Na tym forum pamiętają i słuchają!
Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy
- Monstrualny Talerz
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4832
- Rejestracja: 24.05.2017, 10:29
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- sequencer
- singel kompaktowy
- Posty: 480
- Rejestracja: 09.11.2016, 18:57
- Lokalizacja: Jaworzno
- Kontakt:
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
Inkwizytor pisze: ↑05.11.2024, 08:01 https://shop.metalmind.com.pl/7541,produkt,pl.html
Nie tak dawno ukazał ciekawy album w super składzie - Winder - Apostolis - Ścierański i Ziut Gralak. Bardzo świeża sprawa. Projekt "Leszek Winder Kwartet Spontaniczny". Wydany rok temu przez Metal Mind a zawiera nagrania koncertowe z Katowic z 2020 z 19 sierpnia z Klubu "Katofonia". W dawnej recenzji Jazz Forum ktoś chyba trafnie opisał pewne zjawisko - a mianowicie, że "... rzadko się zdarza by ktoś próbował rozwijać koncepcje zapoczątkowane przez Milesa Davisa i jego muzyków począwszy od albumu In A Silent Way poprzez przełomowy Bitches Brew...". Uważam, że podobnie jak w przypadku Monty Pythona - to jest absolutnie niemożliwe - by "ROZWIJAĆ" tamte idee, pomysły i brzmienia, ubogacać czy ulepszać - to się nigdy nie wydarzy. Można jedynie mniej lub bardziej udanie do tego NAWIĄZYWAĆ. W przypadku takich "efemeryd" i "grup spontanicznych" często pojawia ryzyko, że otrzymamy produkcje "rwące się", "rozmyte", "nierówne" i naznaczone aurą poszukiwań, które nie zawsze do czegoś sensownego prowadzą lub "panowie grają jakby czekali aż pojawi się coś ciekawego....ale się nie pojawia...". Tutaj od samego początku kwartet niezwykłych muzyków potrafi "uderzyć w odpowiedni ton" wypowiedzi artystycznej, zatrzymać uwagę słuchaczy i wytworzyć stosowne napięcie między instrumentami. Słucha się tego z niegasnącą uwagą, choć to nie jest muzyka dla każdego. Kto się spodziewa pełnych słońca i radości życia melodii charakterystycznych chociażby dla Ścierańskiego - może się rozczarować. To muzyka nie naznaczona egzotycznymi podróżami, wypoczynkiem w kurortach - jeśli już to bardziej mamy do czynienia z "podróżami astralnymi i psychodelicznymi". Choć reakcje są niejednokrotnie intuicyjne - to panowie rozumieją doskonale i nie ma żadnych momentów "zagubienia" lub że któryś z panów stracił kontakt z pozostałymi i stracił "trop".
Nie mamy konkretnych kompozycji - to bardziej strumień świadomości. Tak grają wytrawni profesjonaliści - którzy znają zasady poszczególnych konwencji, stąd improwizacja nigdy się "nie rwie". Gdybym miał pokusić o porównania to najsilniej słychać echa elektrycznego Davisa ze wspaniałego funkowego albumu koncertowego We Want Miles. Swobodne partie trąbki Ziuta Gralaka potęgują to uczucie, sam chętnie i z osobliwym entuzjazmem używa efektów a kwaśne, agresywne, atonalne wejścia gitary Windera noszą piętno tamtych poszukiwań Mike`a Sterna ( ale i bluesowego Scofielda oraz zapomnianego ekscentrycznego Pete`a Coseya). Kłaniają też "narkotyczne" eksperymenty koncertowe Milesa z lat 73/75 - z płyt Dark Magus, Pangea i Agharta. Momenty wyciszenia przenoszą nas w skute lodem pejzaże dalekiej Skandynawii i tego czym raczył nas Nils Petter Molvaer, koncertowy szalejący z masą efektów Coung Vu a z naszego podwórka nie bojący ryzyka a przy tym liryczny i melodyjny Piotr Schmidt (mała niespokojna i podążająca niezbadanymi ścieżkami trąbeczka Gralaka na chwilę kłania się wielkiemu Donowi Cherry). Ciekawa jest idea braku naczelnego lidera - z pewnością nie jest nim Winder - wielokrotnie schodzący ze swoją gitarą na dalszy plan. Paradoksalnie każdy z muzyków na stosowny moment przejmuje dowodzenie i wie kiedy się dyskretnie "schować" i wpuścić kolegę. Ta ulotna telepatia, połączenie spontaniczności, intuicji ale przy żelaznej dyscyplinie i nie popadaniu w chaos i bełkot - również nasuwa nieodparte skojarzenia z tym jak swoimi grupami mistrzowsko i bezwzględnie dowodził Miles - choćby w latach 80. Choć muzycy nie unikają terytoriów "awangardowych" - dbają o komunikatywność przekazu. Bluesa, do którego Winder jest tak przywiązany również mamy niewiele -ni, może więcej w drugiej części występu. Ciekawe, że jak na koncert - publiczności prawie nie słuchać - czyżby siedziała aż tak oczarowana i oniemiała ?. Nie jest wykluczone, że zgranie i dobre wyczucie wynika z faktu, iż panowie są prawie wszyscy z tego samego rocznika - czyli 54 - z wyjątkiem Ziuta z 55 - ale to niewielka różnica. Ostatnio coraz częściej pisze się, że na naszej scenie "54" to "magiczny rocznik". Muzyka to pewna wypadkowa doświadczeń, stylów i wrażliwości - Tie Break (Gralak), SBB (Antymos - po raz kolejny udowodnił, że jako perkusista ma wiele do zaoferowania i udanie napędza zespół -choć bywa nierówny), Bezdomne Psy (Winder - uważny słuchacz wyłapie niekiedy charakterystyczne dla Apostolisa zagrywki - przyjmujemy zabieg za jak najbardziej zamierzony) i solowy Ścierański. Słuchanie ich i to jak tworzą na żywo materiał - to trochę jak patrzenie przez kalejdoskop, czy układanie i rozrzucanie na nowo puzzli - choć ten obraz gdzieś tam nadal jest. To tworzenie ale i nieustanna dekompozycja i demontaż.
Fajnie, obejrzę sobie.Inkwizytor pisze: ↑05.11.2024, 09:00 https://www.youtube.com/watch?v=v7xJD_SMxyY
A tu można sobie obejrzeć jak panowie się prezentowali![]()
BTW, ja nie umiem tak pisać o muzyce no i nie mam takiej wiedzy o polskim dżezie... Mam płytę Kwartetu Spontanicznego na CD i słuchałem jej ostatnio - stwierdzam tylko, że jest spoko.
lanie betonu
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
https://annapietrzak.com/pl/gitana-electric-eclectic-2/
Gitana - czyli z hiszpańskiego - coś jakby "cyganka ?, ktoś kto oszukuje, jest podstępny, celowo dawkuje pochlebstwa"
. Gitano niekiedy było nieoficjalnym pseudonimem Armando Perazy, mistrza kongów od Santany. Skusiłem się na ten album za śmieszne pieniądze głównie z powodu, iż udziela się tam mistrz Ścierański - szkoda, że tylko w jednym utworze - ale za to jakim. To jeden z najmocniejszych punktów tego wyjątkowego albumu. Pierwotnie spodziewałem się nieco "akademickiego"/ "studenckiego" stricte akustycznego grania. Nie byłem gotów na to co usłyszę. Aż trudno uwierzyć, że mogłem przegapić takie dzieło. "Gitana" / "Cyganka" czy nie - jednak głównej solistce Annie Pietrzak jak i całej plejadzie znakomitych muzyków ze spiritus movens całości - keyboardziście, aranżerowi Krzysztofowi Orłowskiemu (celuje w zawiesistych quasi symfonicznych barwach - całość dzięki niemu rośnie jak na drożdżach) udała niebywała "sztuczka". Stworzyli dzieło niebywale eklektyczne, łączące muzykę kameralną, jazzową, podlaną filmowym, symfonicznym i fusion sosem. Absolutnie nic się "nie gryzie". To od początku do końca przemyślana całość - można się pokusić, iż mamy do czynienia ze suitą. Muzycy mają swoje inspiracje - można z całą pewnością stwierdzić, że pasjonowali się, byli rozkochani w muzyce Al Di Meoli z okresu przepięknych uduchowionych płyt jak Meola Plays Piazzola, New Sinfonia, Orange and Blue, Heart of Emmigrants, mój ukochany Soaring Through a Dream i najsilniej - Grande Passion. Nie mogli przejść obojętnie obok stylistyki Pat Metheny Group oraz jego solowego monumentalnego Secret Story. Kłania też akustyczny Lee Ritenour (niezapomniany duet Emily Remler i Davida Benoit w Waiting for Spring). Sama Anna gra niezwykle delikatnie - dźwięki powstają absolutnie bez żadnego wysiłku - nie ma takiego namiętnego ataku jak u Meoli - może to ta słynna "kobieca dłoń" ? (podobnie jak u Krzysi Górniak). Kojąca, pełna mądrości, uspokajająca ale i trudna do powstrzymania. Momenty gdy zespół, sekcja ze słynnym Lewandowskim na czele się wyciszają i swoje opowieści zaczyna snuć fortepian - przywodzą wspomnienia natchnionych niezapomnianych partii śp. Lyle`a Maysa ( wyborny popis Marka Markowskiego w Primavera czy Marenque). Krzysztof Ścierański ozdobił skomplikowany harmonicznie ale i bajecznie nastrojowy (wszystkie odcienie jesieni) Marenque jedyną w swoim rodzaju partią basu - początek jakby przywoływał ducha Jaco Pastoriusa z Havony - potem już znacznie melodyjniej i refleksyjnie. Tego utworu można słuchać bez końca. Kilka razy łapałem się na tym, że uśmiechałem się i kręciłem głową: "... a niech to...". I pomyśleć, że mogłem przegapić taki album. Utwór Marenque autorstwa Orłowskiego z pewnością stał się moim kolejnym prywatnym "hitem". Harmonicznie jak i pod względem czułego pieszczenia strun przez Pietrzak - przypomina mi się album Oregon z Moskiewską Orkiestrą Czajkowskiego (boski Round Robin) - jej artykulacja i podejście do instrumentu nie jest aż tak odległe od Ralpha Townera. Innym gigantem basu jest zaproszony Tomasz Grabowy - kompozytor innego najlepszego momentu na płycie - Walctoma - jakby hołd dla Confians Mino Cinelu - to na początku ale w dalszej części nabiera bardziej intymnego przekazu. Tu również ciekawe partie dodaje Rutkowski na wibrafonie. By uczynić Gitana jeszcze bardziej wartościowym wydawnictwem pojawia w 2 kompozycjach najzdolniejszy skrzypek swojego pokolenia Adam Bałdych (skoczny, radosny i podlany szkocko-irlandzkim folklorem i znów staje nam przed oczyma Pat Metheny i jego Awekening). Nie zapominając o tytule mamy dwoje egzotycznych gości - autentycznego śpiewaka flamenco w zamykającej Fieście - Alvaro Caldero i z Madagaskaru Mfę Kerę. Śpiew tej ostatniej możemy podziwiać w otwierającym hicie Libertango - momentami brzmi kontrowersyjnie - chyba dla mnie interpretacja Grace Jones pozostanie niedościgniona
. Jak czytamy na obwolucie płyty - w trakcie realizacji ściana listopadowego deszczu za oknem a w studio niezwykła ciepła, przytulna atmosfera, w otoczeniu najlepszych instrumentów oraz wybornych muzyków. I taka jest to płyta. Napisać, że być może doczekaliśmy się naszego polskiego "Secret Story" to lekka przesada - ale album do którego się będzie jeszcze długo wracać bo jest do tego stopnia przebogaty i wciągający - że przerasta pierwotne oczekiwania. Na naszym rynku, jeśli chodzi o szeroko pojęty lżejszy jazz-fusion dla myślących i wrażliwych - to prawdziwa obecnie rzadkość. Polecam.
Gitana - czyli z hiszpańskiego - coś jakby "cyganka ?, ktoś kto oszukuje, jest podstępny, celowo dawkuje pochlebstwa"
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
https://www.youtube.com/watch?v=vI_jR_iZHpo
Wczorajszy koncert w Legionowie Ścierańskiego do obejrzenia online - polecam - znakomity
Wczorajszy koncert w Legionowie Ścierańskiego do obejrzenia online - polecam - znakomity
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
Jest taka aukcja z biografią Ścierańskiego: https://allegrolokalnie.pl/oferta/krzys ... 1082638016
Mam przeczucie, że to końcówka nakładu, więc jeśli ktoś ma ochotę nas wspomnienia Pana Krzycha...
Mam przeczucie, że to końcówka nakładu, więc jeśli ktoś ma ochotę nas wspomnienia Pana Krzycha...
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
Tak po prawdzie to nie jest "końcówka nakładu" tylko kolejny dodruk - o ile się nie mylę to chyba trzeci czy prędzej czwarty. Książka się całkiem fajnie sprzedaje (zwykle p. Bednarz i Maestro dzielą się kosztami po połowie). Wiem, bo jestem w regularnym kontakcie z autorką, przemiłą p. Renatą. To o wiele więcej niż "wspomnienia Krzycha" - mamy na swój sposób zawartą w "niebieskiej cegle" jak ją nazywa Mistrz Ścierański historię jazzu w Polsce, wypowiedzi innych artystów np. Grzywacza czy Przybyłowicza. Wiem, nie każdy jest należycie poinformowany ale niekiedy warto najpierw przeczytać czy posłuchać a później się wypowiadać - ale jestem gotów to wielkodusznie wybaczyć 
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
Czyli wspomnienia Pana Krzycha tam jednak są. Zatem nie napisałem nic, co wymagałoby "wybaczania".
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
https://www.youtube.com/watch?v=5tVn31Vx2Wk
https://www.youtube.com/watch?v=kunYSbrFaZU
https://www.discogs.com/release/2938740 ... XhJeztA4qp
Sensacja / rewelacja
. Jakaś dobra dusza i kolekcjoner wrzucił całkiem niezłej jakości 2 kawałki z ultra rzadkiego singla Mistrza Ścierańskiego. Przyznam, że długo tego szukałem - choć singiel kojarzyłem z rożnych opracowań, stron itd. Blues na 7/8 znałem z kapitalnej płyty Ścierański-Surzyn Trio. Tu w innej wersji - chyba "wcześniejszej". Największa frajda to nazwany w typowy przewrotny dla p. Krzysztofa sposób i wrodzonym poczuciem humoru - Figiel z Markiem. Korzystając z efektów już tu jego bas zbliżał się brzmieniowo do gitary solowej. Bardzo przyjemne granie - trochę przepełnione taką radosną, wakacyjną aurą, z dbałością o melodie, które potem trudno wyrzucić z głowy. Momentami wkrada feeling wczesnego Pat Metheny Group (w brzmieniu i partiach gitary daje się wyłapać dalekie echo Borysewicza czy Andy Summersa). Singielek ma prawie 40 lat, niesamowicie ten czas zasuwa
Nawet ten nieco "mechaniczny" podkład nie przeszkadza.
https://www.youtube.com/watch?v=kunYSbrFaZU
https://www.discogs.com/release/2938740 ... XhJeztA4qp
Sensacja / rewelacja
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
https://www.youtube.com/watch?v=klaFtEV ... rt_radio=1
Jako pewne ode mnie uzupełnienie do tego co się wydarzyło parę dni temu. Nie chcę by to zabrzmiało mazgajowato, grafomańsko czy kiczowato - ale gdy widziałem te fragmenty pogrzebu w tiwi, zdjęcia urny z napisem, portret artystki... jakoś to w dalszym ciągu do mnie nie docierało, trudno było w to wszystko uwierzyć, że tak już po prostu Jej nie ma. Człowiek myśli, że tradycyjnie za kilka znów znów pojawi się w telewizji...może i pojawi ale już wyłącznie w powtórkach
. Mimo wszystko - dziwne, że wcześniej mi się to nie przypomniało. Może się artystce wiele rzeczy "nie udało", ale duet z Mistrzem Ścierańskim jako marzenie udało się zrealizować. P. Reneta Bednarz - autorka jego biografii, też pękała przy tym ze śmiechu - niesamowite spotkanie i czy aby na pewno czysty "zbieg okoliczności" ?
. Finał mnie rozwalił - "... Krzysiu, znasz to uczucie ?...".
I taka powinna dla nas pozostać. Na scenie potrafiła dosłownie wszystko i wystąpić z każdym.
Jako pewne ode mnie uzupełnienie do tego co się wydarzyło parę dni temu. Nie chcę by to zabrzmiało mazgajowato, grafomańsko czy kiczowato - ale gdy widziałem te fragmenty pogrzebu w tiwi, zdjęcia urny z napisem, portret artystki... jakoś to w dalszym ciągu do mnie nie docierało, trudno było w to wszystko uwierzyć, że tak już po prostu Jej nie ma. Człowiek myśli, że tradycyjnie za kilka znów znów pojawi się w telewizji...może i pojawi ale już wyłącznie w powtórkach
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
Wielki pianista, nieodżałowany Lyle Mays w wywiadzie cytował słynnego kompozytora (nazwisko mi jakoś uleciało): "... sztuka rozwija się pod przymusem, a zamiera na wolności...". Z kolei inny już nieżyjący Keith Emerson krytycznie wypowiadał się na temat tzw. "form swobodnych" lub "form otwartych". Jego zdaniem muzycy "muszą wiedzieć, co mają grać". Próbując wniknąć w najnowszy, świeżo wydany album projektu "Kwartet Spontaniczny 2" nieustannie wracają do nas powyższe wypowiedzi i sami musimy sobie we własnym zakresie zadać to kluczowe pytanie: "... czy całkowita wolność sprzyja tworzeniu i kreowaniu wielkiej sztuki ?...". Trudno opisując ten album nie powtórzyć większości zdań, które padły po lekturze "jedynki". To dość krótki album, ok 45 minut muzyki (wydawcy znów myśleli formatem winylowym), na pewno trudnej, zawieszającej wysoko poprzeczkę słuchaczom. Jednak komu przypadła do gustu cz.1 - teraz nie będzie miał większego problemu z odbiorem jej kontynuacji (teraz wydaje się być jeszcze bardziej "spontaniczna" niż poprzedniczka). Podobnie jak poprzednio muzycy serwują nam własną wizję muzyki mocno osadzonej w stylistyce Milesa Davisa po jego powrocie w 81 i albumie, który podsumował jego poszukiwania i eksplorowania brzmień funkowych - czyli We Want Miles (niezwykłe jak niektórym ludziom zabrało parę dekad by zrozumieć i docenić co wówczas zainicjował i zaoferował). Równie silne piętno tutaj odcisnął następny okres Davisa, gdy ze swoim mocno przybrudzonym zakorzenionym w bluesie i soulu brzmieniem i pomysłami pojawił się John Scofield w jego zespole (fenomenalne funkowe przyśpieszenie we Fly). Przez jakiś czas Mike Stern i John grali w duecie - co zaowocowało ciekawym krążkiem Star People. W charakterystycznych, pełnych niedopowiedzeń, wyłaniających się jakby z nicości i w niej zatapiających się smutnych, niekiedy rozpaczliwych, lamentujących dźwiękach trąbki wzmocnionej efektami Gralaka również łatwo rozpoznać ton Milesa z "elektrycznego okresu". W komentarzu czytamy, że to wyjątkowa muzyka będąca niecodziennym połączeniem bluesa, rocka i jazzu. Na pewno w stronę jazzu i to wysoce nieortodoksyjnie pojętego ciągnie formację "Ziut" Gralak - przywołując również ducha swojego niegdyś wywrotowego i niepokornego zespołu Tie Break. Wbrew zapowiedziom tego "bluesa" jest jakby najmniej w tej mieszance. Może jedynie w ostatnim Wit, najbardziej "konwencjonalnym" jakby żywcem wyciągniętym z repertuaru grupy Krzak - gdzie kolejno rasowymi solówkami popisują się Winder, Ścierański i Apostolis. Krzysztof i jego bas w tej konstelacji zdaje się pełnić rolę "kotwicy" - układając konkretne "tory" i dbając by koledzy za bardzo nie wypadli z tych "kolein" (co również wcale nie oznacza, iż próbuje ich zdominować). To on próbuje dawać pozostałym pewne wskazówki i nakierowując na konkretne rozwiązania kompozytorskie. Chwilę wytchnienia ortodoksyjnym fanom przynosi impresja "On" - będąca swobodniejszą interpretacją przejmującej ballady "Grzyb Polska" - jakby w podziękowaniu za cierpliwość i otwarcie, skupienie widowni na wcześniejszych trudniejszych fragmentach. Co ciekawe mimo pewnej "telepatii" i całkiem niezłego wzajemnego "wyczuwania się" - zdarzają się też sytuacje, gdy nie ma pełnej zgody co do obranego kierunku w jakim powinni wszyscy podążać. Nie zawsze też pozostała trójka jest gotowa podążać za Krzysztofem. Najlepszy tego przykład mamy w chyba wymownie (i zarazem przewrotnie) zatytułowanym kawałku "Tam" - początek zdaje się sugerować po zaintonowaniu pierwszych nut przez Ścierańskiego - że otrzymamy latynoskie granie czyli znaną z jego solowych a i nie tylko recitali Brazyliankę... lecz nic z tego. Utwór ulega stopniowej "dekompozycji", atrofii, a każdy, szczególnie Gralak i Antymos podążają w sobie wiadomym kierunku. Klimat na płycie przypomina czasem przepełnione skandynawskim smutkiem, zimnem i jesienną mgłą trudniejsze pozycje wytwórni ECM. Jest feeling z twórczości słynnego trębacza Nilsa Pettera Molvaera. Niekiedy muzyka kwartetu nabiera "karmazynowych" (tylko zamiast oprowadzać nas jako "muzyczni kustosze" po dawnym zamku, mamy raczej wrażenie błąkania się po jakiejś opuszczonej bazie obcych pod lodowcem lub po pustych korytarzach szpitala specjalistycznego czy laboratorium) barw z okresu ProjeKcts czy bardzo oryginalnego projektu Bruford/Levin Upper Extremieties (tam podobną rolę co Ziut pełnił ubóstwiany Chris Botti). W dłuższych jamach jak 7 Galaxy czy Itak - pojawia ta sama idea, która przyświecała najlepszemu składowi Crimson 72/74 - czyli najpierw tworzenie atmosfery, wypracowanie konkretnego riffu, doprowadzenie do kulminacji a potem wyciszenie/ rozproszenie. Nie jest to muzyka dla każdego. Z kolei miłośnicy jeszcze bardziej ekstremalnego grania free - mogą poczuć, iż kwartet gra zbyt "zachowawczo" i wiele pomysłów powinni rozwijać dalej aż do porażającego finału. Ciekawe czy będą kontynuowali współpracę i czy możemy liczyć na cz. 3 ?.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
https://www.youtube.com/watch?v=6D3GXtuEgTA
Wstyd się przyznać, ale sam stosunkowo niedawno natrafiłem na ten koncert. Polecam wszystkim, nie tylko fanom Mistrza Ścierańskiego. Jeśli ktoś szuka jakże barwnej, urozmaiconej muzyki - by się rozgrzać w te mroźne dni - to idealne propozycja, by spędzić ciekawie wieczór lub popołudnie. Krzysztof razem ze swoim kwartetem - czyli Górkiewicz (ze Skaldów), Gołębski na "alkomacie" (czyli EWI) oraz syn Maestro - Marcin na perkusji (który bardzo się rozwinął). Repertuar skupia głównie na ostatnim studyjnym (nota bene - znakomitym, im dłużej obcuję z tym materiałem, tym coraz bardziej mi się podoba, człowiek za każdym razem odkrywa coś nowego, co wcześniej mu umknęło) - "Jazz, Rock i Święty Spokój". Jedynym "starszym" utworem jest pachnący orientem i nieco mroczny "Obsession" z "Night Lakes". Niezmiennie wirtuozeria lidera dosłownie zwala z nóg, tym bardziej, że często zamienia bass na gitarę solową i wtedy dopiero wymiata aż miło. Jego inwencja zdaje się nie mieć granic. Bajeczna technika to nie jest jedynie "cel-sam-w-sobie", ale dobra baza i narzędzie by snuć ciekawe opowieści. Utwory rozbudowane i każdy z instrumentalistów ma okazję zaprezentować się z jak najlepszej strony, ale nigdy żaden "nie przynudza"
. Na upartego można odrobinkę żałować, że Mistrz nie pokusił się o jakieś większe podróże sentymentalne i sięgnięcie po coś np. z doskonałych albumów jak "Independent", "Flying Over" czy "Far Away Frome Home". Nie trzeba również przypominać jak równie wybornym jest gawędziarzem, mistrzem ceremonii i sypiącym anegdotami jak z rękawa konferansjerem. Pod tym względem również ma niewielu sobie równych w kraju 
Wstyd się przyznać, ale sam stosunkowo niedawno natrafiłem na ten koncert. Polecam wszystkim, nie tylko fanom Mistrza Ścierańskiego. Jeśli ktoś szuka jakże barwnej, urozmaiconej muzyki - by się rozgrzać w te mroźne dni - to idealne propozycja, by spędzić ciekawie wieczór lub popołudnie. Krzysztof razem ze swoim kwartetem - czyli Górkiewicz (ze Skaldów), Gołębski na "alkomacie" (czyli EWI) oraz syn Maestro - Marcin na perkusji (który bardzo się rozwinął). Repertuar skupia głównie na ostatnim studyjnym (nota bene - znakomitym, im dłużej obcuję z tym materiałem, tym coraz bardziej mi się podoba, człowiek za każdym razem odkrywa coś nowego, co wcześniej mu umknęło) - "Jazz, Rock i Święty Spokój". Jedynym "starszym" utworem jest pachnący orientem i nieco mroczny "Obsession" z "Night Lakes". Niezmiennie wirtuozeria lidera dosłownie zwala z nóg, tym bardziej, że często zamienia bass na gitarę solową i wtedy dopiero wymiata aż miło. Jego inwencja zdaje się nie mieć granic. Bajeczna technika to nie jest jedynie "cel-sam-w-sobie", ale dobra baza i narzędzie by snuć ciekawe opowieści. Utwory rozbudowane i każdy z instrumentalistów ma okazję zaprezentować się z jak najlepszej strony, ale nigdy żaden "nie przynudza"
...Nobody expects the Spanish inquisition !
- Inkwizytor
- limitowana edycja z bonusową płytą
- Posty: 4760
- Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
- Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus
Re: Krzyszfot Ścierański - The King is in town.
Z kategorii - ciekawostek i albumów na których udzielał się Mistrz Ścierański....
"Two Different Ways" - czyli "dwie odmienne drogi" - to jedyny solowy album byłego perkusisty Kombi (i Kombii) Jana Pluty, który odszedł od nas ponad 13 lat temu. Dwie odmienne ścieżki - w tym przypadku wokalna i czysto instrumentalna - każdą z nich na płycie obiera lider, chociaż mnie osobiście przekonuje zdecydowanie ta druga. Nie można zaprzeczyć, że to bardzo "specyficzny" album. Sporo na nim taneczno-klubowych, hip-hopowych klimatów i rozwiązań. Jest również coś z późnego Urbaniaka / Urbanatora czy Urbanizera, gdy ten coraz odważniej korzystał w nowoczesnej, studyjnej technologii (wprost nie odrywał się od komputera) i nie miał oporów, by w swoją jazzową ofertę maksymalnie nasączyć nową "czarną" muzyką, czyli rapem, hip-hopem, house, techno i dance itd. Nie jeden mocno się zdziwi, gdy wrzuci ten album do odtwarzacza CD. Zamiast klimatów znanych z chociażby solowych płyt Dave`a Weckla (do którego jeszcze będzie okazja nawiązać) - mamy w miejsce żywej perkusji mechaniczny, wygenerowany komputerowo i przy konsolecie podkład. Można odnieść wrażenie, że Jana zafascynowały klimaty klubowe i (pozornie) nieograniczone możliwości jakie można dziś osiągnąć w studio nagraniowym wyposażonym w najnowocześniejszy sprzęt i liczne bajery. Wspomnianemu albumowi niebawem stuknie 20 lat - ukazał się w 2007, wydany przez przewrotnie i żartobliwie nazwaną wytwórnię "O.K. polish jazz" (sporo autoironii - płytom z serii "Polish Jazz" wielokrotnie zarzucano anachronizm i preferowanie wyłącznie bardziej "zachowawczych" artystów, a świat mocno poszedł do przodu). To mało znany i rzadki album, niekiedy się pojawia w ofercie sklepów lub na akcjach, a czasem znika, bywa, że osiąga poważne ceny.
Kusić może obecność sław, gdy zerkniemy na tylnią część okładki (jedynie szkoda, że nie opisano szczegółowo jaki konkretny skład gra w danej kompozycji - wielokrotnie trzeba się domyślać, ale kilku asów można rozpoznać po pierwszych 2 dźwiękach) - zagranicznych jak Frank Gambale, Jay Oliver, Buzz Feiten, Tom Kennedy, Bob Malach, czy naszych krajowych - czyli Grzegorza Skawińskiego, Waldemara Tkaczyka (to z nimi reaktywował po latach Kombii, stąd ich obecność wydaje się być oczywista) oraz bracia Paweł i Krzysztof Ścierańscy. Z tymi ostatnimi Pluta stworzył na początku lat 90 słynne trio, dość intensywnie koncertowali oraz wydali jeden (trochę niekiedy zapomniany i pomijany) bardzo ciekawy album "No Radio" (który również staje się trudno dostępnym rarytasem). Podejrzewam, że "Książe Basu" p. Krzysztof sam chyba zapomniał, że w ogóle zagrał na tym albumie. Przyznam się, że to Jego obecność okazała się tym "magnesem" i argumentem, dlaczego zdecydowałem się zaryzykować i nabyć ten krążek.
Jest na tym albumie jedna wyjątkowej urody perła, skarb, robiący zdecydowanie najlepsze wrażenie, z gościnnym udziałem Mistrza Ścierańskiego, który skomponował ten utwór - mowa o najdłuższym, mocno transowym i przesyconym duchem orientalnych podróży - "Run Upon the Sands". Ktoś złośliwy podsumowałby, że na dobrą sprawę można ograniczyć się tylko do tego utworu, a resztę sobie darować. Główny, mocny rozbujany riff basu, wspomagany atmosferycznym tłem z modułu Korga Tritona tworzy jedyny i niepowtarzalny feeling, tak doskonale znany i lubiany przez fanów Ścierańskiego. Czujemy się jakbyśmy w środku nocy przedzierali się przez pustynię. Rzecz sprawia wrażenie żywcem wyjętej z albumów basisty np. "Directions" lub "Night Lakes". Swoje robi trąbka trochę w duchu Milesa czy Marka Ledforda. Tu mamy WRESZCIE żywe, organiczne i zespołowe granie. Szarpana gitara może kojarzyć się ze Scofieldem lub Sternem. Szkoda, że takich rzeczy nie ma tu więcej.
Wielce wymowny jest dopisek na dysku CD - "...the blackest white album..." - najczarniejszy biały album. Tą informację i "ostrzeżenie" należy brać jak najbardziej na serio.
Jak wspomniałem - sporo miejsca na krążku zajmują... - piosenki, jak choćby otwierający tytułowy "Two Different Ways" w mocno soulowym/klubowym/ulicznym klimacie. Nie jeden fan "męskiego grania" i "męskiego fusion" może poczuć się zbity z tropu i zacznie sprawdzać, czy aby na pewno włożył właściwą płytę do odtwarzacza. Trzeba jednak docenić jak mocno "biały" i na dodatek polski perkusista czuł tą "czarną" stylistykę i jak potrafił wprowadzić ją w czyn na swoim albumie. Wielu będzie się krzywić z powodu obecności aktywnego DJ Rossa. Podobne uczucia będą towarzyszyć w odbiorze całkiem sympatycznego żeńskiego wokalu w "Another Place" - w kołyszącym r`n`b w duchu Toni Braxton, Mariah Carey, czy Natalii Kukulskiej. Niestety rozwiązania w kompozycjach i same melodię robią się niekiedy trochę wtórne i popadają w sztampę np. w czerpiącym z salsy "Comme Ci, Comme Ca" (nawiązanie do Stinga / The Police i ich "Message in a Bottle" - cytat - "... Sending out an S.O.S..."), przesłodzonym "Over U" (ale bezprogowy bas ciut ratuje sytuację), "Upside Down" (tu swoje ostrą gitarą robi chyba Skawiński), "Missing" (znów mdła piosenka a la Braxton), czy "Don`t Wanna Give Up".
Dobrze, że obok ww. świetnego "Run Upon the Sands" Ścierańskiego jest jeszcze parę innych instrumentalnych kawałków zapewniających bardzo albumowi potrzebną przeciwwagę, pozwalające nam odpocząć od wszechobecnych wokaliz. Można w nich znaleźć kilka intrygujących "smaczków". W "3-City to London" mamy orientalne wstawki, jakbyśmy podróżowali nie do Londynu, ale do Stambułu jakimś Orient Expressem, jako żart mamy wsamplowany motyw syntezatorów Łosowskiego doskonale znane z przeboju Kombi "Słodkiego Miłego Życia". Partie instrumentów prezentują nieco "jarmarczne", nie unikające zgrywy podejście jakie prezentowali Ian Ballamy i Django Bates gdy współpracowali z Earthworks Billa Bruforda. Kolejna to ambientowa impresja "After Party" - zderzenie czegoś staroświeckiego z futurystycznym podejściem, prawie jakby prehistoryczne nagranie z płyty gramofonowej przepuścić przez konsolę DJ z masą efektów, "zaginania dźwięku", zapętleń, skreczy itd. "Public Meditation" kojarzy się z koncertowym Milesem z przełomu lat 80 i 90, na tle ambientowego, transowego podkładu z quasi afrykańskimi i daleko wschodnimi wokalizami. Więcej żywego/organicznego i zespołowego grania mamy znów w utworze pochodzącym z repertuaru wspomnianego Weckla, wspólnej jego kompozycji z obecnym tu na organach Jay Oliverem. Nie najlepszym pomysłem było przerobienie najsłynniejszego standardu Monka - "Round Midnight" na silnie soulowo, popową wokalną modłę. Zamyka całość "Border Upon Alien" - perkusyjny popis z kosmicznym, syntezatorowym tłem - choć i tu niestety zabrakło pomysłu na zakończenie.
"Two Different Ways" - czyli "dwie odmienne drogi" - to jedyny solowy album byłego perkusisty Kombi (i Kombii) Jana Pluty, który odszedł od nas ponad 13 lat temu. Dwie odmienne ścieżki - w tym przypadku wokalna i czysto instrumentalna - każdą z nich na płycie obiera lider, chociaż mnie osobiście przekonuje zdecydowanie ta druga. Nie można zaprzeczyć, że to bardzo "specyficzny" album. Sporo na nim taneczno-klubowych, hip-hopowych klimatów i rozwiązań. Jest również coś z późnego Urbaniaka / Urbanatora czy Urbanizera, gdy ten coraz odważniej korzystał w nowoczesnej, studyjnej technologii (wprost nie odrywał się od komputera) i nie miał oporów, by w swoją jazzową ofertę maksymalnie nasączyć nową "czarną" muzyką, czyli rapem, hip-hopem, house, techno i dance itd. Nie jeden mocno się zdziwi, gdy wrzuci ten album do odtwarzacza CD. Zamiast klimatów znanych z chociażby solowych płyt Dave`a Weckla (do którego jeszcze będzie okazja nawiązać) - mamy w miejsce żywej perkusji mechaniczny, wygenerowany komputerowo i przy konsolecie podkład. Można odnieść wrażenie, że Jana zafascynowały klimaty klubowe i (pozornie) nieograniczone możliwości jakie można dziś osiągnąć w studio nagraniowym wyposażonym w najnowocześniejszy sprzęt i liczne bajery. Wspomnianemu albumowi niebawem stuknie 20 lat - ukazał się w 2007, wydany przez przewrotnie i żartobliwie nazwaną wytwórnię "O.K. polish jazz" (sporo autoironii - płytom z serii "Polish Jazz" wielokrotnie zarzucano anachronizm i preferowanie wyłącznie bardziej "zachowawczych" artystów, a świat mocno poszedł do przodu). To mało znany i rzadki album, niekiedy się pojawia w ofercie sklepów lub na akcjach, a czasem znika, bywa, że osiąga poważne ceny.
Kusić może obecność sław, gdy zerkniemy na tylnią część okładki (jedynie szkoda, że nie opisano szczegółowo jaki konkretny skład gra w danej kompozycji - wielokrotnie trzeba się domyślać, ale kilku asów można rozpoznać po pierwszych 2 dźwiękach) - zagranicznych jak Frank Gambale, Jay Oliver, Buzz Feiten, Tom Kennedy, Bob Malach, czy naszych krajowych - czyli Grzegorza Skawińskiego, Waldemara Tkaczyka (to z nimi reaktywował po latach Kombii, stąd ich obecność wydaje się być oczywista) oraz bracia Paweł i Krzysztof Ścierańscy. Z tymi ostatnimi Pluta stworzył na początku lat 90 słynne trio, dość intensywnie koncertowali oraz wydali jeden (trochę niekiedy zapomniany i pomijany) bardzo ciekawy album "No Radio" (który również staje się trudno dostępnym rarytasem). Podejrzewam, że "Książe Basu" p. Krzysztof sam chyba zapomniał, że w ogóle zagrał na tym albumie. Przyznam się, że to Jego obecność okazała się tym "magnesem" i argumentem, dlaczego zdecydowałem się zaryzykować i nabyć ten krążek.
Jest na tym albumie jedna wyjątkowej urody perła, skarb, robiący zdecydowanie najlepsze wrażenie, z gościnnym udziałem Mistrza Ścierańskiego, który skomponował ten utwór - mowa o najdłuższym, mocno transowym i przesyconym duchem orientalnych podróży - "Run Upon the Sands". Ktoś złośliwy podsumowałby, że na dobrą sprawę można ograniczyć się tylko do tego utworu, a resztę sobie darować. Główny, mocny rozbujany riff basu, wspomagany atmosferycznym tłem z modułu Korga Tritona tworzy jedyny i niepowtarzalny feeling, tak doskonale znany i lubiany przez fanów Ścierańskiego. Czujemy się jakbyśmy w środku nocy przedzierali się przez pustynię. Rzecz sprawia wrażenie żywcem wyjętej z albumów basisty np. "Directions" lub "Night Lakes". Swoje robi trąbka trochę w duchu Milesa czy Marka Ledforda. Tu mamy WRESZCIE żywe, organiczne i zespołowe granie. Szarpana gitara może kojarzyć się ze Scofieldem lub Sternem. Szkoda, że takich rzeczy nie ma tu więcej.
Wielce wymowny jest dopisek na dysku CD - "...the blackest white album..." - najczarniejszy biały album. Tą informację i "ostrzeżenie" należy brać jak najbardziej na serio.
Jak wspomniałem - sporo miejsca na krążku zajmują... - piosenki, jak choćby otwierający tytułowy "Two Different Ways" w mocno soulowym/klubowym/ulicznym klimacie. Nie jeden fan "męskiego grania" i "męskiego fusion" może poczuć się zbity z tropu i zacznie sprawdzać, czy aby na pewno włożył właściwą płytę do odtwarzacza. Trzeba jednak docenić jak mocno "biały" i na dodatek polski perkusista czuł tą "czarną" stylistykę i jak potrafił wprowadzić ją w czyn na swoim albumie. Wielu będzie się krzywić z powodu obecności aktywnego DJ Rossa. Podobne uczucia będą towarzyszyć w odbiorze całkiem sympatycznego żeńskiego wokalu w "Another Place" - w kołyszącym r`n`b w duchu Toni Braxton, Mariah Carey, czy Natalii Kukulskiej. Niestety rozwiązania w kompozycjach i same melodię robią się niekiedy trochę wtórne i popadają w sztampę np. w czerpiącym z salsy "Comme Ci, Comme Ca" (nawiązanie do Stinga / The Police i ich "Message in a Bottle" - cytat - "... Sending out an S.O.S..."), przesłodzonym "Over U" (ale bezprogowy bas ciut ratuje sytuację), "Upside Down" (tu swoje ostrą gitarą robi chyba Skawiński), "Missing" (znów mdła piosenka a la Braxton), czy "Don`t Wanna Give Up".
Dobrze, że obok ww. świetnego "Run Upon the Sands" Ścierańskiego jest jeszcze parę innych instrumentalnych kawałków zapewniających bardzo albumowi potrzebną przeciwwagę, pozwalające nam odpocząć od wszechobecnych wokaliz. Można w nich znaleźć kilka intrygujących "smaczków". W "3-City to London" mamy orientalne wstawki, jakbyśmy podróżowali nie do Londynu, ale do Stambułu jakimś Orient Expressem, jako żart mamy wsamplowany motyw syntezatorów Łosowskiego doskonale znane z przeboju Kombi "Słodkiego Miłego Życia". Partie instrumentów prezentują nieco "jarmarczne", nie unikające zgrywy podejście jakie prezentowali Ian Ballamy i Django Bates gdy współpracowali z Earthworks Billa Bruforda. Kolejna to ambientowa impresja "After Party" - zderzenie czegoś staroświeckiego z futurystycznym podejściem, prawie jakby prehistoryczne nagranie z płyty gramofonowej przepuścić przez konsolę DJ z masą efektów, "zaginania dźwięku", zapętleń, skreczy itd. "Public Meditation" kojarzy się z koncertowym Milesem z przełomu lat 80 i 90, na tle ambientowego, transowego podkładu z quasi afrykańskimi i daleko wschodnimi wokalizami. Więcej żywego/organicznego i zespołowego grania mamy znów w utworze pochodzącym z repertuaru wspomnianego Weckla, wspólnej jego kompozycji z obecnym tu na organach Jay Oliverem. Nie najlepszym pomysłem było przerobienie najsłynniejszego standardu Monka - "Round Midnight" na silnie soulowo, popową wokalną modłę. Zamyka całość "Border Upon Alien" - perkusyjny popis z kosmicznym, syntezatorowym tłem - choć i tu niestety zabrakło pomysłu na zakończenie.
- Załączniki
-
- pluta1(1).jpg (141.81 KiB) Przejrzano 163 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !