Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Bednaar
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 6910
Rejestracja: 11.04.2007, 08:36
Lokalizacja: Łódź

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: Bednaar »

@Inkwizytor - dzięki za link do Hovikodden 71 - skorzystam :)
Paweł1979 pisze: 12.07.2024, 09:46 Przyczyna złego brzmienia trójki, jak i dwóch pierwszych albumów zespołu, jest dość prosta - muzycy byli traktowani jako zespół nie spełniający nadziei komercyjnych, dlatego dawano ich na sam koniec nagrań, nagrywano ich ,,po godzinach" i nie dbano specjalnie o jakość. Tak to niestety wyglądało w przypadku Softów, i wielu innych wykonawców tamtej epoki, którzy nie mieli szczęścia do dobrego managementu i promocji. Dopiero 4ka jest wyraźnie lepiej nagrana, choć, prawdę mówiąc, żaden album SM nie dostaje do ligi innych zespołów prog-rocka z tamtego okresu..a szkoda, bo to niesamowity band był.
Trójka faktycznie słabo nagrana - za dużo basów, za mało sopranów, ogólnie przytłumione granie. Ale "4" też kiepsko - tu z kolei dużo środka i mało skrajów pasma plus słaba rozdzielczość - instrumenty miejscami zlewają się w ścianę dźwięku. Moim zdaniem dopiero "5" zostało lepiej nagrane.
PS. SM nie dostaje do ligi innych zespołów prog-rocka, bo od Trójki grali jazz-rock/fusion, nie prog-rocka :P
vertical_invader
Awatar użytkownika
Paweł1979
szpula
Posty: 93
Rejestracja: 11.09.2020, 11:57
Lokalizacja: Somewhere over the rainbow
Kontakt:

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: Paweł1979 »

Bednaar pisze: 23.08.2024, 10:10 @Inkwizytor - dzięki za link do Hovikodden 71 - skorzystam :)
Paweł1979 pisze: 12.07.2024, 09:46 Przyczyna złego brzmienia trójki, jak i dwóch pierwszych albumów zespołu, jest dość prosta - muzycy byli traktowani jako zespół nie spełniający nadziei komercyjnych, dlatego dawano ich na sam koniec nagrań, nagrywano ich ,,po godzinach" i nie dbano specjalnie o jakość. Tak to niestety wyglądało w przypadku Softów, i wielu innych wykonawców tamtej epoki, którzy nie mieli szczęścia do dobrego managementu i promocji. Dopiero 4ka jest wyraźnie lepiej nagrana, choć, prawdę mówiąc, żaden album SM nie dostaje do ligi innych zespołów prog-rocka z tamtego okresu..a szkoda, bo to niesamowity band był.
Trójka faktycznie słabo nagrana - za dużo basów, za mało sopranów, ogólnie przytłumione granie. Ale "4" też kiepsko - tu z kolei dużo środka i mało skrajów pasma plus słaba rozdzielczość - instrumenty miejscami zlewają się w ścianę dźwięku. Moim zdaniem dopiero "5" zostało lepiej nagrane.
PS. SM nie dostaje do ligi innych zespołów prog-rocka, bo od Trójki grali jazz-rock/fusion, nie prog-rocka :P
Racja, zastosowałem uogólnienie :).
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4747
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/master/634477-S ... AtYtdM00E6



Przy okazji tej płyty koncertowej zebrało się odrobinę "rocznicowych" spraw w tym roku. Koncert świętuje 50 urodziny - odbył się w Bremie w styczniu 1975. Został zarejestrowany dla "Radio Bremen", które nagrywało i później miało okazję wyemitować mnóstwo pasjonujących koncertów artystów będących w szczytowej formie, a w późniejszych latach te audycje stawały podstawą do wspominkowych wydawnictw CD, tak radujących kolekcjonerów. W tym roku jak już wspomniałem odszedł od nas unikatowy organista Mike Ratledge, a równie niebanalny basista Roy Babbington miał 85 urodziny. Nie tak dawno wreszcie w moje ręce trafił oryginał płytki, która ukazała się w 2006 dla MoonJune Records. Nie jest łatwo ją dostać, co dziwne jakiś holender sprzedał ją wręcz za śmieszne pieniądze. Koncert odbył wiele tygodni przed oficjalnym ukazaniem się przełomowego pod prawie każdym względem albumu Bundless... oraz przed rychłym odejściem głównego bohatera - gitarzysty Allana Holdswortha - "skuszonego" ofertą potencjalnej współpracy z legendarnym perkusistą od Milesa - samego Tony Williamsa. Fani "Softów" jak również recenzenci są zgodni - to Holdsworth jako nowy członek stał się filarem, głównym solista i siłą napędową nowego/ przeorganizowanego wcielenia Soft Machine. Żartowano również, że "Nucleus" (czyli jądro) opanowali, "połknęli" Soft Machine. Prawie wszyscy muzycy tego wcielenia - razem z Allanem, z wyjątkiem poczciwego Ratledge`a - wcześniej byli członkami właśnie Nucleus. Mike miał się coraz bardziej wycofywać w cień, ograniczał się już prawie wyłącznie do stonowanego (aczkolwiek gęstego od klasterów) akompaniamentu na elektrycznym pianie Fendera. Stare, przesterowane organy Lowrey - będące tak ważnym elementem dawnego brzmienia Machine - powoli odchodziły do lamusa. Jedynie w opartym na romantycznej melodii Song of Aeolus Mike przywraca je na krótki moment do łask. To jeden z nielicznych momentów, gdy fani słyszą coś z dawnego ducha zespołu. Innym takim przypomnieniem jest Peff, gdzie spiralne frazy na oboju wygrywa drugi pianista - powoli stający niekwestionowanym liderem zespołu - Karl Jenkins. Jego również powoli coraz mniej interesowała rola "solisty", czy zaprezentowanie się jako improwizatora - skupiał wyłącznie na stronie kompozytorskiej. To wszystko razem dawało więcej pola do popisu niesamowitemu Holdsworthowi - wtedy prawie nikt w ten sposób nie podchodził do gitary. Allan udowodnił, że wtedy mnóstwo jego kolegów po fachu mogło popaść w kompleksy i poczuć się "niedoszkolonymi" - wyjątkowe linearne, prawie "saksofonowe" partie w Bundles, Land of the Bag Snake i Hazard Profile (opartym na dawnym "killerze" w/w grupy Nucleus - Song for a Bearded Lady) - nadal wprawiają w zachwyt. Trochę szkoda, że Hazard jest wyciszony w trakcie jego sola... widocznie tak to zostało zarejestrowane lub jak to w radiu bywa - musiało zrobić miejsce na reklamę. Allan jeszcze wówczas na koncertach ośmielał się brać skrzypce do ręki - intrygującą partią raczy nas w The Man Who Waved At Trains. W późniejszych latach już unikał tego instrumentu, a szkoda. Gitarzysta wyjątkowo ciepło wspominał czas terminowania w Soft Machine. Czuł się dumny, że był jego częścią, co prawda niezmiennie ze własnej gry NIGDY nie był specjalnie zadowolony i nie był w stanie wysłuchać więcej niż 2/3 taktów swoich solówek. Była to dla niego dobra zabawa. Podkreślał, że wbrew pozorom utwory grupy były oparte na stosunkowo "prostych" schematach harmonicznych, ale za to grane w nietypowych/dziwacznych podziałach rytmicznych. Prawdopodobnie w tym również tkwiła siła tego wcielenia. Program koncertu jest ciekawie ułożony. Każdy z instrumentalistów po kolei może zaprezentować własne umiejętności i dostaje okazję by całkowicie zdominować konkretny kawałek, gdy pozostali się wycofują. W Ealing Comedy mamy frapujący popis Babbingtona na jego nietypowym basie. J.S.M to długie perkusyjne solo Johna Marshalla. W North Point Ratledge eksploruje brzmieniowe możliwości swojego prymitywnego syntezatora - o ile mnie pamięć nie myli VCS 3 - podobnego używali Pink Floyd. Trudno tu mówić o solowce - raczej o "zabawie". Dźwięki przypominają te wydobywane z pierwszych "komputerów" czy maszyn liczących, jak rzucone piłki odbijają się od siebie. To chyba przerywnik, by pozostali panowie mogli złapać oddech. Zawsze się zastanawiałem na ile Holdsworth pojawił się i przyszedł "na gotową koncepcję i formułę grania", a na ile to jego styl, wizje, pomysły zostały wsączone przez pozostałych w styl Soft Machine - do tego stopnia, iż grupa przeszła tak potężną metamorfozę. Przypomina się Bill Bruford, który mawiał, że "bierzesz saksofon - robi się jazz, bierzesz gitarę - robi się rock" 😁. "Sofci" coraz bardziej zmierzali w stroję tradycyjnego fusion-jazzu, z mocnym uderzeniem sekcji rytmicznej (świetni Marshall i Babbington - choć obaj jako młodzi grali tradycyjny akustyczny jazz) z ogniście i "metalowo" swingującą z pasją gitarą. Floating World to znów okazja by podziwiać jakim nieziemskim gitarzystą - wtedy już ok 30 letnim był śp. Holdsworth.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4747
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/9106816 ... hine-Softs


W tym roku album Softs będzie świętował 50 urodziny, chociaż część materiału powstała już w 1975 i muzycy ogrywali go na koncertach. Przez wiele lat cieszyłem się ze znośnej kopii - niedawno wreszcie sprawiłem sobie oryginał. Niestety ta płyta jest coraz droższa, niekiedy znika z oferty sklepów. Poznałem go ponad 20 lat temu, gdy "w złotej erze e-mule`a" ściągało się tyle muzyki, iż człowiek niejednokrotnie tracił nad tym kontrolę 😂. Ten krążek odsłuchałem wstępnie, gdy wcześnie rano szykowałem się na zajęcia na studiach.... i muzyka zrobiła na mnie spore wrażenie (a konkretnie to "The Tale of Taliesin"). Wcześniej znałem Soft Machine ze wcielenia z Hopperem/Deanem czy trio z ekscentrycznym Robertem Wyattem. To niesamowite jak ten zespół się przeobraził w zaledwie 5 lat. W 76 z oryginalnego składu pozostał jedynie przygnębiony tym faktem Mike Ratledge (który zmarł w ubiegłym roku w lutym). Nowym nabytkiem został gitarzysta John Etheridge, który również miał zająć miejsce głównego solisty. Zarekomendował go wcześniejszy członek fenomenalny Allan Holdsworth. Allan skuszony ofertą by zasilić nowy zespół wielkiego Tony Williamsa po parokrotnych wahaniach porzucił kolegów szykujących do kolejnej trasy. Nie było innego wyjścia jak odwołać koncerty i narazić na poważne straty finansowe. Nie mieli pewności czy przypadkiem nie zdecydować na saksofonistę, lecz postanowili się trzymać nowego wytyczonego kierunku i rozpocząć przesłuchiwania nowych gitarzystów. Jednym z nich był Ollie Halsall - wcześniej w Patto i Tempest Johna Hisemana. O ile jego umiejętności techniczne nie budziły wątpliwości to na przeszkodzie stanął jego "trudny" charakter i "nawiedzona" osobowość - podobno przyszedł na przesłuchanie bez gitary, a na pozostawionej przez poprzednika próbował zębami grać Whole Lotta Shakin Goin` On - Jerry Lee Lewisa (jego "ekscentryczne" zachowanie mogło mieć pewien związek z uzależnieniem od narkotyków). Perkusista John Marshall dał jasno do zrozumienia, że szukali kogoś z większą "jazzową logiką i dyscypliną". Etheridge okazał wyjątkowo trafnym wyborem, choć początkowo nie zrobił na nich wielkiego wrażenia. Pech chciał, że "Sofci" wpadli obejrzeć koncert, gdzie grał z dość "tradycyjną" bluesującą kapelą, ale mimo wszystko uznali, że "ma potencjał". Przyjęcie do tak znakomitego towarzystwa starszych i doświadczonych kolegów (podziwiał ich jeszcze gdy grali w Nucleus) uznał za zaszczyt i nobilitację. Żartował, że ten "awans" doprowadził do małego "kryzysu" w jego małżeństwie, gdyż jako zawodowiec pragnąc "podnieść swoje kwalifikacje" i sprostać najwyższym muzycznym standardom zespołu - nic tylko ćwiczył w domu całe dnie, doprowadzając żonę do szału 😁. Wyzwaniem również było odnaleźć się "towarzysko" wśród poważnych, małomównych panów prawie pod 40tkę (szczególnie Marshall i Babbington). Pojawienie się jego wiecznie uśmiechniętej twarzy miało zbawienny wpływ - John pokpiwał, że oni w końcu musieli rozmawiać z nim, nawet jeśli nie specjalnie rozmawiali ze sobą. Podobnie na koncertach - jego uśmiechnięta twarz stanowiła niezły kontrast ze śmiertelnie poważnymi minami i ściągniętymi brwiami (jakoby w geście "wiecznego niezadowolenia" i irytacji ) starych wyjadaczy.


Softs to pożegnanie jednego z założycieli - niebanalnego organisty i pianisty Mike`a Ratledge`a. Etheridge opowiadał, że w okresie nagrywania Mike "nie robił prawie nic" i wcale się nie pojawiał. Chciał odejść wcześniej ale namówiony przez kolegów zgodził na kolejną trasę ale wydawał się być bardzo nieszczęśliwy. Na Softs jego wkład jest śladowy i bardziej występował w charakterze "gościa", dołożył parę plam swoich syntezatorów w 2 utworach lub prędzej "efektów dźwiękowych" i tyle. Fani byli trochę podzieleni w ocenie albumu. Dla jednych to była udana i logiczna kontynuacja nowego kierunku i ścieżki zapoczątkowany na Bundless... dla innych przesadne inspirowanie się Mahavishnu Orchestra i dryfowanie w stronę "zbyt wygładzonego i sztampowego mainstreamowego fusion". To prawda, że z pierwszym lekko psychodelicznym wcieleniem czy z okresu albumu Third - gdzie ważnym ogniwem był saksofonista Elton Dean - Softs nie miał prawie nic wspólnego (dlatego uważam, że to nie jest ani "gorsza" ani "lepsza" muzyka - to po prostu zupełnie INNY zespół). Machine dzięki ognistej i obłędnej technicznie gitarze Etheridge`a zbliżyli do tego co wtedy grał chociażby Jeff Beck, nie tylko z Janem Hammerem, Colosseum II z Gary Moore`m, Brand X, Isotope prowadzonym przez Gary Boyle`a (zresztą, na krótko zawitał w Machine) - ale jak wspomniałem z Mahavishnu Orchestra McLaughlina.


Miejsce "zgnębionego" Ratledge`a - jako lider i główny kompozytor zajął wszechstronny Karl Jenkins. Ten skupił się wyłącznie na roli akompaniatora i autora ciekawych, opartych na repetycji, dość romantycznych w wyrazie, nawiązujących do rocka-symfonicznego wdzięcznych tematów - ich siła na pewno tkwiła w prostocie. Dawne echo zespołu - przywołane jest przez nieliczne wejścia saksofonu Alana Wakemana - kuzyna TEGO Ricka Wakemana. W pierwszej niewinnej miniaturze Audabe - klasycyzujące motywy mogą się wręcz kojarzyć z sielankowymi impresjami rodem z Camel i ich słynnego Snow Goose. To klasyczna "zmyłka" - gdyż następny The Tale of Taliesin ujawnia prawdziwe oblicze "nowego" Soft Machine. Najpierw budujący niepokój introdukcja czujnego fortepianu Jenkinsa, otwierający szeroko wrota do emocjonalnego wejścia gitary Jona, nagle tempo przyśpiesza, a zagrany w obłędnym tempie riff unisono przez bas Babbingtona i Moog Jenkinsa - stanowi akompaniament dla szaleńczej pogodni po gryfie Etheridge`a - godny samego McLaughlina. To był pierwszy utwór, który poznałem z tej płyty - nie zapomnę jak mi szczęka opadła. Wcześniej coś słyszałem o Johnie, raczej jako nazwisko w encyklopedii jazzu. Znakomite jazz-rockowe granie mamy również w innym najlepszym utworze na płycie - znów opartym na transowym riffie basu Roy`a - Ban-Ban Caliban (warto przypomnieć, że muzyk grał na ciekawym instrumencie - dość rzadkim 6 strunowym basie będący czymś pomiędzy gitarą basową a solową - brzmienie, które osiągał było nietypowe, pasujące do jego gęstych wirtuozerskich pochodów). Roy wkrótce sam odszedł - by pewnej "świeckiej tradycji" zespołu stało się zadość: "ludzi nie było stać by grać w Soft Machine" (czyli zarobki były zbyt nędzne by się utrzymać z takiej muzyki). Chwilę wytchnienia mamy w melodyjnym, balladowo-bluesującym Song of Aeolus - gdzie John prezentuje, iż bardziej wrażliwa i emocjonalna gra również nie jest mu obca. To dość melodyjny i konsekwentny album - mimo pewnych naturalnych kontrastów - każdy utwór "płynnie przechodzi" w następny i jest jego logiczną odpowiedzią. Mamy perkusyjne solo Marshalla w Kayoo i solowe popisy na tle nieustannie zmieniających się schematów harmonicznych w Camden Tamdem.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
boczeq
epka analogowa
Posty: 842
Rejestracja: 17.04.2007, 16:57

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: boczeq »

Może trochę OT ale...w końcu pojawiło się to nagranie:

https://www.youtube.com/watch?v=oOX6iwKBaNs

chyba nikt wcześniej nie linkował.
Fajnie, że ciągle coś ciekawego wypływa...
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4747
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: Inkwizytor »

Hej - mamy powrót legendarnej postaci :D . Wielkie dzięki za ten rarytas - wyjątkowa okazja by pooglądać jeszcze "klasyczny" skład z Philem Howardem na perkusji - nie trwało to zbyt długo, bo wkrótce zastąpił go znacznie bardziej finezyjny i wszechstronniejszy John Marshall. Przyznam, że nie przepadałem nigdy za stylem Howarda - zdawał mi się niekiedy "walić bez opamiętania na oślep" - że dzięki temu video zweryfikuję swoją opinię ?.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4747
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: Inkwizytor »

Breda - miasto w Holandii niewiele mówi naszym rodakom. To istotny ośrodek kulturalno-naukowy. Znajduje się tam m.in. akademia sztuk pięknych, szkoła muzyczna i teatralna, akademia wojskowa, liczne biblioteki i muzea. Jest jednym z głównych skupisk polonijnych i zaraz po Amsterdamie drugim centrum wyrobów czekoladowych i cukierniczych 😁 (więc warto kiedyś je odwiedzić). Zespół Soft Machine zawsze miał status bardziej "kultowy" niż "popularny" i to właśnie w środowiskach intelektualnych i akademickich. Tam mieli najdoskonalsze przyjęcie swojej wcale niełatwej muzyki i mogli być spokojni, że w żadnym razie nie przypadkowa publiczność będzie w największym skupieniu siedzieć spokojnie i słuchać tego co mają do powiedzenia.


Nie ukrywam, że show "Breda Reactor" z 1970 należy do moich ulubionych koncertów Softów z wyjątkowego okresu - gdy występowali - jedne źródła podają parę miesięcy, a inne, że raptem parę tygodni w 5 osobowym składzie z drugim saksofonistą, flecistą i sporadycznie wokalistą Lynem Dobsonem. Smutne jest jak wielu z nich już nie ma na tym świecie. W ubiegłym roku pożegnaliśmy Mike`a Ratledge`a, basisty Hugh Hoppera nie ma z nami od 2009, a saksofonista Elton Dean zmarł prawie równo 20 lat temu. Pamiętam zabawny moment z filmu "Rocketman", gdy w trakcie podróży furgonetką z koncertami - młody i naiwny ( jeszcze wtedy ) Reginald Dwight zwierza się kompanom, że poważnie myśli, by przybrać jakiś mocny artystyczny pseudonim - "... może Elton Dean...?". A na to jeden z muzyków - "... nie ma mowy, to Ja jestem przecież Elton Dean..." 😂. A mnie w kinie olśniło - przecież to jest przyszły saksofonista Soft Machine !!! 😁. Chyba wtedy byłem jednym człowiekiem na sali kinowej, którego ta scenka rozbawiła i wiedział kim w ogóle był Elton Dean. Wśród żywych jest ekscentryczny perkusista i kontrowersyjny wokalista (od 1973, o ironio - od czerwca / june) sparaliżowany od pasa w dół) - legendarny Robert Wyatt, w/w Lyn Dobson - choć ma już 87 lat oraz starszy brat w/w Hoppera - Brian, który był odpowiedzialny za wydanie tej płyty oraz odpowiednio zredagowany komentarz w książeczce.


Jakiś czas temu oglądałem wspominkowy dokument o śp. Jerzym Stuhrze. Opowiedział coś co bardzo mi wpasowało do charakteru i aury ówczesnej muzyki Soft Machine. Przy okazji wykonywania na deskach teatru sztuki - dramatu "Emigranci" Sławomira Mrożka - występował razem z inną legendą śp. Jerzym Bińczyckim. Opowiadał, że on był ekspresyjny, mówił dużo i szybko, wiele gestykulował.... dla kontrastu Bińczycki mówił zdecydowanie za wolno. Każdego z nich drażnił styl partnera - Jerzy wręcz odganiał się od Jerzego rękami, z kolei Stuhr się irytował - dlaczego jego kolega mówi tak wolno... on chce szybciej. Reżyser im wytłumaczył, że ich emocje są jak najbardziej adekwatne - na tym sztuka ma polegać - "na drażnieniu się wzajemnie"... oraz przy okazji widzów.


Tak się jakoś osobliwie składa, że zawsze o tej porze roku - czyli przy okazji "przedwiośnia" muzyka Softów wyjątkowo mi wchodzi do głowy, lepiej ją czuję i koniecznie muszę po jakiś koncert czy nagrania dla BBC sięgnąć. Z przerażeniem obserwuję, że archiwa zespołu na CD są coraz droższe i trudniej dostępne. Ja na szczęście większość zbiorów zastąpiłem oryginałami ponad 10 lat temu. Breda ukazał się również ponad 20 lat temu. Zawiera "prawie" cały występ z 31 stycznia. W komentarzu Briana czytamy, że sala Het Turfschip miała koszmarną akustykę, o betonowej podłodze ze skrzypiącymi drewnianymi krzesłami - ktokolwiek się ruszył to robił się tragiczny hałas. Dlatego sam zainteresowany uznaje, że zakrawa wręcz na cud, że jakość tych nagrań jest całkiem przyzwoita - jak na współczesne standardy - brzmi trochę jak z audycji radiowej. Przy okazji mamy z tyłu książeczki przewrotną "reklamę" i przypomnienie pewnego urządzenia, którego używali saksofoniści by nagłośnić swój dęty instrument tzw. "Bug" - wysoce niedoskonały, zawodny, powodujący zlewanie się dęciaków, trudności w odróżnieniu co to w ogóle za instrument oraz przekłamania, przestery i inne nieproszone dźwięki. Od lat trwa w sumie ciekawa dyskusja / polemika czy spór miedzy fanami Machine - dotycząca tego, czy wysoce niedoskonałe, niekiedy tragiczne i prymitywne warunki techniczne wielu nagrań z koncertów, w studio - wpłynęły pozytywnie czy negatywnie na charakter i ostateczny kształt ich muzyki. Ja nadal stoję na stanowisku - (jako fan bootlegów - czego wcale nie ukrywam) - że gdyby ich utwory zarejestrować na dzisiejszym sprzęcie cyfrowym, korzystając z komputerów, efektów itd - to ta krystaliczna sterylność - przyczyniłaby się do wyjałowienia ich przekazu. Zgodnie z nazwą - "Machine" - czyli "Maszyna" - musi hałasować, musi rdzewieć, między elementami musi dochodzić do tarcia, zużywania się, nawet zniszczenia. Czyli gdy ta maszyna ruszy - jej naturalne (może "naturalistyczne") dźwięki muszą drażnić. Dziwne, że takie płynące jakby z piekielnych czeluści, z katakumb, z podziemi, z trzewi i bebechów - niekiedy okrutnie przesterowane brzmienie, pełne gniewu, agresji i furii... pochodzi od typowych bardzo powściągliwych Anglików o szerokim wykształceniu. Jeden z managerów wspominał, że ci panowie - potrafili godzinami rozprawiać o muzyce, malarstwie, literaturze, filozofii, psychologii. Muzycy drażnili zachwyconą publiczność zniekształconym za pomocą efektów gitarowych a la Hendrix - brzmieniem basu oraz organów Lowrey (w opisie jest błędnie "Lowery"). Gdy dojdą do głosu potrafią "przekrzyczeć" pozostałych - wyją jak dzikie aczkolwiek inteligentne bestie. Nie brak też odcinków, gdy instrumenty brzmią klarownie i klasycznie np bas Hoppera czy elektryczne piano Ratledge`a - wtedy chyba jeszcze korzystał z Hohner Pianet - nie Fender Rhodes.


Członkowie zespołu drażnili również siebie nawzajem. Nie wiem czy był drugi zespół, którego muzycy aż tak krytycznie podchodzili do siebie nawzajem. Już w tym czasie dokonał się pewien podział na 2 obozy (albo i na więcej) - Mike i Hugh chcieli skupić na czysto jazzowym podlanym awangardą graniu, a skory do wygłupów i mający słabość do dadaizmu i surrealizmu Robert chciał eksperymentować z głosem, grać muzykę bardziej otwartą - krytykował kolegów, którzy jego zdaniem za bardzo poszli w stronę jazzu. Ich z kolei coraz bardziej przyprawiały o niesmak spontaniczne wokalizy Wyatta, a przy okazji wypominali mu, że niegdyś to On był wielkim entuzjastą jazzu. Robert potrafił wypalić, że kompozycje Mike`a brzmią jak grzeczny, poprawnie ułożony uczniak prywatnej szkoły zmierzający ze swoim przydzielonym obiadkiem. Doprawdy trudno się w tym wszystkim połapać i zakrawa na cud, że panowie cokolwiek nagrali i wytrzymali ze sobą i tak "długo". Jakby było mało różnic muzycznych i stylistycznego zamieszania - swoje dokładali obaj saksofoniści. Elton Dean miał słabość do free. Z kolei równie "spontaniczny" Dobson też podobnie jak Wyatt chciał przemycić trochę pierwiastków "wygłupu" i dobrej zabawy - słychać to gdy w trakcie solówek fletu wrzuca "szalone" wokalizy - w trakcie np. "Backwards" i najdłuższego "Facelift". Dla kogoś z zewnątrz to wszystko może dziwnie wyglądać jak się to czyta - jednak w trakcie lektury "prawie" całego koncertu (niestety ostatni zagrany na bis "We Dit It Again" - został pod koniec ściszony, nie wybrzmiał w całości - zabawne, bo riff mocno kojarzy się z hiciorem The Temptations "Get Ready" oraz Lesa McCanna "Compared to What") mimo w/w "drażnienia" te wszystkie elementy układanki zdają się pasować do siebie wręcz idealnie. Kwintet na ten krótki czas naprawdę stał się solidną maszyną.


Panowie wtedy powoli żegnali się ze starym materiałem, który już nie sprawdzał się jak dawniej i nie pasował do nowego kierunku w jakim podążali np. "We Dit It Again" czy "Hibou, Anemone & Bear" - choć w tym drugim formacja zaprezentowała się od najlepszej strony. Jednocześnie powoli wprowadzali do repertuaru nowe, nie zawsze gotowe, czasem w szczątkowej formie kompozycje, które znajdą na przełomowym i uznanym za najlepszy albumie "Third" - czyli "Moon in June" czy "Out-Bloody-Rageous". Koncert - podobnie jak u Zappy - ma charakter jednej wielkiej 85 min. suity, poszczególne kawałki płynnie przechodzą jeden w drugi. Nie dane było zachwyconej i zapewne niekiedy zbitej z tropu widowni oklaskiwać ich po co bardziej udanych fragmentach - wielką owację z mocnym tupaniem zgotowali im dopiero pod koniec. Należy żałować, że kwintet nie pograł ze sobą dłużej. Może gdy stali się kwartetem Sofci nabrali większej "zwartości" i "koncentracji", jednak z Dobsonem coś utracili. Na Breda muzyka bywa niekiedy jakby "radośniejsza", potem przeważył pierwiastek intelektualnej kalkulacji oraz flirtu z free. Brian Hopper w komentarzu wskazuje, że Lyn czuł się muzycznie osamotniony i "izolowany", a pozostali raczej krzywo patrzyli na jego wokalizy - mogły się kojarzyć z równie kontrowersyjnymi "zawodzeniami" Captaina Beefharta - ale to dość odległe skojarzenie. Słuchając występu z Breda zadziwia na jak wysokim poziomie ustawili pewien kanon jazz-rocka. Ratledge i Hopper wspominali, że cenili Davisa z okresu "Bitches Brew" i koncertów z Fillmore.... tylko, że one ukazały się kilka miesięcy później i w styczniu 1970 nie mieli prawa ich znać. Nikt nie wie czy Miles zetknął z dokonaniami tej angielskiej formacji, uważam, że mogli na nim zrobić wrażenie. Wychodzi na to, że młodzi angielscy intelektualiści doszli niezależnie od boskiego Davisa to podobnych wniosków słuchając np. Cannonballa Adderleya, Colemana czy Aylera plus Hendrixa, z którym nawet jamowali. Set lista jest znakomicie ułożona - a pod koniec koncertu - począwszy od "Esther`s Nose Job" - panowie naprawdę podkręcają tempo i "dokładają do pieca". Entuzjaści w ich próbach dostrzegali jakby zapowiedź heavy metalu, trashu czy industrialu. Nie jest to AŻ tak dalekie od prawdy.
Załączniki
breda.jpg
breda.jpg (169.5 KiB) Przejrzano 1235 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4747
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: Inkwizytor »

https://www.terazmuzyka.pl/legenda-rock ... z-17-plyt/


Soft Machine szykuje gratkę dla najbardziej zakręconych i majętnych fanów - 17 płytowy box z okresu 1970/1974 - obejmujące okres między albumami "Third" i "Seven" - plus nagrania koncertowe, sesje dla BBC, wersje alternatywne itd. Mam wrażenie, że w 85% procentach będzie to co już większość fanów od dawna i tak już posiada w swoich zbiorach. Podobnie było z boxem Camel "Air born" sprzed paru lat. Prezentuje się okazale :D .
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
akond
album CD
Posty: 1999
Rejestracja: 04.09.2020, 13:09
Lokalizacja: Wrocław

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: akond »

Burning Shed daje już dokładną rozpiskę i udostępnia pre-order:
https://burningshed.com/artists/soft-ma ... ime_boxset

Na pierwszy rzut oka główną atrakcją blureje z wideo, bo to, co na 14 cedekach audio, niemal w komplecie ukazało się wcześniej (a wiele świetnych nagrań pominięto, choćby Høvikodden).
Fajne może też być książczycho, jeśli będzie na poziomie tych z boksów Hamilla czy VdGG. W cudowne nowe remastery jakoś nie wierzę (o niczym takim zresztą nie piszą).

Wg mnie rzecz dla kompletystów lub świeżych/okazjonalnych fanów, którzy chcą za jednym zamachem załatwić znaczącą część tematu SM 1970-1974.

Przy czym boks wyceniony rozsądnie.
Awatar użytkownika
crescent
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 6049
Rejestracja: 21.06.2009, 16:53

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: crescent »

Mogliby te blureje wydać osobno.
boczeq
epka analogowa
Posty: 842
Rejestracja: 17.04.2007, 16:57

Re: Soft Machine - wydawnictwa i bootlegi.

Post autor: boczeq »

To wszystko jest bardzo fajne, reedycje, kolejne boxy, blureje itd...ale kiedy i czy w ogóle wypłynie materiał z koncertu z Dortmundu, Westfalenhalle (Sound & Musik Festival) - 8.12.1978 - SM grało wtedy z SBB i Colosseum II?
ODPOWIEDZ