Skaldowie

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
B.J.
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 16219
Rejestracja: 11.04.2007, 21:33

Skaldowie

Post autor: B.J. »

Obrazek

Latka lecą, a Skaldowie ciągle niepokonani, choć niestety zdekompletowani.

Dzisiaj Andrzej Zieliński ma osiemdziesiąte urodziny :!: Wszystkiego najlepszego! :)

Wspaniały zespół o wielu obliczach, ale zawsze można liczyć na dobre melodie i wielką muzykalność. W przyszłym roku minie 60 lat od ich debiutu. Mam nadzieję, że będzie to okazja do fajnych koncertów.
Dla mnie zespół b. ważny, może najważniejszy na krajowym podwórku. Cenię liryczność ich utworów, etniczne wtręty, rockowy pazur, kiedy trzeba, no i te hammondy. :) I piękne piosenki, i te wesołe, i te bardziej refleksyjne.
Fajnie, że w ostatnim nastoleciu zadbano o dostępność i uporządkowanie ich dyskografii, bo są to płyty, po które warto sięgnąć, a patrząc przez pryzmat historycznego znaczenia dla polskiego rocka (czy to big bitu czy progresu) - nawet należy. Dla mnie to czysta przyjemność.
Ciekaw jestem, jak aktualni Użytkownicy Forum znajdują twórczość Skaldów.
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Za takim wyjątkowym "przewodnikiem" jakim jest Andrzej Zieliński i jego kompozycje można iść w ciemno a podróż bez wątpienia będzie magiczna a czas w żadnym razie niezmarnowany. To drugie wydanie Podróży. Pierwsze z inną okładką (bardziej mroczną i w duchu fantasy) z 1996 r. dawno się wyczerpało a na aukcjach dla kolekcjonerów osiąga poważne kwoty: 350 zł czy ponad 400. Szczęśliwie wytwórnia specjalizująca w starej polskiej muzyce Kameleon Records w 2012 wznowiło całość z inną szatą graficzną (całkiem udana i bardziej rodem z dziecięcej baśni za którą odpowiada Karolina Leśniewska - córka "tego" Leśniewskiego od sklepu Megadisc i licznych niekiedy kontrowersyjnych artykułów o zapomnianych grupach w dawnym Tylko Rock) z poważnie przebudowaną listą utworów. Fani Skaldów doczekali nie tylko o wiele większej dawki muzyki, kolejnych odkopanych suit z archiwów zespołu ale i drugiego dysku DVD z przedstawieniem baletowym właśnie z tytułowej Podróży Magicznej (z niezapomnianymi rolami legendarnych już niestety nieżyjących tancerzy: Gerarda Wilka i Ewy Głowackiej) . Bardzo grupa książeczka z dokładnym opisem okoliczności powstania poszczególnych suit, ze wspomnieniami Zielińskiego, ciekawostki a nawet przednie anegdoty jak ta, że występując z orkiestrą by się nieco odróżnić zespół wbił się w różowe fraki w których potem po kolei szli do ślubu 😁. Są zdjęcia z tamtych ciekawych lat, ujęcia z przedstawienia, memorabilia... można długo wymieniać a i tak najważniejsza jest muzyka. Ten album rekomendował mi ponad dekadę temu jest miłośnik i wielki fan Skaldów z Krakowa (kontakt się urwał a szkoda). Wtedy jakoś mi to umknęło, choć dostałem od niego kopię. Bardzo mnie zachęcał do posłuchania podkreślając, iż to mniej znane oblicze grupy, i że nie tylko suity Krywań i Stworzenie Świata cz. II, a większych ambitniejszych form w swoim repertuarze mieli znacznie więcej o czym wtedy nie wiedziałem. Tytułowa ponad 30 minutowa to chyba najwspanialszy kawałek muzyki, jaki kiedykolwiek stworzyli. Mamy elementy i latynoskie a la Corea i Mangione, trochę funku, soulu, disco a nawet arabsko/żydowskie (jeden fragmencik zdaje się być żywcem zapożyczony z jakiejś niekończącej się kompozycji SBB - o nich Andrzej wypowiadał się z uznaniem - że w tamtym czasie w Polsce tylko oni reprezentowali podobny poziom instrumentalny). Całość złożona z ok 12 części jest bardzo dobrze skonstruowana a jej słuchanie i śledzenie wątków (niektóre z nich się przewijają i wracają w wariacjach) to bardzo dobra zabawa (ujawnia po raz n`ty zamiłowanie Zielińskiego do romantycznych motywów). Uważny słuchacz i fan wyłapie nawet pochód akordów i nawiązanie do Nie Widzę Ciebie W Swych Marzeniach. Skaldowie lubią w kolejnych dłuższych utworach jak Zimowa Bajka czy Jak To Się Robi ( z komedii z niezawodnym tandemem Maklakiewicz / Himilsbach) cytować samych siebie - ze wcześniejszych piosenek, co tylko dodaje jeszcze więcej frajdy najwierniejszym fanom. Unikatowy i trochę niedoceniany album. Zwykło się go traktować jako ciekawostkę czy rzecz dla tych posiadających dosłownie wszystko co wiąże się ze Skaldami. Entuzjaści rocka progresywnego czy art rocka znajdą z pewnością wiele dla siebie a nawet mogą być przyjemnie zaskoczeni, bo nie spodziewali się aż takiego wysokiego muzycznego poziomu. Ktokolwiek traktuje grupę Zieliński z przymrużeniem oka przez pryzmat Medytacji Wiejskiego Listonosza, Z Kopyta Kulig Rwie czy Gonić Króliczka - po Podroży Magicznej nabierze więcej pokory a do płyty będzie chciał regularnie wracać. W przypadku takich projektów "muzyki do obrazu" czy mającej pełnić ilustracyjną rolę w oderwaniu od przedstawienia niekiedy może nużyć czy nie wywoływać żadnego wrażenia. Propozycja Zielińskich sama broni się doskonale.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Wytrwałość bywa nagradzana 😁. Dosłownie kilkanaście dni temu w moje ręce wpadł w moje ręce długo wyczekiwany/ poszukiwany oryginał bardzo rzadkiego wydawnictwa Skaldów z bodajże 1999 - "Krywań Out of Poland". Recenzję i zapowiedź, iż ma się ukazać widziałem w stareńkim "Tylko Rock" i mam ten skrawek do dziś. Na przestrzeni lat widziałem ją raptem raz - w bliskim mojemu sercu salonie muzycznym w Tarnowskich Górach w połowie lat 2000. Później choć mp3 w necie było dziecinnie łatwo dostać, nie raz sobie plułem w brodę, że wówczas się nie zdecydowałem. Wtedy płytka kosztowała może około 40 zł. Obecnie - pomijając fakt, że nakład wyczerpał (to była limitowana edycja 500 egzemplarzy) i dorwanie używanej graniczy z cudem to największy ból powodują windowane nieludzko ceny. Na ebay`u - bo to główny kierunek poszukiwań kwoty dochodzą do 500 i więcej złotych. Ja ... powiedzmy, że upolowałem za połowę w/w ceny ale cicho sza 😉. Mam słuszne podstawy by mniemać, że jej wartość będzie tylko rosła. Przy jej zakupie miałem wątpliwą przyjemność poznać "ciemniejszą stronę" użytkowników ebaya. Nigdy nie byłem specjalnie uprzedzony do nacji czy mieszkańców miasta ale w tym przypadku się niestety potwierdziło co się mówi o "W". Nie dość, że sprzedający zachowywał się jakby mi robił wielką łaskę, że mi cokolwiek sprzedaje, jaki mnie zaszczyt spotkał - to dał jasno do zrozumienia, iż wyśle kiedy będzie miał na to ochotę. Gdy uprzejmie zwróciłem uwagę to mnie "obszczekał" - że "widocznie nie wiem na jakich zasadach ebay funkcjonuje" 😤. Jakoś to przełknąłem i zacisnąłem zęby bo było warto. Swego czasu żartowałem, że gdyby nawet Yendrashevsky wydał płytę z muzyką na jakiej mi zależy... to i tak bym od niego ją nabył. Jak już kiedyś wspomniałem - płytka ozdobiona śliczną okładką - niezwykle stylową nawet jak na Skaldów - w góry wkomponowane witraże z wizerunkami muzyków - tak samo w książeczce tyle, że znacznie powiększone. Za projekt graficzny należałyby się wszelkie prestiżowe nagrody. Audiofile ( z Guru "L" na czele) nie szczędzili jej krytyki (obok bezdyskusyjnych walorów dokumentalnych - tu były "ochy" i "achy") - za ich zdaniem - baaaardzo przeciętną jakość dźwięku. Rekomendowali, że ten materiał o niebo lepiej brzmi na innej kompilacji - "Progressive Years". Miłośnik grupy i tak nabędzie i przytuli do serca obie wersje (co zresztą sam uczyniłem). Moim skromnym zdaniem dźwięk jest solidny. Owszem - może ciut przytłumiony, za mało wysokich tonów ale to są naprawdę drobiazgi. Z tyłu jest wyraźna adnotacja - że materiał zgrano z oryginalnych winyli - stąd doprawdy nie rozumiem tej krytyki. Pewną klamrą spinającą wydawnictwo jak i jej królewskimi daniami są dwie istotnie różniące się od siebie wersje suity Krywań. Na pewno dłuższe niż ta z oryginalnej płyty "Krywań" na polski rynek. Tu zaserwowano nam jedną z rzadkiej kompilacji na rynek niemiecki a drugą nagraną dla byłego ZSRR. Skaldowie zarówno w Niemczech (RFN / NRD ) jak i w ZSRR mieli status gwiazd i byli tam regularnie zapraszani. Prawdziwa "perfekcyjna para". Nawet ci znający pierwotny oryginał na pamięć - będą przyjemnie zaskoczeni jak co raz muzycy tu coś zmieniają, jak bawią się dźwiękiem, jak rozbudowują i przerabiają pewne wątki. Słuchanie ich to nie jedzenie bułki z masłem. Najlepsza "perfekcyjna para" jaką sobie można wyobrazić. Takich par / duetów jest tu więcej i za każdym razem mamy wrażenie, że słuchamy zupełnie nowej, wyjątkowo świeżej muzyki. Juhas Zmarł i Gdzie Mam Ciebie Szukać również mamy zaprezentowane w 2 wersjach - "niemieckiej" i "radzieckiej". Największe wrażenie robi ta ostatnia z Neubrandenburg 28.03.1973. Początkowy riff godny wybitnych grup blues-rockowy z Wysp czy naszego Tadeusza Nalepy - w późniejszej części Tarsiński zasolił taką solówkę jakiej nie powstydziłby się wczesny Blackmore czy Page. Ten niekiedy niedoceniany muzyk ze skłonnościami do "chowania się w cieniu" udowodnił, iż potrafił bardzo wiele. W kilku momentach mamy rasowe i zmyślne pochody basowe Ratyńskiego zdającego się być idealnym kontrapunktem do organów i skrzypiec Zielińskiego. Muzycznie, aranżacyjnie i dźwiękowo dziej się tu naprawdę dużo. Nawet zaśpiewana na koniec lekko "kanciastym" niemieckim Heidelbeeren czyli Gdzie Mam Ciebie Szukać wcale nie razi a ma w sobie wiele uroku. Za każdym przesłuchaniem człowiek odkrywa coś co wcześniej nie zwrócił uwagi. Wbrew temu, że w kolejnych latach ten materiał ukazał na innych wydawnictwach np. w/w Progressive Years czy Krywań Germany Sessions itd - głównie Kameleon Records - wartość płytki wcale nie zmalała a wręcz niebotycznie wzrosła. Wolę nie wiedzieć ile sobie każą płacić za używany egzemplarz za 10 czy 20 lat. Swego bezcennego na pewno nie sprzedam 😎.. tyle tylko - kto za 20/30 lat będzie słuchał takiej muzyki i kojarzył nazwę grupy ?.
W tym czasie grupa mocno flirtowała czy wdała w płomienny romans z progresją. Zielińscy mieli oczy i uszy otwarte na to co się grało na zachodzie. Mieli świadomość, że big-bit się skończył i wiele grup z tego okresu nie mogło się odnaleźć w nowej dekadzie i trzeba było już grać inaczej. Postanowili pozostając sobą - bazą było czerpanie z bogatego góralskiego folkloru - poszerzyć stylistykę o wpływy bluesowe, jazzowe, soulowe (wywiedzione z tradycji gospel równoczesne wykorzystywanie fortepianu i organów) czy z muzyki poważnej - przekuć to w ambitniejszego rocka aczkolwiek w niezwykle przystępnej formie i dbając o melodie. Płytka ukazała ponad 25 lat temu i miałem spore fragmenty nagrane z nocnej audycji radiowej. Byłem mocno zaskoczony że "Skaldowie grali TAKĄ muzykę". Bez kompleksów stanęli prawie w jednym rzędzie z takimi zachodnimi tuzami, których słychać silne inspiracje jak Deep Purple, Colosseum (z Valentine Suite na czele), Procol Harum, Uriah Heep, Manfred Mann Earth Band. Co prawda "redaktorzy" z Tylko-Rock (przez litość nie będę wspominał nazwisk) próbowali całość zdyskredytować po latach, wykpić czy na siłę udowodnić że "to w sumie nie prog rock", taka "ni-to-pies-ni-wydra", że zapożyczenia zbyt czytelne i nachalne i w gruncie rzeczy całość muzycznie miałka i wtórna. Kompletne bzdury. To był pewien znak czasów - próbując zaprezentować taką muzykę, wchodząc na obszar art/prog rocka - mając podobne korzenie i edukację muzyczną - vel blues, soul, klasyka, jazz - nie sposób było wymyślić czegoś innego (podobnie jak w literaturze czy filozofii - ludzie wpadali na pewne idee niezależnie od siebie i zupełnie się nie znając). Miłośnicy NRP wskazywali na duchowe pokrewieństwo do mniej wtedy znanych grup ( a swój renesans przechodzili dopiero na początku lat 90 gdy firmy płytowe jak Repertoire Records wznawiali na CD ich kultowe dzieła) jak Affinity, Skin Alley (jeden nasz krajan organista Juskiewicz u nich grał), Beggars Opera czy Rare Bird czy włoska Premiata Forneria Marconi. Jednakże w okolicach 72 mało prawdopodobne by Skaldowie zetknęli z ich dokonaniami. Słuchając Krywania (pozostałe utwory robią równie dobre wrażenie) dziś nadal zdumiewa z jak doskonałej strony jako twórcy i instrumentaliści się zaprezentowali - Andrzej jako wyborny organista a niedoceniony Konrad Ratyński jako rasowy basista z ciekawymi pochodami. Nawet Jacek w paru momentach popisuje niebanalnymi solówkami na skrzypcach czy trąbce. Pamiętam po latach przy okazji jakiegoś jubileuszu - gdy bodajże na rynku w Krakowie był zapowiadany koncert - wśród fanów lotem błyskawicy rozeszła się plotka że po latach znów zagrają Krywania i rzeczywiście to zrobili a serca zabiły mocniej. Miłe wrażenie robią wstawki zapożyczone z muzyki klasycznej jak Wilhelm Tell, Obrazki z Wystawy czy coś z rosyjskich kompozytorów. Słucham tego od lat i nigdy mnie nie nudzi. Owszem - to jest "łagodniejsza" odsłona art rocka - nie grają tak ostro, gęsto jak Yes, ELP czy późniejsze Genesis. Jak na nasz krajowy rynek taka muzyka to był ewenement, jest w niej jakaś zaklęta magia i tajemnica.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Zabawna sprawa jeśli chodzi o Skaldów. W ciągu ostatnich paru miesięcy istotnie uzupełniłem sobie kolekcję ich płyt ale o oryginały a o pewne wydawnictwa wcale nie jest tak łatwo. Latami miałem solidne kopie ale postanowiłem "iść głębiej" i "na poważnie". By uniknąć Alzheimera lub demencji postanowiłem spisać sobie na świeżo kilka wrażeń po lekturze oryginału i zderzyć to - jak dzięki temu i po czasie zmienił się (lub nie) odbiór pewnych płyt:



https://www.discogs.com/release/6241313 ... a3NEENaoV1



Gdy wreszcie po latach niedawno wziąłem tą płytkę do ręki - poczułem jak Gollum we Władcy Pierścieni: "My Precious" 😂 - Mój Skarbie. Trudno doprawdy o inną reakcję gdyż wydawnictwo miało status limitowanej edycji i nakład dawno się rozszedł i żadna siła na niebie i na ziemi nie sprawi by znów to ktoś wznowił. Poza tym "kogo to dziś obchodzi ?". Może garstkę pasjonatów i kolekcjonerów. Wydane przez Yesterday w 2003 - obecnie osiąga zawrotne kwoty - chociażby 300 zł na allegro czy 500/600 na ebay. Ja swój prawie jak nowy używany egzemplarz upolowałem za 1/3 tych szalonych cen w wirtualnym antykwariacie - by było zabawniej - generalnie specjalizującym w grach video 😁. Chyba nie do końca wiedzieli co sprzedają - trochę się wykosztowałem ale warto. Kolekcja Czwórek zawiera chyba wszystkie, które Skaldowie wydali w drugiej połowie lat 60 i na samym początku 70 - o ile dobrze liczę ok siedmiu. Przez wiele lat cieszyłem się kopią nie marząc iż wezmę do ręki prawie nówkę. Przyznam, że nie byłem nigdy entuzjastą "bigbitu", jestem z zupełnie innego pokolenia... jednakże gdyby cały bigbit był tak jak w tych utworach - to stałby się moim ukochanym gatunkiem muzycznym. Formacja Zielińskich mimo, iż z ogromną gracją poruszała się po tym terenie to już wtedy zdradzali ambicje do bardziej wyrafinowanych i finezyjnych form muzycznych. Nie wiem który to już raz nie można nadziwić się łatwości z jaką komponuje kolejne świetne kawałki lider Andrzej - wtedy "zaledwie" 22/23 letni. Największy uśmiech na twarzy wywołują początkowe utwory pochodzące z niekiedy dziś zapomnianej komedii "Mocne Uderzenie" z Turkiem i Zawadzką - oboje stworzyli niezapomniany duet. Jedna z najbardziej lirycznych i romantycznych ballad z ślicznym podkładem smyczków - Jutro Odnajdę Ciebie nadal robi wrażenie... potem mamy trochę wariację na temat The Beatles - I Saw Her Standing There - przezabawny Nie Chcę Odejść Już Dziś. Na zawsze w pamięci zostaje scenka gdy ucharakteryzowany na Johnny Tomalę Jerzy Turek wcześniej nafaszerowany pigułkami podlanymi alkoholem daje niezapomniany show - a w tle jakby zbici z tropu ze stoickim spokojem przygrywają mu właśnie Skaldowie. Nigdy do końca nie rozgryzłem czy ten film to apoteoza, gloryfikacja z pełną nutką nostalgii ery bigbitu czy prędzej ostra satyra i kpina z samej tej muzyki i artystów - może jedno i drugie ? 😉. Jest coś z nieuchwytnej i trudnej do zdefiniowania magii w tych piosenkach - zawsze kojarzą z początkiem wiosny i potrafią jak nic innego poprawić humor - gdy w romantycznej trochę przesłodzonej Kolorowej Piosence pada hasło - "Johnny Tomala - ty nam załatwisz to..." 😁. Z tymi kawałkami i samym filmem wiąże się świetna historia (i to nie jedna) - ponieważ Skaldowie trochę je traktowali jako "chałtura i fucha na boku" - a tu film i utwory zdobyły taką popularność że nie mieli innego wyjścia jak grać je również na koncertach - np. w dawnym ZSRR gdzie one wywoływały największy szał na widowni - fani podchodzili do nich i pytali: "... który z was to Johnny Tomala...?" 😂. W wielu zamieszczonych tu utworach wkradał jazzująco-swingujący puls i klimat jak Jarmark, Czarodzieje. Naturalnie słychać pewne muzyczne wpływy zachodnich grup jak w/w The Beatles, The Beach Boys, The Everly Brothers, Manfred Mann, Gerry & The Pacemakers, The Shadows, Spencer Davis Group, wczesne Rolling Stones czy Yardbirds, że o The Searchers nie wspomnę. Nawet kawałki z czwórki z piosenkami wojskowymi mają mnóstwo uroku - choć tekst Powołanie Do Wojska rozkłada na łopatki "...nie ma strachu, przed nami przygoda..." czy "... jutro bracie rygor, dyscyplina, ciężka szkoła przyda się to fakt..." 😁. Silną stroną tego zestawu jest urozmaicony repertuar i możliwość śledzenia ewolucji stylistycznej i dojrzewania samego zespołu. Sprawne ucho wychwyci , że z wiekiem głosy nieco się Zielińskim obniżyły. Pod koniec mamy czwórkę z pastorałkami czy wspólne nagrania z śp. Łucją Prus ze słynnymi W Żółtych Płomieniach Liści (skrzypce Jacka w duchu Crimson) na czele. Uroku i melodyjności nie można odmówić również innemu "hitowi" - Hymnowi Kolejarzy Wąskotorowych (znów w środku swingująca część) z rozbrajającym tekstem: "... Ma urok swój przesiadka w Szopienicach..." (trzeba się tam kiedyś wybrać) 😂 - to również drobiazg zawsze poprawiający humor. Piękny zestaw 25 kompozycji - każda udana z ciekawym melodycznym pomysłem. Skromnie wydana - otwierający się digipak i reprinty oryginalnych okładek owych singli. Same winylowe "czwórki" są albo totalnie nieosiągalne lub kosztują majątek na aukcjach - pod warunkiem, że są w dobrym stanie i nadają do słuchania. Czy kiedyś idealnie zachowane single Skaldów z lat 60 osiągną te same kosmiczne ceny co single The Beatles ? 😉. Fani będą je trzymać w sejfie lub oprawione w ramki (o ile już tak nie czynią).
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Tu kilka luźnych refleksji o Live in Germany 1972:


https://www.discogs.com/release/5236051 ... rfH-NRz737



"... Trudno opisać słowami jaki kawał kapitalnej roboty wykonała Kameleon Records. Po Live 1974 warto wspomnieć o innym "ocalonym od zapomnienia" bezcennym dokumencie - również z Kolonii jak w przypadku w/w 74. Zakrawa na cud, że z godzinnego występu zachowało się przynajmniej te 35 min (ostatni Gdzie Mam Ciebie Szukać pochodzi z innego koncertu ) co zawdzięczamy pasjonatowi z Austrii - który zakochał się wtedy w twórczości Skaldów - Adrea Rascherowi. Nagrał na magnetofonie szpulowym koncert zarejestrowany na potrzeby radia WDR. Ciekawe czy nadal żyje i ma świadomość jaką kosmiczną nieocenioną przysługę oddał polskim fanom jak i samemu zespołowi. Na marginesie dziwię się dlaczego wtedy członkom grupy nie zależało by choćby kopię taśmy zachować dla siebie. Owszem, nawet na zachodzie idea płyty koncertowej była stosunkowo świeża i niewiele formacji się do tego zabrało i początkowo nie było specjalnie z czego wybierać - wiadomo Made in Japan Purpli, Live at Leeds The Who czy Live Dates Wishbone Ash. Potem dołączali kolejni z różnym efektem. Wydawało mi się oczywiste, że znanemu z perfekcji i profesjonalizmu Andrzejowi Zielińskiemu powinno zależeć by budować archiwum zespołu i zachować co lepsze nagrania. Może z racji masy innych spraw jako lider nie miał do tego głowy. Cieszmy się tym co mamy ale mimo wszystko wokół Live in Germany 1972 unosi się pewien "żal" że tyle pozostałej cudownej muzyki przepadło (fani popuszczają wodze wyobraźni - co jeszcze zagrali ?, jak to brzmiało ?). Trudno się nie powtarzać, lecz znów te nagrania niezwykle przyjemnie zaskakują tym z jaką werwą, energią, pasją a przy tym nie tracąc z typowej dla nich finezji i maestrii zagrali. Niby człowiek zna te utwory ale na żywo tak zagrane, iż człowiek się przekonuje jak niewiele wiedział o tym zespole. Już "otwierający" zaśpiewany w połowie po niemiecku (co o dziwo zupełnie nie razi i wypada naturalnie) Prawo Izaaka Newtona wprawia w osłupienie. Doskonale naoliwiona maszyna, wyśmienite zgranie i płynne przechodzenie między kolejnymi sekcjami - bo Prawo to jakby mini suita, w przekroju 6 minut dzieje się doprawdy mnóstwo (czapki z głów przed nieziemskim wyczuciem harmonii przez Zielińskiego na Hammondzie). Czujni słuchacze lubujący w wyłapywaniu smaczków i niuansów otworzą oczy ze zdziwienia jakich niebanalnych dialogów między organami a trąbką Jacka jesteśmy świadkami. Młodszy Zieliński znów udowadnia swoją wszechstronność multiinstrumentalisty - obok skrzypiec w popisowym Krywaniu występuje nawet jako drugi gitarzysta w Uciekaj, Uciekaj i Zabrońcie Kwitnąć Kwiatom - to spora rzadkość słuchać go w tej roli. Na żywo częściej dawały znać o sobie jazzowe (z epoki swingu) inklinacje perkusisty Budziaszka np. w w/w Newtonie czy w środku Uciekaj, Uciekaj gdy mamy fenomenalne przyśpieszenie i popisowe solo na organach Andrzeja.Dźwięk może jest jak na współczesne standardy niedoskonały ale i tak wielce daleki od wielu bootlegów, jego słuchanie to żadna tortura. Jako "danie główne" obowiązkowa wówczas na koncertach suita Krywań. Wiadomo, że "wielka czwórca" rocka progresywnego jak Yes, Genesis, Pink Floyd i Emerson, Lake & Palmer była poza wszelkim zasięgiem - ale wiele brytyjskich czy niemieckich formacji art rockowych mogłoby się od Skaldów niejednego nauczyć czy nabawić kompleksów. Mogli być dumni ze swoich dokonań a Krywań słuchany po raz tysięczny zawsze wciąga i intryguje. Swoim naturalnym romantyzmem jak i inklinacjami do folkloru czy cytatów z muzyki poważnej w tamtym czasie mogli się kojarzyć z grupami z Włoch jak Premiata Forneria Marconi czy Banco del Mutuo Soccorso (uwielbiam łamać sobie na nich język 😁). Nie mam pewnych danych czy w okresie Krywania trafili do Włoch ale jestem pewien, że ich muzyka spotkałaby się tam z życzliwym przyjęciem. Z wiekiem coraz bardziej czuję co chcieli przekazać. Ktoś może zażartować - " co ty już kompletnie sflaczałeś / zdziadziałeś ? - Skaldów słuchasz ?" 😂. Do nich jednak trzeba dojrzeć. Potrzeba również odpowiedniego osłuchania z pokrewnymi gatunkami...."
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

I Live in Germany 1974:


"... Remanentów Skaldów ciąg dalszy 😁. Rok temu ten materiał świętował 50 urodziny. Całkiem niedawno postanowiłem nadrobić zaległości i sprawić sobie oryginał. Dawniej miałem znośną kopię od pewnego miłośnika zespołu z Krakowa - który bardzo lobbował by ten unikatowy materiał ukazał się oficjalnie... i udało się 😎. Wielkie słowa uznania i brawa należą niezmordowanej Kameleon Records, która od wielu lat zajmuje wyszukiwaniem i wydawaniem archiwalnych nagrań z przełomu lat 60 i 70 czołowych krajowych grup. Skaldowie na początku lat 70 intensywnie nagrywali i koncertowali nie tylko u nas, w byłych demoludach jak i na zachodzie, gdzie ich mieszanka swojskiego folku, popu, rosnących inspiracji jazzującym rockiem progresywnym a to wszystko zatopione w góralskich melodiach - robiła wrażenie i była chyba czymś o wiele więcej niż ciekawostką. Na marginesie warto przypomnieć, że począwszy od 1973 w Stanach swoimi ludowymi/ góralskimi/ folkowymi melodiami furorę na niwie jazz-fusion robił duet Urbaniak / Dudziak. Koncert pochodzi z połowy lutego z Kolonii z 1974. Miał być rejestrowany na potrzeby tamtejszej rozgłośni radiowej. Niestety oryginale taśmy zaginęły ale całkiem przyzwoita kopia należąca do lidera Jacka Zielińskiego cudem przetrwała. Były znakomite zespoły jak np. The Moody Blues, które tworzyły nieziemskie rzeczy w studio ale na scenie jakoś nie potrafili tego przekonująco odtworzyć. Formacje jak Crimson, Zappa czy nasze SBB totalnie odwrotnie - z nielicznymi wyjątkami - to w studio czuli stłamszeni, przygaszeni a koncerty i improwizacja były ich żywiołem i naturalnym środowiskiem. Skaldowie okazali czuć w obu sytuacjach jak w domu. Wydawać być mogło że to bogactwo brzmienia, liczne subtelności, niuanse i smaczki - są tylko możliwe w warunkach studyjnych. Nic bardziej mylnego - mnie samego miło zaskoczyło jak przekonująco i rasowo wypadali mimo skromnego instrumentarium na koncertach w tym czasie. Jeszcze bardziej komplikował wszystko fakt, iż musieli wystąpić w kwartecie bez niedysponowanego gitarzysty Tarsińskiego. Jego lukę mistrzowsko wypełnił boss Andrzej Zieliński dwojąc i trojąc zza keyboardami - a miał do dyspozycji "tylko" Hammonda i elektryczne Piano Fender Rhodes. Można poznać jego mistrzowską "rękę" i wyczucie melodii - żaden wątek czy kluczowa melodia nie zaginęła - co miłośnicy zespołu mogą szczególnie śledzić w trakcie wykonania jeszcze roboczej wersji suity Stworzenia Świata Część Druga. Jeszcze nie do końca dopracowana - głównie w finale, z innym tekstem, bez smyczków i syntezatorów ale i tak emanuje dostojeństwem i wyrafinowaniem. Nie ukrywam, że obok Krywania to jedna z moich ukochanych kompozycji zespołu. Brak gitarzysty dał więcej miejsca drugiemu z braci - śp. Jackowi, który w innych kompozycjach sam ośmielił się grać zdecydowanie więcej i przeobrazić w pełnego fantazji i pazura solistę (choć czuć miejscami że na początku się lekko "czai" by potem nabrać odwagi - czyżby starszy brat zdołał go ośmielić by grał więcej ?). Przekonujemy się jak świetnym był muzykiem - choć generalnie podporządkowywał się naczelnej idei by grać dla zespołu, a nie popisywać sam dla siebie. W Jak Znikający Punkt mamy jego wyborne partie na skrzypcach czy lekko psychodelizującej trąbce - tak samo jak w Street 2000 znów na skrzypcach z cytatem Jej Portret Metza/ Nahornego. Podobnie jak w przypadku wcześniej wspomnianego show z Lenningradu - Kolonia 74 wywołuje u nas przyjemny szok i konstatację - w jak cholernie genialnej formie byli wtedy Skaldowie. Wiadomo, że rok 74 kojarzy się z mocnym wejściem co najmniej dwóch grup jak SBB i Budka Suflera (choć ich początki datuje znacznie wcześniej) - mówiło i pisało się, że dla nich "konkurencja prawie w kraju nie istniała". Pomijam Niemena czy Breakoutów - ale Skaldowie w tym czasie to już nie był żaden "big-bit" (czy skoczne góralskie pieśniczki) ale progresja pełną gębą. Szkoda, że nie zachowało więcej koncertów z tego okresu. Chętnie bym posłuchał show gdzie graliby obok siebie Krywania i Stworzenie Świata...."
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

I na koniec Cisza Krzyczy z Leningradu 1972 :


https://www.discogs.com/release/3248464 ... za-Krzyczy



"... Remanentów związanych ze Skaldami ciąg dalszy. Zawsze twierdziłem, że kto ich nie szanuje ten ma nie po kolei w głowie, co prawda nawet gdy byłem mały już ich traktowano jako "starą gwardię" i niejednokrotnie z lekkim przymrużeniem oka, lecz nie jeden po lekturze tego koncertu musiał nabrać pokory. Wyborny występ świadczący o wysokiej kulturze muzycznej ale też i to chyba przede wszystkim - zaskoczenie, iż potrafili ( jak na nich rzecz jasna) zagrać z takim "pazurem", "zębem" i "zadziorem". Ślicznie i gustownie zaprojektowana okładka i digipak rozkładany na trzy. Ukazał się ok. 2007 r. i wywołał wśród fanów krajowego rocka niemałe zamieszanie (kilku "redaktorów" z Tylko Rock tradycyjnie próbowało to lekceważyć ale to tylko świadczy o ich wąskich horyzontach). Pamiętam wtedy korespondowałem z jednym wielkim fanem zespołu bodajże z Krakowa, który znał ich osobiście. Żarliwie lobbował by ten może niedoskonały pod względem technicznym ale wielki muzycznie się ukazał i mnie przekonywał, że to więcej niż "rewelacja" (do dziś mam od niego cenną pamiątkę - koncertową wersję Stworzenie Świata cz.II z 80 r. z Piotrowskim na perkusji). Co prawda dziś "Skaldowie Live in Leningrad" by nie przeszło 😁 ale wtedy sytuacja wyglądała nieco inaczej. Nie mamy dokładnej daty - w opisie figuruje jako jesień 1972. Skaldowie w byłym Związku Radzieckim mieli status prawie mega gwiazdy - traktowano ich jakby przyjechali Rolling Stonesi czy Deep Purple ba... wierzono, że niektórzy muzycy grający po naszej stronie żelaznej kurtyny to właśnie "członkowie Purple w zastępstwie" 😂. Reakcje tamtejszej publiczności były wręcz na krawędzi histerii. Doszło nawet do owianej legendą przykrej w sumie sytuacji gdy zamknięto w psychiatryku gitarzystę Tarsińskiego gdy uparcie twierdził, że czeka go występ ze Skaldami a lekarze, że "... dobra, dobra..." 😎, grunt że go wypuścili. Rzecz coraz rzadsza, nakład się wyczerpał a za używane egzemplarze kolekcjonerzy każą sobie płacić coraz więcej. Mnie się udało za tak śmieszne pieniądze, że wolę się nie przyznawać by nie być oskarżonym o brak szacunku dla mistrzów Zielińskich. Co prawda jakość budziła i nadal budzi pewne kontrowersje - warto na poważnie potraktować dopisek do tytułu płyty - "official bootleg" - nie ma w tym żadnej przesady. Jak na amatorski magnetofon szpulowy i z jednego raptem mikrofonu moim skromnym zdaniem i tak to brzmi nieźle - jakby nagrana z dawnej audycji radiowej. Poszczególne partie instrumentów można rozpoznać, nic się nie zlewa, nie ma przesterów czy jazgotu plus szalenie ważne u Skaldów - czytelne i krystaliczne wokale. W komentarzu podkreślano wyjątkowość tego dokumentu i to z dość trudnego okresu, pod względem technicznych trudności rejestracji nagrań z koncertów, prymitywnego sprzętu czy jego braku. Najważniejsza jest muzyka. Obok najmłodszego Ratyńskiego, który dopiero miał ok 25, pozostali powoli dobijali do 30, ale jako muzycy, ludzie i mężczyźni musieli dojrzeć znacznie wcześniej. Co wprawia w zachwyt to coraz śmielsze wkraczanie w progresywne formy i to, że prawie każdy utwór zawiera jakąś niespodziankę - sekwencję akordową, zmianę nastroju, solówkę organów, trąbki, gitary, rasowy pochód basowy Ratyńskiego ( w jednym coverze Hendrixa - Angel to on jest głównym wokalistą co stanowi tym większy rarytas - jego barwa trochę przypomina śp. Kelly Groucutta z ELO czy Nicka Beggsa) - do tego stopnia, iż słuchacz co rusz kręci głową i myśli - "to wprost nie do uwierzenia jakie to dobre". Andrzej udowodnił, że organy Hammonda miał opanowane jak mało kto w Polsce w tamtym czasie - to one stanowią podstawę brzmienia i siłę napędową zespołu, gitara niekiedy schodzi na dość daleki plan. Nie mogło zabraknąć ówczesnego "asa w rękawie" na żywo czyli suity Krywań - znakomicie zagranej. Podejrzewam, że dla Leningradzkiej publiczności to musiał być spory szok i w istocie jakby nawiedził ich zespół rodem z USA czy Anglii. Muzycy zawsze odnosili z szacunkiem do publiczności - pozwolili sobie na ukłon by jedną ze zwrotek Medytacji Wiejskiego Listonosza zaśpiewać po rosyjsku a Wiolonczelistkę w całości w tym języku - w sumie zabawnie się tego słucha...."
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Żaden album nie przynosi takiego ukojenia, spokoju i akceptacji przejścia lata płynnie w jesień jak Rezerwat Miłości Skaldów. W dalszym ciągu uzupełniam kolekcję ich zremasterowanych płyt. Kameleon Records z Pawłem Nawarą na czele po raz kolejny odwalili kawał niesamowitej roboty, za co powinni otrzymać co najmniej kilka nagród Grammy w kategorii "najlepsze wznowienia" 😁. Do podstawowego katalogowego repertuaru oryginalnego lp dodano ponad 40 minut muzyki - czyli jakby "drugi longplay" z fascynującym rarytasami głównie nagraniami radiowymi. Chyba dopiero teraz przy lekturze tego remastera zaczynamy lepiej rozumieć fenomen zespołu i jaki był zamysł lidera Andrzeja Zielińskiego na ten album. W bardzo obszernym komentarzu dowiadujemy się wielu ciekawostek i faktów dotyczących okoliczności powstania poszczególnych kompozycji (fajnie się to czyta a po latach muzycy mogą pochwalić doskonałą pamięcią, zachowując obiektywny dystans trafnie oceniają owoce swojej dawnej pracy, nie popadając w samozachwyt - ich erudycja, polszczyzna i wyszukane słownictwo nadal robią wrażenie). Tematem przewodnim jak nietrudno się domyślić była szeroko ujęta "miłość" czy "uczucia", również te "trudne". Przez entuzjastów traktowany niekiedy jako nieoficjalna III część progresywnego tryptyku począwszy od Krywań, poprzez Stworzenie Świata cz. II. O ile nie uraczymy żadnej długiej formy na płycie - to poszczególne utwory bywają tak wielowątkowe, zdradzające większe ambicje i różnorodne... że nie będzie przesadą gdy wrzucimy ją do przegródki: "progresywna". Były co prawda plany by na lp nagranym w Niemczech zamieścić ponad 20 minutową wersję "Nie Widzę Ciebie w Swych Marzeniach"...ale nic z tego nie wyszło, a to wielka strata - ciekawe jakby to brzmiało ? (czy istnieje jej choćby zapis nutowy ?). Muzycy mieli problemy z otrzymaniem paszportów a nowy nabytek "nasz Ian Gillan" - czyli Stanisław Wenglorz nie dość, że dostał zakaz wyjazdu za granicę to jeszcze "decydenci" niszczyli mu reputację określając mianem: "pijaka" - by było zabawniej - był wtedy kompletnym abstynentem, co potwierdzali koledzy z zespołu jak i następni z Budki Suflera (awersja do mocnego alkoholu miała być jednym z wielu powodów dlaczego nie zaaklimatyzował się w Budce i szybką z niej wyleciał). To właśnie w Rezerwacie (obok wielu innych) jest perła i popis Staszka - wspomniany rockowy hymn - "Nie Widzę Ciebie w Swych Marzeniach". Pierwotnie (o czym nie wiedziałem) Zieliński napisał kawałek z myślą o Niemenie...ale ten zajęty projektem o Norwidzie (z czego chyba nigdy się nie wyleczył, wystarczy zapytać Urbaniaka) nie był uchwytny. Manager Skaldów zaproponował młodego Wenglorza, którego widział w jednym programie w tv śpiewającego właśnie kawałek Niemena. Jego interpretacja i skala głosu do dziś robią wrażenie i chyba mimo podejść - żadnemu innemu wokaliście nie udało się choćby zbliżyć do mistrzowskiego oryginału (Andrzej w komentarzu gorzko wypowiada o współczesnych wersjach, które pomijają charakterystyczny wstęp - dla niego podobnie jak dla mnie wykonywanie jej bez niego jest bez sensu i mocno ją "okalecza"). W finale wydarł się nie gorzej niż w/w Gillan w Child in Time. Zawsze przy różnych okazjach podkreślam, że to jeden z najbardziej zmarnowanych w Polsce talentów wokalnych, z wyjątkiem tego jedynego - nie miał szczęścia do twórców i repertuaru, a Budka potraktowała go skandalicznie. Ma przynajmniej ten utwór - wielu wokalistów dokonałoby największej zbrodni by mieć taki "hit" wszech czasów w repertuarze. Nie spędził w Skaldach wiele czasu - raptem parę miesięcy - odbył długie tournee po dawnym ZSRR - a za zarobione pieniądze kupił samochód i mieszkanie. Po latach bardzo ciepło wspominał współpracę - że "... takiej lekcji estradowego profesjonalizmu i koleżeństwa nie dostał nigdy w swoim życiu...". Dla mnie drugą (a może i pierwszą) perłą ale często zapominaną z tego albumu jest o dziwo autorska kompozycja Jacka - absolutnie prześliczny nieco trącący bosa novą Pora Chleba i Owoców z malowniczym tekstem o przemijaniu, nieuchronności jesieni i wszelkich jej manifestacji w smakach i kolorach. Nie wydaje mi się by komuś innemu o takiej tematyce udało stworzyć coś tak przekonującego i przejmującego. Jacek wystąpił nawet z tą piosenką w programie telewizyjnym - "gwiazdy, gwiazdeczki-coś-tam" 😂 , z długą gęstą brodą a la Pan Kleks - gdy na koniec powoli gdzieś odchodzi poza kadr (jakie to dziś symboliczne).. ogarnia nas smutek, iż wraz z nim odchodzi wszystko co dobre, szlachetne i warte poruszenia w piosence (odrobinę pocieszenia przynosi urokliwy chórek w wykonaniu niezawodnych Alibabek, bardzo zmysłowy). Rezerwat ma obok Krywania jedną z piękniej zaprojektowanych okładek - mistrza Marka Goebla odpowiedzialnego za obwoluty albumów m.in SBB (Ze Słowem i wczesne Live Cutsy), Kat`u, Prońko, składanek z Jazz Jamboree itd. Mamy jakby rajski ogród, w tle ośnieżone góry a nad nimi spiralna galaktyka czy nasza droga mleczna. Już otwierający tytułowy wprowadza nas w lekko romantyczny/bajkowy nastrój płyty. W opisie pojawiają się muzycy wtedy będącego na topie art-rockowego Exodusu. Zielińscy po latach wyjaśniali, że Władysław Komendarek został umieszczony w podziękowaniu za pożyczenie paru syntezatorów - ale nie zagrał ani nuty. Co innego Paweł Birula - jego 12 strunowa gitara pięknie brzmi w słynnym Wierniejsza od Marzenia czy płynącym leniwie, delikatnym ciut w duchu Beach Boys i Bee Gees (tych łagodniejszych) - innym moim faworycie Pójdę do Nieba. Co ciekawe w istocie mamy w wielu fragmentach elementy brzmienia i feeling właśnie a la wczesny Exodus. Widocznie te grupy ze składem muzyków o nawet zbliżonych metrykach - inspirowały i "podsłuchiwały się" wzajemnie. Pod względem popularności - największymi przebojami (obok Nie Widzę Ciebie) baaaardzo często nadawanymi i do dziś w radiu stały się w/w Wierniejsza od Marzenia i lekko w duchu "Krawczyka, lat 50 i doo-woop" Dopóki Jesteś. Andrzej żartobliwie tak określał ich genezę - że chciał by jego kawałki pojawiały się na modnych dansingach -ale zwykle były zbyt skomplikowane - podchodzili do niego klezmerzy i narzekali "za dużo akordów kochany" 😂. Tym razem się udało. Inne oblicze prezentuje nafaszerowany taką masą motywów (ale wszystko układa w sensowną całość), że można dostać zawrotów głowy - Jasny Dzień Przynosisz, mamy zwrotki ciut w duchu disco, hiszpańskie motywy trąbki Jacka, patetyczny refren by w finale przyśpieszać coraz to szybciej w zawrotnym tempie przeradzając w rosyjską czastuszkę - czyste szaleństwo, a początek z mocnym beatem i riffem.... to prawie wczesne Whitesnake - brakuje tylko głosu Coverdale`a - wykapany Don`t Break My Heart Again - co za zbieg okoliczności. Skaldowie byli pierwsi - czyżby David to od nich ściągnął ? 😂. Rezerwat okazał trochę płytą "pechową" i nie miał najlepszej prasy (zawsze jako poważne "nieporozumienie" uważałem, iż o nich pisali "redaktorzy", którzy albo otwarcie ich nie lubili czy gustowali w innej stylistyce, a pragnęli "kształtować gusta czytelników"). Utwory powstawały już w 75/76 ale przez opieszałość Polskich Nagrań z rejestracją musieli czekać aż do 79 (w kolejce był Stworzenie Świata II ) a ukazał w 80 - gdy polska scena muzyczna zmieniła nie do poznania i nastąpiła eksplozja ostrzejszego rocka - Perfect, Lombard, TSA, Maanam itd id, a Skaldowie na kilka lat zawiesili działalność - po tym gdy lider wyemigrował do Stanów. Intrygują mniej popularne utwory - funkowy-soul-disco Z tobą wszystko jest niezwykłe ( Clavinet a la Stevie Wonder dodaje potrzebnego feelingu) czy kompozycja Ratyńskiego Gdyby nie śpiewał nikt - rozbujany rock`n`roll z rasową solówką Tarsińskiego. Wśród bonusów obok radiowych bardzo wartościowych muzycznie utworów w wersjach radiowych na pewno zwracają kawałki z Wenglorzem na prowadzącym i wokalu oraz w duchu Omegi - Ostry Zakręt z wirującymi syntezatorami (znów kłania wczesny Exodus) i robiącymi nadal wrażenie wielopiętrowymi partiami wokalnymi, co zawsze było wizytówką grupy. Może jedynie odrobinę dziwić wśród bonusów brak wersji Wierniejsza od Marzenia z Andrzejem Mossakowskim na wokalu - zarejestrowany dla Radia Katowice - niesamowity rarytas... czyżby sporna okazała kwestia praw własności do nagrania ?. Niewielu ją kojarzy i w ogóle słyszało - a facet miał ciekawą barwę głosu pasującą do Skaldów - a występował z nimi krótko w latach 80/81. O ile mnie pamięć nie myli wcześniej był członkiem bardziej "ortodoksyjnego" zespołu prezentującego muzykę góralską "Krywań" - czyli wszystko w rodzinie 😁
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Gdy jeszcze całkiem niedawno uczestniczyłem w spływie Dunajcem, rozkoszując wyjątkową pogodą (i dbając by wicher nie porwał mi okularów słonecznych 😎), podziwiając zapierające dech widoki nie mogłem opędzić się od motywów z albumu Skaldów Krywań/Krywań. Z kolei ilekroć teraz biorę tę okładkę do ręki... wracam do magicznych chwil ze spływu 😁. Nie tak dawno WRESZCIE zdecydowałem się na zremasterowaną wersje tej kultowej płyty. Określenie "kultowa" wydaje zbyt banalne i "pospolite". Kameleon Records tradycyjnie stanęli na wysokości zadania i wydali album wprost perfekcyjnie, wypełniając srebrny dysk aż po brzegi. Każdy mający słabość do Skaldów zapomni o poprzednich edycjach i odtąd właśnie TA stanie się najczęściej i najchętniej słuchaną. Uwielbiam ten pomysł graficzny gdy górski strumień wręcz "wylewa" się z okładki. Trzeba uczciwie przyznać, że mimo całkiem sporej liczby utalentowanych grafików, plastyków (kłania "Polska Szkoła Plakatu") to niezapomnianych projektów okładek u nas nigdy nie było zbyt wiele. Krywań z pewnością do nich należy. Do Skaldów trzeba dojrzeć - zawsze wraca do mnie to hasło. Potrzeba również stosownego "osłuchania" się z rozmaitymi i pokrewnymi gatunkami. W przypadku tego wznowienia iście "królewskim daniem" czy "deserem godnym bogów Olimpu" są bonusy. To dla nich warto nabyć to wydawnictwo i od nich zacząć w ogóle słuchanie. Już sama geneza ich powstania jest niezwykle ciekawa. Grając w Berlinie Zachodnim mieli poznać producenta Richarda Krugera (zawsze kojarzyć mi się to będzie z postacią z horroru), który zachwycony ich muzyką zaproponował by nagrali serię utworów promocyjnych do niemieckich kin. O ile się nie mylę sesje odbyły we wrześniu 1971 w radiu Saarbrucken. Każde z nich to perła i dowód jak ekipa pod nieomylnym dowództwem Andrzeja Zielińskiego była na bieżąco z zachodnimi aktualnymi trendami muzycznymi. Nad wszystkim dominuje swingujący niekiedy Hammond lidera. O ile pewien niewinny, drobny pierwiastek "big-bitu" jest nadal wyczuwalny, to jest zdecydowanie zepchnięty na dalszy plan. Jeśli nawet nasi minimalnie (o ile w ogóle) ustępowali zachodnim grupom progresywnym - to bez kompleksów mogli dzielić scenę z tymi najlepszymi. Słuchając w/w bonusów każdy entuzjasta NRP ("nieznany-rock-progresywny") od razu wyłapie podobieństwa i ducha takich formacji jak Rare Bird, Procol Harum, Jody Grind Beggars Opera, Skin Alley, Czar, Fuzzy Duck, Arcadium, Affinity, Raw Material, East of Eden itd. Mało tego - słuchając 3 różnych wersji Fioletowej Damy - możemy przysiąc, że to jakiś niepublikowany kawałek słynnego bandu Indian Summer (ostatnio mnie olśniło). W zmyślnych aranżacjach objawia się również pewnego rodzaju "poczucie humoru" muzyków (zachowując niezmiennie wysoką kulturę muzyczną). Nowa wersja kultowego utworu z filmu "Mocne Uderzenie" - Nie chce odejść - jest oparta na riffie the Kinks - You Really Got Me. W instrumentalnej Juhas Zmarł jak i Nie Lyj Dyscu Nie Lyj - mamy feeling, klimat i patenty rodem z Herbie Hancocka i jego funkowej Fat Albert Rotunda. Jeszcze więcej autentycznego funky, soulu i rhythm`n`bluesa jest w duchu Sly and Family Stone, Jamesa Browna czy Fifth Dimension zespół serwuje nam w Gospel Song czy tradycyjnym Scarborough Fair. Pisałem już wielokrotnie, że ze Skaldami, podobnie jak z Niemenem (szczególnie tym późniejszym) - jest identycznie jak z naszymi czołowymi pisarzami i poetami - szanuje się ich ale nie słucha/nie czyta. Zatapiając się w lekturę rozszerzonego do prawie 80 minut Krywania zaczynamy lepiej rozumieć fenomen Skaldów z tego okresu. W publikacjach wielu dziennikarzy muzycznych lubiło popisywać swoistą "ignorancją" upraszczając, że rock w Polsce zaczął się od debiutu SBB Live 1974 i Cień Wielkiej Góry Budki Suflera - a wcześniej może z wyjątkiem Niemen Enigmatic i Breakoutu Nalepy "nie było nic". Zabawne, że Krywań przez wiele lat był bardziej ceniony przez miłośników mniej znanego rocka progresywnego na zachodzie niż u nas. Skaldowie w ambitniejszym, progresywno-jazzowym wydaniu dopiero na przełomie lat 90/2000 i gdy Kameleon Records po 2011 wznawiał wzbogacone ich katalogowe płyty zaczęli zyskiwać uznanie na które od dawna zasługiwali. To co robili było absolutnie unikatowe, bogate harmonie wokalne 3 wokalistów, elementy swingu co było zasługą Jana Budziaszka za perkusją, Hammondy Zielińskiego i liczne wtręty skrzypiec czy trąbki już niestety nieżyjącego Jacka Zielińskiego. Pytany św. Ptaszyn Wróblewski o "nowych jazzowych mesjaszy" zawsze z irytacją się odcinał - ludzie, jacy "nowi mesjasze" ?, gdzie my tak pędzimy i dokąd się śpieszymy ?, a zdążyliśmy UWAŻNIE przesłuchać wszystkie stare płyty np Coltrane`a czy Davisa ?. To również idealnie pasuje do tej grupy. Ile od lat powstaje nowej muzyki i grup. W dobie internetu to są miliardy galaktyk, coś nie do ogarnięcia. Słuchając remastera i pysznych bonusów (żadnych wypełniaczy czy odpadów) z Krywania człowiek sobie również uświadamia - co tu szukać "nowych" formacji skoro jest tyle do przesłuchania i odkrycia u "pozornie znanych" kapel.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.kameleonrecords.pl/sklep/sk ... pomnienia/



Tytuł albumu okazał się "nieplanowaną prowokacją" polityczną w tamtym czasie - "Szanujmy Wspomnienia", a biednym Skaldom się trochę oberwało 😁. Projektant okładki prawdopodobnie Marek Dobrowolski wstawił lekko podkoloryzowane zdjęcie rodziny.... Lenina.... 😂. Wyszło odrobinę w duchu: "Szanujmy Lenina" 😎. Cenzura to wyłapała i ku zdumieniu fanów prawie cały nakład musiał zostać wycofany - ta całkiem sympatyczna i pełna eleganckiej "staroświeckości" okładka została zastąpiona trochę byle jaką - żółto/czarnym zdjęciem zespołu. Paradoksalnie grupa miała wbrew obiegowej opinii niekiedy przeprawy z cenzurą czy decydentami - chociażby z powodu autora tekstów Moczulskiego, na nic zdały się wyjaśnienia, że "to nie TEN Moczulski" 😁, dla partyjnych "sztuka była sztuka" ( a Moczulski to Moczulski). Z kolei dla młodszych bardziej rockowo grających szykujących się na wielki boom na początku lat 80 - Skaldowie byli tymi, "którzy dawno nauczyli się poruszać po oficjalnych zaakceptowanych przez władzę salonach" (słowa Marcina Jacobsona). Parę tygodni temu w moje ręce wpadł używany remaster tego albumu - reedycja na CD dzięki niezmordowanej Kameleon Records z prawie 40 minutową dawką niezwykle wartościowych bonusów, zdjęciami, memorabiliami i przede wszystkim będącym kopalnią wiedzy komentarzem w książeczce Pawła Nawary - który w dużej mierze oddaje głos muzykom, a nie próbuje lansować swojej osoby i swoich " odkrywczych wynurzeń". Wspomnienia to wedle słów Andrzeja - pewna reakcja i "odpowiedź" na to co się działo w drugiej połowie lat 70 na krajowych scenach, estradach, festiwalach i co nadawano w radiu - czyli zalew niekiedy "kiczowatej i tandetnej" disco-popowej konfekcji dla gawiedzi. Nie jest to album ukazujący "progresywne" wcielenie grupy....ale wiele ambitniejszych pomysłów i rozwiązań kompozytorskich i aranżacyjnych jest jak najbardziej obecnych. Po latach można śmiało ocenić, iż to trochę taki "album kompromisowy" na zasadzie - "każdy znajdzie coś dla siebie" - może dzięki temu słucha się go z ciekawością i nie ma mowy o monotonni. Otwiera go jeden z TYCH przebojów, które zna chyba każdy w kraju - nawet jeśli nazwa "Skaldowie" niewiele mu mówi czy ich "nie znosi" 😉- mowa o "Wszystko Kwitnie Wokoło" ... czyli jak w programie "Jaka To Melodia ?" - obiegowa "Wiosna". Ja również przez wiele lat byłem na 200% pewien, że kawałek nazywa się właśnie "Wiosna" - nic bardziej mylnego. Zespół tak chciał go zatytułować - ale w ZAIKSIE poinformowano ich, iż już taki tytuł został zarejestrowany. Główny riff troszkę kojarzy mi się z Day Tripper Beatlesów - grany przez gitarę i Andrzeja na prymitywnym syntezatorze Yamaha Synthi. Lider bardzo żałował, iż nie miał tych barw gdzieś zsamplowanych - były niemożliwe do odtworzenia na innych keyboardach, a instrument mu się zepsuł - naprawa okazała nierealna. Ten klawisz słychać też na początku innego przeboju pochodzącego ze Wspomnień - pod względem aranżacyjnym, wyrafinowanej melodii (ale refren chyba każdy potrafi zaśpiewać - w tym leży siła geniuszu Zielińskiego - wytrawne pomysły łączone z prostotą), niuansów, smaczków, jazzowej harmonii - majstersztyk - to autor również z dumą potwierdza - Życzenia z Całego Serca. Z pewnością jedna z najpiękniejszych polskich ballad. Błyskawicznie zdobyła serca nie tylko fanów zespołu - stała obowiązkową piosenką w licznych telewizyjnych i radiowych "koncertów życzeń", rocznicowych dedykacji dla rodziny, przyjaciół itd itd. Zdecydowanie zapomnianą i niedocenioną perłą jest barokowy, wzruszający ze świetną partią organów - w formie podniosłej religijnej pieśni - Słowa do Matki. Ciekawy i na krajowej scenie rzadko stosowany zabieg panowie zrealizowali na drugiej stronie oryginalnego analoga "B" - kolejne utwory płynnie połączyli tworząc jakby "mini-suitę" / składankę czy "medley". Podobno na 10`lecie zespołu na koncertach grali coś podobnego - największe przeboje bez przerwy, jeden przechodzący w następny trwający 45 minut - Zieliński żartował, że publiczność była zbita z tropu bo nie miała kiedy klaskać 😂. Wszystko z powodu ograniczonej ilości czasu na winylowych stronach ok 18/19 minut. Zostali zmuszeni by te kawałki skrócić - zabieg okazał bardzo udany, a fani otrzymali więcej utworów. Na szczęście na remasterze od Kameleon Records mamy dodane o wiele dłuższe wersje pochodzące z sesji dla radia - może nie mają idealnie wypolerowanej jakości dźwięku, wkrada pewna "surowość" - lecz dzięki wplecionym "smaczkom" i dodatkom możemy mieć pełny obraz tego co Zieliński chciał w nich pierwotnie osiągnąć. Na albumie mamy cenną perłę - jedną z pierwszych samodzielnych kompozycji, które znalazły na krajowych albumach Skaldów - niedocenianego basisty Konrada Ratyńskiego - Zagubieni w ulicach miasta. Autor był z niej naprawdę zadowolony - melodia jest naprawdę godna samego lidera - Andrzeja, mocno w jego stylu. Pytanie - czy Ratyński wniósł aż tak wiele do zespołu, czy może po tylu latach "nasiąknął" melodyką i harmonią od szefa grupy. To bardzo optymistyczna i podnosząca na duchu piosenka, podobnie jak otwierająca stronę "B" - rozmarzona i szybująca z zadziwiającą lekkością - Szukam Cię od Rana - śmiało mogła zostać wykorzystana w jakimś filmie. Bardziej "heavy" 😉- oparte na funkowym riffie wcielenie zespołu mamy w Srebrny Maszt - czyli innej wersji znanego Aż do Gwiazd - też bardzo charakterystyczna kompozycja, która na stałe trafiła do koncertowego repertuaru - fajnymi solówkami popisują się kolejno Andrzej na pianinie, Jacek na skrzypcach (tu prawie jak Urbaniak) oraz Jerzy na gitarze (w duchu Popławskiego). Bardziej "konserwatywni" fani krzywili się i mieli za złe grupie utwór - Zgadzam się na ten świat - że to prawie kiczowate/estradowe disco - w stylu "Jak się masz kochanie" 😂. Lider ze spokojem wyjaśniał, że to raczej takie "artystyczne-disco". Tytułowy to również klasyczny przebój - zabierający słuchaczy do lat 20/30 - trochę wodewilu, troszkę pastiszu. Obok wspomnianych radiowych rarytasów na koniec fani otrzymali absolutną wisienkę - odnaleziona w prywatnym archiwum muzyków inna z wczesnych kompozycji Konrada - Zimny Pokój, pod oczywistą "surowością" pomysłów kryje się hołd dla grupy Cream i ich słynnej White Room. Tak więc - szanujmy wspomnienia, szanujmy Skaldów, a rodzinę Lenina (niegdyś "wiecznie żywego") ze zdjęcia możemy sobie darować 😁.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

"Droga Ludzi", to jeden z ostatnich albumów Skaldów, który wpadł w moje ręce. Przez znaczną część fanów uznawany "za najgorszy" w dyskografii - nie tyle z powodu muzyki (aczkolwiek przewijały się głosy, że generalnie jest "miałka" ) ale.... dość specyficznych tekstów (oceniane bez ogródek jako grafomańskie, niezgrabne, nadęte i pretensjonalne). Przyznam, że wcześniej nie znałem prawie żadnego utworu z katalogowego longplaya. Postanowiłem jednak nie sugerować się recenzjami i zaryzykować. Na moją decyzję mógł mieć wpływ fakt, iż inną płytę z tzw. tryptyku "Znicz Olimpijski" - nagrany przez Budkę Suflera - Na Brzegu Światła również wbrew obiegowym złym opiniom - autentycznie lubię. Okazało się, że można polegać na talencie kompozytorskim i geniuszu do melodii Andrzeja Zielińskiego. Droga Ludzi - o ile ustępuje klasycznym pozycjom jak TY, Krywań, Rezerwat czy Stworzenie Świata - to ustępuje niewiele. Muzycy postanowili napisać cykl kompozycji na szykujące się wtedy - niestety wielce kontrowersyjne igrzyska olimpijskie w Moskwie 1980 (trzecią płytę nagrał Breakout), a nagrania miały miejsce na przełomie 78 i 79. W założeniu miał być to poniekąd powrót do początków muzycznych formacji - lżejszych i pełnych wdzięku piosenek. Teksty rzeczywiście mogą wprawić w konsternację czy wręcz osłupienie. Prawdopodobnie ich autorem jest kryjący się za pseudonimem (czyżby sam się wstydził swoich dzieł ?) Piotr Trojka - Stanisław Cejrowski - ojciec "Tego" Wojciecha Cejrowskiego 😁. Dziś można je traktować jako "żart" czy przedniego Monty Pythona. Łatwo sobie wyobrazić miny muzyków i ich reakcję gdy pierwszy raz rzucili okiem na teksty i świadomość, że "Coś" takiego przyjdzie im zaśpiewać (na trzeźwo - nie da rady) - na 200% pytali siebie: "czy to na serio czy to są jakieś jaja ?". Bo jak np. zaśpiewać tekst - chyba mój ulubiony wers z płyty:

"... (Nie przypuszczałam, że jesteś tak piękna)
(Ręko boksera, cios wymierzająca)
Łącząca siłę i precyzję razem...". Ja bym nie dał rady czegoś takiego zaśpiewać. :D


Dalej jest jeszcze zabawniej:

- "... Kuranty kremlowskie wołają
I cały słucha ich świat
Trzeba w jednym szeregu stanąć.."

- "... Ten medal jest wspaniały
Jak twoje dłonie, mój ojcze.."

- "... Przed walką trudno zasnąć
Więc stań najbliżej obok
Ojcze zapracowany..." 😂


Trzeba docenić profesjonalizm i wysoką kulturę panów tworzących zespół, że potrafili z kamienną miną śpiewać te niekiedy kuriozalne teksty. Moim zdaniem w ich odbiorze przeważa uczucie "rozbawienia"(i tak zalecam do nich podejść - z poczuciem humoru), ale stosunkowo łatwo o nich zapomnieć, liczy się sama muzyka. Bardzo (jak na Skaldów) mocny początek mamy w Cisza Przed Burzą - pulsujący, transowy rytm i zdecydowane wejście sekcji dętej nasuwają skojarzenia z innym "przerażającym" znanym z programu 997 - kawałkiem Cronus formacji Billa Chase`a (której ponad połowa członków wraz z liderem zginęła w katastrofie lotniczej). Tu również mamy rozbrajające porównanie / metaforę (jak kto woli) - że bieżnia stadionu podobna jest do Mazowieckiej równiny (nawet ja bym tego nie wymyślił, a lubię celować w idiotycznych skojarzeniach 😁). Ciekawe są "dopowiadające" partie chórków niezawodnych Alibabek.

To dość urozmaicony album - Skaldowie serwują nam bluesa w Unoszę ten ciężar (co prawie nigdy im się nie zdarzało), którego nie powstydziłby się ani wczesny Fleetwood Mac czy Chicken Shack, a zmyślną solówką raczy nas zbyt często pozostający w cieniu Jerzy Tarsiński. Andrzej zawsze wpadał na niezrównane pomysły na przepiękne ballady - tu mamy co najmniej dwie - wyrażająca wspomniany zachwyt nad ręką bokserską "Nie Przypuszczałem" oparta na niepowtarzalnej melodii i nie mniej piękna i romantyczna Mówią o Nim - dedykowana zamordowanemu przez hitlerowców dawnemu mistrzowi olimpijskiemu Januszowi Kusocińskiemu. Warto zwrócić uwagę na klimatyczne intro na elektrycznym pianie fendera oraz zamykającą z lekka jazowo-davisowską trąbkę Jacka Zielińskiego. Biorąc pod uwagę miejsce planowanej wówczas olimpiady - lider postanowił zrobić drobny ukłon w stronę gospodarzy i utwór Olimpijczycy na start oprzeć na tradycyjnym rosyjskim czy gruzińskim folklorze, mamy również odrobinę folkloru i melodyki węgierskiej. To krótki album - oryginalny lp. trwał niewiele ponad 32 minuty. Może to dziwne, ale Droga Ludzi bardzo mi się spodobała (po raz kolejny człowiek sobie uświadomił, iż musi sobie sam wyrobić opinię i nie sugerować się zdaniem innych). Widocznie należę to niewielkiego % fanów, którzy docenili ten repertuar i są gotowi go bronić. Prawie każda kompozycja jak przystało na Skaldów jest misternie zaprojektowana i nasycona przyjemnymi niuansami, drobiazgami, jakimś ulotnym motywem i jest w niej takie "ciepło", można idealnie przy niej odpocząć. Ciekawostką jest, że prawdopodobnie okładkę zaprojektował student ASP Rafał Olbiński - sugerując się zdjęciem z dowodu osobistego Andrzeja Zielińskiego. Bystre oko bez trudu wyłapie "tęczowy" drogowskaz - jakże obecnie "na czasie" 😁. Podobie jak wcześniejsze katalogowe albumy grupy - ten również w 2012 zremasterowała niezmordowana Kameleon Records a ciekawy komentarz jest pióra Pawła Nawary. Srebrny dysk aż do granic możliwości wypełniono pysznymi bonusami z piosenkami z kultowego programu Spotkanie z Balladą na czele. Wcześniej mamy utwory o hokeistach zachęcające by nie oglądać jedynie świata "zza szyby" i też aktywnie się włączyć "by coś" uprawiać (chociażby ogródek 😂). Pamiętam z nielicznych powtórek pewien "skrót" Hotelowego Spotkania z Balladą - tam króciutką "hotelową serenadę" wykonywali właśnie ku mojemu zdziwieniu Skaldowie. To bliski mi temat nie tylko z racji wykształcenia i wieloletniego doświadczenia zawodowego. O ile mnie pamięć nie myli w Hotelowym Spotkaniu z Balladą po raz pierwszy "na serio" zadebiutowała bohaterka, która miała z tym programem się zwiazać na kolejne dekady (z przerwami) czyli Panna Marysia - brawurowo zagrana przez Ewę Kolasińską. Jej zespół dedykował przerobioną "Prześliczną Recepcjonistkę" - subtelne poczucie humoru nigdy nie opuszczało zespół i dla wtajemniczonych było nieodłączną częścią ich stylu. Mało tego - mamy w rytm sola na skrzypcach Jacka - stukot (czyżby sama Marysia ?) maszyny do pisania 😁. Bardzo rozbawił mnie dialog - w trakcie rozmowy o pracę w hotelu - gdy Kierownik pytał - "co Pani potrafi ?" - "Nic" odparowała Marysia... i została przyjęta do recepcji.... lata lecą a pewne sprawy się nic a nic nie zmieniły 😎. W przeszłości zwykło się traktować te utwory jako niewiele znaczący "epizod", "fucha na boku", czy mało istotny dodatek / dygresja do głównej dyskografii. Te drobiazgi, miniatury "na zlecenie" mają również podobnie jak sam program - Spotkanie z Balladą - pewien urok, czar, pozwalają przenieść się w czasie i zrozumieć, że wtedy królował inny humor pozwalający późnym popołudniem czy wieczorem dać ludziom wytchnienie i śledzić może i naiwne, głupiutkie perypetie sympatycznych bohaterów (bez wydzierania się i przeklinania). Może nie wszyscy czują ten "krakowski humor" Spotkań, podobnie jak tego ze słynnej Piwnicy Pod Baranami. Muzyczne poczucie humoru jest wyczuwalne w znakomitej 15 minutowej wyłącznie instrumentalnej składance motywów z programu Zakopane, Zakopane - tu wiodące melodie należą do skrzypiec Jacka, czego tu nie ma, góralskie przyśpiewki - w Murowanej Piwnicy, za chwilę tango, by płynnie przejść w obowiązkowe na dansingach - "Jesteśmy na wczasach" ... i znów na góralską nutę. Dawno się tak nie ubawiłem słuchając płyty polskich wykonawców, a przy okazji tradycyjnie możemy posmakować wysokiej kultury muzycznej i wyrafinowanego smaku Zielińskich. Wbrew krytyki jaka spadła na zespół po tym albumie (na marginesie jednak da się wyczuć atmosferę "schyłkowości" i docierania do pewnego punktu końca kariery) Droga Ludzi nie zaprowadziła Skaldów na manowce, czy nie zgubili właściwego tropu. Teraz po latach płytka robi znaczne lepsze wrażenie, nabrała patyny. Jeśli ktoś naprawdę kocha Skaldów - to polubi również ten krążek.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/3447730-Skaldowie-Ty



Może z wyjątkiem "Krywania" i "Od Wschodu do Zachodu Słońca" - prawie o każdej płycie Skaldów można powiedzieć "niedoceniona" i "odrobinę zapomniana". Muszę podziękować jednemu z "muzycznych mentorów" - Wireq`owi (legendarnej, wpływowej postaci na tym forum i na św. forum SBB) , że bardzo mnie zachęcał, by poświęcić więcej czasu na jej wysłuchanie i by "pochylić się" właśnie nad tą płytą. Słuchałem jej dawniej, ale chyba popełniłem pewien błąd - brakowało cierpliwości, człowiek był zagoniony, rozgorączkowany. Spodobała mi się, lecz szybko o niej zapomniałem, błyskawicznie pojawiały się nowe pozycje. Może teraz wreszcie "zaskoczyłem". Jak na ironię między innymi temu "problemowi" jest album poświęcony. Konrad Ratyński we wspomnieniach wyjątkowo go chwalił podkreślając, że to "chwila na zatrzymanie i głębszą poetycką refleksję". Okoliczności jego powstania były mało "poetyckie" - lider - Andrzej Zieliński przebywał w domu ciotki w górach ze złamaną nogą. Przymusowo unieruchomiony, dysponujący już zbiorem wybornych tekstów ze świadomością zbliżających się terminów nagrań (pierwsza połowa kwietnia 1970, a ukazały w listopadzie - jak na polskie nagrania to sprinterskie tempo, później różnie z tym bywało) - nie miał innego wyjścia tylko zasiąść do pisania. Efekty przerosły chyba nawet jego oczekiwania. Krajowi recenzenci zawsze mieli poważny problem ze Skaldami. Może to lekka przesada, ale Oni, podobnie jak Frank Zappa stworzyli własny wszechświat, folklor, styl, język i sposób w jaki oferowali swoją twórczość słuchaczom. Dziennikarze nie mogąc wielokrotnie "wyjść" poza "idiom" - Rolling Stones czy Lou Reeda z uporem wpychali ich albo do "big-bitu", do "poezji śpiewanej", do "rocka-progresywnego", do popu czy "popu-góralskiego". Ich oferta wymykała wszelkim kategoryzacjom. "TY" chwalono ( o ile w ogóle miało to miejsce) za pewien "eklektyzm" i udane przechodzenie z jednego klimatu do diametralnie innego. Longplayowi "TY" ich zdaniem należało "współczuć", gdyż trafił pomiędzy dwa przełomowe i najbardziej udane, ambitne płyty - wspomnianą "Od Wschodu..." oraz "Krywań". Teoretycznie nie miała szans z nimi konkurować - ale po przesłuchaniu można śmiało powiedzieć - wcale nie musiała 😁. Niekiedy traktuje się go jako swoisty "concept-album" - spięty klamrą "Zwariowane Koło" / "Epilog" ( ze skróconą repryzą głównego motywu z Koła) - wykorzystujący motyw pędzącego pociągu, jako symbolu / metafory przeżywania życia w nieustannym pędzie, biegu, w rozgorączkowanej szamotaninie, a w związku z tym - jego bezrefleksyjnemu przemijaniu, traceniu z oczu tego co piękne, cenne, wartościowe. "TY"można traktować jako ostrzeżenie, że życie jeśli nie zwolnimy tempa - minie, nie wiadomo kiedy i na czym. Skaldowie, a przede wszystkim ich znakomicie tekściarze mieli niezwykłe wyczucie - biorąc pod uwagę fakt, iż to był wtedy "dopiero" rok 1970. Z tej przyczyny obecnie przesłanie albumu wydaje się być dziś jeszcze bardziej aktualne niż 55 lat temu. Zespół sugerował, by "wyskoczyć z tego pędzącego pociągu" - lecz może i oni nie pozostawiali słuchaczom złudzeń - "z tego pociągu wyskoczyć się nie da". Piękne aspekty życia przychodzi nam oglądać zza szyby. Prawe w tym samym czasie do podobnej refleksji doszedł Ian Anderson pisząc słynny Locomotive Breath ("nie ma mowy by się zatrzymał"). Na "TY" jest jedno z najwybitniejszych dokonań grupy (a miało być jeszcze jedno - o czym później) - czyli bezdyskusyjnie przepiękny i poruszający wielu do łez - "Coraz Większe Oczekiwanie". Andrzej wskazuje, iż szczególnie z niego jest dumny, stanowi jego ulubiony fragment. Nawet formacje jak Moody Blues czy Procol Harum mogły być szczególnie dumne, gdyby posiadały TAKĄ balladę w swoim repertuarze. Najpierw dość ponury i budujący napięcie riff. Aranżacyjnie lider wykorzystał m.in harfę, kastaniety i rożek angielski - zdający się "puentować" kluczowe momenty kompozycji i stanowić "moment wytchnienia". Melodia wokali ma niesamowite rozwinięcie - ciepły baryton Jacka, a od frazy: "...A echo jeszcze nie chce..." gdy dołącza wysoki i czysty głos Ratyńskiego powodują dreszcze. Ten utwór ma w sobie coś z echa dawno zapomnianej WIELKIEJ legendy. Zaproszony chór dodaje pierwiastka "jedności", kojarzyć się może z Chorałem gregoriańskim oraz pradawnymi chórami rosyjskimi (pieśni żałobne czy ku czci odważnych wojów). To jakby mądra przyjacielska dłoń męska na ramieniu mówiąca - że "będzie dobrze" i "pamięć o tym co dobre i szlachetne zostanie zachowana". Tu autor - czyli Andrzej przeszedł samego siebie. Emocje i przeżycia są jedyne w swoim rodzaju. Szkoda, że przy okazji na "TY" nie trafił inny majstersztyk - w 70 r opisana jako "największa piosenka ostatnich 25 lat" - nostalgiczny przebój - niezapomniany duet Jacka z Łucją Prus - "W żółtych płomieniach liści" (na szczęście naprawiono ten błąd i znalazła się wśród bonusów). Ta ballada z tęsknymi skrzypcami Jacka (nie gorszymi niż z King Crimson) i jednym z najlepszych tekstów Osieckiej nie trafiła nigdy na żaden oficjalny album grupy, aż trudno uwierzyć. Piosenka w dalszym ciągu porusza ludzi, radio chętnie ją przypomina, a przesłanie o nieuchronnym przemijaniu, utracie kolejno bliskich osób i "wyroku" - czyli czekającej każdego starości jest nadal aktualne. Pewne pocieszenie przynosi filuterny "Hymn Kolejarzy Wąskotorowych" (ale i tu wkradł się pierwiastek przemijania). W środku mamy swingową część i urokliwą kodę w klimacie zbliżonym do bosa novy pod sam koniec (ten gatunek zdawał się mocno zagościć w sercu braci Zielińskich - pewną odrobinę mamy w tytułowym optymistycznym "TY" oraz w znów duecie z Łucją Prus - "Nasze Wieczory" - co prawda to jest "bosa nova" w rozumieniu Skaldów). Zespół zdaje nam się mówić - by cieszyć się z każdego drobiazgu jaki możemy odnaleźć w życiu bo wszystko się kiedyś skończy (Młynarski przechodził fascynację różnymi grupami zawodowymi i lubił o nich pisać - swoją drogą naprawdę trzeba w końcu zaliczyć tę pełną uroku "przesiadkę w Szopienicach"... o ile jeszcze istnieje). Taką wyjątkową chwilą mogą być narodziny - "Narodził się człowiek". Napisany przy okazji narodzin syna nadwornego tekściarza - Moczulskiego, a pani, która sprzątała studio została poproszona "o użyczenie" swojego maleńkiego dziecka w celu nagrania głosu pod koniec (czego to się nie robi dla artystów i sztuki 😁). Barokowy klimat ma pełna dostojeństwa aranżacja z wyeksponowanymi organami Hammonda. Swoją techniką i wyszukanym smakiem na organach lider popisuje się w wielowątkowym "Na Wszystkich Dworcach Świata" (krótkie solo ma nawet Konrad Ratyński na basie, a to rzadkość). W tym utworze wkrada się odrobinkę feeling a la Spencer Davis Group i ich "Gimme Some Lovin`" . Zieliński nigdy nie miał oporów by wskazać na swoje muzyczne inspiracje. W melodii, harmonii łączącego groteskę z komedią "Straszne sny naczelnika poczty w Tomaszowie" (tekst Młynarskiego, przynajmniej moim zdaniem obok fragmentów udanych ma parę fraz, które dziś brzmią trochę pretensjonalnie np. o dzieciństwie Freuda lub Hitchcocka) - słychać echo She`s Not There - Zombies. Nastrój barokowych bali wyjątkowo dobrze udało się wykreować w bonusowych "Migdałach i Rodzynkach". Jeszcze bardziej nastrojowo jest pod koniec w króciutkim "Noc w Krakowie" - głos Zielińskiego powoli otula nas do snu - lecz rzecz równie dobrze mogła obrazować jak zapada zmrok nad jakąś prowincjonalną zapomnianą mieściną. O swoich korzeniach Skaldowie całkiem nie zapomnieli i góralski folklor pobrzmiewa w pogodnym "Kochali My, Kochali". Pewien ukłon i wspomnienie dawnych czasów pojawia w "Chodzi Diabeł Opłotkami", "Nie Ma Szatana" i "Nie Szukaj Bracie Dawnych Dróg". O ile mnie pamięć nie myli - to od tego albumu rozpoczęła się imponująca seria remasterów Kameleon Records w 2011. W tym przypadku również CD jest wypełniony muzyką prawie aż do samego końca. Gruba książeczka pełna wspomnień, zdjęć, ze wszystkimi tekstami i jak zwykle zgrabnym komentarzem Pawła Nawary. W paru przypadkach zetknąłem się z narzekaniem na zbyt małą czcionkę 😂 (czasem dobrze jest być krótkowidzem). Nieśmiałą dedykację - szczególnie dla młodszych fanów zamieścił Andrzej Zieliński - by ta muzyka przyniosła im tyle samo satysfakcji jak im gdy ją tworzyli (i w moim przypadku trafił bez pudła). Podobnie jak w przypadku późniejszych / wcześniejszych lp z tej serii - udało mi się naprawdę taniutko kupić używany egzemplarz.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/4421857 ... Zakochanym


Co prawda do święta zakochanych jeszcze ponad 2 miesiące, ale płyty z dedykacją "Wszystkim Zakochanym" zawsze dla relaksu warto posłuchać 😁 (jest w niej - podobnie jak w większości - "coś" takiego co naprawdę człowieka wprawia w pozytywny nastrój). To szósty studyjny album grupy - nagrany prawie równolegle z przełomowym pod wieloma względami Krywaniem w 1972 - a wydany w 1973. Niestrudzony Kameleon Records wznowił go wręcz perfekcyjnie w 2013 (znów prawie 80 minut muzyki). Na szczęście płytka jest nadal dostępna, nie ma z tym większego problemu. W komentarzu, mistrzowsko jak poprzednio zredagowanym przez Pawła Nawarę, dowiadujemy się od samych zainteresowanych, iż "Zakochani" miał być albumem bardziej "przystępnym", "popowym" i mniej eklektycznym po urozmaiconym (aczkolwiek w dalszym ciągu znakomitym) "TY". Z pewnością to znacznie "lżejszy" i "mniej wymagający" krążek niż "Od Wschodu do Zachodu Słońca", wspomniany "TY", że o monumentalnym "Krywaniu" nie wspomnę. Jednakże zespół pod wodzą Zielińskiego nie byłby sobą, gdyby mimo wszystko nie czerpał z szerokiego strumienia rozmaitych inspiracji. Przede wszystkim Bach. Andrzej wskazywał na pewne pokrewieństwo z będącym wtedy na szczycie Keithem Emersonem. Co prawda jego zdaniem - muzycy angielscy i amerykańscy bardziej fascynowali się w tamtym czasie kompozytorami rosyjskimi jak Musorgski, Strawiński, Czajkowski i Borodin. On wybrał Bacha - co doskonale słychać z "znów" jednak progresywnym - mocnym początkiem "Kolorowe Szare Dni". Zagrany w obłędnym galopującym tempie, lider popisuje się tak zdumiewającymi zagrywkami na organach Hammonda - że jak sam żartując: "... gdyby Bach żył w XX wieku to mógł grać taką muzykę..." 😁. Według autora to w pewnym sensie "hołd" i wyraz jego fascynacji nad możliwościami brzmieniowymi tego ukochanego instrumentu, który nie bez przeszkód przywiózł ze Stanów. Konrad Ratyński również podkreślał znaczenie tego pełnego pułapek i arcy trudnego - niemalże "niemożliwego do zaśpiewania" tekstu i karkołomnych przejść, zawsze odczuwając dumę na koncertach, że udało się z tego zadania wyjść zwycięsko. Tą kompozycją przez jakiś czas z powodzeniem otwierali swoje koncerty. Tarsiński z nutką nostalgii potwierdzał, że "...to był najwspanialszy i bardzo ekscytujący okres w historii zespołu...". Ze Stanów przywieźli nie tylko organy, ale również solidne wymarzone gitary w tym Fender Stratocaster i Telecaster, a z wojaży do Niemiec znakomitą gitarę akustyczną Hoyer, której brzmienie możemy podziwiać na wielu kompozycjach - np. balladowym "Łagodne Światło Twoich Oczu". Razem z następnym - tradycyjnie "progresywnym": "Dajcie Mi Snu Godzinę Cichą" i skocznym folkowym "Wolne Są Kwiaty na Łące" tworzą mini suitę - odgrywaną jako jeden utwór na koncertach, a wersja dla wschodnio-niemieckiego radia miała nawet tytuł Trylogia czy Trylogie. Tarsiński z dumą opowiada, że bardzo lubił "Dajcie Mi Snu Godzinę Cichą" - gdzie wspólnie z "etatowym multiinstrumentalistą" grupy - Jackiem grali na 2 gitary, w/w Telecaster i Stratocaster osiągając bogatą paletę barw i harmonii. Możliwość posiadania wymarzonych instrumentów pozwalała wreszcie wzbogacić brzmienie, którego tak zazdrościli zachodnim kapelom. Ciekawe czy po odejściu Paliwody rozważali ewentualność zaproszenia do składu drugiego gitarzysty ?, mimo niepodważalnych kompetencji Tarsińskiego (oraz naturalnego talentu Jacka, który mógł wziąć do rąk prawie każdy instrument i na nim z powodzeniem zagrać). Podejrzewam, że jako muzycy i na stopie osobistej - ten kwintet i konstelacja osobowości do tego stopnia się zgrała i dobrze dogadywała, że uznano, iż kolejna osoba "z zewnątrz" i "świeża" mogłaby zaburzyć osiągniętą równowagę i narobić zamętu. Nowy nabytek mógłby również zacząć ciągnąć w swoją stronę, forsować własne pomysły i brzmienie - a było miejsce na realizację tylko jednej wizji - Andrzeja. W przekroju całych "Zakochanych" słychać tę moc, radość wspólnego grania i dobrą energię. Wśród innych inspiracji - Andrzej wymieniał, że czerpał z innych kapel będących na topie jak: Chicago, Crosby Stills and Nash, Jethro Tull oraz Blood Sweat and Tears. Można odrobinę żałować, iż mniej (o ile wcale) jest charakterystycznych tęsknych skrzypiec Jacka (co w pełni zrekompensował na sesjach do "Krywania") - za to jego wejście trąbki po wcześniejszej balladowej części (pierwszorzędne harmonie wokalne) - w "Łagodne światło twoich oczu" gdy kompozycja nabiera niebywałego przyśpieszenia w duchu w/w Chicago - jest kapitalne. Skaldowie niejednokrotnie lekceważeni czy traktowani z przymrużeniem oka - potrafili w nieoczekiwanych momentach nabrać wiatru w skrzydła i przejść do natarcia, stopniując napięcie - co mistrzowsko zaprezentowali w mocnym "Dajcie mi godzinę snu cichą". Nazwanie ich "muzyczną husarią" z pewnością mogłoby zostać potraktowane jako "pożałowania godna grafomania" - ale warto posłuchać jaką tu muzyka z każdą sekundą nabiera mocy. To powoduje, iż "Wszystkim Zakochanym" jest wcale nie takim oczywistym albumem. Typowy dla Skaldów eklektyzm przy wyjątkowo zachowanej logice i konsekwencji mamy w "Zabierz sobie wszystko", gdzie początkowe pierwiastki baroku i renesansu ustępują podlanemu soulem refrenowi, gdzie znów mamy przemycony feeling a la Chicago i Blood Sweat and Tears, a pod sam koniec lider raczy nas nieco jazzującym solem fortepianu. Niezmiennie zespół korzystał z tekstów najwybitniejszych poetów - tu m.in Lipską, Brylla, Moczulskiego, Osiecką, Szymborską i Zbigniewa Jerzynę. To on gdy zaprzyjaźnił się z Andrzejem (twardo stąpającego po ziemi górala - jak sam o sobie z dumą mówił) to nieśmiało podsunął fenomenalny tekst prosząc o "snu godzinę cichą", by jako osoba wrażliwa i narażona na liczne bodźce móc przynajmniej w ciągu snu zaznać ukojenia. Andrzej takich rozterek nie miał - ale potrafił docenić tekst najwyższych lotów. W opinii muzyków i fanów obok wspomnianych już utworów - najmocniejszym punktem jest tytułowy. Jako chyba jedyny w dalszym ciągu grany na koncertach - jednakże pod warunkiem, że Skaldowie wykonują go z orkiestrą czy kwartetem smyczkowym. W Niemczech miał im niekiedy towarzyszyć big-band. Tu w środkowej sekcji muzyka znów nabiera mocy a panowie tego "wiatru w skrzydła". Nie mogło zabraknąć nawiązań do muzyki folkowej i góralskiej - co możemy podziwiać w znacznie lżejszych i filuternych: "Zajęczym tropem", "Jaskółka" i "Basetlo, Bastelino". Na koniec "herszt skaldów" umieścił utwór dedykowany córce "Zaśnij słoneczko". Podobno do końca nie było wiadomo czy to będzie córka czy syn - stąd Moczulski w ostatniej chwili zamienił słowa lub wpisał właściwe 😁. Wersja Kemeleona została niezawodnie uzupełniona o 11 nagrań dodatkowych - prawie wszystkie kompozycje znane z analogowego krążka w wersjach radiowych. Daje to niezłe wyobrażenie jak pewne pomysły ewoluowały, jak panowie wrzucali nowe dźwięki a z innych rezygnowali. Trudno się nie zgodzić z Tarasińskim - że to był w istocie najwspanialszy okres w ich historii....a miało być jeszcze lepiej co udowodniły Krywań, Stworzenie Świata czy Rezerwat Miłości. Sam tekściarz Moczulski wspominał, że chciał w ten sposób "podsumować" i zamknąć wątek pisania o miłości w tekstach - był przekonany o sile miłości, że "potrafi zatrzymać deszcz nad miastem" 😂.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/6447279 ... -Skaldowie


Nie będzie przesadą, gdy napisze, że w nadchodzącym roku debiutancki album Skaldów będzie celebrował swoje 60 urodziny. Owszem, oficjalnie lp. ukazał w 1967, lecz pewna część nagrań zarejestrowano już w 1966, a konkretnie w sierpniu i listopadzie. Debiut to pewnego rodzaju "składanka" nagrań radiowych i utworów, które najpierw trafiły na popularne wtedy "czwórki", czyli single z 4 kawałkami. Bardzo "czwórki" rozsławili The Beatles. Oryginały, o ile są w dobrym stanie kosztują fortunę. Zielińscy podkreślali we wspomnieniach, że ich kariera w tamtym czasie potoczyła się błyskawicznie. W parę miesięcy od założenia zespołu, zaczęli wygrywać wszelkie konkursy piosenki studenckiej itp. Nagrodą było zaproszenie na jeszcze bardziej prestiżowe festiwale oraz pierwsze sesje radiowe. Na szczęście w studio gdzie rejestrowali album był jak na ówczesne krajowe warunki całkiem przyzwoity sprzęt - np. magnetofon czterośladowy - pozwalający by zespołowi towarzyszył np. kwartet smyczkowy, co było wtedy nowością i rzeczą rzadko spotykają. Bardzo swoich synów wspomagał ojciec - Franciszek Zieliński, wystąpił jako jeden ze skrzypków w przepięknym i romantycznym "Jutro Odnajdę Ciebie"... oraz biegał po okolicy studia szukając chłopakom w miarę taniego noclegu (polskie nagrania jakoś o tym drobiazgu nie pomyślały), idealnego na "studencką kieszeń". Wybór padł na "hotel wodny" na Wiśle (o czym niedawno sam nie miałem pojęcia). Muzycy z rozbawieniem wspominają te "egzotyczne małe kajuty"...ale "czego nie robi się dla sztuki". Wzruszony Jacek zawsze powtarzał, że najlepiej pamięta ten pierwszy album. Niezapomniany moment, gdy okładkę swojego debiutu zobaczyli na wystawie w księgarni w Katowicach, gdzie akurat grali jakiś koncert 😁 (swoją drogą ciekawe gdzie to konkretnie było, bo Katowice całkiem nieźle pamiętam). Zabawne, że na zdjęciu jest już drugi skład z m.in śp. Tadeuszem Gogoszem (ten sam, który później trafił do Bemibek i zawrócił w głowie Ewie Bem, mieli córkę Pamelę). Fotografię wykonano na tyłach studia, gdzie nagrywali. Ma w sobie pewną surowość, może się kojarzyć z jakimś "garażowym", surowym zespołem. Może i lepiej, niż gdyby jakaś stylistka wpadła na pomysł by przebrać ich w stroje trubadurów i muszkieterów 😂 (albo wikingów).


Są pewni artyści i zespoły "od samego początku skazani na sukces". Choć kojarzeni z nurtem "big-bitu" (pewne, drobne jego pierwiastki się naturalnie ostały) zdecydowanie się odróżniali od pozostałych zespołów. Nikogo nie obrażając ani nie pomniejszając zasług czołowych kapel tego okresu (surowość, bunt i młodzieńcza energia bywają czasem i zaletą, ale "paliwa" nie wystarczyło im na długo, rychło okazało się jak ograniczona w nich tkwi inwencja, a z dzisiejszej perspektywy te wczesne dokonania wydają strasznie amatorskie, choć nie pozbawione uroku) - Skaldowie zdecydowanie się od nich odróżniali. Mieli w swoich szeregach lidera i nie ma przesady gdy napiszę - "muzycznego geniusza", gruntownie wykształconego Andrzeja Zielińskiego. Już wtedy utalentowanego kompozytora. Koledzy wspominali, że trochę z konieczności, a trochę z natury Andrzej lubił pewne rzeczy robić na ostatnią chwilę. Gdy byli w pociągu do Warszawy na umówione nagrania - potrafił "na kolanie", w przedziale czy korytarzu pisać nuty dla orkiestry. Miał słuch doskonały i raczej niczego nie poprawiał. Pisał również gotowe, konkretne (prawie jak Zappa) partie dla poszczególnych instrumentalistów w grupie. Odnosił się z niechęcią do kopiowania gotowych patentów czołowych grup zagranicznych - tą tendencję dostrzegał w naszych zespołach i nie chciał tego u siebie. Optował za zrezygnowaniem sztywnego podziału na gitarę solową i rytmiczną oraz by partie basu były bardziej nieszablonowe i intrygujące. Już wtedy chciał współpracować z orkiestrą.

Wcześni Skaldowie bywają traktowani z przymrużeniem oka i jako troszkę takie "dziecinne" skoczne pioseneczki. Nic bardziej mylnego. Może określenie oferty debiutu jako "progresywną" byłoby małą przesadą... ale ekipa Zielińskich stworzyła indywidualny styl łącząc ze sobą pop, piosenkę poetycką (można było bez trudu znaleźć silne piętno piosenki jaką uprawiano w kabaretach - choć wtedy te słowo oznaczało coś zupełnie innego niż dziś - jak chociażby Piwnica Pod Baranami czy Pod Jaszczurami), jazz, swing, muzykę poważną (kłania wielka fascynacja lidera Bachem, ale również Haendlem, Mozartem i kompozytorami rosyjskimi) i nie zapominając, a może przede wszystkim góralskim folklorem. Matka braci była rodowitą zakopianką. Debiut nadal zachwyca z jaką łatwością połączyli muzyczną dojrzałość, wysublimowany smak dźwiękowy z młodzieńczą energią i pewną "naiwnością". Panowie w odróżnieniu do współczesnych - nie udawali starszych niż są w rzeczywistości, choć trzeba przyznać, że tamto pokolenie wyróżniało się jak na swój wiek imponującą dojrzałością. Mimo pewnych niedoborów sprzętowych osiągnęli całkiem ciekawe i przekonujące brzmienie. Pomógł im przyjaciel pierwszego basisty Feliksa Naglickiego - bardzo zdolny "inżynier", który zaprojektował chociażby gitary, bas, nadając im własne specyficzne (czasem "klawesynowe") brzmienie. Feliks po latach śmiejąc się przyznaje, że wiele patentów oparli na tzw. "zdrowym rozsądku" a później byli zdumieni gdy odkryli, że to na co sami wpadli - było stosowane w zachodnich topowych modelach np. Fendera - łożyska w przetwornikach dźwięku czy odpowiednio sprofilowany metalowy pręt w środku gryfu by uniknąć wyginania się gryfu w wyniku dużego naprężenia strun itd itd. Za gitary był odpowiedzialny drugi duet braci - Janusz i Zygmunt Kaczmarscy (w ich partiach niekiedy wkrada się coś z The Shadows, lecz subtelnie). Ten skład można podziwiać na estradzie w absolutnym genialnym filmie Passendorfera "Mocne Uderzenie" z przeuroczym duetem Zawadzka/Turek. Niestety bracia Kaczmarscy mieli inne wyobrażenie w jakim kierunku powinien zmierzać zespół, powstały pewne napięcia i musieli się rozstać z zespołem. Pierwszy album to doskonałe wprowadzenie w świat Skaldów. Nazwę miał zaproponować Jacek, który czytał o "rycerzach-wikingach" wędrujących od zamku do zamku...ale nie by rabować, mordować (i wiadomo-co 😁) ale by raczyć możnych przepięknymi pieśniami i legendami. W tej nazwie było też "coś z gór" - bo "...-skal....", to się wszystkim tak od razu kojarzyło.


W ich piosenkach - choć świeżych i nowych na tamte czas - też było coś z legendy, ze wspomnień dawnego trochę lepszego świata, gdzie rządziły jakieś zasady, kodeksy honorowe, miłość, przyjaźń i zachwyt nad naturą. Moczulski i Zieliński przywoływali wyjątkowe, ale również nie pozbawione codziennej prozy życia obrazy i pejzaże potrafiące uwodzić jak żadne inne. Było też w tym coś "staroświeckiego" i "rozbrajającego" - ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Fascynacja nocnym miastem, późnym powrotem do domu po ciężkim dniu pracy (jest coś szlachetnego w codziennym znoju i przychodzącemu po nim odpoczynku, wytchnieniu), a jednocześnie okazją by oddać się marzeniom mamy w czarownych "Jutro Odnajdę Ciebie" i chyba zapomnianych nie mniej cudnych "Nocnych Tramwajach" (już wtedy wokal Jacka czarował). Folklor góralski pojawia w wielowątkowym (co stało się specjalnością Andrzeja) "Uciekaj Uciekaj", który w środku nabiera imponującego przyśpieszenia i feelingu a la The Animals (nawet partia organów ma w sobie coś z Alana Price`a). Pewne już raczkujące progresywne "ciągoty" zespołu słychać w "Pamiętasz Niebo Nad Hiszpanią" - gdzie zgodni z tytułem robi się zdecydowanie "hiszpańsko-latynosko". Pozorną prostotę, "beatlesowski" feeling łączy nastrojowy kawałek basisty Naglickiego - "Wieczorna Opowieść" - można również wychwycić pewien wpływ Gerry and the Pacemakers i wczesnego Manfreda Manna. Tu w warstwie lirycznej ponownie mamy motyw późnego powrotu do domu po męczącym dniu pełnym obowiązków. Wspomniane zacięcie do korzystania z jazzu mamy w optymistycznym "Jarmarku", tutaj też zespół zbliża się do innych grup big-bitowych, ale na swoich własnych warunkach. Jak w daniach czołowych francuskich szefów kuchni - każde danie / utwór zawiera jakąś niespodziankę. Tak jak po początkowo żywiołowemu rhythm`n`bluesowemu "Kochajcie Bacha Dziewczęta" (jest też coś z Niebiesko-Czarnych) - na koniec mamy dosłowny cytat Bacha (jakżeby inaczej) Arii na strunie G i pastoralne wokale braci Zielińskich, robi się taki "nabożny" nastrój, że nic tylko samemu w domu zapalić świece 😁. Skaldowie od początku byli mocni w balladach, na debiut trafiło słynne oparte na nieco "kontestacyjnym' tekście "Zabrońcie Kwitnąć Kwiatom" (jakby zawoalowany głos sprzeciwu wobec władzy i systemu - czego nam jeszcze zabronicie ?). Kiedyś odkryłem, że początkowa partia gitary i akordy są łudząco podobne do późniejszej ballady Pawła Biruli z Exodusu - "Niedawno Tak, Pewnego Dnia". Może wokalista sam był fanem Skaldów ?. Jak na tamte czasy to dość "długi" album - ponad 39 minut. Do reedycji kompaktowej niezawodnych Kameleon Records z 2014 dodano głównie muzykę ze wspomnianego filmu "Mocne Uderzenie"- szczególnie mocne big-bitowe "hymny" - niezapomniane i przezabawne "Nie chcę odejść już dziś" (ten utwór zawsze mnie bawi i poprawia humor - mam przed oczami biednego Turka ucharakteryzowanego na Johny Tomalę 😂 i Zawadzką z przygotowanym na zapleczu koszykiem zgniłych jaj) i z przewrotnym tekstem (czyżby kpina z przesłania big-bitowców ?) "Każdemu wolno śpiewać". Jest pełniejsza wersja rozmarzonej "Barwy Piosenki" i ponad 14 minutowa wiązanka tematów z tego filmu. Dla fanów rzecz bezcenna.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/5631948 ... kowronkach


Podobno zima jeszcze nie raz da nam się we znaki. Zapowiada się śnieg - czyli wielu załapie na kulig, a jeśli "kulig" to tylko ze Skaldami 🥳. Trudno uwierzyć, że płyta "Cała Jesteś w Skowronkach" świętuje swoje 56 urodziny. Są pewne płyty czy utwory, o których doprawdy trudno coś więcej powiedzieć czy napisać - bo powiedziano doprawdy wszystko. Bardzo trudno również o zachowanie obiektywizmu. Ten album niektórzy traktują lub twierdzą, że powinien się nazywać "The Best Of" - bo dosłownie roi się na nim od przebojów. Większość z nich jest doskonale znana i nadal emitowana przez stacje radiowe. To trzeci lp. w ich dyskografii. Już debiut oraz drugi - czyli "Wszystko Mi Mówi, Że Mnie Ktoś Pokochał" były zapowiedzią jak wielki potencjał komercyjny (że o artystycznym nie wspomnę) drzemał w muzyce Andrzeja Zielińskiego. Można było poddawać pod wątpliwość, czy kolejny będzie jeszcze lepszy i bardziej przebojowy. Jednak tym razem lider i główny kompozytor Zieliński przeszedł samego siebie. Korzenie albumu są również szalenie ciekawe i niecodzienne. W 1968 ich autobus, którym udawali bodajże na festiwal w Sopocie - miał wypadek, wpadł w poślizg na mokrej drodze i dachował. Podobno świadkowie i później sanitariusze mówili o "cudzie" - że nikt nie zginał. Naturalnie nie obyło się bez obrażeń - wszyscy byli nieźle poturbowani, Jacek złamał nogę, a Andrzej miał poważny wstrząs mózgu. Jak sam wspomina, że te niewesołe okoliczności sprawiły, że przez kilka miesięcy nawet nie mógł wychodzić z domu bo nie był w stanie trzymać się na własnych nogach z powodu nieustannych zawrotów głowy. Całą energię oprócz powrotu do zdrowia - skoncentrował na pisaniu nowych utworów. Z dumą przyznaje, że prawie większość kawałków (ok 6) ze "Skowronków" stało się wielkimi przebojami i wdarło szturmem na szczyty wszelkich ówczesnych list przebojów - takie sukcesy mieli na koncie jedynie The Beatles 😂 . Kłania się stara prawda, że cierpienie może być inspirujące - do tworzenia niezwykłych rzeczy. Rzecz jasna nikomu się takich "przygód" nie życzy. Na marginesie wiele bym dał by się przenieść w czasie i jako niewidzialny być świadkiem jak Andrzej zasiada do fortepianu i jak powoli krystalizują się jego pomysły i po raz pierwszy słyszymy te wszystkie od lat znane szlagiery - jak tytułowy, "Medytacje wiejskiego listonosza", "Prześliczna wiolonczelistka" czy "Z kopyta kulig rwie". Gdyby kiedykolwiek powstał film biograficzny o Skaldach (nie liczę autoironicznego i komediowego "Jak Powstali Skaldowie") - to taka scena wypadłaby fantastycznie.


Z tym (podobnie jak z większością) konkretnym albumem wiąże się sporo anegdot. Sporo zabawnego zamieszania było z okładką. Grafik śp. Bohdan Butenko dał ptaszkom głowy muzyków...ale mimo jasnych wskazówek (zespół miał mu nawet zakreślić konkretną głowę) trochę się pomylił i np. pominął perkusistę Jana Budziaszka - choć grał już z nimi od jakiegoś czasu, a kolei nadal jest widoczny poprzedni gitarzysta Marek Jamrozy - obok swojego następcy - czyli Krzysztofa Paliwody. Krzysiek natomiast nie załapał się na zdjęcie z tylnej części okładki (jako hokeiści). W środku wśród zadowolonych muzyków przebranych m.in za kucharzy... znów nie ma Paliwody 😁, czyli niezły bajzel 😂. Andrzej potwierdza, że wtedy przechodzili przez małe personalne zawirowania - stąd te pomyłki. Krzysiek Paliwoda również nie zagrzał miejsca w zespole. O ile mnie pamięć nie myli pod koniec 69 czy na początku 70 miał wyemigrować do Stanów (czy postanowił nie wracać do kraju gdy zespół tam grał) i tam również zmarł. Załapał się natomiast do wspomnianego żartobliwego filmu "Jak Powstali Skaldowie". Zawsze mnie bawiło, że biednego Budziaszka (jako eleganckiego i "poważnego" muzyka filharmonii") podstępni Zielińscy odurzyli chloroformem i wywlekli ze sobą, Krzysiek Paliwoda został zatrudniony "bo dobrze wyglądał, przynajmniej jeden w zespole musi dobrze wyglądać" 😁, a jeśli chodzi o Jerzego Tarsińskiego: "... to nikt nie wie skąd on się wziął..." 😂. Przynajmniej był jeden plus tego galimatiasu - gdy zrezygnował Paliwoda - to na ponad dekadę skład się ustabilizował - a to w naszych zespołach wielka sztuka. Widocznie wszyscy zainteresowani byli zgodni, że w kwintecie dadzą sobie doskonale radę. Paliwoda był ciekawym muzykiem, podobno miał sporo jazzowej swobody, feelingu, był skrzypkiem z wykształcenia i miał słabość do muzyki country. Później cała gitara spadła wyłącznie na Tarsińskiego - niekiedy na drugiej wspomagał go wszechstronny Jacek, ale to już inna historia.


Lider zdawał sobie sprawę, że epoka big-bitu nieuchronnie się kończy i chciał by zespół się rozwijał - przy okazji udowodnić swój nieustannie doskonalony warsztat kompozytorski i by utwory były urozmaicone. Pojawił się sygnał w jakim kierunku grupa podąży na początku lat 70 - czyli bardziej progresywnym - co zaowocowało "Od Wschodu Do Zachodu Słońca", eklektycznym "TY" i przede wszystkim suitami "Krywań" oraz "Stworzenie Świata". Tu mamy piękną podniosłą pieśń "Dwadzieścia Minut po Północy" - będąca jakby dźwiękową opowieścią o w/w wypadku autokarowym (w głównym motywie jest coś z zarówno starocerkiewnych religijnych pieśni, pieśni żałobnych dawnych wojów oraz z najpiękniejszych inspirowanych barokiem ballad Procol Harum, Moody Blues i King Crimson). Skaldów wspierają wokalnie niezawodne Alibabki, gościnnie młoda Maryla Rodowicz (śpiewająca jeszcze w zupełnie innej manierze) oraz Orkiestra oraz Chór Polskiego Radia. "Skowronki" miały być również jednym z pierwszych albumów zarejestrowanych w stereo. Jacek i Andrzej wspominają z rozbawieniem, że to było wielkie wyzwanie w erze jeszcze przed komputerami i zaawansowanymi stołami mikserskimi by zespół, orkiestrę i chór razem zgrać w czasie. Bardzo pomógł im ogarnąć ten chaos świetny dyrygent Adam Wiernik, czasem Andrzej wcielał się w dyrygenta - trzeba było dawać znaki co robi drugi zespół 😁. Pewne pierwiastki big-bitu się ostały - ale muzyka zaczęła się stawać coraz to bardziej i bardziej wyrafinowana - np. tytułowy gdzie mamy wysmakowane aranżacje, kontrapunkty i niebanalnie zharmonizowane linie wokalne. To jedna z ich najpiękniejszych ballad. Nadworny tekściarz też już sp. Leszek Aleksander Moczulski (nie mylić z TYM Moczulskim 😉). On ten miłosny wiersz dedykował swojej żonie, która akurat wracała samolotem ze stypendium naukowego - kluczowe wersy miały mu nagle wpaść do głowy w trakcie jazdy pociągiem - uradowany nagłym przypływem natchnienia o mało co nie przytulił młodego współpasażera, który miał się trochę wystraszyć tej sytuacji 😁.


Coś z baroku wkrada się w ponoć dedykowany politykom plotącym trzy-po-trzy "Bas". Trochę county połączonego z wodewilem i pastiszem mamy w "Wieczór Na Dworcu w Kansas City". Nie mogło na płycie Skaldów zabraknąć klimatów góralskiego folkloru - stąd obecność bardzo znanych "Malowany Dym" (świetna w środku dla kontrastu balladowa partia Andrzeja) i "Kuligu" (gdyż wśród fanów taki funkcjonuje obiegowy tytuł). Jak wspomniałem - murowane w dalszym ciągu lśniące blaskiem przeboje jak "Króliczek" (Andrzeja i Jacka bawiło, gdy wtedy najmłodsi odbierali ten tekst dosłownie, nie mieli pojęcia, że chodziło "Króliczka Playboya" - do tego stopnia, iż za muzykami wołali "Króliczki" 😂), "Medytacje Wiejskiego Listonosza" (tu jest przemycony odrobinę soulowy i rhythm`n`bluesowy feeling), "Prześliczna Wiolonczelistka" (inna ciekawostka - środkowa partia nastręczyła poważnych trudności zawodowym muzykom - non stop brzmiało to nieczysto - aż chyba realizator dźwięku ściągnął swoją córkę, studentkę akademii, która zagrała bez zarzutu) - człowiek słyszał je tysiące razy - lecz nigdy nie nudzą, wydawać się może iż nie dało się ich lepiej napisać, a każda nuta czy melodia są trafione idealnie "w punkt". Do remastera dodano tradycyjnie dzięki tytanicznej pracy Kameleon Records i Pawła Nawary - 12 utworów dodatkowych - głównie radiowych wersji kompozycji z albumu. Ratyński odrobinę żartował, że właśnie te wersje radiowe dla wielu fanów są tymi "kanonicznymi" i bardziej kojarzonymi niż z oficjalnego longplaya. Co prawda w dzisiejszych czasach te "przeboje" można czasem słuchać i traktować z lekkim "przymrużeniem" oka (np. te "pa-pa-pa-pa" w "Kuligu") - jest w nich taka urocza i "rozbrajająca naiwność" - trzeba jednak oddać Skaldom, że zaserwowali swoją wersję popu i rozrywki na najwyższym poziomie.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ