Breda - miasto w Holandii niewiele mówi naszym rodakom. To istotny ośrodek kulturalno-naukowy. Znajduje się tam m.in. akademia sztuk pięknych, szkoła muzyczna i teatralna, akademia wojskowa, liczne biblioteki i muzea. Jest jednym z głównych skupisk polonijnych i zaraz po Amsterdamie drugim centrum wyrobów czekoladowych i cukierniczych

(więc warto kiedyś je odwiedzić). Zespół Soft Machine zawsze miał status bardziej "kultowy" niż "popularny" i to właśnie w środowiskach intelektualnych i akademickich. Tam mieli najdoskonalsze przyjęcie swojej wcale niełatwej muzyki i mogli być spokojni, że w żadnym razie nie przypadkowa publiczność będzie w największym skupieniu siedzieć spokojnie i słuchać tego co mają do powiedzenia.
Nie ukrywam, że show "Breda Reactor" z 1970 należy do moich ulubionych koncertów Softów z wyjątkowego okresu - gdy występowali - jedne źródła podają parę miesięcy, a inne, że raptem parę tygodni w 5 osobowym składzie z drugim saksofonistą, flecistą i sporadycznie wokalistą Lynem Dobsonem. Smutne jest jak wielu z nich już nie ma na tym świecie. W ubiegłym roku pożegnaliśmy Mike`a Ratledge`a, basisty Hugh Hoppera nie ma z nami od 2009, a saksofonista Elton Dean zmarł prawie równo 20 lat temu. Pamiętam zabawny moment z filmu "Rocketman", gdy w trakcie podróży furgonetką z koncertami - młody i naiwny ( jeszcze wtedy ) Reginald Dwight zwierza się kompanom, że poważnie myśli, by przybrać jakiś mocny artystyczny pseudonim - "... może Elton Dean...?". A na to jeden z muzyków - "... nie ma mowy, to Ja jestem przecież Elton Dean..."

. A mnie w kinie olśniło - przecież to jest przyszły saksofonista Soft Machine !!!

. Chyba wtedy byłem jednym człowiekiem na sali kinowej, którego ta scenka rozbawiła i wiedział kim w ogóle był Elton Dean. Wśród żywych jest ekscentryczny perkusista i kontrowersyjny wokalista (od 1973, o ironio - od czerwca / june) sparaliżowany od pasa w dół) - legendarny Robert Wyatt, w/w Lyn Dobson - choć ma już 87 lat oraz starszy brat w/w Hoppera - Brian, który był odpowiedzialny za wydanie tej płyty oraz odpowiednio zredagowany komentarz w książeczce.
Jakiś czas temu oglądałem wspominkowy dokument o śp. Jerzym Stuhrze. Opowiedział coś co bardzo mi wpasowało do charakteru i aury ówczesnej muzyki Soft Machine. Przy okazji wykonywania na deskach teatru sztuki - dramatu "Emigranci" Sławomira Mrożka - występował razem z inną legendą śp. Jerzym Bińczyckim. Opowiadał, że on był ekspresyjny, mówił dużo i szybko, wiele gestykulował.... dla kontrastu Bińczycki mówił zdecydowanie za wolno. Każdego z nich drażnił styl partnera - Jerzy wręcz odganiał się od Jerzego rękami, z kolei Stuhr się irytował - dlaczego jego kolega mówi tak wolno... on chce szybciej. Reżyser im wytłumaczył, że ich emocje są jak najbardziej adekwatne - na tym sztuka ma polegać - "na drażnieniu się wzajemnie"... oraz przy okazji widzów.
Tak się jakoś osobliwie składa, że zawsze o tej porze roku - czyli przy okazji "przedwiośnia" muzyka Softów wyjątkowo mi wchodzi do głowy, lepiej ją czuję i koniecznie muszę po jakiś koncert czy nagrania dla BBC sięgnąć. Z przerażeniem obserwuję, że archiwa zespołu na CD są coraz droższe i trudniej dostępne. Ja na szczęście większość zbiorów zastąpiłem oryginałami ponad 10 lat temu. Breda ukazał się również ponad 20 lat temu. Zawiera "prawie" cały występ z 31 stycznia. W komentarzu Briana czytamy, że sala Het Turfschip miała koszmarną akustykę, o betonowej podłodze ze skrzypiącymi drewnianymi krzesłami - ktokolwiek się ruszył to robił się tragiczny hałas. Dlatego sam zainteresowany uznaje, że zakrawa wręcz na cud, że jakość tych nagrań jest całkiem przyzwoita - jak na współczesne standardy - brzmi trochę jak z audycji radiowej. Przy okazji mamy z tyłu książeczki przewrotną "reklamę" i przypomnienie pewnego urządzenia, którego używali saksofoniści by nagłośnić swój dęty instrument tzw. "Bug" - wysoce niedoskonały, zawodny, powodujący zlewanie się dęciaków, trudności w odróżnieniu co to w ogóle za instrument oraz przekłamania, przestery i inne nieproszone dźwięki. Od lat trwa w sumie ciekawa dyskusja / polemika czy spór miedzy fanami Machine - dotycząca tego, czy wysoce niedoskonałe, niekiedy tragiczne i prymitywne warunki techniczne wielu nagrań z koncertów, w studio - wpłynęły pozytywnie czy negatywnie na charakter i ostateczny kształt ich muzyki. Ja nadal stoję na stanowisku - (jako fan bootlegów - czego wcale nie ukrywam) - że gdyby ich utwory zarejestrować na dzisiejszym sprzęcie cyfrowym, korzystając z komputerów, efektów itd - to ta krystaliczna sterylność - przyczyniłaby się do wyjałowienia ich przekazu. Zgodnie z nazwą - "Machine" - czyli "Maszyna" - musi hałasować, musi rdzewieć, między elementami musi dochodzić do tarcia, zużywania się, nawet zniszczenia. Czyli gdy ta maszyna ruszy - jej naturalne (może "naturalistyczne") dźwięki muszą drażnić. Dziwne, że takie płynące jakby z piekielnych czeluści, z katakumb, z podziemi, z trzewi i bebechów - niekiedy okrutnie przesterowane brzmienie, pełne gniewu, agresji i furii... pochodzi od typowych bardzo powściągliwych Anglików o szerokim wykształceniu. Jeden z managerów wspominał, że ci panowie - potrafili godzinami rozprawiać o muzyce, malarstwie, literaturze, filozofii, psychologii. Muzycy drażnili zachwyconą publiczność zniekształconym za pomocą efektów gitarowych a la Hendrix - brzmieniem basu oraz organów Lowrey (w opisie jest błędnie "Lowery"). Gdy dojdą do głosu potrafią "przekrzyczeć" pozostałych - wyją jak dzikie aczkolwiek inteligentne bestie. Nie brak też odcinków, gdy instrumenty brzmią klarownie i klasycznie np bas Hoppera czy elektryczne piano Ratledge`a - wtedy chyba jeszcze korzystał z Hohner Pianet - nie Fender Rhodes.
Członkowie zespołu drażnili również siebie nawzajem. Nie wiem czy był drugi zespół, którego muzycy aż tak krytycznie podchodzili do siebie nawzajem. Już w tym czasie dokonał się pewien podział na 2 obozy (albo i na więcej) - Mike i Hugh chcieli skupić na czysto jazzowym podlanym awangardą graniu, a skory do wygłupów i mający słabość do dadaizmu i surrealizmu Robert chciał eksperymentować z głosem, grać muzykę bardziej otwartą - krytykował kolegów, którzy jego zdaniem za bardzo poszli w stronę jazzu. Ich z kolei coraz bardziej przyprawiały o niesmak spontaniczne wokalizy Wyatta, a przy okazji wypominali mu, że niegdyś to On był wielkim entuzjastą jazzu. Robert potrafił wypalić, że kompozycje Mike`a brzmią jak grzeczny, poprawnie ułożony uczniak prywatnej szkoły zmierzający ze swoim przydzielonym obiadkiem. Doprawdy trudno się w tym wszystkim połapać i zakrawa na cud, że panowie cokolwiek nagrali i wytrzymali ze sobą i tak "długo". Jakby było mało różnic muzycznych i stylistycznego zamieszania - swoje dokładali obaj saksofoniści. Elton Dean miał słabość do free. Z kolei równie "spontaniczny" Dobson też podobnie jak Wyatt chciał przemycić trochę pierwiastków "wygłupu" i dobrej zabawy - słychać to gdy w trakcie solówek fletu wrzuca "szalone" wokalizy - w trakcie np. "Backwards" i najdłuższego "Facelift". Dla kogoś z zewnątrz to wszystko może dziwnie wyglądać jak się to czyta - jednak w trakcie lektury "prawie" całego koncertu (niestety ostatni zagrany na bis "We Dit It Again" - został pod koniec ściszony, nie wybrzmiał w całości - zabawne, bo riff mocno kojarzy się z hiciorem The Temptations "Get Ready" oraz Lesa McCanna "Compared to What") mimo w/w "drażnienia" te wszystkie elementy układanki zdają się pasować do siebie wręcz idealnie. Kwintet na ten krótki czas naprawdę stał się solidną maszyną.
Panowie wtedy powoli żegnali się ze starym materiałem, który już nie sprawdzał się jak dawniej i nie pasował do nowego kierunku w jakim podążali np. "We Dit It Again" czy "Hibou, Anemone & Bear" - choć w tym drugim formacja zaprezentowała się od najlepszej strony. Jednocześnie powoli wprowadzali do repertuaru nowe, nie zawsze gotowe, czasem w szczątkowej formie kompozycje, które znajdą na przełomowym i uznanym za najlepszy albumie "Third" - czyli "Moon in June" czy "Out-Bloody-Rageous". Koncert - podobnie jak u Zappy - ma charakter jednej wielkiej 85 min. suity, poszczególne kawałki płynnie przechodzą jeden w drugi. Nie dane było zachwyconej i zapewne niekiedy zbitej z tropu widowni oklaskiwać ich po co bardziej udanych fragmentach - wielką owację z mocnym tupaniem zgotowali im dopiero pod koniec. Należy żałować, że kwintet nie pograł ze sobą dłużej. Może gdy stali się kwartetem Sofci nabrali większej "zwartości" i "koncentracji", jednak z Dobsonem coś utracili. Na Breda muzyka bywa niekiedy jakby "radośniejsza", potem przeważył pierwiastek intelektualnej kalkulacji oraz flirtu z free. Brian Hopper w komentarzu wskazuje, że Lyn czuł się muzycznie osamotniony i "izolowany", a pozostali raczej krzywo patrzyli na jego wokalizy - mogły się kojarzyć z równie kontrowersyjnymi "zawodzeniami" Captaina Beefharta - ale to dość odległe skojarzenie. Słuchając występu z Breda zadziwia na jak wysokim poziomie ustawili pewien kanon jazz-rocka. Ratledge i Hopper wspominali, że cenili Davisa z okresu "Bitches Brew" i koncertów z Fillmore.... tylko, że one ukazały się kilka miesięcy później i w styczniu 1970 nie mieli prawa ich znać. Nikt nie wie czy Miles zetknął z dokonaniami tej angielskiej formacji, uważam, że mogli na nim zrobić wrażenie. Wychodzi na to, że młodzi angielscy intelektualiści doszli niezależnie od boskiego Davisa to podobnych wniosków słuchając np. Cannonballa Adderleya, Colemana czy Aylera plus Hendrixa, z którym nawet jamowali. Set lista jest znakomicie ułożona - a pod koniec koncertu - począwszy od "Esther`s Nose Job" - panowie naprawdę podkręcają tempo i "dokładają do pieca". Entuzjaści w ich próbach dostrzegali jakby zapowiedź heavy metalu, trashu czy industrialu. Nie jest to AŻ tak dalekie od prawdy.