John Scofield

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3746
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

John Scofield

Post autor: Inkwizytor »

Kilka dni temu gitarzysta obchodził okrągłe 70 urodziny - dokładnie 26go grudnia. Pamiętam z licznie studiowanych artykułów w fachowej i audiofilskiej prasie - w latach 90 i 2000 wskazywano , że jeśli "obecnie" ktokolwiek zasługuje na miano czołowego nowoczesnego gitarzystę jazzowego - nr. 1. - to na pewno tylko Scofield. A dziś po upływie tylu lat figuruje raczej już jako "stara gwardia", to niesamowite jak ten horyzont czasowy nieustannie się przesuwa a niektórym ucieka.

Ostatnio chętniej sięgam po jego krążki z płytoteki. Zabawne, bo spotkałem przy okazji uzupełniania moich zbiorów ludzi, miłośników jazzu, kolekcjonerów - którzy z pewnymi oporami przyznawali odsprzedając swoje albumy - że niegdyś poczuwali się nijako "w obowiązku" , że skoro pasjonują się jazzem - to "wypada" mieć co najmniej kilka jego dzieł w zbiorach .... po latach przerwy niekiedy wracali do tej muzyki - ale dochodzili do wniosku, że to nie dla nich, nie czują tego "bluesa" - choć niezwykle się starali. Tu dochodzimi do jednej z pierwszych refleksji - Scofield nie jest dla każdego - jest niekiedy trudny, nie kokietował słuchaczy, nie zabiegał o uznanie, popularność, stawiał sobie i fanom wysoko poprzeczkę. Nie nadaje do słuchania "dla relaksu czy przyjemności", nie jest to muzyka do podróży czy do plecaka - sam nie raz próbowałem gdy byłem długo w trasie - nie ukrywam, że zirytował mnie. Na Johna trzeba mieć "fazę", nastrój, dostroić się do niego - wymaga niezwykłego skupienia i podążania za nim, z każdym dźwiękiem i nutą - kto się na chwilę wyłączy, zajmie czymś innym - to wtedy trudno wrócić z powrotem - za późno - lider jest już muzycznie o wiele dalej.


Ze Sco - jak nazywają go fani i inni muzycy jest podobnie jak z Coltrane`m - kto nie rozwijał razem z nim, kto nie podążał wiernie za nim - przestawał rozumieć i czuć jego muzykę. Ja sam do niego dochodziłem latami wyboistymi ścieżkami - wiadomo - miles z lat 83 / 85 - potem chociażby super album z Methenym - I Can See Your House - dla jednych piękne połączenie dwóch odległych muzycznych światów, dla innych wariactwo managerów którzy liczyli na mega zyski dla innych ciekawostka a dla wielu - jeden wielki kompromis. Wcześniej zespoły Billy Cobhama Spectrum czy projekt Cobham i boski śp. George Duke ( plus Alphonso ) - gdy jak żartują - Scofield iał jeszcze włosy :wink: . Do Johna się dojrzewa - bo jakoś specjalnie nie wierzę, że jakiś nastolatek jest w stanie posłuchać i z miejsca przeniknąć jego muzykę, opanować te zawisłości i myśleć, że wie o nim wszystko - czysta bzdura i uzurpacja. Trzeba coś w życiu przeżyć i wiele - doprawdy wiele rzeczy przesłuchać by wniknąć w jego twórczość, docenić i oswoić. Może jest jakiś młody Mozart czy inne "wunderkind" - lub młodziakom się tylko wydaje że "rozumieją i czują" Sco - prawda jest bardziej złożona. Krążą anegdoty o wykładowcach na uczelniach - gdy pada jego nazwisko od razu sarkastycznie i żartobliwie ucinają sprawę - "... Scofield ? - zapomnij, to nie jest dla zwykłych śmiertelników, jego słuchają tylko inni muzycy....". :D Nie wydaje mi się, że można kopiować jego patenty , by można być drugim Scofieldem czy mu "ukraść" , "podebrać" cokolwiek. Sam do wszystkiego dochodził ciężką pracą i wielkim talentem.


Przez ok 30 lat zetknąłem z masą materiału, opracowania, artykuły, wywiady, recenzje - wszystko składa na portret interesującego muzyka - nie ma przesady by napisać - "innowatora". Jak wielu zaczął od bluesa - tego ciężkiego, mrocznego, surowego, na swój sposób nieco "prymitywnego" - co zostawiło trwały ślad w jego stylu, doboru brzmienia, budowania fraz i solówek - zawsze pozostał ten bluesowy "brudek", ta pierwotna etniczna surowość, mroczny ton, cierpkość, kwaśność, szorstkie męskie, czasem brutalne i agresywne brzmienie, atakowanie dźwięków i autentyzm starych mistrzów - zero sentymentów - tak jak pisali i śpiewali o miłości - głównie tej cielesnej - bez ogródek, bez fałszu czy lepkiej ckliwości. Nie brak opinie że pewna "brzydota" i "turpizm" był Johnowi pisany i nie był dziełem przypadku - niebywała żelazna konsekwencja i wypadkowa wielu lat grania, ćwiczenia i słuchania - co sam podkreśla - dobry muzyk musi dużo słuchać i znać korzenie jazzu, dokonania innych, to musi w niego wsiąknąć i musi tym nasączyć swoją osobowość , do kości, do bólu - lecz nie próbować tego ślepo kopiować.


Gdy trafił do Berklee - jak sam wspomina - miał czas by wreszcie usiąść z instrumentem, poćwiczyć, pomyśleć - bo świadomość jest niezwykle ważna - z przekąsem wspomina - grał cały dzień i noc - wcinając pizzę i popijając piwo. Szybko doszło do sytuacji - że sam udzielał lekcji gry na gitarze - po latach surowo przestrzegał - nie idzie się do takich uczelni jak Berklee - by opanować instrument czy się go uczyć - nie tędy droga. To musi być dokonane wcześniej. To samo z goryczą mówił Jaco - gdy nijako zmuszony przez okoliczności udzielał lekcji czego nie znosił - że trafiali do niego kolesie, którzy nawet nie potrafili zagrać prostej gamy. Sco nie specjalnie był zainteresowany innymi gitarzystami na uczelni - jedynie wymienił, że intrygował go Mick Goodrick - dziś prawie zupełnie zapomniany. Miał szczęście do cudownych wykładowców - m.in Gary Burton. Nie miał do niego słów uznania - podobnie jak później dla Steve`a Swallow którego zawsze wymieniał jako jednego ze swoich mentorów. W pokoju na uczelni miał szczęście być z basistą i perkusistą, więc swobodnie grali w trójkę - ten drugi miał wybrafon więc Gary wpadał gdy nadarzyła się okazja i grali w pokoju. John podobnie jak słynny Les Paul w swoich książkach o gitarze jako "tajemnicę" sukcesu wymieniał - że zdecydowanie uczyliśmy się od siebie nawzajem, od innych, - samokształcenie ? - absolutnie nie istniało. Trzeba słuchać lepszych i grać z nimi - to najlepsza edukacja. Gros pracy należy wykonać samemu - gitarzysta gdy grywał jako następca w Spectrum Cobhama wracając do swojego pokoju - przesłuchiwał wciąż i wciąż na nowo ukochane płyty najprawdziwszego jazzu lat 60 - m.in Miles Smiles czy I Love Supreme - kwaśno wspominał, że ludzie oczekiwali po nim solówek a la Al Di Meola, który był wtedy na topie - ale on wolał np przemycić coś w stylu Shortera.

Do dziś podkreśla się "śpiewny dęty / saksofonowy " charakter jego partii - czego sam nie ukrywa a specyficzna technika kolejnych dźwięków legato - wynikała również z tego , że nie potrafił tak szybko kostkować jak inni jego "konkurenci". Nie o technikę jednak chodziło - w ciekawym wywiadzie opowiadał - że muzyk może być wirtuozem, zaiwaniać błyskawicznie po skali tam i z powrotem, grać tysiące nut.... ale to nie jest jazz - nie ma tej magii, emocji, nie porywa, nie rozpala wyobraźni, jest nijakie i jałowe. Najwięcej daje gdy gra się z zespołem - powstaje zbiorowa świadomość, ludzie uważnie słuchają się wzajemnie i każdy dorzuca coś od siebie - a słuchacze zostają w to wciągnięci.


Sco trochę jak Davis nieustannie poszukiwał - zmieniał co parę lat stylistyki, partnerów i co za tym idzie również wytwórnie - był Grammavision, był Blue Note czy Verve. To on był autorem kultowych słów - które wywołały niemałą burzę na początku lat 90 - że "... fusion jest dla mnie właściwie martwe, każdy muzyk musi sobie zdać sprawę, że ten idiom to ślepa uliczka dla improwizatora... to coś co się wydarzyło na początku lat 70 - potem Miles trochę to przywrócił w 80 bo miał do tego silny stosunek emocjonalny ale od tamtego czasu w tej muzyce nic wielkiego ani ważnego się nie wydarzyło...". A wcześniej miał ten styl wychwalać - że się dalej rozwija i na jego tle wielcy muzycy przekonująco swingują i improwizują - można do odbierać w rozmaity sposób - można się nie zgadzać ale warto poznawać takie skrajne poglądy bo zmuszają do myślenia, prowokują do dyskusji. Można również śmiało jak w przypadku innych "mądrali" pokroju Joachima powiedzieć - na Boga - przecież to opinia raptem jednego człowieka. Scofield miał wielki wpływ na wielu gitarzystów - nawet naszych krajowych - o czym może oni sami nie do końca zdają sobie sprawę i są gotowi się do tego przyznać - np te bluesowe, rwące się surowe frazy z dysonansami w środku akordów czy krótkie frazy z podwyższanymi / obniżanymi powyginanymi dźwiękami - np co robił na koncertach Śmietana, Styła, Antymo, Raduli czy Napiórkowski by wymienić pierwszych z brzegu. Sco miał powalić swoim post-Davisowskim, silnie niekiedy free funkowym elektrycznym bandem gdy zawitał do nas bodajże w 87 - z Gary Graingerem na basie i Dennisem Chambersem na perkusji - wedle naocznych świadków - nasi krajowi muzycy obecni mieli uczucie uczestnictwa w pokazie najczarniejszej magii i ich nieobecne spojrzenie, bezradne miny - mówiły same za siebie - są niedouczeni, są do tyłu, pielęgnują jedynie krajowy skansen i jazzowe muzeum. Tym bardziej dziwił fakt - gdy lider bez żalu czy z pewnym gniewem porzucił tą stylistykę, kolegów i zaprezentował światu swój chyba najlepszy band i album który jest ukoronowaniem jazzowego wysiłku:


Time of My Hands.

https://www.youtube.com/results?search_ ... full+album
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3746
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Post autor: Inkwizytor »

Nagrany w doborowym towarzystwie - jego niegdyś bohaterów - bajecznej sekcji rytmicznej - De Johnette i Haden ( choć temu ostatniemu zarzucano w niektórych recenzjach - że nie wpasował do końca w stylistykę, że poruszał we własnej zgoła odmiennej muzycznej przestrzeni, że gdzieś unosił się i dryfował przez cały album na własnym obłoczku - a powinien podobnie jak partnerzy - grać ostro, atakować każdy dźwięk, dopieprzyć - czysta bzdura - rozumiem, że każdy odbiera i odczuwa inaczej - jednakże trzeba wielkiej klasy jako instrumentalista, partner, akompaniator, by odrobinę się usunąć w cień - nie komplikować, nie przytłaczać pozostałych - stanowić taką "otulinę" , oskrzydlenie dla pozostałych, być wsparciem, nieco ocieplić, docieplić brzmienie, być poduszką powietrzną, amortyzatorem - nie musieć gmatwać sytuacji ).


Napisano o tym albumie doprawdy wiele - wedle krytyków i to tych najbardziej krwiożerczych i kapryśnych - album jazzowy roku 90 a może i całej dekady. Nagrany ledwie w 3 dni listopada a zmiksowany w grudniu 89 - wyborna produkcja samego Sco i Petera Erskina - uzyskano te z jednej strony chłodne krystaliczno mroźne z drugiej strony intymne, namiętne i SOCZYSTE brzmienie. Nie chcę przepisywać sążnistych recenzji - spodobało mi się określenie że współpraca nie mająca precedensu w historii jazzu - między gitarą Johna a saxem Joe - idealnie wyważona proporcja, jak namiętni kochankowie - ale jak w bluesie - od razu przechodzący "do rzeczy", bez podchodów, zbędnych sentymentów czy tanich ckliwości - splatających się, jak wyborni tancerze znający pogmatwaną choreografię, nikt nie próbuje przyćmić drugiego, zawsze razem, niekiedy odbijających się od siebie, generalnie mocno przyciągając, żadnej głupawej wymiany ciosów, żadnych docinek czy pieprzonych "battle". Na to stać jedynie dojrzałych prawdziwych mężczyzn. Lovano był wymarzonym partnerem dla kwaśnej, bluesowej, cierpkiej i zagiętej gry lidera. W latach 90 Lovano w Stanach stał prawdziwą gwiazdą - a kto pamięta np gdy w 77 w Big Bandzie Hermana pojawił u nas - mając zaledwie 25 - a ci którzy go podziwiali w trakcie nocnych jam sessions w Akwarium mieli pewność - że o tym facecie będzie głośno i stanie prawdziwą gwiazdą.


Album Time of my Hands - to rzadki przykład dalszego rozwoju jazzu w czasach jazzowi miało sprzyjających. Sco w wywiadach też gorzko sypał celnymi diagnozami - że z jednej strony mamy dzieciaków, którzy może i po prestiżowych uczelniach, może i z opanowaniem i to imponującym instrumentów - ale nie grających jazzu - grających byle co i jakieś totalne bzdury w ładnym opakowaniu z chwytliwym terminem i etykietką - a z drugiej starzy muzycy wiecznie sięgający po wyświechtane i zużyte standardy - które w niczym nie różnią od setek tysięcy innych wykonań - proces wybitnie odtwórczy - jak w cyrku - pokaż swoją sztuczkę z kapeluszem. Time - zaprezentował osłupiałym słuchaczom autentyczny jazz - świeży, nowoczesny, zakorzeniony w bopie, w skomplikowanych harmoniach z brakiem oporów do swobodnego grania z drugiej połowy lat 60, mimo wszystko w grze lidera na elektrycznej gitarze - nie zabrakło funkowego zacięcia i blueusującego fusion. Tak jak wedle Tony Williamsa - płyta Millestones miała zawierać ducha każdego prawdziwego dawnego jazzmana - to na Time on my Hands - zawierało esencję, ducha, sens, przesłanie, namiętność, aspiracje, poszukiwania, każdego prawdziwego jazzmana - do tamtej pory - a to szmat czasu. Nie ma też sensu wyróżniać jakiegokolwiek utworu - album momentami trudny - jak zagłębienie się w harmonię kompozycji Charlie Mingusa - od której Sco również się nie dystansował i sporo przemycił w środkowych sekwencjach utworów. Warto do niego wracać, nie można go nie mieć w swoich zbiorach czy przy sobie. Cudownie czuć jak jazz i jego świadomość dojrzewa w nas - właśnie dzięki takim albumom. Smarkaczom dajmy czas. Mogę sobie łatwo wyobrazić jak nasi krajowi czołowi gitarzyści po paciorku pod poduszką mieli słuchawki i spijali z ust Johna wiele fraz - dla mających sporo czasu - polecam w ramach niekłamanej frajdy by pilnie szukali, śledzili frazy Sco - które potem nasi z lubością serwowali na koncertach.


Płyta stanowi koronny dowód na ignorancję naszego krajowego podwórka i ludzi, którzy mają czelność przy swojej wyszlifowanej ignorancji wypowiadać na temat jazzu i uprawiać na doraźne potrzeby swoją pisaninę - by przytoczyć niefortunne że Ptaszyn i Bliźiński prezentują jakość nieosiągalną / niedostępną amerykańskim mistrzom.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Cure
japońska edycja z bonusami
Posty: 3139
Rejestracja: 12.07.2008, 13:38
Kontakt:

Post autor: Cure »

Scofield jest świetny. Melodyjny i bezpretensjonalny. Uwielbiam jego przyjemny i przyjazny sposób gry.
Lubię zarówno płyty solowe jak i kolaboracje. Najlepszy przykład smooth dźwięków to Sco-Mule. Nagrana z Gov’t. Niby na luzie, niby swobodnie, ale jednak diabelsko precyzyjnie. Klasa schematu ubrana w zwiewne szaty. Uwielbiam.
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3746
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: John Scofield

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=mv2sXa-nx4E


Mała errata przy okazji wspomnień projektów Tria Ścierańskiego Confusion - znów "rocznicowe" nostalgiczne remanenty - powoli mija 35 lat odkąd John Scofield rozstał po ok 2 latach intensywnej współpracy z genialną sekcją rytmiczną innowatorów - Dennis Chambers i Gary Grainger ( klawiszowcy się regularnie zmieniali - np. Robert Aries czy Mitch Forman, Jim Beard i George Duke ). Wtedy będąc u szczytu realizacji swojej koncepcji elektrycznego funk-fusion - silnie zakorzenionego w "brudzie" bluesa czy rhythm`n`bluesa - wprawiali słuchaczy i innych muzyków w hipnotyczny zachwyt. Ich skromny dorobek ( obok niezliczonej ilości koncertów ) - intrygujące płyty nagrane dla Gramavision - Blue Matter, Loud Jazz i Pick Hits Live - wywarły niezaprzeczalny wpływ na naszych krajowych instrumentalistów / improwizatorów / jazzmanów jak Śmietana, bracia Ścierańscy i nawet Apostolis - choć u tego drugiego te agresywne rwące się kwaśne, gorzkie, cierpkie, frazy o bluesowym rodowodzie mogące się laikom wydawać zwykłą "rąbanką" Scofielda - objawiły dopiero w w okolicach 93 r. Dawniej trzy w/w albumy wychwalane pod niebiosa, potem skazane przez samego lidera na zapomnienie i potępienie - dziś znów świecą dawnym blaskiem i trudno doprawdy zrozumieć ewolucję nie tylko Johna ale i naszych polskich gitarzystów jazzowych bez wnikliwej analizy i lektury tej muzyki. Po dominacji frazowania i wrażliwości opuszka palców Pata Metheny - które zaczynało u nas słabnąć pod koniec lat 80 - rozpoczęła inna fascynacja - tym co miał do zaoferowania Scofield - choć niewielu zbliżyło do jego poziomu co w ogóle chyba nie było możliwe. Niektórym naszym improwizatorom jazzowym mogło teoretycznie pomóc to - iż podobnie jak John za młodu również zaczynali i byli pod silnym wpływem bluesa i tego rockowego brzmienia gitary - a gdy doszła świadomość i wiedza z niełatwego zakresu bopu / be-bopu i hard-bopu.... to mogło dać rezultaty.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3746
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: John Scofield

Post autor: Inkwizytor »

Z tego niezwykle energetycznego, buzującego funkiem, elektrycznego / eklektycznego okresu - pełnego bluesowego zadziora i pazura - polecałbym obok wcześniejszego - również te występy by poddać w zaciszu domowym wnikliwym studiom i niestety stwierdzić który z naszych renomowanych wioślarzy muzyków niestety ale mocno kopiował zagrywki / patenty Scofielda - który był na absolutnym topie - jakiś gitarzysta lata temu w wywiadzie udzielonym branżowemu pismu zażartował ale trafił w sedno - gdy odwiedził wydział akademii muzycznej w klasie gitary - równo połowa grała pod Pata Metheny a druga pod Johna Scofielda ( zanim jeszcze ukazał pouczający I Can See Your House From Here - udowadniający, iż można na chwilę i udanie połączyć pozornie szalenie odległe muzyczne światy i wrażliwości - ale czy aby na pewno "odległe" ? - obaj np byli wielkimi miłośnikami drugiego wielkiego kwintetu Davisa z Shorterem ) - pomijam, że musiał być istotny procent instrumentalistów mniej lub bardziej świadomie wsączających w swój styl Johna Abercrombie - dla niektórych pewien łącznik między Patem a Sco.

Warto poznać i mieć w swojej kolekcji video te występy - North Sea Jazz z 86:

https://www.youtube.com/watch?v=dvp_DwGDPvc


Z Kopenhagi 87:

https://www.youtube.com/watch?v=N1pNDQUDYu4

Z Paryża 88:

https://www.youtube.com/watch?v=ayGsQoiXoTY

Z Hamburga 88:


https://www.youtube.com/watch?v=ePa9pwW6bJc

Stareńki z Berlina 81 - gdzie Sco raczy pikantną konferansjerką i uśmieszkiem:

https://www.youtube.com/watch?v=xO0QuCQCAsg

Z Jazz Ost z Lovano 90:

https://www.youtube.com/watch?v=Vk2AwY3aC2w

Fascynująca aczkolwiek momentami lektura dla wielu nazbyt wysoko zawieszająca poprzeczkę, ale warto. Dziwiło mnie gdy w wywiadzie dla Jazz Forum pod koniec lat 80 śp. Śmietana powiedział słynne słowa - że ceni Sco za wniknięcie tak głęboko jak się tylko da na wszelkich gitarach, nawet na akustycznej w historię i tradycję jazzu, facet potrafi zagrać wszystko i akompaniować każdemu ale jako solista i samodzielny lider.... zdaje być nieco zagubiony, że zbyt często się powtarza i kopiuje swoje patenty, zagrywki i słuchacze dają na to nabrać a lepiej sprawdzał jako sideman realizujący żelazną wolę lidera. To wszystko daje do myślenia.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ