George Benson

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Białystok
box
Posty: 9724
Rejestracja: 03.01.2013, 08:21
Lokalizacja: Białystok

Re: George Benson

Post autor: Białystok »

właśnie zacząłem od Beyond The Blue Horizon a potem jeszcze nabyłem White Rabbit.

Nie mogę powiedzieć złego słowa o tych płytach (kompozycje, wykonanie) jednakże dla mnie na dłuższą metę to po prostu zbyt grzeczna i spokojna muzyka. Fajne jako tło ale mieć na półce nie ma sensu.
Awatar użytkownika
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 16205
Rejestracja: 11.04.2007, 21:33

Re: George Benson

Post autor: B.J. »

Maciek pisze: ↑15.05.2020, 19:02 Warto wspomnieć, że Benson dochował tradycji, zgodnie z którą (począwszy od lat 80.) wydaje jedną dobrą płytę na dwadzieścia lat. Może nie jest to poziom świetnego Absolute Benson, ale po kilku ostatnich słabiuutkich wydawnictwach nie sądziłem, że jeszcze uda mu się mnie pozytywnie zaskoczyć.

George Benson - Walking to New Orleans: Remembering Chuck Berry and Fats Domino (2019)
Obrazek

OK, na pewno pomocny okazał się sam repertuar, który trudno byłoby zepsuć nawet mniej sprawnym muzykom niż Benson, no ale to też nie jego wina, że wybrał sobie na album świetne piosenki i sprawnie się pomiędzy nimi porusza. Płyty słucha się bardzo przyjemnie, pojawiają się oczywiście firmowe solówki-mruczanki, choć muszę przyznać dla mnie mimo wszystko za mało tu Bensona w Bensonie. Na pewno posłucham jeszcze kilka razy i na pewno dużego zawodu nie będzie, ale szybszego bicia serca chyba jednak też nie.

Nadine
Dawno już nadrabianie zaległości nie przyniosło mi takiej radosnej niespodzianki. Rock`n`roll :!: Świetna, taneczna płyta, przenosząca w czasie do lat `50 USA, nagrana ze swobodą i elegancją. Rodzynek w dyskografii, choć z takiego właśnie grania Artysta był wyrósł.
Awatar użytkownika
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 16205
Rejestracja: 11.04.2007, 21:33

Re: George Benson

Post autor: B.J. »

Obrazek

George Benson - Tenderly (1989)
Muzyk w pełni sił życiowych, z ogromnym doświadczeniem, nagrał płytę z takimiż kolegami (m.in. McCoy Tyner), na której pokazują wspólnie jak się to robi. Jak ekstremalnie klasycznie i pięknie zagrać i zaśpiewać standardy. Wielka klasa.
Na płycie jest 8 zróżnicowanych kompozycji opowiedzianych językiem jazzu. George śpiewa w sześciu z nich, a w siedmiu gra na gitarze. Poza tytułowym kawałkiem we wszystkich słyszymy kwartet, czasem z towarzyszeniem dodatkowych muzyków, w tym i nienachalnej orkiestry. Jest delikatnie - zgodnie z tytułem i nawet jak grają mambo, to z taką miękką gracją idealnie w punkt.
Niewielu to doceni, bo ani pod koniec lat `80, ani tym bardziej teraz już się tak nie gra, chyba że gdzieś może na peryferiach Las Vegas lub na statku pośrodku oceanu otulając się bezpiecznie muzyką wobec jego potęgi.
Jeśli nawet jednak nic nam nie grozi, to i tak warto oddać się tym relaksującym dźwiękom. Polecam :!:
Awatar użytkownika
Maciek
box
Posty: 9073
Rejestracja: 15.04.2007, 02:31

Re: George Benson

Post autor: Maciek »

George Benson - Dreams Do Come True: When George Benson Meets Robert Farnon (2024)
Obrazek

Kolejny album Bensona, na którym sięga po kompozycje innych. Repertuar oraz towarzyszenie orkiestry wymuszają dosyć konkretną aurę całości, nie ma się co łudzić, że będą tu leciały iskry spod strun. ;)
Nie jest to zły album, choć chyba nie będę do niego wracał, natomiast może on być udanym tłem dla kogoś, kto będzie chciał wejść w grudniowy klimat przedświąteczny.
https://www.youtube.com/watch?v=CdwHn3B ... iU&index=2
Adoptuj, adaptuj i ulepszaj.
Awatar użytkownika
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 16205
Rejestracja: 11.04.2007, 21:33

Re: George Benson

Post autor: B.J. »

Maciek pisze: ↑27.11.2024, 16:01 George Benson - Dreams Do Come True: When George Benson Meets Robert Farnon (2024)
Materiał nagrany w 1989, po czym nie wydawany, aż do teraz. Ponoć gdzieś się był zawieruszył. No ale jest i dobrze, ale jak by nie było, to też nie byłaby jakaś niebotyczna strata. Roberta Farnona już z nami nie ma blisko 20 lat, to i taki trochę tribute z tego wyszedł. I w sumie dobrze. A i miło posłuchać evergreenów w solidnym wykonaniu.
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: George Benson

Post autor: Inkwizytor »

"Give Me the Night" - czyli "Daj Mi Noc", Gerge Benson wystosował tę gorącą prośbę do swojej wybranki już w 1980 (i coś mi mówi, że ją dostał), wyprzedzając o jakieś 5 lat nasz krajowy Bolter i ich "Daj Mi Tę Noc", może z tą różnicą, że Benson nie dawał wskazówek o którą konkretnie "noc" mu chodziło 😁. Szalenie przystojny George, był obiektem westchnień wielu kobiet i zazdrości "mniej przystojnych" kolegów po fachu. Zawistnicy niekiedy robili mu nie najlepszą opinię - niepoprawnego kobieciarza. A tak naprawdę już jako 19 latek poślubił swoją żonę Johnnie Lee w 1962 i raczej był jej wierny 😂. Z tym krążkiem i przebojowym singlem - utworem tytułowym wiąże się świetna anegdota. Wbrew pozorom to "bohaterem" tego albumu okazał się.... Lee Ritenour. Po latach przesympatyczny i wszechstronny, zawsze profesjonalny gitarzysta z rozbawieniem opowiadał co się wydarzyło pewnej nocy. Producent Quincy Jones miał go, gdy już prawie spał, w środku nocy ściągnąć rozpaczliwym (aczkolwiek nieznoszącym sprzeciwu) głosem, by natychmiast wrócił do studia i .... naprawił solo w tytułowym kawałku. Okazało się, że drugi inżynier - coś pokręcił i nałożył solo Bensona na inną ścieżkę. Lee udzielał się na albumie jako gitarzysta rytmiczny i pomagał liderowi w ustawieniach gitary, efektów itd. George był już w drodze do swojego domu na Hawajach i nie było mowy by wrócił i zagrał ponownie, a terminy goniły i kawałek musiał być gotowy tej nocy. Początkowo Lee miał problem bo Benson grał na ciężkiej gitarze o grubych strunach, jednak kilka minut i opanował sytuację. Podobno na tym utworze było ok 100 ścieżek z kilku wielośladowych magnetofonów - Quincy musiał osiągnąć swoje rozpoznawalne brzmienie. Ritenour pokpiwał, że chodziło raptem parę nut w 3/4 taktach - a zajęło im to kilka godzin. Lee jednak nigdy nie odmawiał - stąd jego znakomita reputacja faceta, który zawsze daje radę i uśmiech nie schodzi mu z twarzy - zero fochów. Uczciwie trzeba przyznać, iż ich style aż tak radykalnie się nie różniły (jako spadkobiercy Wesa Montgomery). Stąd łatwo przyszło mu naśladować sławnego kolegę. Jones miał na nim wymusić - by nigdy nikomu nie zdradził co się stało.... dopiero dekadę później, gdy obaj gitarzyści często razem podróżowali i dzielili afisze na festiwalach - odważył się zagadać do przyjaciela na lotnisku - "czy kiedyś opowiadałem Ci co się wtedy wydarzyło ?"....Wiedział doskonale, że nie - zaciekawiony George zachęcał "... nie bracie (tak się zwracał do bliskich przyjaciół) - opowiadaj...". Ritenour wyłożył wszystko, a Benson tylko parsknął śmiechem i miał dobry ubaw - że tyle zarobił, ludziom się przebój podobał, a przez tyle lat nie miał pojęcia, że to "nie on" grał 😁.


U nas Benson nigdy nie był specjalnie popularny. Gdy posłuchamy albumu "Give Me the Nigh" - to mamy już w 1980 prawie gotowe charakterystyczne brzmienie na tle którego świat oszalał przy okazji "Thillera" Michela Jacksona. W przekroju krążka czuć geniusz i mistrzostwo producenta Quincy Jonesa. Nie można się dziwić, że płyta zdobyła 3 nagrody Grammy i była nominowana w wielu innych kategoriach. Benson coraz bardziej stawał się gwiazdą pop.... niestety powoli odrobinę mniej jazzmanem, jednak bynajmniej nie zapomniał do czego służy gitara. W tytułowym - który "uratował" Ritenour - popisuje się, co prawda krótką ale be-bopową partią jednocześnie śpiewając scatem - co stało jednym z jego rozpoznawalnych patentów. Trzeba przyznać, że jako wokalista był świetny. Prezentował się również wybornie - wystarczy zerknąć na jego teledysk do tego utworu, w którym przy zachodzącym słońcu w wystrzałowej marynarce wśród spacerowiczów gra na gitarze.... jeżdżąc jednocześnie na wrotkach 😁. Mój egzemplarz - jako replika mini winylu pochodzi z zestawu Original Album Series. Dawniej pewnie nie zwróciłbym uwagi na ten album - na pewno bardziej adresowany dla "czarnej" widowni, biorąc pod uwagę mieszaninę popu, r&b, funku, soulu, disco, motown, słodkiego fusion itd. Jednak z wiekiem gusta "ewoluują" i człowiek docenią takie "smooth-jazzowe pościelówy" 😂. Zgodnie z tytułem - utwory dotyczą tematyki "nocnego życia", "nocnych doznań" i generalnie bardzo dobrze się ich słucha o tej porze, po ciężkim dniu, gdy można zapalić nocną lampkę - do czego zachęca nas sam lider "Turn out the Lamplight" .... no.... nie do końca - on chciał raczej zgasić w wiadomym celu 😉. Możemy sobie wyobrazić taką scenkę, że lądujemy w sali koncertowej eleganckiego hotelu lub w ekskluzywnym koktajl barze dla samych VIP`ów....sączymy swojego drinka...a na scenie nie kto inny jak George Benson. Właściwie tego fusion / jazz-rocka nie mamy za wiele... jeśli już to w bardzo złagodzonej, wypieszczonej, "pluszowej" formie - jednak to świetnie zaaranżowanej i zagranej przez najlepszych piosenki - nawet jeśli początkową nie robią wrażenia - jak np. "What`s On Your Mind" - to potem dzięki np jego solówce do spółki z głosem - mogą zacząć się podobać. Muzycy sesyjni to same asy - np. Ritenour, Tee, Hancock, Duke, Phillinganes, Vega, Laboriel, Da Costa czy Boddicker. Benson jest i czuły i niezwykle pogodny - czy w instrumentalnych - rytmicznym "Off Broadway" (za którego dostał właśnie Grammy), romantycznym "Dinorah, Dinora" (autorstwa samego Ivana Linsa), czy w dalekich od sztampy balladach jak "Star of a Story" (ciekawa melodia i rożne smaczki - jakbyśmy zagłębili się i odbyli spacer w środku jakiegoś egzotycznego akwarium). W wielu miejscach mamy też zapowiedź tego w jakim kierunku uda się w/w Ritenour - pod koniec lat 80. Idealna płyta na piątkową lub sobotni baaardzo późny wieczór. Jeśli człowiek zaczyna słuchać i doceniać takie rzeczy - to albo wreszcie "się otworzył" lub do reszty "sflaczał" i zaczyna się starzeć 😂.
Załączniki
night1.jpg
night1.jpg (196.21 KiB) Przejrzano 1017 razy
night2.jpg
night2.jpg (224.72 KiB) Przejrzano 1017 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: George Benson

Post autor: Inkwizytor »

George Benson - "In Concert" w legendarnej Carnegie Hall. W tym roku świętuje 50 urodziny, choć nagrań dokonano w styczniu w 1975. Nie jest łatwo trafić ten album, raczej rzadko pojawia na aukcjach. Wśród fanów jest dość szanowany, ale generalnie trochę traktowany "marginalnie" (ot... można posłuchać i tyle). Recenzenci byli zgodni, definiując krążek jako solidny, rzetelny dokument, kiedy "Benson jeszcze grzał na wszystkich palnikach" i zanim tak szybko przestawił się z gitarowego ognia na pozycję gwiazdy pop. "In Concert" może nie jest jakimś przełomem, prędzej można go zaliczyć do jeszcze poprzedniego okresu, a George był dosłownie o krok od nieprawdopodobnego sukcesu jakim okazał się album "Breezin`" z przebojowym nagraniem tytułowym oraz ukochanym przez fanów niezapomnianym i bardzo romantycznym "This Masquerade". Pewne sygnały o nadchodzącej "ludycznej" popularności i podbijania list przebojów dawało się dostrzec już wcześniej np. na bardzo ciepło przyjętym i dobrze sprzedającym się "Bad Benson" z 1974. Na koncercie z Carnegie Hall również mamy wyraźny sygnał bardziej "komercyjnych" zainteresowań i ciągot gitarzysty - dość smooth-jazzowo i soulowo zagrany z wokalem lidera standard "Summertime" z jazzowej-opery "Porgy and Bess". Koncert prezentuje dość szerokie spektrum jego muzycznych i stylistycznych zainteresowań. Jest ciekawie zaaranżowany z silnie funkową sekcją rytmiczna standard Desmonda i Brubecka - "Take Five", gdzie Benson popisuje się piekielnie precyzyjną, silnie rytmiczną i technicznie bez zarzutu grą. Może niekiedy jego atak na strony może się wydawać zbyt perkusyjny, a brzmienie metaliczne. W późniejszych latach za sprawą chociażby grubszych strun jego ton był o wiele bardziej ciepły i nabrał stosownej głębi, co również powodowało, że innym gitarzystom nie było wcale łatwo zagrać na jego gitarze np. biednemu Lee Ritenourowi, gdy musiał "załatać" i "uratować" jego solo w przeboju "Give Me the Night". Każdy utwór to zupełnie inny klimat. Niezwykle wzbogaca brzmienie i odbiór muzyki śledzenie ciekawych partii fletu Huberta Lawsa w wyluzowanym, lekko balladowym i funkowym "Gone" oraz post-bopowym, pędzącym na złamanie karku "Octane" (obie to kompozycje lidera). W tym ostatnim prawie każdy z muzyków może wreszcie pokazać na co go stać, mamy sola w/w Lawsa, wyborny i nienaganny timing basisty Wayne`a Dockery, swingującą jak szalona perkusję Marvina Chappella i solo na elektrycznym pianie Fender Rhodes wiernego muzyka - Ronnie Fostera. Sam Benson udowadnia niedowiarkom, że naprawdę należał do ścisłej czołówki gitarzystów jazzowych. W porównaniu do analogowego oryginału - wersję CD wzbogacono o jeden z ciekawszych kawałków na płycie - utrzymaną nieco w duchu latynoskim kompozycję "Sky Dive" Freddie Hubbarda z interesującą melodią i zmianami harmonicznymi. Na oryginalnym albumie Freddiego - "Sky Dive" gościnnie zagrali Benson i Laws (uważny słuchacz wyłapie, że zapowiadając ją - lider używa słowa "Brother" w stosunku do autora - tak właśnie określał osoby bliskie swojemu sercu, czyli "brat" / "bracie" 😁). Hubbard przez kilka lat silnie flirtował z bardziej akustyczną odmianą "fusion-jazzu" nagrywając podobnie jak Benson dla wytwórni CTI stąd to charakterystyczne brzmienie i feeling. Nie wszystkim może jazz lub jazz-rock a la CTI odpowiada, ale nie brakuje tam wartościowych rzeczy i to dość przyswajalnych. Niezmiennie - wszystko pozostaje w rodzinie.
Załączniki
bens.jpg
bens.jpg (101.81 KiB) Przejrzano 905 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 16205
Rejestracja: 11.04.2007, 21:33

Re: George Benson

Post autor: B.J. »

Obrazek

The TV Broadcasts 1976-1978 (2023?)
Wydawnictwo nieoficjalne zbierające nagrania gitarzysty z różnych występów telewizyjnych. Większość nagrań to utwory pochodzące z hitowej płyty Breezin', z czego tytułowy jest w trzech różnych wersjach (w tym z Carlosem Santaną), a This Masquerade - w dwóch (w tym z Dionne`ą Warwick). Poza tym mamy sekwencję przebojów Nature Boy, On Broadway i Take Five, a po nich najciekawiej chyba zagrane Affirmation Joségo Feliciana. Jakość artystyczna tych interpretacji jest zadowalająca, podobnie techniczna, jeśli umówimy się, że jesteśmy archiwistami, bo audiofile nie mają tu czego szukać. Całość należy właściwie potraktować jako gratkę dla komplecistów i tylko im można tę pozycję polecić. Pozostałym ewentualnie do jednokrotnego odsłuchu. Nie, żeby było to słabe, ale jest po prostu wiele znacznie lepiej nagranych i bardziej udanych wersji tych utworów.
Label FM Concert Broadcasts Ltd. to wg discogs bootleger znany również pod marką Gonzo Multimedia. Na płycie znajduje się także napis Made in Poland. 8)
W katowickim Komisie dałem 20 zł za zafoliowaną płytę. Czuwaj :!:
Awatar użytkownika
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 16205
Rejestracja: 11.04.2007, 21:33

Re: George Benson

Post autor: B.J. »

Obrazek

Twice the Love (1988)
Młody, przystojny i elegancki, ale jednak jest się do czego przyczepić. Nietrudno zauważyć, że kolor i faktura poszetki nie korespondują idealnie z odcieniem gitary, której zresztą na tym albumie pozostaje istotny deficyt. Muzycznie to technologiczny pop drugiej połowy lat 80, trochę w klimatach Micheala Jacksona, ale niestety w ogólnym rozrachunku nic tam fajnego nie ma. Wspomnienie o Bensonie-gitarzyście reprezentuje tu właściwie tylko 1 utwór instrumentalny (albo 2 jeśli mowa o wersji cd). Poza tym mamy Bensona-wokalistę w kawałkach, które jakoś nie są zaraźliwe i dobrze, bo nie są też specjalnie udane. George zawsze był technicznie dobrym wokalistą i wyrósł poniekąd z r&b, więc od strony wykonawczej nie ma go za co ganić, ale już za repertuar to i owszem. Może nie są to kompozycje złe, ale chciałoby się zapamiętać cokolwiek, a przesłuchałem album kilka razy i nic nie zostało. W niektórych utworach Benson sobie akompaniuje na gitarze, czasem doda jakieś ozdobniki, ale i od tej strony nie ma czego zapamiętać, więc dla mnie klops. To oczywiście kwestia gustu, ale ja całość serdecznie odradzam.
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: George Benson

Post autor: Inkwizytor »

Gdyby ktoś szukał stosownej "płyty na lato" Bensona - to śmiało może sięgnąć po "Giblet Gravy" z 1968. Mnie już zawsze będzie się kojarzyć z atmosferą gorącego lata i żaru z nieba, gdyż właśnie wtedy poznałem ten krążek. O ile dobrze pamiętam jakieś 26/27 lat temu - na przełomie lipca i sierpnia. Najpierw przypadkiem nagrałem sobie z jakiejś nocnej audycji z radia z satelity, a wkrótce w Empiku w Katowicach w ramach "letniej wyprzedaży / czyszczenia magazynów / płyty na lato" nabyłem oryginał w digipaku i to śmiesznie tanio - może coś ok 22 zł ? :roll: . Trudno uwierzyć, że kiedyś Empiki miał dział płyt jazzowych (i to całkiem rozbudowany) i takie rzeczy za niewielkie pieniądze były w ofercie. Akurat byłem w ciągłych rozjazdach i niekończących się podróżach pociągami, żar lał się z nieba, a w nieklimatyzowanych prymitywnych wagonach było jeszcze gorzej.

Nie brakuje osób uważających, że to jedno z jego najlepszych dokonań z jego wcześniejszego okresu. O ile się nie mylę Benson akurat wtedy na świeżo przeszedł pod skrzydła wytwórni Verve, by w pewnym sensie wypełnić "lukę" po ich wcześniejszej gwieździe - Wesie Montgomery. Krytycy, dziennikarze i fani to w Bensonie widzieli jego następcę i kontynuatora pewnego kierunku zawierającego przystępniejszą wersję jazzu, bliższą radiu, taką idealną do niedzielnego popołudniowego obiadu, mocno podlanego soulem, r`n`b, wytwórniami Motown i Stax plus rzecz jasna ze smyczkami, sekcją dętą i od czas do czasu chórkami. To wszystko niczym dobry wielodaniowy obiad - ten album zawiera. Wystarczy rzucić okiem na okładkę - widzimy młodego, szczupłego, zabójczo przystojnego z szelmowskim uśmiechem George`a z filiżanką kawy (dostrzegamy nawet butelkę 7up) zerkającego uwodzicielsko w stronę uroczej młodej damy, która powoli delektuje się swoim zamówionym posiłkiem - jakiś stek, ryż lub kasza, a na osobnym talerzyku świeże pomidory i coś tam jeszcze. Możemy sobie wyobrażać co sobie myślał gitarzysta - czyżby jak Krzysztof Hanke ? - "... będziesz dziś moja, nie uciekniesz daleko... boś kulawa ..." ? :D lub to co inni w takich sytuacjach powiedzieli by bezczelnie kabareciarze - "... pyszne danie.... a d.... rośnie..." :wink: .

Przyznam, że początkowo nie byłem do końca przekonany do tej konwencji i stylistyki. Wtedy nie miałem w swoich zbiorach zbyt wielu płyt jazzowych i z słuchałem dosłownie każdej, która wpadła mi w ręce. Na pewno spodobało mi się wydawnictwo - digipak z Verve i to tak śmiesznie tanio. Wtedy bardziej preferowałem fusion-wymiatanie jak wczesny Meola, Mahavishnu i Weather Report. Doszło do tego, że w te gorące dni słuchałem "Giblet Gravy" prawie na okrągło, przypominało to pilne ślęczenie nad zadaną lekturą... aż w końcu załapałem i chyba w pełni polubiłem tę muzykę. Najpierw ten eklektyzm gatunkowy i "soul-jazzowy" koktajl wydawał mi się za słodki i daleki od "prawdziwego jazzu". Jednak było w tej muzyce coś takiego, co w pewnym momencie człowiekowi zaczyna się podobać.

Płyta miała dobre recenzje i do dziś przyznaje jej się wysokie noty i prawie, prawie maksymalną ilość gwiazdek. Chwalono kawał dobrej roboty jaką przy okazji aranży orkiestry / sekcji dętej i chórków - odwalił puzonista Tom McIntosh - pseudonim "Mac". W przyszłym roku świętowałby 100 lat, lecz zmarł w 2017 w Bostonie, a i tak dożył pięknego wieku. W sesji wzięli udział znakomici goście - wtedy często udzielający gościnnie na niezliczonych płytach - m.in. Ron Carter, Herbie Hancock (tych 2 przedstawiać nie trzeba), Billy Cobham (aż trudno go tu poznać, gra najdelikatniej, najdyskretniej jak to tylko możliwe), Eric Gale (na gitarze rytmicznej) czy Pepper Adams. Istotne dla brzmienia całości były instrumenty perkusyjne - głównie kongi za które odpowiedzialny był Johnny Pacheco. Mniej więcej w tym czasie 25 letni Benson został zaproszony na sesję Milesa Davisa, który chciał włączyć do swojej muzyki brzmienie gitary elektrycznej i pójść w stronę takiego "soulowego", "knajpiarnego" (jaki pamiętał z dzieciństwa), ulicznego, "mocno czarnego" czy "honky-tonk" grania. Stąd na pewno nie dziwi w ramach "rewanżu" obecność Hancocka i Cartera. Zresztą wtedy powoli Hancock żegnał się z Milesem i rozwijał karierę solową.

Powstała płyta - dla wielu "pozornie" lekka, łatwa i przyjemna - właśnie taka "letnio-wakacyjna". Zawiera w większość krótkie ok 3-4 minutowe utwory, które niekiedy zbyt szybko się kończą - zwłaszcza jeśli chodzi o wyciszane pod koniec solówki Bensona (może to czasem irytować - ale niestety - ograniczenia płyty winylowej robiły swoje). Do wydania CD dodano 3 bonusy - chyba najbardziej jazzowy - zagrany prawie wyłącznie w kwartecie - "Billie`s Bounce" Charlie Parkera oraz 2 alternatywne zrelaksowanego i swobodnie sobie płynącego "What`s New" - dość lubianej przez jazzmanów melodii - swoją bardziej uduchowioną wersję zaprezentował nawet Coltrane na albumie "Ballads". O swojej przynależności do autentycznego jazzu - wbrew opiniom niektórych - Benson przypomniał pod koniec płyty w najdłuższym własnego autorstwa, bardzo bluesowym, leniwie się snującym - "Low Down and Dirty" (gdzie nawet Hancock ma okazję do dłuższej partii solowej). Album z pewnością spodobał się miłośnikom soul-jazzu. Prawie każdy utwór jest oparty na miłej melodii, lub jakimś chwytliwym riffie - np. "Along Comes Mary", "Sunny" (mnie chyba zawsze się będzie kojarzyć z najsłynniejszą przeróbką Boney-M :D ), tytułowy "Giblet Gravy", nieco rozmarzony jakby ze ścieżki do filmu "Walk on By", "Thunder Walk" (takiego kawałka nie powstydziłby się Montgomery i Jimmy Smith) i autorstwa Cannonballa "Sack of Woe". Pewną zapowiedzią przyszłej stylistyki - szczególnie w latach 70 Lee Ritenoura mamy w pogodnym "Groovin`". Właśnie - "groove" - analizujący jego styl i albumy - jak chociażby Nat Hentoff - często to podkreślali i odmieniali przez wszystkie przypadki - jakim ważnym pierwiastkiem był w muzyce i partiach Bensona. Chwalono jego nienaganną technikę, niebywałą płynność (dziecinną łatwość) i budowanie przyjemnego intymnego nastroju - chęć nawiązania osobistego kontaktu ze słuchaczem. Moim zdaniem trochę za mocno "schowano" gitarę lidera w miksie - powinna być zdecydowanie głośniejsza. Za pierwszym, drugim, trzecim przesłuchaniem niewiele zostaje z niej w głowie - a utwory czasem się zlewają...ale po kolejnych zaczynamy go bardziej doceniać, wyłapywać różne "smaczki" i chce się do niego wracać.
Załączniki
gibletgravy.jpg
gibletgravy.jpg (102.44 KiB) Przejrzano 304 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: George Benson

Post autor: Inkwizytor »

Kulinarnych klimatów Bensona ciąg dalszy. "George Benson Cookbook" - czyli książka kucharska jego autorstwa - została wydana w 1967, chociaż nagrał ją między sierpniem, a październikiem 1966, gdy miał zaledwie 23 lata. Już wtedy, gdy wystąpił na festiwalu w Newport - okrzyknięto go jednogłośnie jako najlepszego (lub jedynego) gitarzystę czerpiącego pełnymi garściami z tradycji Charlie Christiana. Zawsze gdy patrzę na tę okładkę gdzie lider wraz ze swoim świetnym zespołem w doskonałych humorach stoją oparci o liczne kuchenki to od razu przypomina mi się słynny skecz Monty Pythona o nowej kuchence gazowej bezlitośnie i szyderczo wyśmiewający zawiłe, rozbudowane do absurdu formalności urzędowe związane z niby tak banalną czynnością jaką może być montaż zamówionego sprzętu kuchennego :D . Benson i jego kompanii postanowili zabrać się za gotowanie i przy okazji zachęcając nas byśmy odrobinę zajrzeli przez uchylone drzwi i mogli zgłębić kilka tajników ich kuchni, jak przyrządzają swoje smakowite - mocno w duchu bopu i soul-jazzu dania.


To poprzednik omawianego "Giblet Gravy", o jakże odmiennej stylistyce. Tym razem bez smyczków, orkiestry i chórków. Mistrzowi towarzyszy jego kwartet poszerzony o zaproszonego dobrego znajomego z wcześniejszych czasów - puzonistę Bennie Greena. Na nieziemsko swingującej perkusji wymiennie grają Jimmy Lovelace i Marion Booker Jr. Bas to Albert Winston i (niewymieniony na okładce) Paul H. Brown. Płyta bardzo się spodobała uzyskując niezłe noty. Fani i krytycy wskazywali na pewne podobieństwa do stylistyki wcześniejszego szefa George`a - Jacka McDuffa. Istotną różnicą jest, że u Jacka - był wykorzystywany jako wiodący głos tenor, natomiast Benson postanowił dla urozmaicenia, zagęszczenia i dociążenia (prawie jakby robił pyszny sos) brzmienia zatrudnić wówczas młodego - ok 25 letniego białego saksofonistę barytonowego, obdarzonego świetną, niekiedy brawurową jak na ten trudny instrument techniką - Ronnie Cubera. Fani Zappy z pewnością pamiętają go z rozbudowanej sekcji dętej na słynnym albumie "Zappa In New York". Był również częścią zespołu kultowego programu "Saturday Night Live". Grał przez ok. 2 lata w big bandzie Maynarda Fergusona. Jego porozumienie z gitarą Bensona było idealne i prawie telepatyczne ( w jazzie dość rzadko spotykana kombinacja) - wystarczy posłuchać pierwszego na płycie, mknącego w zawrotnym tempie be-bopowego "The Cooker" (Ronnie improwizuje wybornie - wplatając nawet cytat z "Lotu Trzmiela").


Analizujący dorobek gitarzysty chwalili jego wyobraźnię i elastyczność jako kompozytora i dość "impulsywne" partie solowe. Z tym drugim można z dzisiejszej perspektywy mocno polemizować. Na pewno był pełnym temperamentu, wyobraźni, śmiałym i technicznie błyskotliwym improwizatorem (zawsze szukającym nowych melodii). Jednak jego partie zawsze cechują się logiką, elegancją i stanowią pewną całość - niekiedy jakby prowadziły słuchaczy po łuku. Na pewno urozmaicone pod względem nastroju i inspiracji są jego kompozycje - jak kaskaderska wspomniana "The Cooker", dziarski i pogodny "Benny`s Back", wyluzowana i nastrojowa "Bossa Rocka" (idealna na sjestę po dobrej kolacji), mocno soulowy i po części rock`n`rollowy - "Big Fat Lady" (kłaniają się rozwiązania aranżacyjne w duchu Motown) i pełny napięcia i niepokoju, bardziej mroczny "The Borgia Stick". Ten ostatni mistrz napisał dla telewizyjnej produkcji (dziś prawie kompletnie zapomnianej z Inger Stevens i Donem Murrayem) o tym samym tytule o porachunkach gangsterskich i próbach uwolnienia się z tego świata - mocno ten kryminalny klimat buduje riff saksofonu Cubera. Sam ten fakt może również świadczyć o rosnących wtedy notowaniach Bensona. Kolejny raz recenzenci np. Gordon Barnes wychwalali pod niebiosa "groove" całego albumu jak i poszczególnych kompozycji. Uznawali, że u George`a jest wręcz nośnikiem wszelkich muzycznych smaków i aromatów. Ogólny klimat soul-jazzu budują również organy Lonnie Smitha np. w "Return of the Prodigal Son". Niestety w porównaniu do wspomnianego Jacka McDuffa czy Jimmy Smitha (zespół sięgnął po jego be-bopową zwinną kompozycję "Ready and Able" - znów popis Cubera) - tonowi Lonniego brakuje ich "mięcha", tzw. "guts", masywnego dźwięku czy "brudu". Jest generalnie bez zarzutu, ale brzmi zbyt cicho, obiektywnie, jakby cienko i w sposób stłamszony. Może tak był zamysł producenta ? - czyli o ironio - Johnny Hammonda.

Oryginalnie album trwał ok 40 minut. Do wersji CD dodano 4 utwory - zwykle dość krótkie w granicach 2-3 minut - stanowiące kontynuację soul-jazzowych poszukiwań - "The Man From Toledo", "Slow Scene" (nastrojowy, snujący się kawałek oparty o charakterystycznych akordach - z których korzystali w przyszłości Soft Machine, tą stylistykę podchwyci i odświeży na swoich bardziej jazzowych albumach jak "Wes Bound" i "Rit`s House" - Lee Ritenour, na marginesie serdeczny przyjaciel Bensona), wokalny w duchu lat 50 i stylu "doo-wop", ale również odrobiny Smokeya Robinsona i Marvina Gaye`a i prawie a la wczesny James Brown - przewrotnie zatytułowany "Goodnight". Młody Benson "Książką Kucharską" - udowodnił, że nie tylko miał warunki głosowe, prezencję i generalnie zadatki na wielką gwiazdę - ale również, że jako gitarzysta niewielu miał sobie równych w tym czasie. Mój egzemplarz w kartoniku - niby replika mini winyla - pochodzi z zestawu 5 Original Album Classics. Psioczących na powtórzenie całego oryginalnego tekstu z analoga na tak małym kartoniku od CD mogę zapewnić - da się to przeczytać :D
Załączniki
cook1.jpg
cook1.jpg (146.22 KiB) Przejrzano 246 razy
cook2.jpg
cook2.jpg (152.31 KiB) Przejrzano 246 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: George Benson

Post autor: Inkwizytor »

Album George`a Bensona "It`s Uptown" idealnie koresponduje z omawianym wyżej. Jego okładka w ramach reklamy/przypomnienia i zachęty znalazła się na tylnej okładce wspomnianego "Cookbook" (na wypadek jeśli komuś by to umknęło), nagrany w prawie identycznym składzie. To drugi solowy album gitarzysty i pierwszy wyprodukowany przez Johna Hammonda, nagrany na przełomie lutego i marca 1966 dla Columbii. Wytwórnia nie żalowała grosza i metod na promocję i rozreklamowanie swojego nowego nabytku, w którym widziano w prostej linii spadkobiercę i kontynuatora Wesa Montgomery. Zresztą, w 1966 ten jeszcze żył, w dalszym ciągu nagrywał i miał się w miarę dobrze. Wymowny jest dopisek na okładce mówiący jak w niego wierzono i jak błyskawicznie zdobywał uznanie: "The Most Exciting New Guitarist On the Jazz Scene Today" - choć to był również pewien znak czasów. "It`s Uptown" świętuje w tym roku swoje 60 urodziny. Wśród wymienianych dzieł Bensona bywa wielokrotnie pomijany i odrobinę lekceważony. Został dobrze przyjęty i otrzymał prawie maksymalną ilość gwiazdek w recenzjach fachowych i poważnych opracowaniach. Recenzenci i dziennikarze muzyczni prześcigali się w pochwałach i wymyślnych epitetach np. na tyle okładki porównywano jego grę, błyskotliwość, refleks i ruchliwość do legendarnego baseballisty - Joe DiMaggio (m.in. byłego męża Marylin Monroe). Twierdzono, że swoją grą, rozbieganymi nutami również potrafi złapać piłkę w locie i zawsze doskonale wie gdzie spadnie - stąd jego dziecinna łatwość odnalezienia się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie :D . Dziś te zabiegi marketingowe mogą odrobinę bawić, ale nie zmienia to faktu, że George wydawał się być człowiekiem z innej galaktyki, a instrument w jego rękach nie miał żadnych tajemnic, a gra wydawała czymś najprostrzym na świecie. Podkreślano również mędzy gatunkowy charakter zawartego repertuaru - mocno kojarzono to ze sceną z rodzinnego miasta artysty - Pittsburgha. Mimo śmiałego wkroczenia w świat jazzu muzyka zachowała mocno "rozrywkową" naturę - co również zrozumiałe i można to łatwo wytłumaczyć tym, że od najmłodszych lat (jako cudowne dziecko) Benson grał, występował - miał pełną świadomość, że działa na niwie szeroko pojętej "rozrywki". Był też przedstawicielem innego pokolenia. Kochał tradycję - podobno starał się słuchać tak wiele autentycznego jazzu ile tylko zdołał, ale z drugiej strony chcial dawać ludzom radość, okazję do zabawy, relaksu, oderwania od zmartwień. Żadnego free, awangardy, deklaracji politycznych, trzeciego nurtu itd itd. Nie był mu obcy rock`n`roll - za młodu grał również taką muzykę i to w nim zostało. Uwiódł go Charlie Christian i ww. West Montgomery, ale lubił również blues, soul, r`n`b, Motown, dobrą piosenkę - słowem - prawie każdą dobrą muzykę.

"It`s Uptown" jest świadectwem jego licznych zainteresowań i inspiracji, którymi zdążył w dość młodym wieku nasiąknąć. Taki eklektyzm pozwalał wytwórni Columbia mieć nadzieję, że będzie miała w ofercie produkt, który ma szansę nieźle się sprzedać. Nie wolno zapominać, że od połowy lat 60 młodzi coraz bardziej tracili zainteresowanie jazzem. Spadała liczba sprzedawanych płyt, był kryzys, zamykano niegdyś popularne jazzowe kluby, czołowi muzycy starszej daty skarżyli się, że nie mają gdzie grać i okazji by zarobić parę groszy. Szalała "beatlemania", a potem nadeszła moda na psychodelię, blues-rock. Jesli chodzi o "afroamerykańskie" granie to mocno trzymali się ci, którzy związali się z soul-jazzem oraz artyści wytwórni Stax i Motown oraz Chess Records (chociaż i ci mogli na to i owo ponarzekać). Benson miał bystry umysł i uważnie obserwował co się dookoła dzieje.


Album zaczyna mocnym akcentem "Clockwise" (zgodnie ze wskazówkami zegara) - świetny, zakręcony i żartobliwy riff grany przez gitarę, organy, bass i sax barytonowy 25 Ronnie Cubera (jedynej białej twarzy w tym towarzystwie). Jeden z ciekawszych i wpadających w ucho utworów. To wspomnienie czasu terminowania młodego Bensona w grupie organisty Brothera Jacka McDuffa (swoją droga ciekawe czy przydomek "Brother" - tak się wrył gitarzyście w głowę, że później do większości tak się właśnie zwracał). To niemalże wzorcowe post-bopowe granie, bardzo dobre zgranie całego zespołu i soczyście swingująca gra ledwie 26 letniego perkusisty Jimmy`ego Lovelace`a (był bardzo chwalony za grę na tym albumie - stawiano go za wzór). Benson napisał nie tylko ten kawałek, ale w sumie ponad połowę kompozycji na ten album, co również nie umkneło uwadzę dziennikarzom.


Lider nie byłby sobą, gdyby nie zamieścił paru utworów wokalnych. Każdy kto zna jego dokonania od razu wskaże, że wtedy jeszcze śpiewał nieco inaczej, wyżej, częściej korzystał z wibrata i skoków interwałowych, później postanowił śpiewać nieco niżej, w sposób bardziej zrelasowany, zmysłowy, jakby od niechcenia. Na wcześniejszym etapie był pod wiekszym wpływem innych czołowych wokalistów soulowych z Motown, Picketta, Marvina Gaya, Smokey Robinsona, The Temptations itd. Taki charakter ma standard - "Summertime" na mocno soulową, rhythm`n`bluesową modłę oraz silnie musicalowy Gershwinów - "Foggy Day" (ma w sobie coś "gawędziarskiego", a lider snuje wspomnienia ze spacerów po Londynie, Cuber ma okazję by zagrać nieco dłuższe solo) oraz "Stormy Weather" (niestety chyba najmniej ciekawy fragment płyty, choć solówka gitarowa jest bez zarzutu). A skoro padło już nazwisko Robinsona... Benson sięgnął po jego utwór - "Ain`t That Peculliar". Mamy riff łudząco podobny do "Good Vibrations" Beach Boys. Puls i groove aż zachęcają do tańca, "nóżka chodzi", a w samej końcówce pojawia się inny riff łudząco podobny do tego z "Cat`s Squirrel" - który na warsztat później wzięli Cream i Jethro Tull (a może to oni zainspirowali się Bensonem ? :roll: ).

W "Jaaguar" znów niepodzielnie rządzi soul-jazz. Cuber ze swoim barytonowym riffem jakby zastępuje bas (generalnie na całym albumie jest mało słyszalny - partie basu wykonuje na swoich organach Lonnie Smith - może dlatego wielokrotnie giną w miksie). Ciekawe są wrzucane wstawki na organach, ale odnosi się wrażenie jakby zabrakło pomysłu na zakończenie utworu.

Najbardziej stricte jazzowy i chwalony był najdłuższy na płycie (prawie 8 minut) - inny standard - "Willow Weep for Me", dość lubiany przez gitarzystów, nie trzeba przypominać, że swoją wersję zaprezentował Wes Montgomery. Charakteryzuje się nad wyraz swobodną, ocierającą się wręcz o "free" partią gitary, na początku mamy bardzo luźną impresję, gdzie oryinalna melodia ulega zupełnemu zatraceniu, to niezobowiązujące jam session - jakby George grał w pustym klubie lub studio po godzinach ze świadomością, że mikrofony są już dawno wyłączone, dzwięki wrzucane są jakby od niechcenia, ale jest w tym logika i konsekwencja. Warto posłuchać tego naprawdę głośno. Tu pojawia się inny mankament płyty - gitara George`a w miksie jest zdecydowanie za cicha. W dalszej części baryton Cubera przeciwstawia mu ostrzejszą i dosadną partię.

Innym utworem przywołującym ducha i stylistykę ww. McDuffa jest żwawy "Hello Birdie" - znów riff unisono gitary i saksofonu. Mamy tu również coś z Cannonballa. Sporym zaskoczeniem (jakby nam nagle ktoś zamienił płytę w odtwarzaczu) jest troszkę żart muzyczny "Bullfight" - gdzie zgodnie z tytułem panowie zabierają nas do gorącej Andaluzji na arenę walk torreadorów z bykami. W warstwie rytmicznej, harmonicznej i melodycznej mamy klimaty flamenco ale i arabskie. Gitara lidera zyskuje nawet bardziej rockowy i zadziorny charakter, to dość nietypowy utwór jak na niego.

Po "Clockwise" drugim moim prywatnym faworytem i asem z tego krążka jest "Eternaly", mroczny, snujący się, hipnotyczny oparty na ciekawej melodii, jak z kryminału noir, szalenie melodyjny i zaraźliwy. W pulsie można dostrzec zapowiedź późniejszych kompozycji PMG np. "Are You Going With Me", "End of the Game", czy "Half Life of Absolution". George i jego kompanii wkraczają na teren "progresywnego jazzu", godne uwagi jest pełne inwencji solo Cubera.

Oryginalny winyl twał niecałe 42 minuty. Do zremasterowanej wersji CD dodano 4 bonusy z tych samych sesji. Okazały się za dobre, by je schować do szuflady. Obok alternatywnej i krótszej wersji "Eternaly" pojawiła się "J.H. Bossa Nova" (tu lider oddaje głos barytonowi), "Sideman" Lonnie Smitha (klimaty afro-kubańskie, trochę rumba, trochę cza-cza, z gościnnym udziałem Blue Mitchela na trąbce, coś z Tito Puente i zapowiedź przyszłego Santany) oraz "Minor Chant" Stanleya Turrentine`a - klimaty z okrsu jego współpracy z Jimmy Smithem.
Załączniki
bens1(1).jpg
bens1(1).jpg (137.12 KiB) Przejrzano 181 razy
bens2(1).jpg
bens2(1).jpg (125.07 KiB) Przejrzano 181 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ