jak to mistrz karate nie bał się nikogo i pewnego razu nawymyślał naszemu skrzypkowi, że "... ten jest tym pieprzonym polaczkiem, który ukradł mu basistę ?..."

. Basista do tego stopnia wszedł w nasze swojskie klimaty, że kazał mówić do siebie "Tosiek", ale nadal wstydliwy z natury grał schowany za wzmacniaczem bo nie był dumny ze swojej tuszy i uważał, że "w trakcie gry robi głupie miny". Bez potknięcia dzielnie towarzyszy solistom w trakcie niejednokrotnie karkołomnych przejść, riffów i pasaży np. w kaskaderskich "Roksana" czy "Strech".
To było potwierdzenie bezdyskusyjnej przynależności Urbaniaków do czołówki światowej - że są gotowi grać z mistrzami i wręcz im przewodzić. Co niekoniecznie spotykało ze zrozumieniem i owocowało ukłuciem zawiści - co miało miejsce w przypadku dawnego przyjaciela i partnera muzycznych początków - klawiszowca Włodka Gulgowskiego, którego na jego życzenie Urbaniak ściągnął ze Szwecji do Stanów (dzwonił ze Sztokholmu i polecił swoje wcale nie bagatelne "usługi" - "... jeśli prawdą jest, że tak rozrabiasz w Stanach to mnie weź a ja Ci pomogę..."). Miał być jego "pierwszym oficerem" czy prawą ręką - lider zawsze wypowiadał w superlatywach o jego talentach, muzykalności, technice, słuchu absolutnym, wyczuciu czarnej funk stylistyki (biegle czytał nuty, znał angielski, nieźle grał w tenisa i miał wiele uroku osobistego, czarująco się uśmiechał).... ale miał dziwny charakter - wedle słów skrzypka zaczął mącić, kopać dołki, obgadywać Urbaniaka za plecami i buntować amerykańskich muzyków - doszło do bolesnego rozstania (miał też popełnić brzemienne w skutkach faux pas w trakcie rozmów z jedną z szych z wytwórni płytowych - do tego stopnia kogoś wkurzył, że Michał dostał polecenie, by go więcej ze sobą nie przyprowadzać - Amerykanie bywają baaaardzo pamiętliwi). Wielu krajowych muzyków nie mogło mimo wszystko "przełknąć" hiper sukcesu Michała - niekiedy jak Gulgowski pytali go wprost: "...nie jestem mniej utalentowany od ciebie - ale dlaczego ty odniosłeś sukces a ja nie... ?" . Michał miał odpowiedź na wszystko - "... może ja wstaję godzinę wcześniej ? - a co to ma do rzeczy ? - no to sam spróbuj a może ci się uda...". Widocznie pianista nie posłuchał złotej rady

. Co prawda w 78 wziął udział w trasie Al Di Meoli lecz później zniechęcony wrócił do Szwecji - tam się chyba czuł najlepiej. Z koro pało nazwisko Meoli - podobno był pod wielkim wrażeniem muzyki Urbaniaka i jeśli wierzyć plotkom - to właśnie m.in "Fusion III" pchnęło go do rozpoczęcia kariery solowej. Te wszystkie spięcia i nieporozumienia nie zmieniają faktu, że zarówno na elektrycznym pianinie jak na Moogu - Włodek zagrał nie gorzej niż Zawinul, Hancock i Corea razem wzięci np. w "Kuyaviaku", "Prehistoric Bird" i "Strech".
W biografii lider kąśliwie podsumowuje ambicje / aspiracje polskich muzyków - że wielu marzyło by podbić Stany, niewielu miało argumenty i siłę by to zrobić ale Włodek był jednym z nielicznych, którzy śmiało mogli - a skoro się nie udało mogą winić tylko siebie. Po incydencie z Gulgowskim - Urbaniak miał wprowadzić w życie zasadę - że "nigdy więcej polaków w swoim zespole" - gra z najlepszymi, głównie młodymi Afroamerykanami - co dało wymierne efekty (nawet jak byli "nawiedzeni" jak Williams czy Sonship). Na wspomnianym "Funk Factory" czy "Fusion III" - można zachwycać grą klawiszowca. Lider w dalszym ciągu przemyca elementy krajowego folkloru - czy w kompozycji Namysłowskiego - "Kuyaviak Goes Funky" (szatańska melodia z non stop zmieniającą się tonacją - czyli co było specjalnością "Namysłowera") czy "Bloody Kishka" ( przy okazji dobre poczucie humoru - pewnie musiał tłumaczyć Amerykanom co to jest ta "krwawa kiszka", w ogóle skrzypce lidera na tym krążku brzmią dosyć "krwiście"). To długa nawet jak na tamte realia płyta - ok. 50 minut, całość brzmi świeżo, ostro, wyraziście, już od samego początku w drapieżnym "China Town" zespół gra jak spuszczony z łańcucha - możemy podziwiać pełne ognia i furii partie Abercrombieo i Urbaniaka (chętnie korzystającego z licznych urządzeń do zniekształcenia dźwięku - co było wtedy bardziej domeną gitarzystów - np. "Phaser" itd.). Mamy świetną klamrę całości - "Chinatown", kompozycje prezentują wysoki i wyrównany poziom, trudno cokolwiek wyróżnić - to jakby jeden oddech i jeden strumień świadomości. Solowy popis Urszuli mamy w "Crazy Kid" - nie ma się co dziwić, że szybko zdetronizowała samą Florę Purim, z którą początkowo była nawet porównywana. Chwilę relaksu i złapania oddechu przed kolejną dawką kaskaderskich łamańców mamy w zmysłowym "Cameo" - jakby zapowiedź klimatu na kolejnym albumie "Body English" (kłania przemycony feeling a la George Duke i Lonnie Liston Smith).
Płyta zrobiła na amerykanach wielkie wrażenie - do niej przyznawali chociażby Jean Luc Ponty czy wspomniany Meola, oraz młodsze generacje z którymi później przyszło współpracować ze skrzypkiem jak Miller, Bailey, Wright i muzycy wchodzący w dorosłość w latach 90 czy 2000. Stylistycznie są pewne podobieństwa do nagranego prawie w tym samym czasie Eleventh House - "Level One", ekipy Larry Coryella (też walczącego z silnym alkoholowym uzależnieniem), który nota bene zagrał gościnnie na Fusion III i miał serdecznie zaprzyjaźnić z Urbaniakiem - dekadę później nagrali kilka albumów a Larry miał kryć naszego muzyka gdy ten romansował z Lilianą (a ten się rewanżował i próbował zajmować czymś publiczność, gdy Larry w trakcie koncertów miał ochotę na "szybki numerek" - czasem, jeśli wierzyć naszemu skrzypkowi - 6 razy w trakcie show). Świetne ogniste, pełne pasji i żaru granie, poszerzające język nowoczesnego jazzu, silnie zaprawionego funkiem korzystając z nowoczesnego instrumentarium, głos Urszuli również jest potraktowany lekko "przybrudzoną" elektroniką (recenzenci wskazywali, że skrzypce brzmiały jak głos, a wokal jak skrzypce).
Szkoda, że nie ukazały się oficjalnie żadne nagrania koncertowe z promocji "Fusion III", są pojedyncze nawet ok. bootlegi np. z Village Gate i Rochester. W nich nieziemsko zajętego Gadda zastępował Gerry Brown, a "trudnego" Gulgowskiego Steve Robbins. Dość długo jej nie było na CD, w końcu w okolicach 2009 ukazał dzięki UBX w digipaku ku radości krajowych fanów. W ciągu ostatnich lat robi się coraz droższa.