https://www.discogs.com/release/6447279 ... -Skaldowie
Nie będzie przesadą, gdy napisze, że w nadchodzącym roku debiutancki album Skaldów będzie celebrował swoje 60 urodziny. Owszem, oficjalnie lp. ukazał w 1967, lecz pewna część nagrań zarejestrowano już w 1966, a konkretnie w sierpniu i listopadzie. Debiut to pewnego rodzaju "składanka" nagrań radiowych i utworów, które najpierw trafiły na popularne wtedy "czwórki", czyli single z 4 kawałkami. Bardzo "czwórki" rozsławili The Beatles. Oryginały, o ile są w dobrym stanie kosztują fortunę. Zielińscy podkreślali we wspomnieniach, że ich kariera w tamtym czasie potoczyła się błyskawicznie. W parę miesięcy od założenia zespołu, zaczęli wygrywać wszelkie konkursy piosenki studenckiej itp. Nagrodą było zaproszenie na jeszcze bardziej prestiżowe festiwale oraz pierwsze sesje radiowe. Na szczęście w studio gdzie rejestrowali album był jak na ówczesne krajowe warunki całkiem przyzwoity sprzęt - np. magnetofon czterośladowy - pozwalający by zespołowi towarzyszył np. kwartet smyczkowy, co było wtedy nowością i rzeczą rzadko spotykają. Bardzo swoich synów wspomagał ojciec - Franciszek Zieliński, wystąpił jako jeden ze skrzypków w przepięknym i romantycznym "Jutro Odnajdę Ciebie"... oraz biegał po okolicy studia szukając chłopakom w miarę taniego noclegu (polskie nagrania jakoś o tym drobiazgu nie pomyślały), idealnego na "studencką kieszeń". Wybór padł na "hotel wodny" na Wiśle (o czym niedawno sam nie miałem pojęcia). Muzycy z rozbawieniem wspominają te "egzotyczne małe kajuty"...ale "czego nie robi się dla sztuki". Wzruszony Jacek zawsze powtarzał, że najlepiej pamięta ten pierwszy album. Niezapomniany moment, gdy okładkę swojego debiutu zobaczyli na wystawie w księgarni w Katowicach, gdzie akurat grali jakiś koncert

(swoją drogą ciekawe gdzie to konkretnie było, bo Katowice całkiem nieźle pamiętam). Zabawne, że na zdjęciu jest już drugi skład z m.in śp. Tadeuszem Gogoszem (ten sam, który później trafił do Bemibek i zawrócił w głowie Ewie Bem, mieli córkę Pamelę). Fotografię wykonano na tyłach studia, gdzie nagrywali. Ma w sobie pewną surowość, może się kojarzyć z jakimś "garażowym", surowym zespołem. Może i lepiej, niż gdyby jakaś stylistka wpadła na pomysł by przebrać ich w stroje trubadurów i muszkieterów

(albo wikingów).
Są pewni artyści i zespoły "od samego początku skazani na sukces". Choć kojarzeni z nurtem "big-bitu" (pewne, drobne jego pierwiastki się naturalnie ostały) zdecydowanie się odróżniali od pozostałych zespołów. Nikogo nie obrażając ani nie pomniejszając zasług czołowych kapel tego okresu (surowość, bunt i młodzieńcza energia bywają czasem i zaletą, ale "paliwa" nie wystarczyło im na długo, rychło okazało się jak ograniczona w nich tkwi inwencja, a z dzisiejszej perspektywy te wczesne dokonania wydają strasznie amatorskie, choć nie pozbawione uroku) - Skaldowie zdecydowanie się od nich odróżniali. Mieli w swoich szeregach lidera i nie ma przesady gdy napiszę - "muzycznego geniusza", gruntownie wykształconego Andrzeja Zielińskiego. Już wtedy utalentowanego kompozytora. Koledzy wspominali, że trochę z konieczności, a trochę z natury Andrzej lubił pewne rzeczy robić na ostatnią chwilę. Gdy byli w pociągu do Warszawy na umówione nagrania - potrafił "na kolanie", w przedziale czy korytarzu pisać nuty dla orkiestry. Miał słuch doskonały i raczej niczego nie poprawiał. Pisał również gotowe, konkretne (prawie jak Zappa) partie dla poszczególnych instrumentalistów w grupie. Odnosił się z niechęcią do kopiowania gotowych patentów czołowych grup zagranicznych - tą tendencję dostrzegał w naszych zespołach i nie chciał tego u siebie. Optował za zrezygnowaniem sztywnego podziału na gitarę solową i rytmiczną oraz by partie basu były bardziej nieszablonowe i intrygujące. Już wtedy chciał współpracować z orkiestrą.
Wcześni Skaldowie bywają traktowani z przymrużeniem oka i jako troszkę takie "dziecinne" skoczne pioseneczki. Nic bardziej mylnego. Może określenie oferty debiutu jako "progresywną" byłoby małą przesadą... ale ekipa Zielińskich stworzyła indywidualny styl łącząc ze sobą pop, piosenkę poetycką (można było bez trudu znaleźć silne piętno piosenki jaką uprawiano w kabaretach - choć wtedy te słowo oznaczało coś zupełnie innego niż dziś - jak chociażby Piwnica Pod Baranami czy Pod Jaszczurami), jazz, swing, muzykę poważną (kłania wielka fascynacja lidera Bachem, ale również Haendlem, Mozartem i kompozytorami rosyjskimi) i nie zapominając, a może przede wszystkim góralskim folklorem. Matka braci była rodowitą zakopianką. Debiut nadal zachwyca z jaką łatwością połączyli muzyczną dojrzałość, wysublimowany smak dźwiękowy z młodzieńczą energią i pewną "naiwnością". Panowie w odróżnieniu do współczesnych - nie udawali starszych niż są w rzeczywistości, choć trzeba przyznać, że tamto pokolenie wyróżniało się jak na swój wiek imponującą dojrzałością. Mimo pewnych niedoborów sprzętowych osiągnęli całkiem ciekawe i przekonujące brzmienie. Pomógł im przyjaciel pierwszego basisty Feliksa Naglickiego - bardzo zdolny "inżynier", który zaprojektował chociażby gitary, bas, nadając im własne specyficzne (czasem "klawesynowe") brzmienie. Feliks po latach śmiejąc się przyznaje, że wiele patentów oparli na tzw. "zdrowym rozsądku" a później byli zdumieni gdy odkryli, że to na co sami wpadli - było stosowane w zachodnich topowych modelach np. Fendera - łożyska w przetwornikach dźwięku czy odpowiednio sprofilowany metalowy pręt w środku gryfu by uniknąć wyginania się gryfu w wyniku dużego naprężenia strun itd itd. Za gitary był odpowiedzialny drugi duet braci - Janusz i Zygmunt Kaczmarscy (w ich partiach niekiedy wkrada się coś z The Shadows, lecz subtelnie). Ten skład można podziwiać na estradzie w absolutnym genialnym filmie Passendorfera "Mocne Uderzenie" z przeuroczym duetem Zawadzka/Turek. Niestety bracia Kaczmarscy mieli inne wyobrażenie w jakim kierunku powinien zmierzać zespół, powstały pewne napięcia i musieli się rozstać z zespołem. Pierwszy album to doskonałe wprowadzenie w świat Skaldów. Nazwę miał zaproponować Jacek, który czytał o "rycerzach-wikingach" wędrujących od zamku do zamku...ale nie by rabować, mordować (i wiadomo-co

) ale by raczyć możnych przepięknymi pieśniami i legendami. W tej nazwie było też "coś z gór" - bo "...-skal....", to się wszystkim tak od razu kojarzyło.
W ich piosenkach - choć świeżych i nowych na tamte czas - też było coś z legendy, ze wspomnień dawnego trochę lepszego świata, gdzie rządziły jakieś zasady, kodeksy honorowe, miłość, przyjaźń i zachwyt nad naturą. Moczulski i Zieliński przywoływali wyjątkowe, ale również nie pozbawione codziennej prozy życia obrazy i pejzaże potrafiące uwodzić jak żadne inne. Było też w tym coś "staroświeckiego" i "rozbrajającego" - ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Fascynacja nocnym miastem, późnym powrotem do domu po ciężkim dniu pracy (jest coś szlachetnego w codziennym znoju i przychodzącemu po nim odpoczynku, wytchnieniu), a jednocześnie okazją by oddać się marzeniom mamy w czarownych "Jutro Odnajdę Ciebie" i chyba zapomnianych nie mniej cudnych "Nocnych Tramwajach" (już wtedy wokal Jacka czarował). Folklor góralski pojawia w wielowątkowym (co stało się specjalnością Andrzeja) "Uciekaj Uciekaj", który w środku nabiera imponującego przyśpieszenia i feelingu a la The Animals (nawet partia organów ma w sobie coś z Alana Price`a). Pewne już raczkujące progresywne "ciągoty" zespołu słychać w "Pamiętasz Niebo Nad Hiszpanią" - gdzie zgodni z tytułem robi się zdecydowanie "hiszpańsko-latynosko". Pozorną prostotę, "beatlesowski" feeling łączy nastrojowy kawałek basisty Naglickiego - "Wieczorna Opowieść" - można również wychwycić pewien wpływ Gerry and the Pacemakers i wczesnego Manfreda Manna. Tu w warstwie lirycznej ponownie mamy motyw późnego powrotu do domu po męczącym dniu pełnym obowiązków. Wspomniane zacięcie do korzystania z jazzu mamy w optymistycznym "Jarmarku", tutaj też zespół zbliża się do innych grup big-bitowych, ale na swoich własnych warunkach. Jak w daniach czołowych francuskich szefów kuchni - każde danie / utwór zawiera jakąś niespodziankę. Tak jak po początkowo żywiołowemu rhythm`n`bluesowemu "Kochajcie Bacha Dziewczęta" (jest też coś z Niebiesko-Czarnych) - na koniec mamy dosłowny cytat Bacha (jakżeby inaczej) Arii na strunie G i pastoralne wokale braci Zielińskich, robi się taki "nabożny" nastrój, że nic tylko samemu w domu zapalić świece

. Skaldowie od początku byli mocni w balladach, na debiut trafiło słynne oparte na nieco "kontestacyjnym' tekście "Zabrońcie Kwitnąć Kwiatom" (jakby zawoalowany głos sprzeciwu wobec władzy i systemu - czego nam jeszcze zabronicie ?). Kiedyś odkryłem, że początkowa partia gitary i akordy są łudząco podobne do późniejszej ballady Pawła Biruli z Exodusu - "Niedawno Tak, Pewnego Dnia". Może wokalista sam był fanem Skaldów ?. Jak na tamte czasy to dość "długi" album - ponad 39 minut. Do reedycji kompaktowej niezawodnych Kameleon Records z 2014 dodano głównie muzykę ze wspomnianego filmu "Mocne Uderzenie"- szczególnie mocne big-bitowe "hymny" - niezapomniane i przezabawne "Nie chcę odejść już dziś" (ten utwór zawsze mnie bawi i poprawia humor - mam przed oczami biednego Turka ucharakteryzowanego na Johny Tomalę

i Zawadzką z przygotowanym na zapleczu koszykiem zgniłych jaj) i z przewrotnym tekstem (czyżby kpina z przesłania big-bitowców ?) "Każdemu wolno śpiewać". Jest pełniejsza wersja rozmarzonej "Barwy Piosenki" i ponad 14 minutowa wiązanka tematów z tego filmu. Dla fanów rzecz bezcenna.