Michał Urbaniak

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Parę lat temu "Atma" Urbaniaka - nazwana na cześć willi Szymanowskiego w Zakopanem obchodziła 50 urodziny. Kariera skrzypka w Stanach po nagraniu "Fusion" nabierała rozpędu - sugerowano liderowi by skorzystał z najlepszych amerykańskich mistrzów instrumentu. Kusząca perspektywa - skorzystał z niej dopiero na lp. "Fusion III" ale na razie zwyciężył pewien sentyment, lojalność i realizacja dawnego marzenia z przyjaciółmi, wiernymi druhami jeszcze z czasów ogrywania Szwecji i sporej części starego kontynentu - czyli z tuzami z naszego kraju - Karolakiem, Bartkowskim i Jarzębskim. Zabrakło jedynie Makowicza, który miał wtedy powoli rozkręcać własną solową karierę w USA. Powstał album niemalże doskonały i idealny pod każdym względem (w tym przypadku fani są nad wyraz zgodni - wskazując "Atmę" jako jeden z najlepszych krążków) - na tle mocno funkowego, jazzowego pulsu skrzypek przemycił sporo z naszego folkloru co również znalazło odbicie w tytułach - podkreślenie dumy z kraju przodków, korzeni ( jak mawiał Joe Zawinul - "... nie ma żadnego powrotu do korzeni - albo się je ma albo nie...." ) - "Mazurka" , "Buterfly" (do tego utworu będzie jeszcze wielokrotnie wracał w przyszłości), "New York Batsa" ( pewna autoironia, bo Urbaniak tak się właśnie ubierał np. wielkie kapelusze, luźne białe koszule, - że wyglądał jak nawiedzony zabijaka i opryszek - co potwierdza Urszula - żaden rzezimieszek nie ważył się ich zaczepić na ulicy, bo Michał swoją posturą, broda i ciuchami wzbudzał respekt, a Nowy York w tamtych czasach należał do naprawdę niebezpiecznych miejsc) i tytułowa III częściowa "Atma".

Album wysoko ceniony i zwyczajnie lubiany przez fanów - elementy kluczowe dla muzyki artysty w perfekcyjnych proporcjach (świetnie i transowo rozkręcające się "Largo" i "Ilex") - funk, czarna muzyka, ogień, pasja, jazz, stosowna dawka melodyjności. W późniejszych latach na albumach z przełomu 70 i 80 różnie z tym bywało. To okazało się pewnym "pożegnaniem" z dawnymi kompanami i spoglądaniem z odwagą w przyszłość - od tego momentu ( nie licząc sparzenia się na ponownym połączeni sił z Gulgowskim w 75 ) Urbaniak rozglądał się i postanowił stawiać na młodych zdolnych Afroamerykanów, którzy mieli sobie wyrobić nazwisko i markę w środowisku grając najpierw z nim a potem z mistrzami jak Miles czy Zawinul. Lider gorzko podsumował rozstanie z przyjaciółmi i pewną "polską" mentalność - zrealizował swoje marzenie grając w USA - chciał by pozostali podobnie jak on osiedlili na stałe chociażby w "Wielkim Jabłku". Pół żartem, pół serio cytował z upodobaniem ich argumenty "dlaczego chcieli wracać do kraju" - Karolak był szaleńczo zakochany w Marii Czubaszek (i nie miał do niczego innego głowy), Bartkowski miał ważną trasę po Zielonej Górze, a Jarzębski też-miał-coś-tam.... Konkretne propozycje grania były, ciężko powiedzieć, czy Stany przeraziły pozostałych muzyków. Sam Karolak w swoim stylu podsumował całą eskapadę za ocean, że "gdyby miał zamieszkać w Nowym Yorku na stałe, to prędzej czy później wylądowałby pod mostem. Tempo życia, presja, kariera - to zdecydowanie nie było dla niego. Z tego powodu późniejsza zazdrość, zawiść części środowiska mocno bolały Michała - że "dlaczego on zrobił tam karierę, a nie inni, nie mniej zdolni". Skrzypek podkreślał to przy każdej okazji - w USA, a tym bardziej w takim ciężkim pełnym diabelnej konkurencji środowisku jazzowym "trzeba ostro zapieprzać". Zarobisz, jeśli dasz zarobić innym.


"Atma" jest bliska mojemu sercu - lata temu zremasterowany CD dostałem od przyjaciela, "muzycznego mentora" Wireq`a (najwybitniejszej postaci na śp. forum SBB). Pięknie wydany, odtworzono pierwotną szatę graficzną, dodano kilka esejów choć niektórzy mają poważne zastrzeżenia do wykorzystania taśmy matki - nie takie znowu odosobnione są komentarze, że należało z taśm wycisnąć więcej i nadać brzmieniu więcej głębi, wysokich tonów i "błysku". Dla mnie jest ok - nawet ten pewien "brudek" i "kurz" mi pasuje do klimatu całości. Miałem szczęście, że dostałem taki prezent, dziś płytka jest trudniej dostępna, na allegro widziałem ją za 500 zł :roll: . Karolak na swój sarkastyczny sposób też podsumował ten jazz-funky okres terminowania u Urbaniaka - że ten "zmusił" go by grał fusion czego nie lubił ale w kraju "zmuszano" go by grał free.... a tego nie znosił jeszcze bardziej, więc wybrał mniejsze "zło" 😉. Miła jest pomysłowa okładka z wizerunkiem mistrza jako drewnianej figurki, pamiątki dla turystów czy dzieło lokalnego artysty do nakręcania - trafione w punkt. Urbaniak i jego team w USA "nakręcali" i "rozkręcali" się coraz bardziej - nagrywał jeden niezwykły album za drugim - "Fusion" , "Atma", "Fusion III" , "Body English".... Sam początek płyty pachnie i wschodem i zachodem - na tle mellotronowego (później ten powoli odchodzący do lamusa często psujący się instrument zastąpi Poly Moog) tła nasz skrzypek jak w Weselu Wyspiańskiego i u Boryny raczy nas paroma melodyjkami na bazie swojskiego folkloru... a potem zaczyna się pasjonujące jazz-rockowe granie wraz z rozpędzającą się perkusją. Ciekawostką może być fakt, że te "folkowo-ludowe" (chyba w największej dawce wśród wszystkich albumów artysty) wtręty spodobały właśnie Afroamerykanom niekiedy deklarującym że to "muzyka ich ulicy". Pojawił się pierwszy Amerykanin na krążku - odpowiadający za perkusyjne wówczas 40 letni Ray Mantilla, który zmarł 6 lat temu. Świetnie się zgrał z Czesławem Bartkowskim.
Załączniki
atma.jpg
atma.jpg (95.48 KiB) Przejrzano 375 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Warto przy tej okazji sięgnąć po jego niedoceniany ( głównie przez purystów ) album Sax, Love & Cinema" - bodajże w 2001 r. dodawany jako bonus dla czytelników Gazety Wyborczej. Z tym projektem pojawiło się również małe zamieszanie. O ile dobrze pamiętam ukazał się pod 3 nazwami i okładkami. Pierwsza z panoramą Nowego Yorku nocą i na tym tle z przenikliwym spojrzeniem chyba samego mistrza jako "Sax, Love & Cinema". Potem w 2002 z inną - czerwoną z kwiatkami przy współpracy z mBankiem "mSax&Love" - również dodawana do "Gazety Wyborczej". Nakład musiał być naprawdę spory, bo tych egzemplarzy krąży najwięcej na rynku używanych. Dzięki temu wielu przypadkowych ludzi mogło mieć w swoim domu płytę Urbaniaka, nawet jeśli jazz był im zupełnie obojętny, a nazwisko muzyka kompletnie im nic nie mówiło :D . Potem w okolicach 2005 pojawił w rozkładanym digipaku powtarzający nowojorski projekt okładki "Sax Love". Monty Python by czegoś podobnego nie wymyślili. Różnice w układzie utworów na poszczególnych tych wydawnictwach są minimalne, ot, drobne przesunięcia lub z pominięciem jakiegoś jednego utworu.


Podobno zbliżają wielkimi krokami potężne burze, a po nich upały ? :roll: . Gdy pogoda mało ciekawa - deszcz, (lub jak w Klossie "deszcz ze śniegiem"), przejmujące do kości zimno i paskudny wiatr - płyta przynosi nam ukojenie i daje poczucie ciepła, relaksu i wytchnienia - idealna na listopadowo/ zimowe wieczory - z serca polecam (a tym, którym marzy się pełna uniesień, szału zmysłów tropikalna noc polecam jeszcze bardziej :D ). Swego czasu zrobiła całkiem pozytywne zamieszanie - Michał z typowym dla siebie przekąsem i swadą chwalił się, iż dostał mnóstwo maili i listów od par - które przy tej muzyce rzekomo "odkryły i rozpaliły na nowo płomień swojego uczucia" ( Zappa by zachęcił "użyjmy naszej wyobraźni panie i panowie") - Urbaniak swoim saksofonem (to nie błąd) - zabawił w takiego "jazzowego lub smooth jazzowego Lwa Starowicza". W istocie - zamieszczone kawałki śmiało mogły zostać wykorzystane jako tło do wciągającego filmu erotycznego (i to nie jednego) czy jako podkład dla popisów i pląsów jakiejś zjawiskowej Playmate z Playboya 😉. Artysta "bezczelnie" i z pełną premedytacją stworzył taki podminowany seksem, erotyką, zmysłowością (ale z klasą - nie przekracza granic dobrego smaku i artyzmu) klimat - taka permanentna "pościelówa" - ale to się sprawdza i to jeszcze jak np. "Horny" (tytuł mówi sam za siebie), "Moon Love", "Ptak" (bez skojarzeń), "Moonlight", czy "Love Away". Michał powrócił do paru starszych pomysłów, w minimalnym stopniu odświeżając" aranżacje i zamieniając skrzypce na saksofon np. "Street Talk" ze słynnego "Manhattan Mana" - przemienił na "Wonder Love". W paru kawałkach luźno nawiązuje do pasującej do koncepcji "różnych odcieni cielesnej miłości" - klimatów latynoskich i bosa novy "Bossonoga", "Satin Lady", i pogodne "Together Again". Nie mógł zapomnieć o swojej fascynacji "muzyką ulicy" i w "Blue Ave" mamy rapowaną wstawkę. Czym byłaby "miłość" bez odrobiny dreszczu, niepewności, mroku i strachu ? (jak mawiał Robert Górski w skeczu o "Wyrywaniu Lachonów" - "... strach trochę ?.... i bardzo dobrze, jest ryzyko - jest przyjemność..." :wink: ). Dlatego na koniec otrzymujemy klasyk w postaci łagodnej wersji "Rosemary`s Baby" (kobiecy wokal nie może być przypadkowy).


Krążek niektórych mniej zorientowanych może zaskoczyć - skrzypce nie pojawiają się bowiem prawie wcale lub ewentualnie w dalszym planie. Mistrz przywołuje swoją maksymę - że "skrzypce to jego żona a saksofon to jego kochanka" (miał takie powiedzonka prawie na każdą okazję) i płyta jak żadna inna to potwierdza. Urbaniak obchodzi z saxem jak z ukochaną kobietą - pieści każdą frazę i każdy dźwięk, nie ma skoków interwałowych, nuty są blisko siebie niczym zakochani w namiętnym uścisku. W sumie trudno wyróżnić jakiś utwór (potrafią się czasem zlewać w jedno, nie przeczę) - to jakby rozerotyzowana suita rozciągnięta na cały dysk - strumień świadomości i karnawał "szału zmysłów" - w tej pozornej prostocie bo mało tu improwizacji czy karkołomnych solówek, to opowieści i wariacje na temat głównych melodii. To muzyka jak mawiał Pat Metheny "rozpięta pomiędzy kategoriami". Pokazująca, iż "nie taki ten dżezz straszny" (właśnie, ktoś powie - to "dżezz" lub "dżezzik" a nie żaden "JAZZ" 😉). Na pewno idealna opcja na romantyczną kolację i wieczór we dwoje i na "extra deser" na później 😂. Dla niektórych może tej słodyczy być za wiele i tego całego "smooth jazz cafe" klimatu. Świetna rzecz na wieczór po ciężkim dniu pracy, gorącą herbatę, śnieg / deszcz za oknem, siedzenie w ulubionym fotelu przykryty kocem. Można odpłynąć - tylko człowiek i sax lidera, trochę jakby grał tylko dla nas. Był czas, że ciężko dostępna - potem za kuriozalne pieniądze ale obecnie za kilka złotych można kupić używane z allegro w kartoniku. Uwielbiam ją tak bardzo, iż sam posiadam kilka egzemplarzy, a że w niektórych momentach Urbaniak zdaj się puszczać do nas oczko, nie ma w tym nic nagannego 😎. Jako dzieciak dostał parę wskazówek od bardziej doświadczonych "w TYCH sprawach" kolegów - rzecz jasna chodzi o muzykę - że jak się trzyma saksofon tenorowy to ręce się układają w taki sposób, że dziewczynom się to podoba :D .
Załączniki
saxlove.jpg
saxlove.jpg (113.67 KiB) Przejrzano 341 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

W ubiegłym roku obchodziliśmy 50 urodziny tego niezwykłego projektu - co prawda mocno osadzonego w ówczesnych artystycznych i muzyczno stylistycznych realiach - słowem - nieziemskiej mody na funk i mocno zrytmizowane "czarne" granie. Określa się Funk Factory" niejednokrotnie jako "konferencję na szczycie" czy "wschód-spotyka-zachód" - największe nasze rodzime tuzy miały zaszczyt (i ze wzajemnością, swoją drogą ciekawe jak wspominają grę z naszymi "zawodnikami" i jak wtedy odbierali ich starania) grać z asami, najlepszymi z najlepszych ze Stanów. Zgodnie z wyświechtaną maksymą piłkarską: "nazwiska niby same nie grają" ...ale nie w tym przypadku - grają i to jak !. Robiący coraz większy ferment duet małżonków Urbaniak & Dudziak, którzy jak sami mawiają - stanowili już wtedy "jeden instrument", spiritus movens Novi Singers - Bernard Kafka (pragnący zrobić "karierę" w USA, do tego stopnia, że nawet odrobinkę zmodyfikował swoje nazwisko - z "Kawka" na "Kafka" - by nabrało jeszcze większego artystycznego, światowego sznytu i by dało się prawidłowo wypowiedzieć - z "w" w środku po "hamerykańsku" zabrzmiałoby dziwnie by nie rzec - głupawo - coś jakby "kaoka" czy "koułka" ). Obdarzony słuchem absolutnym i również o mistrzowskiej technice partner muzyczny Urbaniaków z dawnych młodzieńczych lat - klawiszowiec Włodek Gulgowski - celowo ściągnięty do Stanów ze Szwecji przez Michała - ich współpraca miała burzliwy przebieg, ale jego solówki na Moogu i mocno "afro-funky" akompaniament na Fender Rhodsie i Clavinecie i dziś robią wrażenie. Reprezentacja USA przyprawia o zawrót głowy - absolutny ówczesny top i mistrzowie swoich instrumentów - basiści Anthony Jackson i Tony Levin, perkusiści Steve Gadd i Gerry Brown oraz gitarzyści John Abercrombie i Barry Finnerty.

To płyta dość specyficzna - dla nieosłuchanych tego funku z nieziemskim wykopem może być za dużo, granie za gęste a od przeplatających się jak węże wątków i riffów można się czasami pogubić. Wtedy jakoś nie zawojowała list przebojów, wręcz można powiedzieć, że przeszła niemalże niezauważana. Dziś po tylu latach zyskała uznanie, niektórzy nie wahają uznać ją za "arcydzieło gatunku". Sam musiałem drobnymi kroczkami dojrzewać do tego albumu i zagłębiać coraz bardziej i bardziej. Niektóre fragmenty jak chociażby finał gdzie drużyna gra jak w ekstazie, a prądy przechodzą z płyty na słuchacza - "Next Please" czy inny mój faworyt "Sinkin` Low" (świetne solo Abercrombiego) - z karkołomnymi przejściami rytmicznymi i pasażami instrumentalnymi oraz bez potknięcia nadążającymi za nimi wokalizami - są tak dobre, że człowieka ogarnia przerażenie - iż można tak grać - młodzi, słuchajcie i uczcie, możecie poświęcić całe życie a i tak nie osiągnięcie takiego poziomu intensywności. Grupa wokalna Kafki wspierana przez Dudziak stanowi inny mocny punkt albumu - pod warunkiem, iż lubi się taką soulową stylistykę. Dla mnie o wiele bardziej frapujące są odcinki instrumentalne - wokale mają w sobie pewną "przesadną wyrazistość", czy "napastliwość" - ortodoksyjnych jazz fanów mogą irytować np. "Music in Me" czy "Horsing Around". Blisko tu do stylistyki "Motown" oraz kształtującego się "brzmienia filadelfijskiego".


Dawniej błędnie opisywano to jako album / projekt Urbaniaka - ale to bardziej działanie i inicjatywa zgranego kolektywu - na pewno skrzypek miał dużo do powiedzenia, zaoferował swoje kompozycje, aranże i zaprezentował krótkie ale charakterystyczne solówki (grane "przybrudzonym" dźwiękiem skrzypiec wzmocnionych licznymi efektami). Mamy kilku wyższych oficerów - Urbaniak, Kawka, Gulgowski (jego kompozycje to soczysty otwierający "Watusi Dance" i "Liliput" kojarzący się ze wczesnymi Headhunters i Mwandishi)- ale tu nie ma sztywnego podziału na liderów i "wyrobników". Nikt nikomu nie ustępuje pola a nasi muzycy nie czują respektu czy kompleksu względem amerykańskich asów (pozostali w Polsce mogli im pozazdrościć). Przez jakiś czas Michał jak sam podkreśla - miał najlepszą ekipę o jakiej mógł marzyć - Gulgowski, Gadd i Jackson grali w jego koncertowym ansamblu. Warto puścić "Funk Factory" naprawdę głośno na kolumny i wtedy płyta oszałamia i czuć rękę mistrzów - również jeśli chodzi o aranże, produkcję i pomysły. Przez długi czas krążek nie był dostępny na CD - mogę się mylić ale jako pierwszy wydał go w 2007 Wounded Bird Records. Później pojawiły się edycje japońskie. Na aukcjach osiągają poważne ceny.
Załączniki
factory.jpg
factory.jpg (81.86 KiB) Przejrzano 311 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Trzeba się nieziemsko wgryźć i nieźle orientować w poszczególnych kompozycjach by nie pogubić sakramencko w dyskografii Urbaniaka. On sam zdawał się wszystko doskonale pamiętać ale kto wie czy i jemu zdarzało się coś pokręcić 😁. Z Urbaniakiem podobnie zresztą jak z śp. Jarkiem Śmietaną jest ta sama historia co z wieloma pisarzami czy poetami - ich się ceni, szanuje...ale niekoniecznie czyta czy zgłębia ich dorobek. Pierwotnie myślałem, że Urbanizer - "Just a Funky Feeling" to normalny album studyjny. Dopiero po pełnej skupienia parokrotnej lekturze zorientowałem się, że to kompilacja / składanka z paru różnych albumów. Najwięcej, bo aż 5 początkowych kawałków (ale ze zmienioną kolejnością) mamy z kontrowersyjnego "Ecstasy" z 1878 r.. Kiedyś omijałem go, być może lekko zniechęcony dominacją pięciu mocnych czarnych wokalistów. Michał wiązał z w/w płytą spore nadzieje, dużo w nią zainwestował z własnej kieszeni (ok 70 tyś dolarów), w studio siedział do obłędu i był prawie pewny, że powstaje coś wielkiego i to będzie hit. Chciał wytyczyć nowe ścieżki w nowoczesnym jazzie, mocno związanego z r`n`b, soulem, popem, funky - czyli Weather Report, Kool and the Gang, mnóstwo Earth, Wind and Fire, Stevie Wondera, Commodores, George`a Duke`a i projektów wiecznie skazanego na sukces Quincy Jonesa :wink: . Niestety nic z tego nie wyszło. Później wielu podążało wytyczoną przez niego ścieżką - to co za parę lat było sukcesem m.in Quincy Jonesa czy George`a Duke`a... nie było pisane Urbaniakowi. Fatum czy widmo pecha od początku wisiało nad tym projektem. Może uważano, że taką muzykę nie może robić "biały" ?, może zabrakło "lokomotywy" i murowanego przeboju. Piosenki czy wokale są niekiedy robione "przyciężkawą ręką", może nie brakuje w nich finezji i ambicji ale nie porywają lekkością i bezpretensjonalnością. Dawniej wydawało mi się, że warstwa wokalna zbyt przytłacza stronę czysto instrumentalną (nie może swobodniej oddychać i przemówić szerzej swoim głosem), a samych skrzypiec lidera jest zdecydowanie za mało. Może całości wyszłoby na dobre gdyby muza była wyłącznie instrumentalna ?. Do tego doszło bankructwo firmy płytowej Marlin - nie potrafiącej ściągnąć należności za sprzedaż płyt od dystrybutorów i nie nadążającej z zapotrzebowaniami tłoczni na nowe albumy i hity (a sprzedawali ich wtedy mnóstwo, czyli za dużo) - skrzypek podsumował to tak: "... operacja się udała, pacjent zmarł..." 😂 To co się nie udało na "Ecstasy" udało ponad dekadę później na "Manhattan Man". A i tak Urbaniak marudził, że jemu - białemu, wyrzucano, że udaje, iż jest czarny. Gdyby taki album nagrał czarny 30 latek - uznano by go za objawienie. Z "Manhattanu" z kolei mamy kawałki - "Don`t Wait Baby" i niezwykle nastrojowy, zmysłowy i romantyczny zaśpiewany w duecie "I Want To Know Your Name" - dowód na nieomylny zmysł melodyczny skrzypka. Trzy ostatnie kawałki są bardziej współczesne w "Illumination" mamy fascynacje Urbaniaka współczesną muzyką ulicy z rapem na czele (jak swobodnie się czuł na jej tle) - nawet partia fortepianu zdaje się być trochę "rapująca" 😎. "Urbanizer" to ciekawy zestaw utworów - pokazujący, że nasz muzyk będąc już niesamowicie zakorzeniony w Stanach podobnie jak jego bożyszcze Miles - miał oczy otwarte na nowe dźwięki, inspirację, trendy, trochę je gonił, trochę sam tworzył. Jakże jego podejście różniło się do polskich muzyków (z paroma wyjątkami) - którzy w większości grali "pol-bop" czy "bop-pol", sporo Davisa z Shorterem, trochę Messengersów, odrobinę Coltrane`a z Dolphym czy Marsalisa. Niekiedy chciałoby się by skrzypek grał dłuższe sola...ale on jako solista był zawsze dość oszczędny w wypowiedzi, jednak każde wejście skrzypiec oznacza, że dzieje się coś ważnego. Niejeden pewnie chciał wygarnąć artyście - by sam grał, a nie ściągał jakiś nikomu nie potrzebnych raperów. Dla lwiej części fanów to niestety krążek, który śmiało mogą sobie odpuścić, a nawet jeśli znajdzie się w ich zbiorach, to baaaaardzo rzadko trafia do odtwarzacza. Bardziej ciekawostka.
Załączniki
funkyfeeling.jpg
funkyfeeling.jpg (86.53 KiB) Przejrzano 296 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Parę lat temu na festiwalu w Opolu była taka pamiętna scena. W trakcie występu grupy Bajm - Beata K. :wink: zaczęła coś tłumaczyć publiczności... a z widowni padło kultowe "Beata - śpiewaj !!!" :lol: , co sama artystka podchwyciła i to zacytowała - "... o tak, Beata śpiewaj, nie gadaj, tylko śpiewaj, już śpiewam..." :D . Nawiązując do wcześniejszego postu dotyczącego "Just a Funky Feeling" - Urbaniak postanowił zagrać i to jak !. Jeśli ktokolwiek miał w jego wcześniejszych albumach czuć pewien niedosyt skrzypiec, dłuższych partii solowych i samego Michała jako wybornego improwizatora - to wręcz bajecznie na te tęsknoty i zarzuty "odpowiedział" album "At Village Vanguard". Płyta ukazała się w bodajże 3 różnych okładkach i tytułach. Ja miałem naprawdę spore szczęście, gdy w jednym z nieistniejących już antykwariatów natrafiłem na tę wersję z Kanady z czarno białym zdjęciem lidera z talkin` violin w ręku. Jest jeszcze późniejsza wersja "Live in New York" - zółtawo-zielonkawa z nocną panoramą miasta oraz jeszcze późniejsza ze zdjęciem muzyka ze skrzypcami na zielonym tle w ramach "Jazz Legends 2". Nie pamiętam już dokładnie ile zapłaciłem za moją Kanadyjską edycję UBX Jazz z 1993, ale coś około 40 zł. Dziś na aukcjach, jeśli się pojawi jest dużo droższa. Niektórzy mylą ten album z "Saturday Night at the Village Vanguard" - ale to inna historia, skład co prawda ten sam, ale inny zestaw utworów.


Michał w licznych programach dokumentalnych jemu poświęconych za każdym razem z dumą opowiada, że grał wielokrotnie dla rozentuzjazmowanej widowni w legendarnym (mało powiedziane) klubie Village Vanguard - gdzie grali najwięksi z największych - Coltrane, Davis, Evans, Dolphy itd. Trudno tak precyzyjnie podać z jakiego roku są to nagrania- wielu wskazuje na połowę lub pierwszą połowę lat 80, mógł być to nawet rok 1986. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami i realizując swoje narastające marzenia i tęsknoty - Urbaniak w doborowym kwartecie (pianista Mike Gerber, wierny aczkolwiek również czasami kapryśny perkusista Lenny White i słynny kontrabasista Ron Carter) postanowili wrócić do hard-bopu lub post-bopu, jak kto woli. Jeśli jakikolwiek fan miał niedosyt i nieziemski głód soundu talkin` violin Urbaniaka - niech sobie posłucha do woli koncertu z Vanguard - tam jest tego brzmienia mnóstwo. Przyznam, że sam w trakcie słuchania (skądinąd bardzo dobrych) płyt artysty z lat 70 miałem ochotę na więcej jego skrzypiec i pytałem się w duchu: "dlaczego gra tak mało ?". Michał chciał znów swingować bardziej "hot", przywołując nawet pradawne Quintette du Hot Club de France - Django Reinhardta i Stephana Grappelliego. Może nie tak całkiem dosłownie ale ten paryski-hot feeling mamy przemycony w otwierającym "Softly, As In A Morning Sunrise", a i w późniejszych utworach też nieśmiało przemyka. Te połączone talkin` violin - czyli, jakby nie patrzyć nowoczesnej technologii ze swingującym bopowym graniem sekcji daje wyjątkowej urody muzykę.

Lider w pierwszej połowie show sięga po znane standardy WRESZCIE popisując bajeczną techniką i fantazją w w/w "Softly, As In A Morning Sunrise", "In Your Own Sweet Way" Brubecka, czy "Sister Sadie" Horace`a Silvera. W drugiej królują już jego autorskie kompozycje z najciekawszym "Cafe Mirage" na czele. W nim jego skrzypce opowiadają jakąś konkretną historią w podwójny sposób. Sporą niespodzianką było sięgnięcie po wtedy stareńkiego "Harvest" - czyli nieco inaczej zaaranżowaną wersję "Bahamian Harvest" z przełomowego "Fusion I". Niezwykłe, że wtedy Urbaniaka było stać na aż takie zanurzenie się w swojej przeszłej twórczości. W tym co prezentował kwartet był również ślad ponownego zanurzenia się w bop u Didiera Lockwooda. Widocznie obaj doszli do tych samych wniosków i odczuli głód tej samej stylistyki po latach grania fusion-jazzu. Zespół, choć złożony z muzyków z nieco odmiennych światów jest doskonale zgrany. Chwalono bardzo klasycznego i nad wyraz przejrzyście grającego bez odjazdów pianistę Mike`a Gerbera, prawie w każdym utworze są jego ciekawe sola. Carter i White to klasa sama w sobie. Ten ostatni udowadnia, że równie swobodnie się czuł w agresywniejszym jazz-rocku jak i w czysto akustycznym hard-bopowym klubowym wcieleniu. O ile się nie mylę jedynie w "Harvest" pozwala sobie na krótszą solówkę. Panowie dostają skrzydeł w owianym legendą miejscu i od czujnej, wymagającej publiczności. Pozwalają sobie na więcej swobody i luz w lekko żartobliwym, a nawet rock`n`rollowym "Blues No Blues". Jest miejsce na nastrojową balladę Thada Jonesa - "A Child Is Born" - gdzie lider czaruje nas pomysłowymi improwizacjami, ale przemyca też swoje "fusionowe" zagrywki, a u Mike Gerbera pojawia się coś z Evansa.
Załączniki
villagevanguard.jpg
villagevanguard.jpg (99.92 KiB) Przejrzano 272 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ