Lee Ritenour - Captain Fingers

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Lee Ritenour - Captain Fingers

Post autor: Inkwizytor »

W przyszłym roku album Lee Ritenoura - "Portrait" będzie świętował swoje 40 urodziny. To niewiarygodne jak ten czas pędzi na złamanie karku. Sam poznałem ten krążek ponad 20 lat temu - tak mniej więcej w trakcie końcówki studiów. Dobry kumpel, który czasem mnie podwoził z zajęć - na marginesie - całkiem zdolny gitarzysta amator - chwalił się parokrotnie, że z dawnego emule`a ściągnął sobie całą jego dyskografię, a do tego samego i mnie również zachęcał. "Portrait" była jedną z pierwszych po jakie postanowiłem sięgnąć, spodobał mi się tytuł jak i nieco żartobliwa okładka. Co ciekawe podczas pierwszego przesłuchania muzyka wcale mnie nie zachwyciła, miałem więcej niż mieszane odczucia i nie wiedziałem czy mi się to rzeczywiście podoba, czy to w ogóle muzyka dla mnie. Chyba nawet byłem o włos od jej odrzucenia - jednak tak się nie stało. Słuchałem dalej, może czasami przypominało to branie lekarstwa - smak przedziwny, ale człowiek z każdą dawką utwierdza się w przekonaniu, że na pewno na tym skorzysta i ostatecznie wyjdzie mu to na dobre. Wtedy oferta Ritenoura i jego niebywały stylistyczny eklektyzm wydawały mi się "za mało męskie, a zbyt kobiece" - czyli przesłodzone, przesadnie epatujące "atrakcyjnością", brakowało mi solidnego uderzenia, gniewu, ognia, agresji.... ale z czasem doceniłem jego walory i wszechstronność. Z czasem polubiłem "Portrait" i mogę śmiało zaliczyć do jednej z ulubionych tego gitarzysty. Gdy się przełamałem - jak chociażby również w przypadku wspomnianego już "Harlequin" - to ta muzyka często pomagała mi w trudniejszych momentach w życiu. Puszczałem ją i jakoś życie zdawało się być lepsze, pogodniejsze, pełne barw, smaków i życzliwsze. Lee i jego wyborni kompani - to jakby dawno nie wiedziani przyjaciele, którzy gdy człowiek ich najbardziej potrzebuje odwiedzają go, sypią opowiastkami, żartami, służą dobrą radą, uśmiechem... i od razu wraca chęć do życia. Wystarczy zerknąć na okładkę - czy gość tak ubrany i z takim czarującym uśmiechem nie może nie porwać ze sobą swoim pozytywnym podejściem, entuzjazmem i urokiem osobistym ?. Projekt zdaje się nam sugerować udane połączenie czegoś tradycyjnego (staroświecki aparat fotograficzny) i nowoczesnego - czyli sam z luzem i szykiem ubrany artysta.

Trudno wskazać, który to był album w jego ówczesnej dyskografii - zależy jak liczyć wychodzi, że 15. Został dość dobrze przyjęty i dobił od 7 miejsca w zestawieniu Billboard - Contemporary Jazz. Ritenour przyznawał, że wręcz "lubił wszystko". Jako dzieciak chciał na równi grać rocka, jazz, funk, soul czy fusion jak szalony. Trudno się dziwić, że błyskawicznie stał się rozchwytywanym instrumentalistą w studiach Hollywood czy Los Angeles - punktualny, sumienny, niekonfliktowy, wszyscy go lubili, bez problemu czytał wszelkie partytury, z dziecięcą łatwością zmieniał style - a jego najmocniejszą stroną było niebywałe wyczucie rytmu - producenci z Quincy Jonesem na czele chętnie to jemu powierzali wszelkie "rytmiczne" partie bo potrafił je zagrać z precyzją jaką wielu mogło mu zazdrościć. Pracował szybko - a jak wiadomo już w latach 70 liczył się czas spędzony w studio - ceny komercyjnych studiów nagrań rosły horrendalnie i nie można było sobie pozwolić na ceregiele - najlepiej wszystko w 1 podejściu i trzeba było chwytać w lot. Ritenour to potrafił. Lista płac na "Portrait" jest imponująca - a to wszystko dobrzy starzy kumple gitarzysty - ile razy się spotykali na sesjach w rozmaitych konfiguracjach - jest Barnaby Finch, Larry Williams, Gregg Phillinganes na keyboardach, bas to Nathan East, Tim Landers i sam Jimmy Haslip. Na krążku w paru utworach mamy prawie całe ówczesne Yellowjackets - w tym czasie przeszli do wytworni GRP, dla której nagrywał Lee. Perkusja to Vinnie Colaiuta, Harvey Mason i Will Kennedy, a perkusyjne to niezawodni Paulinho da Costa i Alex Acuna. Dęciaki to Mark Russo oraz przez wielu znienawidzony (będący niemalże symbolem tzw. "pseudo-jazzowej" szmiry - Kenny G. Za partie wokalne odpowiadali starzy partnerzy - Eric Tagg, Phil Perry i specjalny gość zaproszony z Brazylii - Djavan (w Stanach i Europie prawie nieznany), który zaśpiewał w pierwszym kawałku "Asa".

Lee nieco odszedł od bardziej "rockowego" brzmienia i elektronicznych eksperymentów z poprzednich albumów - np. "Earthrun", "Rit 2", "On the Line" i "Bounded Together". Coraz częściej sięgał po gitarę akustyczną (znalazła się na okładce albumu - leży u stóp mistrza, czyli to wcale nie przypadek) i zmierzał w stronę latynoskiego grania - co znalazło swoje idealne zwieńczenie na dwóch podobnie skonstruowanych albumach - "Festiwal" i "Colour Rit". Miłośników bardziej ognistego i "męskiego" fusion dwa pierwsze wokalne kawałki - czyli "Asa" i mimo wszystko romantyczny "Turn the Heat Up" (ten drugi ma zaraźliwie chwytliwą melodię - trochę szkoda, bo piosenka miała spory potencjał i przy odpowiedniej promocji mogła się stać przebojem) - mogą odrzucić i zirytować pozornie mdłym i nieznośnie popowym zacięciem - tak lata temu było i ze mną. Warto jednak słuchać dalej - wtedy album odsłania przed nami swoje prawdziwe oblicze. Mamy nastrojowe ballady, w których brzmienia akustyczne idealnie mieszają się z ciekawym akompaniamentem syntezatorów - np. "Windmill", "Shades on the Shade". W nich pełniej prezentuje się talent Ritenoura do pisania ciekawych melodii, przykuwania uwagi słuchacza, tworzenie klimatu jakby z dalekich egzotycznych podróży.

Na "Portrait" mamy niezwykłej urody perłę czy klejnot - jeden z moich ulubionych - "Children`s Games" - chyba najwspanialsza, z czułością i wyczuciem zagrana wersja kompozycji Antonio Carlosa Jobima jaką w życiu słyszałem. Tu liderowi akompaniuje prawie całe Yellowjackets i robią to wybornie. Nie wiem dlaczego ale ten utwór, bajkowa aura jaką wykreowali instrumentaliści - zawsze nasuwała mi skojarzenia z pierwszymi opadami śniegu, prawie takim dziecięcym zachwytem nad pierwszymi płatkami śniegu (oczami wyobraźni wręcz widzimy gromadkę rozbawionych szalejących w białym puchu dzieciaków). Zawsze po pierwszym "ataku zimy", gdy spogląda się przez okno z samego rana i widzi się zupełnie odmieniony świat, przykryty warstwą śniegu - od razu zaczynam nucić ten utwór i muszę go w konsekwencji posłuchać. Od lat unikam zestawiania takich list - ale gdybym miał ułożyć listę ok. 10 najwspanialszych utworów Ritenoura - to bezdyskusyjnie "Children`s Games" znalazłby się może i w pierwszej trójce. Ciekawe jakie zdanie na temat tej wersji miał słynny kompozytor ?. A skoro mowa o ekipie pod dowództwem Russella Ferrante - ich wyjątkowe zgranie, operowanie dynamiką i urokliwą melodyką możemy podziwiać w kompozycji autorstwa zresztą klawiszowca "Os" - "White Water" - to również jeden z mocniejszych punktów albumu. Ostrzejsze i bardziej nafaszerowane elektroniką (co niektórych może z dzisiejszej perspektywy razić) wcielenie nawiązujące do albumów z początku lat 80 mamy w tytułowym "Portrait", "G-Rit" oraz w dwóch zamykających - "Runaway" i "Route 17".

W naszym kraju to bardzo słabo znany album. Nie łatwo na niego natrafić, bo nakład wyczerpał dość dawno temu, a nie ma planów odnośnie wznowień. Co jakiś czas pojawiają się używane egzemplarze.
Załączniki
portrait.jpg
portrait.jpg (109.79 KiB) Przejrzano 265 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Lee Ritenour - Captain Fingers

Post autor: Inkwizytor »

Jak wygląda artysta i mężczyzna spełniony i szczęśliwy ?. Wystarczy zerknąć na okładkę albumu "Stolen Moments" z 1990. Ritenour miał wtedy mnóstwo powodów do zadowolenia. We wspomnianym 1990 r. po trzech latach narzeczeństwa poślubił swoją ukochaną Carmen Santos - pochodzącą z Brazylii dyrektor poważnej tamtejszej artystycznej instytucji, a przy okazji poważną fankę jazzu, nic dziwnego, że od razu między nimi zaiskrzyło :D . Gitarzysta poznał ją w trakcie jednej ze swoich licznych podróży. Brazylia od lat była bliska jego sercu - ba... nie trzeba przypominać, że tym zakątkom zadedykował jeden ze swoich bardziej udanych wcześniejszych albumów - "Rio" z 1979 r. Ślub odbył się w październiku 1990 r, jedne źródła podają, że 21, a inne, że 23. Ritenour miał się oświadczyć pod Wieżą Eiffla w Paryżu. Sprawdzone metody i miejsca są niezawodne :D . Artysta miał już wtedy ok 38 lat (Carmen trochę mniej, ale nie ma sensu wypominać), a i tak zawsze wyglądał o jakieś 10-15 lat mniej. Zakochana para doczekała się syna - jakżeby inaczej - Wesleya, dziś naprawdę dobrego perkusisty. Sam album stanowił jakby próbę "odreagowania" po bardziej latynoskich - niemalże bliźniaczych "Colour Rit" i "Festiwal" z plejadą samych znakomitości oraz wcześniejszych, mocno w duchu wytwórni GRP, eklektycznych i bardziej elektrycznych jak "Potrait", "Earthrun", "On the Line" i "Bounded Togegher" (że o silnie popowych jak "Rit" i "Rit 2" nie wspomnę).

Od jakiegoś czasu pragnął stworzyć album w duchu "straight ahead", gdzie oddałby hołd swoim mistrzom oraz nauczycielom - Joe Pass, Howard Roberts, Kenny Burrell, Jim Hall i rzecz jasna - Wes Montgomery. Cały projekt ukazał się sporym sukcesem, spodobał się publiczności i krytykom, dotarł do 3 miejsca zestawienia najlepszych albumów jazzowych (i okołojazzowych) Billboardu. Należy żałować, że nie otrzymał żadnej nagrody Grammy - trudno było w tej materii przełamać monopol Pata Metheny :roll: Lider doskonale wiedział kto najlepiej nada się do tego albumu. Zaprosił starych dobrych znajomych z licznych projektów fusion, których znał od wczesnych lat 70 - czyli perkusistę Harvey Masona oraz obdarzonego jednym z najsłodszych i najbardziej uwodzicielskich tonów na tenorze - Ernie Wattsa. Na basie był genialny John Patitucci od Elektric i Akoustic Bandu Corei (choć on sam powoli rozglądał się za nowymi wyzwaniami oraz partnerami - miał w obozie Corei zostać jeszcze tylko przez 2 lata, aż zastąpił go nie mniej utalentowany Jimmy Earl). Jako pianistę wybrał pochodzącego z Nowej Zelandii Alana Broadbenta, z którym również miał już okazję współpracować z przeszłości. Alan był pod wielkim wpływem Billa Evansa, a tego akurat Lee bardzo potrzebował. Pianista gdy wyemigrował do Stanów studiował w słynnej Berklee (podobnie jak Watts), został nadwornym pianistą schyłkowego (lecz w dalszym ciągu znakomitego) big-bandu Woody Hermana, stał się jego kierownikiem muzycznym i głównym aranżerem, współpracował z Natalie Cole i masą innych słynnych artystów, człowiek instytucja. W drugiej połowie lat 80 został wraz z Wattsem zaproszony do nowego zespołu Charlie Hadena - Quartet West i wspólnie odnieśli ogromny sukces zgarniając wszelkie możliwe nagrody i stając się atrakcją najbardziej prestiżowych festiwali. Na marginesie szkoda, że projekt Quartet West jest u nas tak mało znany (podobnie jak sam Broadbent). Mając połowę Quartet West, Patitucciego, Masona oraz w 2 kawałkach drugiego gitarzystę równie zdolnego Mitcha Holdera - Ritenour wiedział, że jest skazany na sukces. Z pewnością wielka miłość do żony również stanowiła ogromne źródło inspiracji i uskrzydlenia.

To ostatnie znalazło swoje odbicie w .... przepięknym i natchnionym to mało powiedziane - iście rozanielającym utworze dedykowanym ukochanej - "Waltz for Carmen". Już pierwsze wejście słodszego od najsmakowitszych francuskich i belgijskich czekoladek saksofonu Ernie Wattsa daje nam pojęcie co się działo między tą parą :wink: . Mnie trochę się to kojarzy z wieloma "smooth-jazzowymi pościelówami" naszego Michała Urbaniaka, gdy sam sięgał po tenor. Nie wiem czy na jakiejkolwiek solowej płycie Lee tak się odsłonił i zaproponował coś tak osobistego... intymnego. Każdemu należy życzyć takiego rozpalonego uczucia - jako doskonałego tworzywa, by zaprezentować światu swoje kompozycje. Tego naprawdę trzeba posłuchać. Coś mi się wydaje, że wiele par puszczało ten album w trakcie romantycznych kolacji.

To jak na 1990 r. zaskakująco "krótki" album - coś ok 45 minut, a coraz bardziej rozkręcała się era płyt kompaktowych. Dlatego czas słuchania "Stolen Moments" mija tak błyskawicznie. Zawsze chce mi się śmiać, bo tytułowy - jeden z najwspanialszych i opartych na bardzo inteligentnej harmonii, niebanalnych kadencjach (jak to wciąga i wspaniale narasta) - utwór najpierw poznałem... - z albumu Franka Zappy "Broadway the Hardway", który po zaintonowaniu głównego kapitalnego motywu płynnie przechodzi w uroczo zaaranżowany ze swingiem utwór The Police - "Murders by Numbers". Do jego wykonania nieobliczalny Frank zaprosił autora - samego Stinga. Wtedy (1988 r.) w Stanach głośna była afera telewizyjnego kaznodziei Jimmy Swaggarta, a tę piosenkę miał określić jako "działo diabła / lucyfera i szatana" :D . Buńczuczny Sting odgryzł się, że to On napisał tę p.... piosenkę :D . Melodia "Stolen Moments" od razu mi się spodobała i mocno wryła w pamięć. Jakie było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że i Ritenour sięgnął po ten standard, w tym okresie z powodzeniem grał go również na swoich koncertach. W komentarzu do płyty przyznał, że podszedł do niego z poważnymi obawami - czy niczego nie zepsuje, gdy tak cenił oryginalny aranż autora Olivera Nelsona z bodajże 1961 r. Nie musiał się obawiać - wyszło znakomicie. To jest jeden z tych utworów - gdzie jest jak najwięcej "jazzu w jazzie". Okazuje się, że nie bajeczna technika, nie karkołomne popisy - ale pomysł na dobrą melodię, którą trudno wyrzucić z głowy są w jazzie najistotniejsze.

Wspomniany Broadbent błyszczy w swoich partiach za każdym razem gdy dojdzie do głosu. Wtedy mógł już uchodzić za weterana, choć miał "zaledwie" 43 lata. Lee uważał, że to jeden z najbardziej niedocenianych i pomijanych talentów we współczesnym jazzie, gdy wymienia się tych największych. Gra elegancko, powściągliwie, bardzo romantycznie, zostawia sobie miejsce na niedopowiedzenia, celowo opóźnia pojedyncze nuty i w najlepszym tego słowa znaczeniu przywołuje ducha swojego mistrza ww. Billa Evansa. Nawiązań do wtedy nieżyjącego od prawie dekady pianisty mamy na tym albumie bardzo dużo. Jest zagrana najdelikatniej jak to tylko możliwa wersja (podobno ulubionej Ritenoura) "Blue in Green" ze słynnego "Kind of Blue" Davisa. Co prawda pierwotnie autorstwo przypisano wyłącznie Milesowi - wymowne, że w późniejszych latach opisuje się jako wspólną jego i Billa. Mamy też aksamitnie zaaranżowane i wykonane dwie inne kompozycje, po które z powodzeniem sięgał Evans - czyli "Haunted Heart" z lp. "Explorations" oraz "Sometime Ago" z "You Must Believe in Spring" (tutaj jednak jakieś pierwiastki muzyki latynoskiej są obecne).

Ritenourowi już wtedy musiał chodzić po głowie projekt, w którym najpełniej oddałby swoje uwielbienie i wdzięczność dla Wesa Montgomery (co koniec końców niebawem się dokonało - w 1991 powstał wychwalany bestseller "Wes Bound), być może na "Stolen Moments" na razie "badał grunt". W pogodnym i żwawym - "24th Street Blues" mamy silne wpływy i klimat z dawnych bluesowych, trochę też soulowych nagrań Wesa, a i kłania nam się również coś uszczknięte z "So What" Davisa. Ten kawałek lider również w tamtym czasie obowiązkowo wykonywał na koncertach. Sam początek płyty wprawia słuchacza w zachwyt - a to za sprawą rozpędzonego wehikułu (jak nazywał to Lee) - czyli radosnego, nieco filuternego i rezolutnego "Uptown", cały zespół swinguje jak szalony, lekko, z werwą, uśmiechem i puszczaniem oka - prawie jak żeński big-band w trakcie pierwszej próby w filmie "Pół Żartem, Pół Serio", gdy po raz pierwszy dołączyli do nich w nowej roli Joe i Jerry :D . Gitarzysta po raz kolejny daje popis swoich technicznych umiejętności, niekończącej się inwencji i zwyczajnie - baaaaardzo melodyjnej gry. Podobno ten utwór powstał jako ostatni - artyście czegoś brakowało na dobre otwarcie albumu, udało się znakomicie.


Jak to u Ritenoura, album mimo, że utrzymany w duchu "neo-bop" lub "contemporary jazz" i "straight ahead" (bez względu co inni przez to rozumieją) - to jest bardzo komunikatywny i przyjemny w słuchaniu, ale nie jest wcale banalny czy "głupiutki". To już w mniejszym stopniu brzmienie "GRP" - pewne niewielkie ślady fusion (w wydaniu akustycznym) można odnaleźć jedynie w "St. Bart`s" , który śmiało mógł się znaleźć na poprzednich latynoskich "Festiwal" i "Colour Rit". Początkowo chyba go nie doceniałem, za każdym kolejnym przesłuchaniem przychodziło zrozumienie i jakże miła świadomość, że dzięki tym wytrawnym muzykom człowiek schodzi "głębiej" tej muzyki. Jeśli kogoś rażą wcześniejsze, zbyt popowe lub latynoskie projekty tego faceta, to "Stolen Moments" z pewnością go zaintryguje. Mniej więcej w tym czasie dał znakomity występ w legendarnym Coconut Grove, gdzie w iście gwiazdorskiej obsadzie (lista bez końca kogo tam nie ma - Lukather, Jackson, James, Watts, Mason, Bosco, Broadbent, itd itd) wykonał wiele z tego albumu. Do tej muzyki miał jeszcze w przyszłości wracać np. na wspominkowym i przekrojowym "Overtime" i "Rit`s House".
Załączniki
stolenmoments.jpg
stolenmoments.jpg (115.25 KiB) Przejrzano 207 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Lee Ritenour - Captain Fingers

Post autor: Inkwizytor »

Remanentów Ritenoura ciąg dalszy :D . Rit`s House już niebawem będzie obchodzić 25 urodziny. Ukazał się w sierpniu 2002, stąd można by sądzić, że to wprost idealna pozycja na lato... Moim skromnym zdaniem jej zawartość bardziej komponuje się z aurą jesienno-zimową, gdy za oknem bardzo szybko robi się ciemno. Chociaż może znajdzie się ktoś kto właśnie teraz w trakcie zbliżających się niebłagalnie dni przepełnionych żarem zdecyduje się po nią sięgnąć i obecnie bardziej mu przypasuje.

Płytka ukazała się, gdy Lee postanowił nieco zwolnić tempo. Nie wydawał już z taką regularnością kolejnych płyt solowych. W dalszym ciągu koncertował, chętnie przyjmował zaproszenie do projektów od starych znajomych (nie tylko ze stajni GRP od Dave`a Grusina, na niej pokusił się o nieco psychodeliczną i pełną zmyślnych ambientowych brzmień przeróbkę kompozycji Dave`a z pamiętnego filmu "Trzy Dni Kondora" ). Chciał więcej czasu poświęcić rodzinie, wychowaniu syna Wesleya i ukochanej żonie Carmen. Odnosi się też wrażenie, że płyty solowe nie bawiły go już tak jak dawniej. Może odrobinę dopadł go "kryzys wieku średniego". W tym czasie stuknęła mu okrągła 50, choć nadal wyglądał zdecydowanie młodziej. Pojawiały się przekrojowe, tematyczne składanki - zawierające trochę starszych nagrań, trochę w nowszych opracowaniach poprzetykane jakimś nowym utworem np. "Twist of Marley", "Twist of Jobim", "World of Brazil" itd itd. Muzyk chciał spojrzeć wstecz na swoje dokonania - stąd "Rit`s House" ma również na swój sposób taki "przekrojowy" charakter. Trzy lata później miała nastąpić swoista kulminacja i kumulacja ww. wspominek - gdy artysta zaangażował gwiazdorski aparat wykonawczy, powstał album oraz video z masą znakomitych gości - "Overtime".

"Rit`s House" - w samym tytule nawiązuje do wcześniejszych płyt np. "Rit", "Rit 2", czy "Colour Rit". Okładka sugeruje, iż nasz wiecznie uśmiechnięty mistrz 6 strun - chciał stworzyć coś bardziej kameralnego, osobistego, intymnego wręcz - czyli bliższego omawianym albumom jak "Stolen Moments" i bestsellerowy "Wes Bound". Powstała rzecz delikatna, urozmaicona, ze zmysłową grą - bardziej stonowanego Ritenoura z (jak zwykle) plejadą zaproszonych gości - same asy i sławy a przy okazji najlepsi przyjaciele Lee: Marcus Miller (otwierający, bardzo melodyjny, rozbujany, odrobinę "koktajlowy" - idealne wprowadzenie w jego świat "Module 105" - doskonale się sprawdzało na koncertach i nawiązywało do płyt z latynoskim klimatem - "Festiwal" i "Colour Rit"), śp. George Duke, Vinny Colaiuta, Peter Erskine, Ernie Watts, Will Kennedy i Joey DeFrancesco (w pulsującym i swingującym jak szalony opartym na organach i świetnie sekundującej solistom sekcji dętej - be-bopowy "78th And 3rd" z potężnymi kadencjami i akcentami dęciaków będących wspomnieniem nagrań Jimmy Smitha z Burrellem/ McFadenem czy Montgomerym). Jest wybornie zaaranżowany na dęciaki "17" (Ritenour był wyczulony na kompozycje o świetnej, zapadającej w pamięć melodii) , mamy ukłon w stronę innego idola Lee - Gabora Szabo i jego otulonej tajemniczą aurą rodem z dalekich Indii - "Mizrab" (przyznawał, że bardzo lubił to grać), ciekawa smooth jazzowa (lecz z klasą) przeróbka kawałka Stinga i The Police z Michaelem McDonaldem na wokalu - "Every Little Thing She Does Is Magic" ( zawsze przy okazji refrenu przypomina mi się wściekłe skandowanie tłumu w " Św. Graalu" Monty Pythona - "... She`s a witch !!!! ..." :D ) . Wiele miejsca szczególnie pod koniec zajmują ballady czy takie wyluzowane nieśpiesznie płynące podlane soul-jazzem ballady jak tytułowy "Rit`s House", O`Linda", "Night Owl" , "Party Time" (lider udowadnia, że swobodnie czuł się w takiej bluesowej, soulowej i niezobowiązującej r`n`b klubowej atmosferze ) i ostatni - kto wie czy nie najpiękniejszy - wspólny duet Ritenoura i Alana Pasqua - w którym obaj wznoszą się na wyżyny delikatności - nie wiem czy można z jeszcze większą czułością trącać struny i klawisze od fortepianu - stosownie zatytułowany "Just Listen", na marginesie oparty o bardzo romantycznej melodii, początkowo nieuchwytnej, ale potem nie można się od niej uwolnić - czyżby znów wpływ Carmen ?. Za to właśnie fani go uwielbiają.


Od ponad 25 jestem fanem Ritenoura - u nas w dalszym ciągu artysta mało znany i nie cieszący należnym uznaniem (zabrakło mu takiego swojego lobbysty jakim dla Pata był i jest Kydryński). Jeśli już to jako uzdolniony muzyk sesyjny. Jego płyty towarzyszyły mi w wielu trudnych momentach, podnosiły na duchu i dodawały energii do działania. Szkoda, że nakład "Rit`s House" się wyczerpał i oryginał jest trudny do dostania. Kiedyś na naszych aukcjach pojawiał się od czasu do czasu. Bywa na ebayu, ale albo trzeba ściągać ze Stanów lub odkupić od kogoś z Europy Zachodniej - a ci niekiedy każą sobie słono płacić. No... tragedii nie ma. Podobnie jak wcześniejsze - krążek spotkał się z dobrym przyjęciem. Doszedł do 4 miejsca w zestawieniu płyt jazzowych Billboardu. Recenzenci wskazywali, że to jedne z jego bardziej godnych zapamiętania i znaczących wysiłków.
Załączniki
ritshouse.jpg
ritshouse.jpg (83.78 KiB) Przejrzano 135 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Lee Ritenour - Captain Fingers

Post autor: Inkwizytor »

Całkiem niedawno spotkała mnie ogromna niespodzianka - w moje ręce trafiło bardzo rzadkie japońskie wydanie z 1991 albumu Lee Ritenoura - "Gentle Thoughts" (czyli "myśli łagodne"). To raczej mało znany album z jego bogatej dyskografii, obecnie niekiedy zupełnie zapomniany. Zależy jak licząc - to drugi lub trzeci krążek w dorobku wybitnego i wszechstronnego gitarzysty z Los Angeles. Po wielu latach postanowił go dedykować zmarłemu w 2025 bajecznemu basiście Anthony Jacksonowi, który wziął udział w tej ciekawej sesji. Krążek został nagrany metodą "direct-to-disc" - od razu na analogową płytę z pominięciem taśmy magnetycznej. Nie była to popularna metoda. Wymagała niezwykłej koncentracji i zgrania się całego zespołu, praktycznie grającego w studio na żywo. Pozwalał na osiągnięcie bardziej naturalnego, "organicznego" brzmienia, eliminował głośne zmiany taśmy oraz charakterystyczny "syk" nośnika magnetycznego. Wśród głównych mankamentów wymieniano brak możliwości późniejszego masteringu, ponownego miksowania ścieżek oraz jakichkolwiek dogrywek. Ritenour w komentarzu przyznawał, że to był pierwszy album, na którym wreszcie znalazł własny język jako lider zespołu. Jednocześnie podkreślał, że jako 25 latek, w tamtym czasie nadal funkcjonował w tzw. "trybie odkrywania". Chłonął barwną atmosferę topowych studii nagraniowych w Los Angeles, gdzie szybko zdobył status "gitarzysty sesyjnego nr 1" (detronizując wcześniejszego asa, prywatnie dobrego kumpla - Larry Carltona, który postanowił działać wyłącznie na własny rachunek), wpływy muzyki brazylijskiej, w dalszym ciągu ucząc się niełatwej jazzowej harmonii oraz inspiracje od innych znakomitych muzyków - a było ich w środowisku L.A. całe mnóstwo.


Na albumie podobnie jak na wcześniejszym, jak i na następnych znalazło się sprawdzone grono fenomenalnych muzyków i przy okazji dobrych przyjaciół Ritenoura: wspomniany pionier gitary basowej (oraz jej sześciostrunowych modeli) śp. Anthony Jackson, Ernie Watts na saksofonie i flecie, wszechobecny i niezmordowany Steve Forman na perkusyjnych, oraz na klawiszach - przyszły twórca wytwórni GRP, kompozytor muzyki filmowej, aranżer - człowiek instytucja - Dave Grusin oraz młoda czarnoskóra Patrice Rushen. Przyznam, że podobnie jak w przypadku wielu innych płyt Lee - początkowo "Gentle Thoughts" wywołał u mnie sporo mieszanych uczuć. Nie do końca tego się spodziewałem po krążku z drugiej połowy lat 70. Bardziej byłem nastawiony na żar, czad i szarżę do przodu a la ówczesny Di Meola oraz chociażby koncertowy z Japonii Larry Carlton. Musiało minąć sporo czasu, potrzebowałem mnóstwo przesłuchań, aby wreszcie zrozumieć, "zaskoczyć" i polubić ten album. Muzycy znali się doskonale od lat, mieli tysiące wspólnych sesji w renomowanych studiach L.A, grali razem koncerty, jamowali, mogli się wyszaleć w okolicznych klubach jak słynny "Baked Potato" (regularnie co wtorek). Ich zgranie i porozumienie było więcej niż telepatyczne. Wszyscy byli gruntownie wykształceni i technicznie wyszkoleni na mistrzowskim poziomie. Mieli zbliżone - baaaardzo eklektyczne gusta - chłonęli dosłownie każdy styl i gatunek muzyczny. Nie było stylu w jakim by się nie odnaleźli. Ta płyta znakomicie to obrazuje. W recenzjach chwalono interakcje między instrumentalistami - co nie było takie oczywiste na innych płytach fusion z tego czasu - głównie nagrywane ścieżka po ścieżce, gdy muzycy nie widzieli siebie i nagrywali osobno. Paradoksalnie mimo zdecydowanie elektrycznego instrumentarium zaliczano krążek do "akustycznego fusion", delikatnego, wyczulonego na subtelności, operowanie przestrzenią, ciszą, o niebywałej płynności, pozbawionej niepotrzebnego "ciężaru" typowego dla tego gatunku. Więcej było refleksji, wyciszenia, zadumy, niedopowiedzeń i dbania o detale, ale rownież spontaniczności chwili i kolektywnego grania - co wynikało z ówczesnej klubowej aktywności. Nie jest łatwo od razu docenić te walory - na to trzeba skupienia, wielu przesłuchań i otwartej głowy.


Na początek mamy chyba najbardziej przebojowy kawałek - 2 utwory połączone w jedno "Captain Caribe" Grusina i "Get Away". Akurat ten numer od razu mnie porwał szturmem, od zaraźliwej melodii wprost nie można się uwolnić, porywa do tańca i dobrej zabawy (prawie zupełnie jakbyśmy wylądowali na jakiejś balandzie na pokładzie statku w pobliżu Karaibów, gdzie jest niezły zapas rumu w beczkach). Po raz nie wiem który objawia się talent Grusina do pisania melodii, które aż chce się nucić. W dalszej części mamy więcej zespołowego funkowego grania, a Lee ma okazję do zagrania dłuższej i ostrzejszej solówki. Jego gitara WRESZCIE brzmi pełniej, głośniej i wyraźniej niż na debiucie. Ekspresyjne solo na saksofonie serwuje Ernie Wats, zespół nabiera wiatru w żagle dzięki zwartej sekcji i odpowiednio dobranym kontrapunktom duetu perkusistów - Mason/Forman. Wkrada się w tym transowym graniu coś od Herbie Hancocka i jego Headhunters. Tu konstelacja Ritenoura jest chyba najbliższej tradycyjnie pojmowanego "Fusion Jazzu".


Dwa kolejne utwory przynoszą nam wytchnienie i chwilę ukojenia. "Chanson" to cicha ballada z wiodącą melodią fletu Wattsa. To najlepszy przykład jak muzycy operują ciszą, przestrzenią i niedopowiedzeniami. Momentami trzeba mocno podgłaśniać, by cokolwiek usłyszeć z ich partii. Sporo tu zdobników na tle nieśpiesznie płynącego elektrycznego piana Fender Rhodes. Lider i jego gitara są prawie nieobecne, ograniczając do więcej niż subtelnego akompaniamentu. Utwór łagodnie przechodzi w następny, również balladowy - "Meiso". Zwiewny numer ma w sobie coś z modnego wtedy Lonnie Liston Smitha. Słuchając mamy w wyobraźni widoki palm ledwie poruszanych przez wiatr, puste plaże, fale itd. Znów Watts wysuwa się na pierwszy plan, ale pod koniec następuje zdecydowana zmiana nastroju i w funkowej kodzie do głosu dochodzi Jackson z pomysłowymi zagrywkami na basie. Niestety można odnieść wrażenie, że zabrakło pomysłów na odpowiednie zakończenie utworu.

Z letargu wyciąga nas pełny pułapek, gwałtownych zmian rytmu, tempa, zakręconych i szatańskich riffów - sztandarowy "Captain Fingers" (od pseudonimu jaki w studiach nagrań miał Lee). W odróżnieniu od wersji na następnym właśnie tak zatytułowanym nagranym dla wytwórni Epic ta jest znacznie szybciej, bardziej agresywnie i drapieżnie zagrana. Wyraźny pochód basowy Jacksona napędza cały zespół, środkowe przejścia instrumentalistów są doprawdy kaskaderskie (te brawurowe sypiące się jak z rękawa riffy mają jakieś piętno duetu Urbaniak/Dudziak oraz też coś z Meoli). Brawa należą się i sekcji oraz młodej Patrice Rushen za dotrzymanie kroku tym kuriozalnym liniom napisanym przez lidera. W wywiadach zawsze narzekała na ten utwór, że to najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek przyszło jej zagrać - nigdy nie mogła się nadziwić "po cholerę Ritenour napisał coś tak zdradzieckiego i pojechanego" ;-) . Ciekawego smaczku dodają liczne instrumenty perkusyjne Formana. Po tych niekończących się łamańcach otrzymujemy delikatny, zmysłowy i czarujący "Feel Like Makin` Love". To typowy wczesny Ritenour, kołysząca melodia, nienachalny wycofany rytm, troszkę w tym można odnaleźć klimat wczesnego solowego Larry Carltona. Na koniec drugi najdłuższy - prawie 9 minutowy - tytułowy "Gentle Thoughts". Lee z przyjaciółmi prezentują wyluzowane funkowe bliskie jam session granie. Słuchając głośno można wyłapać te drobne, wrzucone od niechcenia melodyjki. Kłania się solowy Hancock, a porozumienie między dwoma głównymi solistami - Lee i Erniem jest wyborne.
Załączniki
leegentle.jpg
leegentle.jpg (143.63 KiB) Przejrzano 85 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ