Warto przy tej okazji sięgnąć po jego niedoceniany ( głównie przez purystów ) album Sax, Love & Cinema" - bodajże w 2001 r. dodawany jako bonus dla czytelników Gazety Wyborczej. Z tym projektem pojawiło się również małe zamieszanie. O ile dobrze pamiętam ukazał się pod 3 nazwami i okładkami. Pierwsza z panoramą Nowego Yorku nocą i na tym tle z przenikliwym spojrzeniem chyba samego mistrza jako "Sax, Love & Cinema". Potem w 2002 z inną - czerwoną z kwiatkami przy współpracy z mBankiem "mSax&Love" - również dodawana do "Gazety Wyborczej". Nakład musiał być naprawdę spory, bo tych egzemplarzy krąży najwięcej na rynku używanych. Dzięki temu wielu przypadkowych ludzi mogło mieć w swoim domu płytę Urbaniaka, nawet jeśli jazz był im zupełnie obojętny, a nazwisko muzyka kompletnie im nic nie mówiło

. Potem w okolicach 2005 pojawił w rozkładanym digipaku powtarzający nowojorski projekt okładki "Sax Love". Monty Python by czegoś podobnego nie wymyślili. Różnice w układzie utworów na poszczególnych tych wydawnictwach są minimalne, ot, drobne przesunięcia lub z pominięciem jakiegoś jednego utworu.
Podobno zbliżają wielkimi krokami potężne burze, a po nich upały ?

. Gdy pogoda mało ciekawa - deszcz, (lub jak w Klossie "deszcz ze śniegiem"), przejmujące do kości zimno i paskudny wiatr - płyta przynosi nam ukojenie i daje poczucie ciepła, relaksu i wytchnienia - idealna na listopadowo/ zimowe wieczory - z serca polecam (a tym, którym marzy się pełna uniesień, szału zmysłów tropikalna noc polecam jeszcze bardziej

). Swego czasu zrobiła całkiem pozytywne zamieszanie - Michał z typowym dla siebie przekąsem i swadą chwalił się, iż dostał mnóstwo maili i listów od par - które przy tej muzyce rzekomo "odkryły i rozpaliły na nowo płomień swojego uczucia" ( Zappa by zachęcił "użyjmy naszej wyobraźni panie i panowie") - Urbaniak swoim saksofonem (to nie błąd) - zabawił w takiego "jazzowego lub smooth jazzowego Lwa Starowicza". W istocie - zamieszczone kawałki śmiało mogły zostać wykorzystane jako tło do wciągającego filmu erotycznego (i to nie jednego) czy jako podkład dla popisów i pląsów jakiejś zjawiskowej Playmate z Playboya

. Artysta "bezczelnie" i z pełną premedytacją stworzył taki podminowany seksem, erotyką, zmysłowością (ale z klasą - nie przekracza granic dobrego smaku i artyzmu) klimat - taka permanentna "pościelówa" - ale to się sprawdza i to jeszcze jak np. "Horny" (tytuł mówi sam za siebie), "Moon Love", "Ptak" (bez skojarzeń), "Moonlight", czy "Love Away". Michał powrócił do paru starszych pomysłów, w minimalnym stopniu odświeżając" aranżacje i zamieniając skrzypce na saksofon np. "Street Talk" ze słynnego "Manhattan Mana" - przemienił na "Wonder Love". W paru kawałkach luźno nawiązuje do pasującej do koncepcji "różnych odcieni cielesnej miłości" - klimatów latynoskich i bosa novy "Bossonoga", "Satin Lady", i pogodne "Together Again". Nie mógł zapomnieć o swojej fascynacji "muzyką ulicy" i w "Blue Ave" mamy rapowaną wstawkę. Czym byłaby "miłość" bez odrobiny dreszczu, niepewności, mroku i strachu ? (jak mawiał Robert Górski w skeczu o "Wyrywaniu Lachonów" - "... strach trochę ?.... i bardzo dobrze, jest ryzyko - jest przyjemność..."

). Dlatego na koniec otrzymujemy klasyk w postaci łagodnej wersji "Rosemary`s Baby" (kobiecy wokal nie może być przypadkowy).
Krążek niektórych mniej zorientowanych może zaskoczyć - skrzypce nie pojawiają się bowiem prawie wcale lub ewentualnie w dalszym planie. Mistrz przywołuje swoją maksymę - że "skrzypce to jego żona a saksofon to jego kochanka" (miał takie powiedzonka prawie na każdą okazję) i płyta jak żadna inna to potwierdza. Urbaniak obchodzi z saxem jak z ukochaną kobietą - pieści każdą frazę i każdy dźwięk, nie ma skoków interwałowych, nuty są blisko siebie niczym zakochani w namiętnym uścisku. W sumie trudno wyróżnić jakiś utwór (potrafią się czasem zlewać w jedno, nie przeczę) - to jakby rozerotyzowana suita rozciągnięta na cały dysk - strumień świadomości i karnawał "szału zmysłów" - w tej pozornej prostocie bo mało tu improwizacji czy karkołomnych solówek, to opowieści i wariacje na temat głównych melodii. To muzyka jak mawiał Pat Metheny "rozpięta pomiędzy kategoriami". Pokazująca, iż "nie taki ten dżezz straszny" (właśnie, ktoś powie - to "dżezz" lub "dżezzik" a nie żaden "JAZZ"

). Na pewno idealna opcja na romantyczną kolację i wieczór we dwoje i na "extra deser" na później

. Dla niektórych może tej słodyczy być za wiele i tego całego "smooth jazz cafe" klimatu. Świetna rzecz na wieczór po ciężkim dniu pracy, gorącą herbatę, śnieg / deszcz za oknem, siedzenie w ulubionym fotelu przykryty kocem. Można odpłynąć - tylko człowiek i sax lidera, trochę jakby grał tylko dla nas. Był czas, że ciężko dostępna - potem za kuriozalne pieniądze ale obecnie za kilka złotych można kupić używane z allegro w kartoniku. Uwielbiam ją tak bardzo, iż sam posiadam kilka egzemplarzy, a że w niektórych momentach Urbaniak zdaj się puszczać do nas oczko, nie ma w tym nic nagannego

. Jako dzieciak dostał parę wskazówek od bardziej doświadczonych "w TYCH sprawach" kolegów - rzecz jasna chodzi o muzykę - że jak się trzyma saksofon tenorowy to ręce się układają w taki sposób, że dziewczynom się to podoba

.