Michał Urbaniak

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4614
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Kilka miesięcy temu odszedł od nas Michał Urbaniak. Pamiętam jak w wywiadach - chociażby do biografii z dumą podkreślał, że pod koniec lat 80 "... trzymał Nowy York w garści..." - jednocześnie uwielbiał to miasto całym sobą. Właśnie - Miasto/City - dlatego wśród jego artystycznych projektów nie mogło zabraknąć płyty dedykowanej ukochanemu Nowemu Yorkowi - "Serenade for the City" z 1980. Mój egzemplarz - "Serenada" to wznowienie tego klasycznego albumu w 2000, wydane przez UBX (lata temu w Media Markcie kupiłem dosłownie "za grosze", niestety teraz płytka znacznie zdrożała), uzupełnione o 3 dodatkowe utwory pochodzące z mniej więcej tego samego czasu - z mega/ultra/rzadkiego lp. z 1981 - zatytułowanego po prostu "Michal Urbaniak" dla wytwórni Headfirst (która jest dziś nie lada rarytasem i trzeba ją ściągać ze Stanów za konkretne pieniądze).

"Serenadę" nasz nieodżałowany mistrz skrzypiec dedykował śp. Kenny Kirklandowi, zmarłemu w 1998 z powodu niewydolności serca. Dla świata jazzu oraz dla fanów Stinga to był ogromny szok. Nasz Urbaniak zawsze był niezrównanym gawędziarzem i podobnie jak Kapuściński i Halik nie mógł sobie odmówić "przyjemności", by troszkę podkoloryzować jakąś historię. Sam nigdy nie byłem dobry w liczeniu, ale "notoryczne odmładzanie" współpracujących z nim instrumentalistów jest niekiedy zdumiewające i doprawdy przezabawne, np. upierał się, basista Anthony Jackson grał z nim już jak 18 latek, a w/w Kirkland jako 17 latek 😁. Czyli obaj musieli już wymiatać u Urbaniaka w okolicach 1972, gdy podbój Stanów wydawał się dopiero szalonym marzeniem 😎. Nie kłóćmy się jednak o liczby. Na "Serenadzie" zagrało sporo innych mistrzów, którzy dosłownie stali u progu wielkiej kariery - jak chociażby 21 letni Marcus Miller i perkusista Yogi Horton. Z tym ostatnim również wiąże się smutna historia. Jako rozchwytywany mistrz - grał m.in z Gloyrią Gaynor, Irene Cara, Lonnie Listonem Smithem, Arethą Franklin, Johnem Lennonem, Georgem Bensonem i Jeanem Michelem Jarrem ("Zoolook") zmagał się z wtedy nie zawsze należycie zdiagnozowaną poważną chorobą dwubiegunową - jego cierpienie stało nie do zniesienia, gdy w 1987 wyskoczył przez okno w hotelu w Nowym Yorku 😞 (stąd w pewnym sensie album jest "dedykowany" i jemu).


Wtedy tandem Urbaniak/Dudziak - zawsze mieli talent do "wyławiania" zdolnych, niekiedy jeszcze nie oszlifowanych diamentów, ale niestety ludzi z poważnymi problemami osobistymi (łagodnie to ujmując) - by przypomnieć innych geniuszy z ich zespołu jak Harold Williams, Sonship Theus i Bernard Wright. Co ciekawe Kenny również przez lata zmagał z rekonwalescencją po poważnym wypadku samochodowym. Pierwsze wrażenie na Urszuli również zrobił nieciekawe - przyszedł silnie napakowany środkami przeciwbólowymi i podobno wyglądał jak "śpiący zombi" 😁. Michał był przekonany co do jego wartości - lecz Urszula się upierała, że "... potrzebują na scenie Tigera...". Skrzypek odparował w swoim stylu, że: "... to Tiger na valium..." 😂. Pierwszy raz lider poznał go w trakcie spotkań latynoskich "Monday Night at Village Gate Salsa Meets Jazz". Mimo nie najlepszych wspomnień Urszuli dotyczących schizofrenika Harolda Ivory Wiliamsa (jego nieobliczalne zachowania i napady stały się wręcz legendarne) - Kenny zadomowił się w ich grupie na kilka lat.

Jakby na przekór wszystkich wcześniejszym i późniejszym "dramatom" - "Serenada dla Miasta" jest jednym z najpogodniejszych i najradośniejszych albumów Urbaniaka. Nie ukrywam, że również jednym z moich ulubionych. Niestety wśród krajowych fanów nie cieszy specjalnym uznaniem. Często pomijany lub traktowany po macoszemu na zasadzie: "...ok, można posłuchać...". Dawniej, gdy tylko czytałem o tym artyście - to chyba tak podświadomie wyobrażałem sobie jego muzykę z właściwego okresu. Nasz już nieżyjący senior Trzaskowski bardzo go chwalił - podkreślając, że stanowi konfirmację jego artystycznej drogi, jako kompozytor, w pełni dojrzałe i autorskie. Choć krótko później dystansował się od niego - to po wielu latach sam potwierdza, że to "bardzo nowojorska płyta". Był dumny z ówczesnego zespołu oraz z faktu, że mógł ją zarejestrować w legendarnej wytwórni Motown. Jedna z szych - Lee Young sr. gdy usłyszał kasetę z liderem grającym na lyricornie miał trochę w duchu Zappy wykrzyknąć - "...jesteś p.... geniuszem..." 😂. Choć bardzo je szanuję - nie jestem entuzjastą wczesnych jego dokonań jak "Inactin", "Moving South" czy "Paratyphus B". Dla mnie ten "właściwy" i ekscytujący Urbaniak zaczął się od "Atmy", "Fusion III" i równie ukochanego "Body English" - a "Serenada" stanowi pewne ukoronowanie. Do wielu krążków człowiek musiał się przekonać lub dojrzeć - w tym przypadku muzyka "weszła jak w masło" i miałem wrażenie, iż te utwory świetnie znam od zawsze.

Już pierwsze wejście "Circular Road" całego zespołu, wokalizy Urszuli i glissanda skrzypiec - mnie upewniły, że trafiłem na "swój album". Słuchałem go już wielokrotnie i zawsze brzmi dla mnie świeżo - to idealna płytka na poprawę nastroju - kojarzyć się może z pierwszym powiewem cieplejszego, aczkolwiek nadal rześkiego powietrza po długiej zimie, że aż człowieka gdzieś "nosi". Każdy utwór jest oparty na więcej niż "chwytliwych" melodiach - jakże pasujące do atmosfery rozgorączkowanego miasta, nieustannie w ruchu. "Navana" ma w sobie motyw i klimat, że czujemy się jak John Travolta - pewnym, buńczucznym krokiem paradujący przez główną ulicę z bezczelnym uśmiechem na ustach - nie raz łapałem się na jego nuceniu w trakcie spaceru. Ciekawe, że wtedy Urbaniak powoli tracił serce do "jazz-fusion". Kolejne albumy - jak całkiem udany i trudno dostępny na CD "Daybreak" traktował jako "rutyna" i "prawo serii". Jego artystyczny związek z Urszulą również ulegał poluźnieniu (często wyjeżdżała w trasy sama z własnym zespołem akompaniującym, a Michał przeżywał katusze w swoich urojeniach "zdradzanego męża"). Choć w równym stopniu przeczuwał rozkwit "smooth-jazzu", co renesans hard-bopu, to powoli chciał na jakiś czas zerwać z elektrycznym brzmieniem. Lada moment świat miał się zachwycić Marsalisami i Blanchardem, a jego podopieczni mieli kosić kosmiczny szmal jako sesyjni i zaznać sławy przy boku m.in. Weather Report (Victor Bailey), Milesa (Marcus Miller) i Stinga (Kenny Kirkland). W istocie Dudziak jest trochę mniej - w pierwszy - kapitalnym "Circular Road" ma nawet krótkie solo.... lecz potem im dalej - to jej wokal jakby schodzi na 3/4 plan. Przepiękna jest tytułowa ballada - to jedna z kompozytorskich pereł artysty. Lekko balladowy jest równie udany "Sometimes" Marcusa - znów mamy klimat błogiego rozleniwienia, gdy po pracowitym dniu wracamy do przytulnego domku. W nim filuterne solo na Moogu gra śp. Kirkland. Dawniej, gdy jeszcze nie miałem potrzebnej wiedzy - lyricorn Michała traktowałem jako syntezator Kenny`ego. W wielu utworach obok skrzypiec możemy podziwiać solówki szefa na tym ciekawym instrumencie, który jak to On - pewnego razu zgubił, czyli zostawił w taksówce 😂. Obok Millera, na Serenadzie mamy jeszcze inną zapożyczoną kompozycję "Fall" - samego Wayne`a Shortera - jeszcze z czasów jego współpracy z II Wielkim Kwintetem Davisa z lp. "Nefertiti" - jednakże bardzo przerobioną, wręcz trudną do rozpoznania, zaaranżowaną bardziej w duchu "Weather Report" i "Herbie Hancocka" - choć i tak robi wrażenie, że to naprawdę utwór Urbaniaka. Do tego stopnia wszedł głęboko w amerykańsko-nowojorskie klimaty. Do tańca porywa nas "Samba Miko", która mogła zostać potencjalnym radiowym przebojem. Naprawdę znakomity album, każdy utwór to strzał w dziesiątkę i zero wypełniaczy. Gdybym miał komuś wyjaśnić na czym polega fenomen Urbaniaka i "jak-to-się-je" to Serenada (obok "Body English") byłaby najlepszą "lekturą obowiązkową". Wielokrotnie po śmierci - następuje "renesans" twórczości danego artysty, wysyp archiwalnych materiałów, wznowień itd. Czy tak będzie w przypadku Michała i doczeka się większego docenienia i zainteresowania ze strony np. młodych słuchaczy..... mam co do tego obawy 🤔. Jeśli już to zostanie "wygrzebany" jakiś "trzecionunurtowo-free" zupełnie marginalny eksperyment by ukazać "jakże-inne" oblicze muzyka .... a płytka szybko trafi na półkę.
Załączniki
seranada.jpg
seranada.jpg (126.2 KiB) Przejrzano 261 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4614
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

W ubiegłym roku wyszedł trochę z tego przedwczesny prezent urodzinowy, który sam sobie sprawiłem 😁Zakrawa na ironię i również kpinę (że o wstydzie nie wspomnę), że tak ważny, przełomowy i legendarny album jest obecnie prawie w ogóle nie dostępny (nakład się wyczerpał a powinien być regularnie wznawiany). Wydany też przez nie byle kogo - żadną tam maleńką wytwórnię ale przez CBS / Columbię. Tym krążkiem tandem Urbaniak / Dudziak mieli podbić rynek Amerykański i to bynajmniej nie polonijny. Spotkało mnie wielkie szczęście - gdy na aukcji dostrzegłem ten używany egzemplarz - reedycja z 1998. Miałem ten album dwukrotnie w rękach, gdzieś tak w okolicach 2001 r. - raz w Katowicach w Empiku oraz Media Markt w Zabrzu. Nie miałem stosownych funduszy ale gdy po kilku dniach chciałem sprawdzić jak się sprawy mają - płytek już nie było. Wtedy jeszcze pasjonaci regularnie uzupełniali swoje zbiory. Później przez prawie 27 lat nic, aż do teraz. Przelicytowałem paru "leszczy", którzy "mieli czelność wejść mi w drogę" 😎 i teraz upajam się tymi dźwiękami. Na marginesie warto przypomnieć, że Urbaniak wspominał takiego przyjaciela lekarza miłośnika jazzu - który gdy jakaś płyta wpadła mu w oko - musiał ją mieć, a cena nie grała roli, była jego i koniec. Przez wiele lat miałem dobrą kopię w internetu - a teraz prawie jako ostatnia moją kolekcję Urbaniaka uzupełnił i stanowi "królewskie zwieńczenie wysiłków" - Fusion I z 1973.


O tej płycie jak i o bajecznej, natchnionej grze muzyków napisano wszystko (materiał jest doskonale znany polskim fanom z koncertowej wersji w ramach "Polish Jazz vol. 36" - "In Concert" z Filharmonii Narodowej w Warszawie) , a jak mawiał Józef Skrzek - mamy tu same tuzy. Obok wtedy jeszcze małżeństwa Michał / Urszula, mamy duet świetnych klawiszowców - Karolak na organach i Makowicz na elektrycznym pianinie (i nie tylko, grał również na akustycznym oraz Clavinecie, którego szczerze nienawidził i nie raz albo pękła w nim struna albo jakiś klawisz - z taką złością w niego walił) a na perkusji nieokiełznany Czesław "Mały" Bartkowski - również wtedy w życiowej formie. Niebanalne połączenie przesterowanych wzmocnionych elektroniką skrzypiec lidera i wokalu również z masą efektów jego żony dało piorunujący efekt i nie ma się co dziwić, iż Ameryka legła u ich stóp, a tamtejsi najlepsi jazzmani chcieli ich poznać czy zapraszali do współpracy. Obok unikatowego soundu - fani i krytycy podkreślali ogromny walor kompozytorski, świadomość i dojrzałość. Mieszanka funku a la ówczesny Miles, naszego folkloru, pierwiastków muzyki z Bałkanów czy Indii dała porażający efekt, choć nie jest to muzyka dla każdego. Sporo w niej było eksperymentów, atonalnych odcinków, nietypowych skal i co wynikało z zastosowania licznych efektów deformujących naturalne brzmienie instrumentów - takiego "brudu" czy aury rodem z jakiegoś szamańskiego rytuału.


Przyznam, że do tej muzyki też dojrzewałem powoli. Najpierw poznałem te kompozycje od wspomnianej wyżej płyty "Constellation In Concert" - i po wysłuchaniu miałem mieszane odczucia. Tam muzyka była jeszcze o wiele swobodniejsza i niewyraźnie nakreślone motywy były pretekstem do grupowej improwizacji. Na "Fusion" mamy o wiele więcej dyscypliny ale i tak w wielu momentach muzyka jest nieźle "pokotłowana". W komentarzu do płyty Urbaniak podkreśla jak silną inspiracją była dla niego "czarna" muzyka z wielkim Davisem na czele (do tego stopnia, że w głównej melodii do "Bahamian Harvest" wyłapiemy bez pudła nawiązanie do "Love for Sale", tak lubiany i często grany przez Davisa). Ten ostatni przestrzegał, że gdy w muzyce jak i malarstwie użyje się za dużo barw i kolorów - wychodzi nam błoto (podobnie jak w potrawie smaków). Tą płytą był zafascynowany młody perkusista - przyszła gwiazda The Police - Stewart Copeland - miał ją grać regularnie gdy prowadził audycję w radiu uniwersyteckim. Czujne oko zauważy, że na zdjęciach z sesji w niemieckim studio, w którym zarejestrowano w/w album - lider ma koszulkę z maskotkami na zbliżające wtedy Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w 1974 w RFN - czyli Tip i Tap 😁. Nie wiadomo skąd ją wytrzasnął, bo raczej nie był nigdy wielkim fanem piłki nożnej (w drugiej połowie lat 70 połknął bakcyla tenisa i grywał namiętnie, nawet z Fibakiem) to raz i na pewno nie sympatyzował z drużyną Franza Beckenbauera. Jednak maskotki przyniosły szczęście i zawodnikom RFN oraz samemu naszemu skrzypkowi 😉. Co prawda jego męskie ego musiało przełknąć pewien jakże wymowny "drobiazg" - szef Columbii gdy przesłuchał oba albumy jakie mieli pod pachą zadecydował i dał jasno do zrozumienia "... sorry Michael, but Ursula comes first..." 😂Czyli sorry Michał ale najpierw wydajemy album Urszuli - "Newborn Light" (nagrany w duecie z Makowiczem) ...a "Fusion" musiało ciut poczekać. "Fusion" jak również późniejsza "Atma" udowodniła, że nasi rodacy potrafili w Ameryce się przebić, zaimponować umiejętnościami i wyobraźnią, czymś swoim i niebanalnym, nikogo nie naśladując (choć pewne naturalne inspiracje rzecz jasna były, to nieuniknione). Niestety duet został wkrótce sam a reszta muzyków - Bartkowski, Karolak, Jarzębski czy Makowicz (choć ten później również zrobił karierę swoimi solowymi recitalami ale to już inna historia) wrócili do Polski, "Amerykański sen" nie był ich snem. Michał zaczął rozglądać się i wyławiać nastoletnie afroamerykańskie talenty jak Jackson, Miller, Kirkland, Wright czy Hakim.
Załączniki
fusion1.jpg
fusion1.jpg (106.96 KiB) Przejrzano 243 razy
fusion2.jpg
fusion2.jpg (88.64 KiB) Przejrzano 243 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4614
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Choć wiosna nam się rozkręca każdego dnia to jesienną porą nie mniej czarownie jest wrócić do "Cinemode" Urbaniaka. Zdecydowanie zapomniany i w rankingach pomijany album tego zasłużonego dla polskiej (i amerykańskiej) kultury skrzypka. Niewiele również wiadomo o okoliczności jego powstania. Najprawdopodobniej nagrany na przełomie 1988 i 1989 w studiach Atlantic w Nowym Yorku i Powerplay w Zurychu. Ścieżki wszystkich instrumentów, programowanie podkładów elektronicznej perkusji, syntezatory są dziełem samego mistrza, nie wspominając o jak zwykle znakomitych partiach skrzypiec (w tym słynne. "talking violin" np. w "Jazzis" ) oraz równie wzmocnionego elektroniką saksofonu. O ile się nie mylę ukazała w 5 różnych wersjach okładki. Moje wznowienie pochodzi z 1997 dla UBX Records wydanego głównie na Polskę. Poszczególne wersje są obecnie niezwykle rzadkie i stanowią łakomy kąsek dla kolekcjonerów ... o ile ktoś jest entuzjastą Urbaniaka w mocno "elektronicznym" wcieleniu. Zgodnie z tytułem to muzyka napisana z myślą... o "nieistniejącym filmie" lub obrazie, który mógłby powstać... , a może kiedyś jednak powstanie 😁.


Znam kilka osób, które "Cinemode" wymieniają jako jedną z ulubionych płyt nie tylko Urbaniaka ale całego szeroko rozumianego współczesnego jazzu ze strony muzyków o polskim rodowodzie. Recenzje na ogół (o ile jakiekolwiek powstały - bo trudno się oprzeć wrażeniu, iż "Cinemode" przeszedł odrobinę "niezauważony" - dopiero następne w tym "Manhattan Man" zrobiły niezłe zamieszanie na listach) były pozytywne. Jednakże jako największy "mankament" czy "wadę" płyty wskazywano na przesadnie rozbudowaną, niejednokrotnie "rażącą", czysto elektroniczną warstwę brzmieniową i pokładane nadmiernego zaufania w "nieograniczone możliwości" współczesnej techniki. Krytyk Denny Townsend z "Jazz Times" w komentarzu do płytki podkreślił niesłabnący talent skrzypka do pisania czarownych melodii (szczególnie w dobrze znanym fanom utworze "Serenada" ) - jednakże wyraził zdanie, że całości wyszłoby na dobre gdyby zostało to wszystko nagrane przez "żywych muzyków" i "żywy zespół pełny wzajemnych interakcji". Z "Cinemode" jest ciut jak z lekturą Kanta wedle słów filmowego Wielkiego Szu: "... trudne...ale jak się przebrnie..." 😁. Urbaniak nigdy nie ukrywał fascynacji techniką, najnowocześniejszym sprzętem i komputerami. Krążek najlepiej wypada we wcieleniu czysto "balladowym" - te "żywsze" utwory jak "Jazzis" i "Africa" to zdecydowaniej najmniej frapujące i zapadające w pamięć fragmenty płyty (wkrada nawet pewna "monotonia", mimo wszystko i one mają swoje "momenty").


Im dalej - tym naprawdę robi się ciekawie. Michał nigdy też nie ukrywał fascynacji "cielesną" i "erotyczną" stroną wszelkich odmian "miłości" - czy "atrakcji" jakie ma Nowy York nocą do zaoferowania 😂 - dlatego balladowe kawałki mają tą zdecydowanie zmysłową / rozerotyzowaną otoczkę. Najbardziej rozmarzyć się można w ostatnim zamykającym, gdzie na tle podkładu rodem z ekskluzywnego nocnego klubu - lider gra pełne namiętnych uczuć solo na saksofonie tenorowym - "jego kochance" jak sam mawiał. Co ciekawe - wspomniany ostatni utwór był inaczej nazywany w zależności od wydania. Początkowo figurował jako "Liliana" - z pewnością pod wpływem ówczesnej ukochanej żony aktorki Liliany Głąbczyńskiej (związek nie wyszedł muzykowi "na zdrowie", "...oj się działo..." - jakby powiedział Owsiak). Późniejsze wydania w tym moje - zmieniły na "Nirvana" - kto wie czy nie z powodu niezbyt przyjemnego zakończenia iście "burzliwego" małżeństwa z może i urodziwą ale mało "stałą w uczuciach" aktorką 😁 (wedle wersji artysty, o ile mnie pamięć nie myli Liliana została kiedyś zaproszona do programu Tomasza Raczka i z kolei wedle jej relacji - "Michał" to był "wieczny mały chłopczyk, którego mamusia w końcu musiała zostawić by WRESZCIE dojrzał..." :roll: ). Muzyk niejednokrotnie lubił swoje dawne utwory nagrywać na nowo, zmieniając zupełnie brzmienie i aranżacje, a nawet tytuły kawałków. Tutaj w mocno podlanej elektroniką wersji mamy pochodzący z albumu "Atma" - "Butterfly" , a "Serenada" - z "Serenade for the City" czy wspomniana "Liliana" z m.in wspólnego projektu z Blakiem i Lockwoodem - "Rhythm`n`Blues". Inny faworyt godny zapamiętania to nawiązująca odrobinę do stylistyki Vangelisa i Kitaro (chociaż wątpliwe by Michał ich lubił) - oparta na ślicznej melodii "Patria" (czyżby Urbaniak był gościem w Krynicy w willi wybudowanej przez Kiepurę ?). Najpierw cudownie wszystko narasta na wysmakowanym syntezatorowym podkładzie by przejść w podniosłą fanfarową część, rodem z filmów o wielkich historycznych bataliach czy triumfach sportowców na olimpiadach. W paru utworach nasz mistrz udowadnia, że mimo fascynacji nowymi technologiami - skrzypce nie kryły przed nim żadnych tajemnic i potrafił zagrać pełne pasji zadziorne solo. Nie mniej nastrojowe i "vangelisowskie" są "Rain Tears" (tutaj autor powrócił do swoich "talking violin" - którymi zachwycił samego Davisa, ten kawałek nieźle by pasował jako tło do "gorących" scen rodem z "9 i Pół Tygodnia" lub "Dzika Orchidea"), "Destiny" i "New Life". Urbaniak wspominał, że niekiedy jego muzyka bywała wykorzystywana w nisko budżetowych filmach w awangardowym/ niezależnym środowisku skupionym wokół "ekscentrycznej inteligencji" Manhattanu. Jego podejście i tworzenie charakterystycznego "nocnego" nastroju nie jest szczególnie odległe od innego naszego polskiego odnoszącego sukcesy kompozytora Andrzeja Korzyńskiego (fani pamiętają jego "rozerotyzowane" pościelówy z lp. "Sweet Music" 😉).
Załączniki
cinemode.jpg
cinemode.jpg (118.91 KiB) Przejrzano 199 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4614
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Dość tajemniczy album. W dyskografii Urbaniaka zawsze panował pewien "chaos" - chyba on sam nie do końca się w niej orientuje 😁. Najprawdopodobniej to reedycja / wznowienie wcześniejszego z końcówki lat 80 - "Urban Express". Zgadza się lista muzyków i lista utworów. Michał niekiedy wydawał czy udzielał zgody (nie brakowało sytuacji, iż pewne pozycje ukazywały się bez jego zgody np. "Moving South" z ANEX`u), by konkretne albumy ukazywały w innych okładkach, pod nieco innym tytułem np. "Serenade for the City" jako "Serenada" itd. Kod niebieski w szpitalu to nagły przypadek medyczny jak zatrzymanie akcji serca i oddechu u pacjenta. O ile mi wiadomo w tamtym czasie skrzypek miał pewne problemy ze zdrowiem (co wiązało się niestety ze stopniowym powrotem do popijania). W policji "kod niebieski" dla odmiany to albo osoba notowana lub przedmiot podlegający niejawnej lub szczególnej kontroli. Album ukazał na początku lat 90 w charakterystycznej "miejskiej" okładce, a potem na nasz krajowy rynek w 97 właśnie w tej "skąpanej w deszczu" - ta chyba podoba mi się najbardziej :D

Dziwiło mnie, że na zagranicznych forach i serwisach muzycznych nie miał najlepszej prasy. Noty też wyjątkowo niskie - jakby oceniających odrzucało od niej dosłownie wszystko z bogatym wykorzystaniem ówczesnej najnowocześniejszej technologii na czele. Można przyjąć, że artysta po latach ponownej fascynacji neo-bopem (w tym akustycznych duetach m.in z Larry Corryellem czy Adzikiem Sendeckim) - powrócił do posiłkowania się elektroniką (otwierały się zupełnie nowe możliwości dla tych, którzy wiedzieli jak z nich skorzystać), maksymalną eksploatacją możliwości komputerów i robił pewne "przymiarki" i badał grunt pod swój najlepszy i pełny sukcesów projekt - "Manhattan Man". Moim skromnym zdaniem "Code Blue" mu niewiele (o ile w ogóle) ustępuje. Mamy świetną pierwotną wersję "smooth-jazzowej pościelówy" jaką jest "Moonlight" (po latach nieco przearanżowana z saksofonem jako głównym instrumentem trafiła na album dedykowany zakochanym i kochankom - "Sax, Love" i potem "Sax, Love & Cinema" - które były dodawane do "Gazety Wyborczej") - z jego "mówiącymi" skrzypcami - Urbaniak odgrywa pełne żaru, pasji i jakby "narastającej zachłanności na dźwięki" solo, udowadniając, iż ten instrument nie miał przed nim tajemnic i będąc nadal w świetnej formie mimo życiowych zawirowań (piętrzące się problemy z mającej słabość do "producentów filmowych" i nadal marzącej o podboju Hollywood żoną Lilianą). Innym niezapomnianym mocnym fragmentem płyty jest również balladowy "I Want to Know Your Name", mający zadatki na całkiem spory przebój, niestety tak się nie stało. W rozbujanej i wyluzowanej kompozycji powtarza się tylko to jedno zdanie - możemy domniemywać, że "dedykowany" jakiejś tajemniczej "pięknej-nieznajomej", którą kiedyś raz lub parokrotnie minął na ulicy w drodze do studia czy załatwiania jakiś interesów. Kawałek jest przesycony taką aurą - ilu z nas nie przeżyło takiej sytuacji ?. Może tylko jeden, jedyny raz lub kilkukrotnie np. w drodze do pracy widzieliśmy właśnie taką "piękną-nieznajomą" i aż człowiek chciał zagadać, by poznać chociażby jej imię... niestety lęk przed wyśmianiem lub zwyzywaniem był silniejszy i potem już nigdy więcej jej nie spotkaliśmy...a żal po być może zmarnowanej szansie pozostał - trzeba było się jednak przełamać :roll:


Michał udowadnia, że w jazzie siła niejednokrotnie płynęła z prostoty (podobnie czyni w pogodnym "Song of a Space People") - z paru dźwięków można utkać coś urzekającego o wielkiej sile uwodzenia. Główną melodię śpiewa duet: nadworny klawiszowiec (również mierzący się z problemami psychicznymi - to chyba była jakaś swoista "tradycja" wśród keyboardzistów u skrzypka) mistrza Bernard Wright i urocza Nicki Richards, a lider znów odgrywa swoje fantazje. "Code Blue" jest również przykładem na niesłabnącą miłość i fascynację Milesem Davisem i jego elektronicznymi eksperymentami i rozwojem futurystycznej ścieżki jaką pewnie kroczył w latach 80 (np. w tytułowym, "Urban Express" i "Blues for Pinky"). Podobnie jak on nasz skrzypek serwuje bogatą paletę syntezatorowych brzmień i programowanej elektronicznej perkusji za którą odpowiadał również w/w Wright ale i Lenny White czy "Joggi" Schmidt. Nasi krajowi muzycy i dziennikarze często nie rozumieli muzyki Urbaniaka i raziło ich jego brzmienie oddające różne odcienie "ulicy", wielkiego miasta (szczególnie nocą) w tym pierwiastki muzyki tanecznej, rapu czy hip-hopu. Michał dbał też o dobre melodie i by muzyka trafiała do słuchaczy młodszego pokolenia bo to oni kupują płyty i chodzą na koncerty. W tej materii myślał podobnie co wielki Miles. Nie interesowało go pielęgnowanie "jazzowego muzeum". Nie dawał zapomnieć słuchaczom, że nadal potrafi rasowo swingować. Wiele utworów z tego krążka weszło na stałe do repertuaru koncertowego mistrza jak "Frantic Lover" czy "Kookoo`s Nest". Brzmienie jest nowoczesne ale słychać, że grają tu prawdziwi ludzie a nie bezduszna maszyna. Sound i klimat przypominają inny niesłusznie zapomniany album z mniej więcej tego okresu - "Metropoly" Marka Klimczuka np. "I Just Love You" - w którym znów korzysta ze swoich "talking violin" (z rewelacyjnym "kopiącym" bebechy basem innego naszego geniusza Ścierańskiego) na który Urbaniak jako klawiszowiec, producent, aranżer i inżynier dźwięku miał spory wpływ. Nadal nie mogę się nadziwić, że "Metropoly" nie ma w żadnym spisie oficjalnej dyskografii skrzypka w książkach mu poświęconych - przypadek ?, niedopatrzenie ?, a może celowe działanie ?. Czyżby skutek jakiś finansowych czy muzycznych nieporozumień między Michałem a Markiem ?. Code Blue w tej "deszczowej" okładce nie jest łatwo trafić. Częściej pojawia ta wcześniejsza z "miasto nocą". Następny niedoceniony album, bo przyznam, że nie spodziewałem aż takiej dobrej muzyki. Można dzięki temu lepiej prześledzić pewną artystyczną i brzmieniową ewolucję skrzypka.
Załączniki
codeblue.jpg
codeblue.jpg (142.1 KiB) Przejrzano 176 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4614
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

W minionym roku płyta obchodziła 50 urodziny - choć materiał powstawał, był komponowany i testowany na koncertach w 74. Obok "Fusion I" czy "Atmy" - to najwyżej ceniony krążek wśród fanów i uznawany zgodnie "za najlepszy". W mistrzowskiej okładce Franciszka Starowieyskiego, nagrany w legendarnym Studio Electric Lady - bez żadnych kompleksów stanął dumnie w jednym szeregu z amerykańskimi gigantami jazz-rocka jak Miles, Weather Report, Return to Forever, Hancock & Headhunters czy Eleventh House Coryella. Urbaniak na dobre zadomowił w Stanach uznając je teraz za swój najprawdziwszy i "jedyny" dom (rozprawiał, że w duszy zawsze był "nowojorczykiem", nawet jako dzieciak). Z dumą i rozbawieniem wspominał rozmowy w szefami wytwórni (a przy okazji dostał kilka jakże potrzebnych lekcji dotyczących tego jak w USA bez fałszywego wstydu rozmawia się o pieniądzach, wcześniej nie miał o tym bladego pojęcia) - gdy on i Urszula robili furorę, w związku z tym pytano ile sobie życzą - Michał podał kwotę zaliczki, nieco niższą niż tak naprawdę myślał i autentycznie potrzebował - szycha z wytwórni roześmiał i zdziwił "... dlaczego tak mało, a nie stosownie więcej ?... " - Urbaniak, jak to on, błyskotliwie nie tracąc rezonu odparował - "... a gdybym zażądał więcej to byście tyle zapłacili ?.... 😉 " . Takie przekomarzanki zaowocowały chociażby zatrudnieniem ówczesnych asów studyjnych i koncertowych jak Steve Gadd, Anthony Jackson, John Abercrombie, Gerry Brown i w/w Larry Coryell. To również przeszło do legendy - lider po rozmowie o pieniądzach z szefami wytwórni dostał następujące pytanie: "... z kim chcesz grać przyjacielu ? - Armstrong umarł, Hendrix nie żyje, Parker nie żyje ale są telefony i możemy zadzwonić...". Wtedy skrzypek zażyczył sobie najlepszych z najlepszych - mistrzowskiej sekcji: Gadd / Jackson ( a przy okazji koncertów - do legendy przeszedł profesjonalizm i perfekcjonizm basisty, zmieniający co koncert struny, dla naszych muzyków rzecz nie do wyobrażenia - dostawał je za darmo - był tak rozchwytywany, firmy się o niego zabijały - Urszula jako "dobra Samarytanka" szybko się zorientowała, że je wyrzuca - postanowiła je zbierać a potem wysyłać do kraju - gdzie był to towar wysoce deficytowy i pożądany - trafiały dzięki temu chociażby do Krzyśka Ścierańskiego - niesamowita historia ). Urszula i Michał pękali z dumy, że Anthony zakochany w ich muzyce (oraz siostrze wokalistki - Danusi, po latach Urszula dowiedziała się, że wtedy Hancock stracił dla niej głowę i próbował wysondować czy "jakikolwiek romans" wchodzi w grę - ale dostał jasny komunikat: "Urszula jest nie do wyjęcia"), do tego stopnia chciał grać z nimi, że zrezygnował z wysokiej gaży u Roberty Flack (chodziło o kilkaset dolarów tygodniowo) oraz u Buddy Richa - co doprowadziło tego ostatniego do wściekłości, a pamiętamy, że Rich jak to mistrz karate nie bał się nikogo i pewnego razu nawymyślał naszemu skrzypkowi, że "... ten jest tym pieprzonym polaczkiem, który ukradł mu basistę ?..." :D . Basista do tego stopnia wszedł w nasze swojskie klimaty, że kazał mówić do siebie "Tosiek", ale nadal wstydliwy z natury grał schowany za wzmacniaczem bo nie był dumny ze swojej tuszy i uważał, że "w trakcie gry robi głupie miny". Bez potknięcia dzielnie towarzyszy solistom w trakcie niejednokrotnie karkołomnych przejść, riffów i pasaży np. w kaskaderskich "Roksana" czy "Strech".

To było potwierdzenie bezdyskusyjnej przynależności Urbaniaków do czołówki światowej - że są gotowi grać z mistrzami i wręcz im przewodzić. Co niekoniecznie spotykało ze zrozumieniem i owocowało ukłuciem zawiści - co miało miejsce w przypadku dawnego przyjaciela i partnera muzycznych początków - klawiszowca Włodka Gulgowskiego, którego na jego życzenie Urbaniak ściągnął ze Szwecji do Stanów (dzwonił ze Sztokholmu i polecił swoje wcale nie bagatelne "usługi" - "... jeśli prawdą jest, że tak rozrabiasz w Stanach to mnie weź a ja Ci pomogę..."). Miał być jego "pierwszym oficerem" czy prawą ręką - lider zawsze wypowiadał w superlatywach o jego talentach, muzykalności, technice, słuchu absolutnym, wyczuciu czarnej funk stylistyki (biegle czytał nuty, znał angielski, nieźle grał w tenisa i miał wiele uroku osobistego, czarująco się uśmiechał).... ale miał dziwny charakter - wedle słów skrzypka zaczął mącić, kopać dołki, obgadywać Urbaniaka za plecami i buntować amerykańskich muzyków - doszło do bolesnego rozstania (miał też popełnić brzemienne w skutkach faux pas w trakcie rozmów z jedną z szych z wytwórni płytowych - do tego stopnia kogoś wkurzył, że Michał dostał polecenie, by go więcej ze sobą nie przyprowadzać - Amerykanie bywają baaaardzo pamiętliwi). Wielu krajowych muzyków nie mogło mimo wszystko "przełknąć" hiper sukcesu Michała - niekiedy jak Gulgowski pytali go wprost: "...nie jestem mniej utalentowany od ciebie - ale dlaczego ty odniosłeś sukces a ja nie... ?" . Michał miał odpowiedź na wszystko - "... może ja wstaję godzinę wcześniej ? - a co to ma do rzeczy ? - no to sam spróbuj a może ci się uda...". Widocznie pianista nie posłuchał złotej rady 😉 . Co prawda w 78 wziął udział w trasie Al Di Meoli lecz później zniechęcony wrócił do Szwecji - tam się chyba czuł najlepiej. Z koro pało nazwisko Meoli - podobno był pod wielkim wrażeniem muzyki Urbaniaka i jeśli wierzyć plotkom - to właśnie m.in "Fusion III" pchnęło go do rozpoczęcia kariery solowej. Te wszystkie spięcia i nieporozumienia nie zmieniają faktu, że zarówno na elektrycznym pianinie jak na Moogu - Włodek zagrał nie gorzej niż Zawinul, Hancock i Corea razem wzięci np. w "Kuyaviaku", "Prehistoric Bird" i "Strech".


W biografii lider kąśliwie podsumowuje ambicje / aspiracje polskich muzyków - że wielu marzyło by podbić Stany, niewielu miało argumenty i siłę by to zrobić ale Włodek był jednym z nielicznych, którzy śmiało mogli - a skoro się nie udało mogą winić tylko siebie. Po incydencie z Gulgowskim - Urbaniak miał wprowadzić w życie zasadę - że "nigdy więcej polaków w swoim zespole" - gra z najlepszymi, głównie młodymi Afroamerykanami - co dało wymierne efekty (nawet jak byli "nawiedzeni" jak Williams czy Sonship). Na wspomnianym "Funk Factory" czy "Fusion III" - można zachwycać grą klawiszowca. Lider w dalszym ciągu przemyca elementy krajowego folkloru - czy w kompozycji Namysłowskiego - "Kuyaviak Goes Funky" (szatańska melodia z non stop zmieniającą się tonacją - czyli co było specjalnością "Namysłowera") czy "Bloody Kishka" ( przy okazji dobre poczucie humoru - pewnie musiał tłumaczyć Amerykanom co to jest ta "krwawa kiszka", w ogóle skrzypce lidera na tym krążku brzmią dosyć "krwiście"). To długa nawet jak na tamte realia płyta - ok. 50 minut, całość brzmi świeżo, ostro, wyraziście, już od samego początku w drapieżnym "China Town" zespół gra jak spuszczony z łańcucha - możemy podziwiać pełne ognia i furii partie Abercrombieo i Urbaniaka (chętnie korzystającego z licznych urządzeń do zniekształcenia dźwięku - co było wtedy bardziej domeną gitarzystów - np. "Phaser" itd.). Mamy świetną klamrę całości - "Chinatown", kompozycje prezentują wysoki i wyrównany poziom, trudno cokolwiek wyróżnić - to jakby jeden oddech i jeden strumień świadomości. Solowy popis Urszuli mamy w "Crazy Kid" - nie ma się co dziwić, że szybko zdetronizowała samą Florę Purim, z którą początkowo była nawet porównywana. Chwilę relaksu i złapania oddechu przed kolejną dawką kaskaderskich łamańców mamy w zmysłowym "Cameo" - jakby zapowiedź klimatu na kolejnym albumie "Body English" (kłania przemycony feeling a la George Duke i Lonnie Liston Smith).


Płyta zrobiła na amerykanach wielkie wrażenie - do niej przyznawali chociażby Jean Luc Ponty czy wspomniany Meola, oraz młodsze generacje z którymi później przyszło współpracować ze skrzypkiem jak Miller, Bailey, Wright i muzycy wchodzący w dorosłość w latach 90 czy 2000. Stylistycznie są pewne podobieństwa do nagranego prawie w tym samym czasie Eleventh House - "Level One", ekipy Larry Coryella (też walczącego z silnym alkoholowym uzależnieniem), który nota bene zagrał gościnnie na Fusion III i miał serdecznie zaprzyjaźnić z Urbaniakiem - dekadę później nagrali kilka albumów a Larry miał kryć naszego muzyka gdy ten romansował z Lilianą (a ten się rewanżował i próbował zajmować czymś publiczność, gdy Larry w trakcie koncertów miał ochotę na "szybki numerek" - czasem, jeśli wierzyć naszemu skrzypkowi - 6 razy w trakcie show). Świetne ogniste, pełne pasji i żaru granie, poszerzające język nowoczesnego jazzu, silnie zaprawionego funkiem korzystając z nowoczesnego instrumentarium, głos Urszuli również jest potraktowany lekko "przybrudzoną" elektroniką (recenzenci wskazywali, że skrzypce brzmiały jak głos, a wokal jak skrzypce).

Szkoda, że nie ukazały się oficjalnie żadne nagrania koncertowe z promocji "Fusion III", są pojedyncze nawet ok. bootlegi np. z Village Gate i Rochester. W nich nieziemsko zajętego Gadda zastępował Gerry Brown, a "trudnego" Gulgowskiego Steve Robbins. Dość długo jej nie było na CD, w końcu w okolicach 2009 ukazał dzięki UBX w digipaku ku radości krajowych fanów. W ciągu ostatnich lat robi się coraz droższa.
Załączniki
fusion III.jpg
fusion III.jpg (66.26 KiB) Przejrzano 111 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4614
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Jedna z moich ulubionych ( obok "Serenade for the City") płyt Urbaniaka, w tym roku będzie świętować 50 lat. Długo na nią czekałem i długo jej szukałem. Był czas, że na fali eksplozji archiwów i wysypu blogów muzycznych w internecie - fani hojnie dzielili się swoją kolekcją i rarytasami. Doświadczaliśmy niezwykłego boomu zainteresowania dawnymi nagraniami dostępnymi wyłącznie na winylu... a "Body English" próżno było szukać - nawet z kiepsko zgranego winylu. W końcu bodajże w 2014 może ciut wcześniej WRESZCIE się doczekaliśmy - w ramach wytwórni UBX, na nasz kraj przy nieocenionym wsparciu "ATLAS`u" 😉 - mogliśmy świętować powrót tej muzyki. Dla mnie to tym bardziej zabawne wspomnienie bo sklep gdzie złożyłem zamówienie gdzieś w swoim rozgardiaszu je zapodział - musiałem interweniować i po przeprosinach płytkę mi wysłali ... ale kosztowało to kolejne tygodnie oczekiwania, prawdziwa lekcja cierpliwości i stoicyzmu... ale warto.


"Body" nawet w naszej ówczesnej krajowej prasie miał o dziwo ! - pozytywne i przychylne recenzje - a warto pamiętać, że w fachowej prasie pisali w dużej mierze ludzie wychowani na jazzie tradycyjnym, swingu itd - lub muzycy też hołdujący dawnej stylistyce - np. Ptaszyn Wróblewski ale oni dali uwieść magii koktajlu amerykańskiego serwowanego przez Michała i jego odmłodzoną ekipę. Podkreślano to samo co w sumie wszyscy - doskonałe, ciekawe kompozycje oparte na chwytliwych melodiach oraz ze sporą inwencją i smakiem korzystanie z elektroniki, która wcale w tym przypadku nie raziła, a było jej coraz więcej i więcej. Po odejściu "ostatniego polaka w składzie" - czyli kontrowersyjnego i humorzastego Włodka Gulgowskiego i mistrzowskiej sekcji (zbyt zajęci czy zbyt drodzy w utrzymaniu ?) - Gadd/ Jackson - Urbaniak postanowił trochę jak Zawinul - obracać w środowisku młodych zdolnych nastolatków Afroamerykanów (ale i nie tylko) i stamtąd wyławiać młode talenty - które miały potem grać z czołówką i jako liderzy, a jako sesyjni inkasować iście "królewskie honoraria". Na "Body" pojawia ledwie 19 letni perkusista Steve Jordan... który po śmierci Wattsa zasiądzie na stołku u samych Rolling Stonesów ok 45 lat później. Jest 20 letni gitarzysta Joe Caro czy basista Basil Fearrington - akurat mniej znani.

Płyta dziś nieco dzieli miłośników - dla jednych jest najukochańsza, dla innych tej melodyjności, funku w atrakcyjnej formie, melodii łatwych do zapamiętania i zanucenia oraz ( o zgrozo !!! ) tanecznych,ba - dyskotekowych rytmów jest za dużo. Kwestia gustu i wrażliwości. Świetnie, że Urbaniak & Dudziak - dali nieco wytchnąć po wcześniejszych eksperymentach, klimatach muzyki indyjskiej, mrocznym zakręconym funku i postanowili bawić się muzyką. Nadal były - choć w mniejszym stopniu niż na genialnej "Atmie" - słyszalne zapożyczenia, motywy i skale naszej muzyki ludowej czy góralskiej - co również znalazło odzwierciedlenie w tytułach - "New York Polka" z pianiem koguta i motywem rodem z serialu "Chłopi" czy "Zad" (chyba koński ? - na marginesie - pojawia się on również w rewelacyjnej okładce - nasz lider skacze w euforii próbując w locie pochwycić swoje zelektryfikowane sprzężone z syntezatorem skrzypce (których, co jest swoistym paradoksem - jest nieco mniej niż na wcześniejszych albumach), a poniżej mamy prężące się ciało kobiece. Później tych erotycznych aluzji na okładkach - "Ecstasy" czy tytułach utworów - Horny - coraz więcej ). Prawie każdy utwór to hit - na pewno najbardziej wyróżniają wspomniany "Zad" (wyśmienita melodia w "refrenie" - aż trudno nie nucić ją razem z Urszulą plus riff basu, mało tego - tu możemy posłuchać co było stać Basila), szatańsko melodyjny "Lyricon". Na cześć nowego nabytku lidera (tak go zafascynował, że nawet nieco wyparł skrzypce) - który pozwalał mu grać na syntezatorze dętym - jakby na saksofonie ale pozwalał uzyskać bogaty arsenał dźwięków i nie męczył tak muzyka jak tradycyjny saksofon - o ironio - najlepsze lata tego instrumentu miały dopiero nadejść w kolejnej dekadzie gdy był nieustannie ulepszany i gdy pojawił jego "krewny" - czyli EWI na którym błyszczał Brecker czy Mintzer. Michał miał jeszcze do tej kompozycji wracać w kolejnej dekadzie np. z Adzikiem Sendeckim. Coś z stylistyki George`a Duke`a mamy w zrelaksowanym "Satin Lady" i "Afterglow". Głównym punktem lp. jest przepyszny tytułowy - na początku mamy pełny niepokoju riff basu, potem przeradza w rezolutną z puszczeniem oczka melodyjkę Mini Mooga... by potem odpłynąć w zrelaksowane ale rozerotyzowane do granic nieprzyzwoitości taneczno/ciut/disco granie (wkrada coś z Barry White`a) z chłodzącym rozpalone od zmysłów ciała tłem Poly Mooga (od już obecnego w składzie schizofrenika Harolda Ivory Williamsa, którego nieobliczalne zachowania w trakcie tras np. po Europie przeszły do legendy). Ciekawym wtrętem jest na moment pojawiający śmiech Urszuli (jakby "przypadkiem" nagrany z "nocnych igraszek" :roll: ). To kawałek, który mógłby się nigdy nie kończyć - idealny na nocne szaleństwa, chyba nawet wyprzedza ale z klasa i jazzowym smakiem to co potem miało eksplodować rok później dzięki wszelkim Gorączkom Sobotniej Nocy i braciom Gibb 😎.

Płycie dali się uwieść zachodni fani - nawet ci średnio przepadający za fusion - chwalili ją, że nie jest nudna, zawiera ciekawe kompozycje, że wprost nie można ich wyrzucić z głowy i słuchanie to wielka frajda. Pamiętam sytuację, że w przerwie koncertu lub tuż przed - nie pamiętam jakiego - była mini giełda i stałem koło faceta, który śmiało mógł być moim ojcem lub dziadkiem i wertował równiutko ułożone i zapakowane płyty i natrafił na to... wyciągnął i zaczął czytać zawartość, listę utworów itd - a mnie coś tknęło choć zwykle się nie mieszam, nie lubię nikogo pierwszy zaczepiać i nie znoszę jak robią to inni - ale wówczas się przełamałem - ten facet mruczał, że tego akurat nie zna, nie wiedział, iż taka płyta istnieje i dumał co to jest i czy kupić - wtrąciłem się, że jest świetna, piękne kompozycje - niech nie zastanawia tylko kupuje ( jakieś wtedy 39 zł ) a na pewno nie będzie żałował, świetna rzecz i w ogóle .... nie pamiętam czy mnie posłuchał 😂. To również idealny album na wszelkie "doły" :D
Załączniki
body.jpg
body.jpg (75.91 KiB) Przejrzano 60 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4614
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

W kolejnym roku album "Smiles Ahead" (czytelna aluzja do "Miles Ahead" Davisa) będzie świętował 50 urodziny, choć sesje rozpoczęły bodajże w listopadzie w Stuttgarcie 76. Album pokazujący trudniejsze, mniej przebojowe oblicze chociażby w porównaniu do poprzednika - momentami taneczno/dyskotekowego "Body English". Kto naiwnie liczył na ciąg dalszy takich klimatów, ten mógł się poważnie rozczarować, gdyż podobnie jak wielu uznanych artystów Urbaniak zapragnął, by nowy krążek stał w silnej opozycji w stosunku do poprzednika. Więcej tu eksperymentów (inna sprawa czy zawsze prowadziły do celu i przynosiły owoce) i to na każdym poziomie - brzmieniowym, aranżacyjnym, kompozytorskim, sonorystycznym. Ma w sobie pewną "dziwaczność", ale którą w pewnym momencie, gdy człowiek wreszcie "zaskoczy" - można polubić. Nie ma co ukrywać, bardzo zyskuje po kolejnych przesłuchaniach - dla mniej wprawionych może być za trudny i ciężkostrawny. Udowadnia, że Michał nie bał się poszukiwań, nie spoczywał na laurach i wbrew logice i odnosząc sukcesy poprzednimi funkowymi melodyjnymi albumami - postanowił zawiesić sobie i fanom poprzeczkę bardzo wysoko. Mógł teoretycznie tylko stracić. Efekt jest intrygujący w czym ogromny udział obok Urszuli mieli partnerzy - szczególnie wszechstronnie uzdolnieni ale zmagający ze swoimi demonami - perkusista Woody "Sonship" Theus ( jego kaskaderski popis w finale "More Smiles Forever" plus balansujące na granicy "samobójstwa" wokalizy ) oraz klawiszowiec od Milesa - schizofrenik Horold Ivory Williams. Woody jak na młody wiek miał na koncie imponującą listę jazzowych sław, z którymi współpracował. Dość wymienić McCoya Tynera, Woody Shawa, Freddie Hubbarda, Charlesa Lloyda i Pharoah Sandersa. Urszula wychwalała jego rozmiłowanie w dźwiękach, dzięki czemu jego gra była niezwykle barwna i wzorzysta. Nie zawsze spotykało się to z uznaniem wymagającego Michała, który wtedy zwykł mawiać, że "to piękne, ale nie zawsze był w tym jazz". Grał na imponującym zestawie z baterią przeróżnych perkusjonaliów, do tego stopnia, że musieli załatwić dodatkową ciężarówkę, która byłaby w stanie pomieścić jego "kram". Basista Tony Bunn miał mieszane odczucia, gdyż na początku sesji i na pierwszych koncertach grał z innym perkusistą - Warrenem Benbowem (zmarł 2 lata temu). Tony zdążył już się z nim zgrać, a nawet zawiązać nic przyjaźni, ale brzmienie i koncepcja nie pasowała producentowi - jeśli wierzyć tej wersji - był nim mający wiele do powiedzenia w MPS Joachim Ernst Berendt. Ściągnięto Theusa i sprawy zaczęły się komplikować na wielu poziomach.


A co do Harolda - działo się jeszcze więcej :D . W swojej biografii Urbaniak z rozbawieniem wspomina w jakie "atrakcje" obfitowało podróżowanie z tą dwójką "nawiedzonych artystów" - inni pasażerowie panicznie się ich bali jak dostawali ataku i zaśmiewali do łez wygadując rzeczy w stylu " ... dostałem sygnał od Boga i jeszcze dziś nagram płytę z Parkerem, Coltrane`m i Hendrixem...." - a na sugestie że " ale proszę Pana oni wszyscy nie żyją...." - wybuchał jeszcze bardziej i zaczynał wrzeszczeć w niebo głosy "... jak mówię, że nagram to nagram...". Były spacery po torowisku, awantury z niemieckimi szefami kuchni - jeden miał gonić Williamsa z nożem za bezczelne wtargnięcie do jego kuchni ( Afroamerykanie z zespołu Urbaniaka nie potrafili ścierpieć niemieckiej kuchni - tęsknili za klasycznym "soulowym żarciem" czy zwykłymi pieczonymi kurczakami co prowadziło do sytuacji, że skrzypek obiecywał że osobiście im tego kurczaka przyrządzi tylko niech się uspokoją ). Urszula ich psychiczne problemy pięknie podsumowała nieco z egzystencjalnym kobiecym ciepłem - "... niekiedy Bóg hojną ręka coś daje, jakiś talent ale drugą coś równie cennego zabiera...". Dudziakową te ekscentryczne zachowania z czasem również zaczęły irytować - trzeba było się skupić na muzyce. Wtedy sporo koncertowali e Europie. Z przymrużeniem oka Urszula chwilową rozłąkę ze Stanami porównała do związku - że "niekiedy trzeba się za sobą solidnie stęsknić". Liczyła, że Ameryka się o nich upomni i być może pokocha jeszcze bardziej. Poza tym małżeństwo uważało, że w Europie nadal tworzy się ciekawą muzykę. Już tytuły niektórych utworów nawiązują do niekończących się koncertowych podróży np. "Schwarzwald Vibes" i "Autobahn". Sonship jeszcze był aktywny jako muzyk - był rozważany jako perkusista Weather Report w 78 - ale miał polec na szatańskiej partii w "Mr. Gone" - ale cierpienie Harolda się tylko wzmagało i po trasie koncertowej w 77 wycofał się jako aktywny muzyk i skoncentrował na sprawach kościelono religijnych - obaj zmarł w krótkim odstępie czasu w 2010 i 2011. Im zresztą lider dedykował reedycję "Smiles Ahead" wydaną przez UBX w 2016 r.


Intryguje otwór "Piece for 15 Strings" z gościnnym udziałem Emmeta Chapmana - twórcy Chapman Stick - który rozsławił chociażby Tony Levin ale i Nick Beggs z Kajagoogoo radził sobie i nadal radzi równie wybornie. Podobno jak zawsze otwarty i łasy na nowinki techniczne lider dosłownie "oszalał", gdy pierwszy raz usłyszał ten instrument - koniecznie chciał zagrać z konstruktorem. Wtedy jeszcze prawie w ogóle nie było muzyków, którzy opanowali ten niełatwy instrument. Na to trzeba było poczekać kilka lat. Swoją drogą ciekawe jak brzmiałaby grupa Urbaniaka, gdyby wtedy ktoś taki się znalazł ?. W przekroju całego albumu pełnego trudnych rozwiązań, komplikacji, łamańców rytmicznych i krótkich ale treściwych solówek - zachwyca ekwilibrystyka i brawura Urszuli. Jej wokalizy wzmacniane masą efektów (łączone w przeróżne konfiguracje) o czym z dumą pisze w komentarzu do płytki - robiły furorę a nawet lekko spychały w cień jej męża i lidera. Podobno już wtedy wytwórnie, managerowie rozważali czy ją nie promować jako solistki i "odciąć" ją nieco od dominującego i "despotycznego" męża. Album został odebrany z mieszanymi uczuciami - niektórym zabrakło dawnej radosnej funky beztroski i melodyjnego z zapożyczonymi ludowymi motywami podejścia (trochę takich klimatów mamy pod koniec "Hymn of the Uranian Sequels", chyba obok tytułowego najbardziej udany utwór, który śmiało mógł się znaleźć na 'Fusion III" lub na "Atmie", kapitalne obsesyjnie powtarzane riffy i szaleńcze skrzypce Michała) - a za dużo abstrakcji - duma Urbaniaka miała zostać na długo urażona - gdy np podczas koncertów w Niemczech miał zostać wybuczony czy wygwizdany - pewne pionierskie koncepcje w Europie muszą długo czekać na akceptacje aż staną się "kanonem" (zabawne, że Davis twierdził odwrotnie i amerykańską publiczność uznawał za mniej otwartą) - Michał długo nosił w sobie urazę "do szwabów", za tę zniewagę, o czym również wspominał w biografii. Trochę trudno im się dziwić, jeśli na żywo zaserwował im coś w stylu naprawdę "nawiedzonego" - "In the Wake of Awakening". Nie jest to muzyka dla każdego - warto przez nią przebrnąć. Jak zwykle przy takiej okazji szkoda, że nie ma dostępnych żadnych oficjalnych nagrań koncertowych z tego ciekawego ale i kontrowersyjnego okresu (o bootlegi również ciężko). Lider uważał, że "czarni dopieprzali jak należy".
Załączniki
smiles.jpg
smiles.jpg (76.71 KiB) Przejrzano 32 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Monstrualny Talerz
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4619
Rejestracja: 24.05.2017, 10:29

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Monstrualny Talerz »

Inkwizytorze, bardzo dziękuję za te wpisy o Urbaniaku, na pewno kiedyś się odniosę, ale niestety chwilowo jestem w skrajnym niedoczasie.
ODPOWIEDZ