Mike Stern

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Mike Stern

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/2205751 ... 36U22N57Lp


Kilkanaście dni temu - a konkretnie 10 stycznia 73 urodziny obchodził jeden z czołowych gitarzystów nie tylko jazz-fusion Mike Stern. Trudno uwierzyć gdy porównamy materiały video czy zdjęcia Mike`a z okresu współpracy z Milesem Davisem (która stanowiła jego "przepustkę" i potwierdzenie wkroczenia do jazzowej "ekstraklasy") ze znacznie późniejszymi, czyli tymi po odwyku. Przełom lat 70 i 80, wspólny czas z Milesem czy z Jaco Pastoriusem sam zainteresowany określał jako: "darkness" czyli "mroku/ciemności". Autoironicznie mawiał o swoich problemach z używkami - "... gdy Miles zapisuje cię na odwyk, to znaczy, że dzieje się coś bardzo ważnego...". Przyznaje, że nie dałby rady w tej walce z nałogiem gdyby nie siła i miłość do muzyki oraz wsparcie najbliższych w tym ukochanej żony (nota bene również świetnej gitarzystki pochodzącej z Monachium) Leni Stern oraz rodziny - z ojcem na czele, któremu dedykował ten album - "Odds or Evens" -czyli "parzyste lub nieparzyste".


Z okładki z nieodłączną gitarą - Fender Telecaster (miała zostać skradziona w napadzie przez jakiegoś bandziora z bronią - później została zrekonstruowana przez zaprzyjaźnionego lutnika) spogląda na nas szczupły, przystojny muzyk z długimi włosami, zabójczo ubrany i z nieco "szelmowską" miną. Widać, że wysiłek włożony w trud zerwania z nałogami się opłacił - stoi przed nami zupełnie inny człowiek. Być może spece od marketingu z wytwórni dali mu do zrozumienia jak ważny jest obok muzyki sam wizerunek - może przypomnieli mu jego "konkurentów" i "przystojniaków" jak Meola, Ritenour i przede wszystkim Pat Metheny, do którego gdy się szeroko uśmiechnął był odrobinę podobny. A skoro mowa o Methenym - zawsze podkreślał, iż w okresie gdy uczył w Berklee - a Mike był jedną z "największych gwiazd" w śród jego uczniów, już wtedy, a Pat był odrobinę młodszy. Wiedział, że w swojej grze ma "TO COŚ" i z pewnością daleko zajdzie. Koniec końców to Stern grał z Milesem, a nie Pat. Po latach w wywiadach wspominał tamte czasy na uczelni, że miął ogromne szczęście do nauczycieli - jeden powiedział mu coś wyjątkowo ważnego - "gdy osiągniesz pewną płynność w muzyce, nikt ci już tego nie odbierze". Na albumach i w niektórych kompozycjach Mike bywał odrobinę do Pata porównywany.


Na Odds są co najmniej dwie niezwykłej urody i pełne czaru muzyczne perły. Pierwsza - uznawana za jego najpiękniejszą balladę czy nawet najwybitniejszy utwór - "Common Ground". Już pierwsze dźwięki głównej melodii utwierdzają nas, że Mike`owi udało się stworzyć rzecz godną zapamiętania. To jeden z TYCH natchnionych kawałków, które można słuchać w nieskończoność. Motyw jak z filmów drogi, fakt - pewne łączniki i subtelne przejścia harmoniczne mogą się kojarzyć z tym co robił Metheny (ile w tym nostalgii i takiego poczucia "wyzwolenia", ulgi). Potem lider przechodzi do ostrzejszego brzmienia przywołując rockowych wymiataczy jak Vai i (jego nauczyciel i mentor) Satriani. Jednak im, przynajmniej dla mnie, zawsze brakowało tej "duszy i serca" - wymiatali...ale nie potrafili mnie specjalnie poruszyć. Gra Sterna i jego motywy mają więcej wyrafinowania (grał ją nawet razem z Brecker Bros - bardziej w stylu grupy Davisa). Drugą perłą, którą długo można się upajać jest kompozycja podarowana mu przez żonę Leni - czyli "Sandbox" / "Piaskownica" 😁. Tym razem mistrz udowadnia, iż również gitara akustyczna nie kryje przed nim tajemnic. Melodia jak i akordy mają w sobie coś z dalekiego echa innego cuda - "Children`s Games" Jobima (genialnie zinterpretował to Ritenour) oraz odrobinkę "Sueno Con Mexico" Metheny`ego. Jakże w punkt jest akompaniament Jima Bearda (wcześniej u Scofielda, a w tamtym okresie lada moment miał zasilić "Secret Story Band") oraz perkusjonalia Dona Aliasa. Naturalnie trudno Odds sprowadzać jedynie do tych 2 rzeczy. Pozostałe prezentują znacznie ostrzejszą grę Sterna, którą fani oraz krytyka określała mianem "silnie urock`owionego bopu", czym zabłysnął jeszcze u Milesa z okresu "We Want Miles" (np. w "D.C." i tytułowym). Mamy do czynienia z podejściem z jakiego zasłynął, a na początku lat 90 zupełnie porzucił John Scofield - czyli połamanych, podlanych przybrudzonym bluesem i soulem be-bopowych fraz z mocno funkowym podkładem (nieco transowy "Seven Thirty"). Za te odpowiadał wtedy rozchwytywany perkusista Dennis Chambers (z bardzo lubianego i "popularnego" okresu u Scofielda - czyli m.in. "Blue Matter" czy "Loud Jazz"). Dzielnie w tych poszatkowanych frazach liderowi sekunduje bliski przyjaciel i inny "wychowanek" Milesa - saksofonista Bob Berg. Stern odrobinę jak "muzyczny kameleon" w obrębie tego samego utworu ukazuje różne oblicze i zmienia brzmienie gitary, jakby tworzyło je kilku gitarzystów o innej wrażliwości i temperamencie. Największym hołdem dla tak bliskiemu jego sercu be-bopowi jest w zamykającym "Walkie-Talkie". Bardziej wyluzowane oblicze plus pogodne melodie mamy w "Keys" i czymś pomiędzy Methenym a Ritenourem - "If You Say So".
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Mike Stern

Post autor: Inkwizytor »

Wśród miłośników talentu Mike`a Sterna uważa się, że album "Standards (And Other Songs)" jest nie tylko jednym z ciekawszych, ale i jako powrót do bardziej straight-ahead jazzowego grania oraz najbardziej "gitarowy" spośród wszystkich, które nagrał. Zgodnie z tytułem mistrz 6 strun wziął na warsztat głównie standardy należące do kanonu nowoczesnego jazzu - autorstwa największych gigantów jak John Coltrane, Thelonious Monk, Horace Silver i Miles Davis. Ten ostatni, obecny "duchem" odegrał trudną do opisania rolę w karierze Sterna. Ton on gdy zdecydował się na wielki powrót po latach milczenia zapragnął grać z młodymi muzykami o świeżym podejściu zaprosił do swojego nowego zespołu 28 letniego Mike`a (który zastąpił całkiem kompetentnego, ale głuchego na wskazówki Milesa - Barry Finnerty`ego do tego stopnia, że ten zdenerwowany wylał mu butelkę Heinekena na głowę gdy ten grał "swoje" zamiast to czego od niego wymagał boss). Młody, zdolny i trochę zakompleksiony gitarzysta (zmagał się wówczas z widoczną nadwagą) dostąpił do wielkiego zaszczytu stając się kluczowym ogniwem jego nowego koncertowego zespołu. Jako najzdolniejszy uczeń Pata Metheny miał wielką słabość do be-bopu i próbował tak grać w nowej konstelacji , co spotkało z ostrą reakcją surowego lidera: "żadnego be-bopu". Davis chciał więcej brzmienia i zagrywek w duchu Hendrixa. Okres gry z księciem ciemności zbiegł również z największym uzależnieniem Sterna od narkotyków i alkoholu - sam określał ten czas jako "największa ciemność" (nie potrafił bez tego funkcjonować, a towarzystwo ludzi pokroju Jaco jeszcze pogłębiało problem). Rzadko zadowolony ze swoich podwładnych trębacz utyskiwał, że Mike mógłby się nauczyć więcej powściągliwości, bo "zawsze kurde grał za dużo" (do tego stopnia, że gdy zwerbował Scofielda liczył, iż Mike czegoś się od niego nauczy) 😁. Słuchając uważnie "Standards" nachodzą nas refleksje, że chyba w końcu nauczył się tej "milesowskiej powściągliwości" - choć jego gitara jest cały czas na pierwszym planie, co do tego nie ma żadnych wątpliwości.


Album ukazał się w 1992, a boski Davis odszedł rok wcześniej. Lider dedykował go swojej mamie. Kilka lat wcześniej zdecydował się na odwyk, a jak sam przy każdej okazji podkreślał - muzyka pomogła mu wyjść z uzależnienia. Na zdjęciach w środku płyty widzimy rozważnego, skupionego na celu szczupłego człowieka (okaz zdrowia), który choć dobijał powoli do 40 - wyglądał o dobre kilka lat młodziej, w czym przypomniał swojego sławnego nauczyciela Pata. Nawet jest odrobinę do niego podobny. Stern przytula swoją gitarę - może to już była Yahama zaprojektowana zgodnie z jego wskazówkami na bazie Fendera Telecastera, który został mu skradziony. To album niesamowicie wyciszony - zagrany głównie w trio - to jest trzon - mistrzowi towarzyszy inny były współpracownik Davisa - Al Foster na perkusji i Jay Anderson na kontrabasie. W 2 utworach zmienia ich inna równie dobra sekcja - Ben Perkowsky i Larry Grenadier (za kilka lat tam zagra z Methenym w ramach tria 99/00). Pojawiają się gościnnie same sławy - kolejny były muzyk Milesa - saksofonista (i dobry przyjaciel gitarzysty) Bob Berg w wyluzowanym i lekko bluesującym w duchu dokonań Johna Scofielda - "Lost Time" oraz nie mniej legendarny trębacz Randy Brecker w "L Bird" (sposób frazowania i klimat silnie davisowski, ten deszczowy smutek i pewne niedopowiedzenia). Recenzenci narzekali, że te 2 utwory trochę odstają od reszty i psują album swoją "smoooth-jazzowością" - absolutnie się z tym nie zgadzam, stanowią jakże potrzebną przeciwwagę i barwne urozmaicenie.


Z płytami nagranymi w tradycyjnym trio - jest niejednokrotnie zasadniczy "problem", że wiodąca rola konkretnego solistycznego instrumentu łatwo powoduje znużenie i przesyt. Nawet słuchając skądinąd znakomitych trio wspomnianego Pata można momentami odnieść takie wrażenie. Niewiadomo do końca w jaki sposób, jakimi metodami, ale Mike zręcznie uniknął tej pułapki. Jego gra nie nudzi ani przez moment. "Standards" to album, którego można słuchać wielokrotnie, delektując się wysmakowanymi jego improwizacjami i ani na moment nie przestaje się z uwagą śledzić jego gitarowych opowieści. Dawne funkowe i "hendrixowskie" ostrze znacznie złagodniało i jest prawie nieobecne. Jakieś pokrewieństwo do barwy Pata, do którego często go porównywano na pewno jest wyczuwalne, ale styl Sterna skręca jednak w inną stronę. Więcej jest u niego neo-be-bopu, mniej fascynacji Wesem Montgomerym, bliżej mu było do Jima Halla, Pata Martino i dęciaków jak uwielbiany przez niego Joe Henderson. Pytany w wywiadach potwierdzał, że grając na gitarze chciał brzmieć jak instrument dęty. Biegłość techniczna i płynność solówek jest niebywała np. w "Nardis", "There is No Greater Love" (uzyskane niezwykłe kulminacje podczas improwizacji) , "Moment`s Notice" i Monkowskim "Straight No Chaser" - tu lider przejawia swoje najsilniejsze inklinacje do bopu, pozostając wierny myśleniu w kategoriach "melodii" i myśląc linearnie, jest konsekwencja i logika w jego partiach. Nic tu nie pozostaje oderwane od siebie. Podobnie jak Metheny pozostaje liryczny i komunikatywny np. w "Windows" Corei. Swoją drogą szkoda, że nigdy on i Pat nie nagrali wspólnie jakiejś płyty - może dla nich takie rozwiązanie byłoby "zbyt oczywiste" ?. W 1992 mijało 10 lat od współpracy z Milesem, którego już nie było wśród żywych. Pozostał jego dorobek i wielu którzy z nim grali (każdy z nich zabrał ze sobą cząstkę tej tajemnicy), stąd może w formie mini muzycznego żartu skrócona przypomniana wersja słynnego "Jean Pierre", jakby pochodząca z próby dźwięku, ot tak, wrzucona dla kaprysu. Szkoda, że album jest teraz trudno dostępny, nakład się wyczerpał. Na razie nie ma mowy o wznowieniu, trzeba (jak ja) polować na używane egzemplarze na aukcjach.
Załączniki
mike1.jpg
mike1.jpg (80.07 KiB) Przejrzano 560 razy
mike2.jpg
mike2.jpg (79.39 KiB) Przejrzano 560 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Mike Stern

Post autor: Inkwizytor »

Przyznam, że ostatnio naprawdę trudno mi się oderwać od tego albumu. W przyszłym roku album "Give and Take" Mike`a Sterna będzie świętował swoje 30 urodziny. Krążek wyprodukowany mistrzowską ręką przez jak zawsze niezwykle zajętego i rozchwytywanego Gila Goldsteina został bardzo entuzjastycznie przyjęty, świetnie się sprzedawał - dochodząc do 12 miejsca w liście Billboard albumów jazzowych i otrzymał wysokie noty w recenzjach, fachowej prasie czy znanym z osobliwych ocen (lub niezrozumiałego ignorowania pewnych artystów i albumów) The Penguin Guide to Jazz Recordings. W wywiadach Mike potwierdzał, że po licznych "elektrycznych" albumach fusion chciał wrócić do swoich jazzowych korzeni i nawiązać do tego co już zrobił na równie wysoko cenionym młodszym o kilka lat "Standards (and other songs). "Give and Take" to zdecydowanie jeden z jego najbardziej "jazzowych", o silnie be-bopowym zacięciu albumów - ale zaserwowanych z nowoczesnym feelingiem. Pod wieloma względami sprawdziło się to co kilka lat wcześniej mówił John Scofield - że "fusion" dla wielu jest martwe i trzeba wrócić do prawdziwie jazzowego modern grania - bo wiele jest tam jeszcze do zdziałania, a to nie są żadne "nudne,muzealne i ograne starocie". Mike`owi zależało na bardziej "żywym" graniu w studio. Podobno było bardzo niewiele prób. Każdy kawałek został może przećwiczony raz - liderowi, podobnie jak jego dawnemu mentorowi Milesowi - zależało na spontaniczności, efektowi świeżości, by wszystkie kompozycje były przesycone przyjemną aurą poszukiwania, luzu i wzajemnej interakcji między instrumentalistami grającymi i podejmującymi decyzje: "tu-i-teraz".


"Give and Take" - czyli "daj i bierz". W takiej właśnie kolejności - można to też rozumieć również jako (najpierw) "słuchaj, a potem graj". Od lat wszelkiej maści terapeuci, psychologowie radzą, by w świadomym, spełnionym życiu najpierw dawać coś od siebie dla innych, ale również nauczyć się brać. Wbrew pozorom to nie jest wcale ani takie oczywiste, ani proste. Stern czuł się przeszczęśliwy (dawne problemy z narkotykami stawały już mglistym wspomnieniem, co znalazło odbicie w jego grze - stała spokojniejsza, nabrała jeszcze większej płynności i pogodna), że towarzyszyli mu tak genialni instrumentaliści jak Jack DeJohnette, John Patitucci, a w kilku kawałkach sam Michael Brecker, David Sanborn, Don Alias i w 2 utworach producent Gil Goldstein na fortepianie. Lwia część kawałków to klasyczne jazzowe trio: gitara-kontrabas i perkusja. Wbrew pozorom taki ascetyczny układ i aranżacje wcale nie przynoszą nudy. Dominacja gitary nigdy nie powoduje przesytu - co bywało wielokrotnie pewną "zmorą" projektów innych instrumentalistów - przed czym nawet nie ustrzegł się genialny Pat Metheny. A skoro o tym mowa. Wypowiadając się w trakcie promocji tego albumu - Mike z sentymentem wspominał czasy, gdy studiował u Pata. Podkreślał jak bardzo był wspierający, jak chwalił jego brzmienie i wczesne pomysły kompozytorskie - które mistrzowskim uchem już wtedy potrafił wychwycić. Niektórzy dziennikarze oraz fani, upraszczając trochę sprawę - sugerują, że brzmienie Sterna przypomina Metheny`ego. Może odrobinę - Mike miał zawsze swój niepowtarzalny i trudny do pomylenia z kimś innym styl - upierając się można go nieco na siłę - umiejscowić tak gdzieś pomiędzy Methenym - Scofieldem - Frisellem i Abercrombiem. Więcej jest u niego tego rockowo-bluesowego i soulowego zacięcia - których próżno szukać u Pata.


Na tym albumie obok standardów - jak pełny oddechy i przestrzeni "I Love You" Cole Portera, brawurowo zagranych "Giant Steps" (każdy instrumentalista wie jak trudny jest to kawałek do zagrania przez chociażby szatańsko gęsto upchane akordy) Coltrane`a i "Oleo" Rollinsa, czy nieco "żartobliwa", lekko knajpiarna wersja "Who Knows" Hendrixa - Stern zamieścił swoje kompozycje. Nie mogło zabraknąć prześlicznych, nastrojowych ballad z doskonałymi zapadającymi w pamięć głównymi motywami - gdzie lider pokazuje swoje delikatniejsze, romantyczne oblicze: "Everything Changes" i "Rooms" (mają w sobie jakieś dalekie echo jednej z najlepszych ballad Sterna - z płyty "Odds or Evens" - cudnej "Common Ground"). W tym drugim pierwsze nuty zdają się być bliźniacze z tymi z z intro do utworu Pata - "Naked Moon". Mistrz robi ukłon w stronę tradycji wielkich autorów jazzowych - jak Monk w "Lumpy" i ww. Coltrane w snującym się, silnie bluesowy i podlanym soulem "Jones Street" (krytycy dopatrywali się ukrytej aluzji i hołdu dla Elvina Jonesa). Na marginesie ten ostatni śmiało mógł trafić do repertuaru elektrycznego Davisa, na pewno by się mu to spodobało. W nieco zakręconych "Hook Up" i "One Liners" udowadnia z jaką swobodą, maestrią i niezachwianą pewnością poruszał się po estetyce be-bopu. Jego zwinne partie mają i logikę, dobre pomysły melodyczne, nie ma w nich ani jednej zbędnej nuty. Można zachodzić w głowę jak on nieustannie kontroluje i panuje nad tym procesem, jego świadomość muzyczna jest wprost bajeczna. W tych kawałkach nawiązuje dobre porozumienie i współprace z ww. Breckerem - takie granie jest wprost stworzone dla Michela będącego poniekąd jednym z (wielu) spadkobierców Coltrane`a. Mike gra swoim naturalnym wygładzonym, czystym tonem. W paru utworach pod koniec płyty przypomina o swoim drugim wcieleniu (a może chronologicznie pierwszym ?) i wraca niekiedy do bardziej przybrudzonego, kwaśnego brzmienia trochę a la Hendrix - czym zasłynął na początku lat 80 u Davisa. Stern lubi też "zaginać" lub "wykrzywiać" nuty - szczególnie w finalnej ekstatycznej fazie swoich solówek, jednak nie nadużywa tego patentu.


Gdyby ktoś chciał mieć tylko jedną, jedyną płytkę Mike`a w swojej kolekcji - to "Give and Take" należałoby do wyjątkowo trafionych wyborów. Jeśli ktoś średnio trawi wcielenie fusion Sterna - a jest miłośnikiem stricte jazzowej gitary (tu naprawdę pokazuje co potrafi) - to krążek z pewnością go nie rozczaruje. Artysta potwierdzał, że nigdy nie lubił przesadzać czy szaleć z niezliczonymi efektami i brzmieniami. Miał parę swoich ulubionych ustawień i tego się trzymał. Chwalił model Yamahy - który firma wykonała specjalnie dla niego - na bazie niegdyś skradzionego Telecastera - w żartach twierdził, że to "coś-pomiędzy" - trochę Telecastera, trochę Gibsona itd itd. Model spotkał się z bardzo pozytywnym przyjęciem i do dziś nieźle się sprzedaje. Mike czuł się dumny i ciut rozbawiony, gdy był młody nigdy nie przypuszczał, że doczeka modelu gitary z jego imieniem i nazwiskiem i tak wielu będzie chciało go mieć.
Załączniki
giveandtake.jpg
giveandtake.jpg (128.3 KiB) Przejrzano 351 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ