David Blamires Group

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3748
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

David Blamires Group

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=c27PV-y9B5Y


https://www.discogs.com/release/5414461 ... ires-Group


Niedawno minęła kolejna okrągła rocznica tego w sumie w naszym kraju mało znanego czy kompletnie nieznanego albumu. Pojawiają sprzeczne daty - niektórzy wskazują na 92 - inni, że powstał już w 90 - dwa lata później było wznowienie czy pewna reedycja w ciut zmienionej okładce. Tak czy inaczej warto po niego sięgnąć - a szczególnie gdy ktoś szuka i preferuje przystępniejsze granie - ale w dalszym ciągu odległe o lata świetlne od banału czy pseudo - soul - jazzowo-podobnej papki jaką puszczają niektóre radiowe / internetowe rozgłośnie. Niektórzy właśnie zaliczają ten projekt w poczet w/w mało wyszukanej konwencji - dla tych, którzy trudniejszego jazzu czy muzyki improwizowanej nie łykają ale mają ambicje "na coś choćby odrobinę trudniejszego ale oby przypadkiem nie za mocno". Ja regularnie co jakiś czas do niego wracam i nie nudzi / nie nuży mnie nigdy - co więcej, z upływem czasu nabiera patyny, a słuchając jak radził jego pryncypał Pat - naprawdę głośno na słuchawki można odkryć i wyłapać o wiele wiele więcej niż pierwotnie może się wydawać.

Nazwa być może mało wyszukana - od razu sugeruje wyraźne konotacje z macierzystym Pat Metheny Group. David - urodzony w Yorkshire ale wyemigrował z rodziną i dorastał w Ontario w Kanadzie - już w tamtejszym rynku zdobywał reputację, renomę i uznanie jako biegły, zręczny w rozmaitych stylistykach, mało konfliktowy, zawodowiec pełną gębą - a tacy byli bym bardziej poszukiwani - im wszechstronniejszy tym lepiej - bo i trębacz, skrzypek, od instrumentów perkusyjnych, gitarzysta i wokalista - może obdarzony "ostrzejszym" głosem od swoich kolegów z PMG - Ledforda i Aznara ale za to z większym pokładem liryzmu i romantyzmu - co uwidoczniło w trakcie koncertów z Metheny ale przede wszystkim na tym albumie. Nie było łatwo zastąpić kogoś takiego jak Aznar - który szybko wybił na pewną niezależność i jeszcze przed kadencją w PMG rozpoczął własną karierę solową - przez lata jakoś łączył obie sfery - dochodziło do ciekawych przetasowań i "przekładańców" na albumach i trasach - raz był Pedro a raz wyborny duet Ledford/Blamires. David pierwszy zameldował - w grupie - już jesienią 86 - są bootlegi z tego okresu - ale skład był efemerydą i nie wiem czy zobowiązania, czy sprawy muzyczne czy rodzinne, zdrowotne ale rozstał ostatecznie Nana Vasconcellos i mimo niekwestionowanych kompetencji Blamiresa - dodano mu partnera "w zbrodni" Marka - panowie "przypadki sobie szybko do gustu" i dobrze uzupełniali plus niekiedy jako trzeci wokalista udzielał świetny perkusjonista Armando Marcal.


Korzystając z małej przerwy i innych zobowiązań swojego szefa Pata ( np. ponowne zejście w Reunion z Burtonem czy chyba najlepszy all star band - kwartet z Hancockiem, DeJohnette i Hollandem ) - zaczął zbierać zespół i szlifować własny materiał. Płyta ujrzało światło dzienne i co otrzymaliśmy ?. Krzywiłem się w niesmaku na krzywdzące opinie - że to epigońskie działanie, bezczelne zżynanie czego się tylko da z PMG - że Blamires zagrał mocno koniukturalnie bo wiedział, iż na takie granie będzie wzięcie na fali światowego uwielbienia PM i to się zwyczajnie sprzeda. Muzyka rzeczywiście mocno osadzona w tej stylistyce - na szczęście lider i jego całkiem zdolni koledzy ( szerszej publiczności raczej niewiele mówiące ) uniknęli bladej imitacji i "podróbki" - stworzyli własny styl a pomysłów na zapadające w pamięć kompozycje nie brakowało. Jako argument podam - że album lata temu wpadł mi w ręce gdy robiłem sobie dłuższy detoks i przerwę w Pacie - szukałem innych ostrzejszych brzmień i moje zainteresowania podążały w stronę funkowych a trochę w kierunku fusion Europy wschodniej. Nie liczyłem na wiele - wiedziałem kim jest lider, którego ceniłem ale spodziewałem takiego grania "nijakiego", trochę soulu, trochę pop, trochę ballad a la Kenny G. Już pierwszy kawałek utrzymany nieco w stylistyce GRP, Ritenoura i Yellojackets przykuł moją uwagę - a poległem na drugim Remember the Redeye - aż musiałem to wyłączyć by ochłonąć - tak mnie zatkało jakie to dobre :

https://www.youtube.com/watch?v=rHICBE153Aw


Przepiękne intro z tym jedynym wokalem - potem całość narasta, głębokie wejście basu i ten rozkołysany rytm i "śpiewna/gwizdana" melodia - tak - czepiając się można powiedzieć że to najlepszy kawałek Pata w którym go brakuje - ale można zapomnieć o uprzedzeniach i dać się ponieść. Lider pokazuje się nie tylko jako liryczny pełny romantycznych uniesień wokalista - jego partie za każdym razem to jak opowiadanie nowej legendy ale taka "story within a story", utwór szkatułkowy, udowadnia szerzej kunszt jako gitarzysta - to najlepszy sprawdzian jego niemałych umiejętności - bo u Pata raczej grał w tle ograniczając do paru akordów wrzuconych tu i tam - tutaj jego partie są ciekawe i za każdym razem przykuwają uwagę - dając relaks, ukojenie i chęć śledzenia. Śmiesznie to zabrzmi ale aż takiego dobrego gitarowego grania się nie spodziewałem - aż momentami miałem wątpliwości czy to on czy jednak pojawił jakiś sprawniejszy technicznie sesyjny muzyk. Nie popisuje wirtuozerią - parę dźwięków z serca, takich niepozornych i skromnych świadczy że w jazzie "nie ma pośpiechu" liczy się feeling, osobowość, i że mniej znaczy więcej. Podobnie jak w przeszłości robiłem taki eksperyment i puszczałem Redeye innym raczej którym jazz był obcy czy wrogi - ale to im się spodobało - fajna instrumentalna muzyka, taka "inna", trudno do końca zaszeregować do kategorii. Świetnie też się sprawdza na długą podróż.


Talent i zacięcie do pisania muzyki do tv, reklam czy radia - widoczny jest w przekroju całego krążka. Nie jestem takim ekspertem - ale nie zdziwiłbym się gdyby poszczególne fragmenty, melodie, motywy, riffy były wykorzystane - bo potencjał mają ogromny - bardzo swego czasu chętnie był grany przez rozgłośnie radiowe z bardziej wyszukaną muzyką chyba największy ''hit" - Deep is the Midnight Sea - okraszony egzotyczną aurą - świetnie by się nadawał na motyw przewodni jakiegoś podróżniczego serialu czy przyrodniczego - tu również możemy podziwiać kunsztownie wymyśloną solówkę gitarową - kłania Lee Ritenour. David w środkowej części brawurowo nakłada na siebie własne głosy.


https://www.youtube.com/watch?v=oj19Z2cPSSw


Najbardziej Metheny`owsko brzmi również rozpędzony jak pociąg do domu (czyżby ostatni ? ) - ale delikatny jak utkany z koronek - takie są całe aranżacje - Three Points on a Star (kłaniają melodie i brzmienia nieodżałowanego Maysa na Wichita ):

https://www.youtube.com/watch?v=c27PV-y9B5Y


Niekiedy zachodziłem w głowę czy lidera nie kusiło by zaprosić choćby na ten jedyny utwór swojego ex-szefa - byłaby to "droga na skróty czy artystyczną łatwiznę ?" - a może trudno było zgrać terminy - lub jak w przypadku naszego Antymosa gdy Metheny miał to usłyszeć po zaproszeniu na autorski album - wypalił "... po co ja ci jestem potrzebny skoro ty tak grasz na gitarze..." ?. U Blamiresa doszedł do podobnego wniosku - chłopie, tak grasz, że poradzisz sobie. Three Points to obok pięknych melodii sporo grania zespołowego i to w ciekawych konstelacjach - jest chwila by więcej miejsca i przestrzeni zaprezentował pianista Boko Suzuki czy basista grający na chwilę w duecie z wokalem Davida - Peter Bleakney.


Więcej śpiewania z tekstem jest będącym jakby "lustrzanym odbiciem" Dream of Return - Untill We Know - czy zamykającym Free at Last. Nie dziwi mnie, że Metheny był zachwycony jego barwą, artykulacją i frazowaniem i zaproponował mu miejsce w swoim zespole - niewielu znam wokalistów, którzy wykonaliby taką robotę. Latynoskie klimaty dominują w żywym a momentami z dynamicznymi kadencjami Tribal Wave - gdzie gitara dialoguje z organami, pojawiają nawet niewinne próby be-bopowego grania ale autor nie pcha na teren gdzie wielu by poległo. Zamiast pustych popisów więcej narracji, liryzmu, zamyślenia, klimatów muzyki filmowej i czarowania dźwiękowych pejzaży - czasem wkrada ambient jak na Fourth World.


Piękna płyta, nie można nadziwić ile się na niej dziej - jak dla mnie nie ma tam tzw. "ziemi niczyjej" czy "bezpańskiej muzyki" - zero wypełniaczy czy przynudzania. Owszem - klimat "filmowej" odsłony PMG dominuje ale wsłuchawszy się odkryje się jak dobrzy byli Blamires i koledzy i jak wiele mieli tu do zaproponowania. To znów o wiele więcej niż fusion czy pop-jazz czy "contemporary jazz" - kłania muzyka do obrazów. Żal , że powstał tylko jeden - ale za to JAKI krążek w tym składzie. Jest COŚ w tej muzyce, że wielu gdy "zaskoczy" to się w niej zakochuje i zostaje już z człowiekiem na zawsze - miałem styczność z fanami z forum z różnych stron świata - że dla nich to jeden z prywatnych "top 5 / top 10" albumów wszechczasów i że mocno uzależnia, uwodzi.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ