Skaldowie

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Ta Yamaha CP70 stała się również jednym z fundamentów brzmienia "dojrzalszego" Kansas - Walsh i Livgren również z niego korzystali. Nie kojarzę czy u nas jakiś znany muzyk był właścicielem tego modelu. Kiedyś, przez moment Skrzek chciał podobno swego Fender Rhodesa zastąpić właśnie nim...ale SBB się rozpadło w 1980, kasa była potrzebna na coś ważniejszego, a sam Maestro wolał skoncentrować się na syntezatorach, ewentualnie korzystać z normalnego fortepianu koncertowego plus organów kościelnych. Świetny instrument - na nim też grał Phil Collins na żywo wykonując "Against All Odds". Wielu innych instrumentalistów pielęgnowało swoje egzemplarze przez dekady np. Latimer z Camel czy Mickey Simmonds. Znając spory kawałek repertuaru Skaldów niemalże na pamięć niekiedy też się zastanawiałem - jakby brzmiały ich piosenki gdyby właśnie Andrzej w późniejszym okresie akompaniował na CP-70 :roll: Ta ballada Banco jest również urokliwa. Ciekawe czy Godfrey z The Enid go miał ?. Miliony keyboardów w następnych latach "obowiązkowo" miało je "wsamplowane".... lub coś bardzo zbliżonego np. seria Motif, Montage, że o Rolandach RD, Korg SV1 i Nord Stage`ach nie wspomnę.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Okechukwu
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 5192
Rejestracja: 07.06.2007, 10:49

Re: Skaldowie

Post autor: Okechukwu »

Ciekawe czy Godfrey z The Enid go miał ?
Na tych klasycznych albumach (do Six Pieces włącznie) to raczej go nie używał. Godfrey jednak preferował wtedy tradycyjne brzmienie fortepianu (to był chyba Steinway?), no bo on uwydatniał jego piękne, szlachetne uderzenie - pianisty koncertowego (które zachował do późnych lat - jest taki filmik na Youtubie, gdzie demonstruje brzmienie pianina Rolanda- zresztą cyfrowego - i gra tak od niechcenia fragment etiudy cis-moll Chopina - jednej z trudniejszych "levelowo" etiud Fryderyka, no i gra pięknie :) ). Ale płyty z lat 80 znam o wiele słabiej - może pojawiła się na nich ta Yamaha?
Awatar użytkownika
Goran
epka kompaktowa
Posty: 1075
Rejestracja: 06.04.2012, 08:03
Lokalizacja: Podkarpacie

Re: Skaldowie

Post autor: Goran »

Skaldy - Wokalno Instrumentalnyj Ansambl (Polsza)
Wiem powinno być cyrylicą. Powoli robię przegląd winyli,mój music room nie jest niestety z gumy. Płyty CD, winyle i książki , wszystko to w nie wielkim pomieszczeniu sprawia że zaczynam się czuć troche jak w jakimś magazynie. Na szczęście ostatnio dość mocno przystopowałem z zakupami i każdy kolejny nabytek jest dobrze przemyślany ( tak mi się przynajmniej wydaje). Winyli mam juz nie wiele i stopniowo wymieniam je na CD, pewnie zostawie sobie tylko te pozycje które dotąd nie wyszły w formacie cyfrowym. Ale jak się to ma do Skaldów? Chętnie oddam ich radziecką płytę z 74 roku. Słuchanie Prześlicznej Wiolonczelistki po rosyjsku nie jest przeżyciem traumatycznym i ma swój urok . Powinienem miec dwa egzemplarze tej płyty na razie znalazłem jeden. Z wyglądu płyta jak nowa , jednak momentami dość trzeszczy. Wiem ze jest to pozycja poszukiwana przez miłośników Skaldów, ja ich lubie ale na pewno nie tak jak niektórzy forumowicze no i nie można zbierać wszystkiego. Co chcę za to? Ewentualnie zwrot kosztów nadania lub jakiś CD.
Mnie się podobają melodie które już raz słyszałem.No jakże może podobać mi się piosenka którą pierwszy raz słyszę?
Inżynier Mamoń
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/2547060 ... tNQnQH2iCm



Niezmiennie trwają u mnie swoiste "remanenty Skaldów" 😁. W ubiegłym roku ten dwupłytowy i dość skromnie wydany zestaw "Z Biegiem Lat" świętował 15 urodziny. Wydany dzięki uprzejmości Polskiego Radia w 2010 sprawił największym fanom kolosalną niespodziankę. Niestety od lat już niedostępny, nakład wyczerpany, próżno czekać na wznowienie. Mnie udało się trafić używany egzemplarz na stronie zajmującej się sprzedażą gier wideo i filmów na DVD i to za "podejrzanie" niską kwotę. Pamiętam doskonale lata tamu jakie wzbudził emocje wśród najbardziej wytrawnych i mających rozeznanie miłośników twórczości formacji Zielińskich. Jeden starszy fan, z którym wtedy byłem w regularnym kontakcie bardzo mi to zachwalał. Mówiło się, że ten odkurzony zestaw niekiedy nieznanych i niepublikowanych utworów można porównać do "Night Cap" Jethro Tull z 1993 - również dwupłytowy, na pierwszym dysku zbierający kompozycje, które z różnych powodów nie zmieściły się na oficjalnych albumach studyjnych, niekoniecznie "gorsze", a mające często "pecha", ale za dobre by trzymać je pod kluczem w szufladzie. Na drugim CD z "niesławnej" i jeszcze bardziej pechowej sesji "Chateau D’Herouville" 1972. W wyniku nagromadzenia się niesprzyjających okoliczności przerwana...a muzyka odłożona na półkę. Po latach fani Tull zgodnie przyznali, że to jedno z największych dokonań ekipy Andersona. Kto wie jak mogłaby się potoczyć ich historia, gdyby mimo przeciwności wydać planowany podwójny album w 1973 ( i grać to na koncertach) ?. Może część najwierniejszych i najbardziej zakręconych fanów Skaldów zadaje sobie to samo pytanie - "jak potoczyłaby się Ich historia, gdyby ten gotowy materiał ukazał się" - nawet na przekór poważnym trudnościom i zawirowaniom historii - słowem - wprowadzeniu Stanu wojennego w 1981 ?.



Wcześniej o tym nie miałem pojęcia - lecz trochę "niefortunna" płyta "Droga Ludzi" wcale nie miała pierwotnie być ostatnia. W 1980 grupa kompletowała materiał, który miał się ukazać jak podwójny lp o wielce wymownym tytułem: "Zostaw to Młodszym". Na jednym dysku kompozycje Andrzeja, a na drugim Jacka, który pisał coraz więcej i więcej (i to autentycznie udanych rzeczy). W kwietniu wyjechali na 2 miesięczne tournée po USA (już bez dobrego ducha zespołu - Budziaszka, który miał awersję do klubów polonijnych - jak na ironię - nie chciał grać na starych "polonusów" - wielokrotnie potomków górali), które się przedłużyło, aż dotarła do nich informacja o wydarzeniach w Polsce. Andrzej postanowił zostać, a reszta - już jako niezależne jednostki - muzycy wrócili do kraju. Nikt nie ma wglądu w umysły i ówczesne myśli członków zespołu, ale czy rozważali kontynuowanie działalności bez swojego lidera i głównego kompozytora ?. Po latach czyli ok 1987 udowodnili, że to jest możliwe i stery na jakiś czas przejął, co było oczywiste - Jacek. Wszyscy, z braćmi Zielińskimi na czele mieli oczy i uszy otwarte i musieli sobie zdawać sprawę jak z nową dekadą zmieniała się scena muzyczna, nie tylko na świecie ale i przede wszystkim w naszym kraju. Nie trzeba przypominać o na niespotykaną skalę "rockowym boomie" na początku lat 80 i wysypie takich grup jak Maanam, Perfect, TSA, Lombard, Republika, trochę później Lady Pank, Dżem, Turbo.... można długo wymieniać. Tytuł "Zostaw to Młodszym" nabiera dodatkowego znaczenia i gorzkiej wymowy. Już w drugiej połowie lat 70 kariera jakże zasłużonych Skaldów zaczęła się powoli "chwiać". Ich popularność powoli "spadała" - dla młodszych stanowili "weteranów" i "starą gwardię". Prawie ta sama kategoria jak Połomski, Fogg, Młynarski, Santor, Grechuta, Koterbska itd (artyści wielcy...ale już niestety "relikt dawnej epoki"). Wiadomo, że to młodzież i dzieciaki słuchają radia, kupują płyty i chodzą na koncerty. Zielińscy choć pewni swojej wartości i bez kompleksów - nie mieli złudzeń - mieli stawać na tej samej "estradzie" i "konkurować" z nagim torsem Markowskiego, gniewem Borysewicza, Ciechowskiego, pazura Kwietniewskiej i Ostrowskiej, charyzmie Kory czy jakże osobistym przesłaniem Ryśka Riedla (bo dla młodzieży to on był niemalże "Bogiem", głosem ich pokolenia). Co ciekawe - na początku 1980 Skaldowie nie należeli do "wiekowo-aż-tak-zaawansowanych". Najmłodszy Ratyński dopiero ledwo przekroczył 30, Andrzej miał 36 a Jacek 34. Co prawda jako muzycy i ludzie szybko musieli dojrzeć, zawsze wyglądali "poważniej" niż w rzeczywistości. Niestety wtedy 36 (Tarsiński miał 37) - a dziś... to trochę inna rozmowa 😁 . Na ile sobie zdawali sprawę, że powoli ich czas przeminął ?. Po latach reaktywacji grali z powodzeniem, nie narzekali na brak ofert...ale już właśnie jako w/w "stara gwardia" i w ramach "wspominek" i "zagraj to jeszcze raz Sam" (choć zawsze trzymali swój wysoki poziom). Chyba nie widzieli sobie jako ekipę grającą ciut jak Kombi - "new romantic" lub przeboje jak Genesis z Collinsem lub "Owner of a Lonely Heart" Yes (lub zrobić ze sobą to co równie folkowy Jethro Tull na "wyklętym" - "Under Wraps").


"Z Biegiem Lat" to potężna dawka muzyki - ponad 2 godziny - 34 utwory i każdy stanowi osobny temat do omówienia. Przez lata miałem kopię od znajomego, chyba nigdy nie dobrnąłem do końca, aczkolwiek prawie każdy utwór mi się podobał. Innym, niczym troskliwy lekarz - zalecam (bardzo) "stopniowe dawkowanie" 😁 . Ogarnąć to na raz - to rzecz absolutnie niemożliwa. Dysk pierwszy niejednokrotnie dość krzywdząco jest określany jako "zbiór odrzutów". Kilka kawałków pochodzi z pierwszej połowy lat 70...ale zdecydowana większość z sesji począwszy od 1977, 1978 i bardzo owocnego 1979 tuż przed tą z 1980, która miała zaowocować bodajże dwunastym podwójnym studyjnym "Zostaw to Młodszym". Całość otwiera poruszająca ballada - tytułowy "Z Biegiem Lat" z nieco dramatycznym akompaniamentem fortepianu i lekko zrezygnowanym głosem Andrzeja - a w tle eteryczna wokaliza dziś prawie zapomnianej Agaty Dowhań. Trochę to przypomina "Fires" Proco Harum ze słynną wokalizą Christiane Legrand. Dziś trudno zrozumieć dlaczego ta perła nie znalazła się na żadnej oficjalnej płycie zespołu. Nieco mocniejszy z wyrazistym riffem "Aż do Gwiazd" bywał grywany wielokrotnie na koncertach. "Bez Granic, Bez Końca", „W Oknach Otwartych”, „Nie Słuchał Mnie Nikt” - to nawiązanie do znanych klimatów z albumów "TY" i "Cała jesteś w Skowronkach".


Nowocześniej się robi począwszy od "Wszystkie Uśmiechy” z sesji 1977. Zespół starał się odnaleźć w nowych czasach, grać ciut nowocześniej - słychać rozwiązania brzmieniowe, aranżacyjne i feeling z m.in. wczesnego Alan Parsons Project, ELO, Gerry Rafferty`ego i jego Baker Street, ambitniejszych (ktoś zapyta - a byli tacy ?) Bee Gees, a w pochodach Konrada echa Wings McCartneya (np. z "Silly Loves Songs") - czyli w piosenkach "Zróbmy Coś z Tym Dniem”, „Popołudnie z Tobą” , „Mam Dla Ciebie to co Chcesz”. Nadal bliskie naszej "piosence estradowej" - w partiach obecnych dęciaków daje się wyłapać coś z Chicago, Tower of Power, Earth, Wind and Fire czy Kool and the Gang. Wśród nich z tych sesji wyróżnia się bez dwóch zdań progresywny i mocny "Błękitnie mi z Tobą" - godna zapamiętania melodia i znów kolejny przykład na mocną wokalną stronę grupy. Można sie zastanowić jakby to brzmiało gdyby w refrenie Andrzej mógł skorzystać z mellotronu. Zawsze, jak dla mnie, odstawał od reszty w tym zestawie "szantowy" (rzadkość w ich repertuarze) "Marynarze z Morza Łez" - oparty na stereotypowym basowym riffie. Dawne swojskie klimaty, rozmarzenie i tęsknotę za dawnym światem przywołuje "Pachnie Chlebem" - godna najlepszych ich ballad z jazzującą trąbką i ślicznym tekstem. "Nocni Jeźdźcy" to wczesny Exodus, plus Al Stewart, klawiszowych riff zainspirowany The Who, a chórki Alibabek przenoszą nas na moment do ery big bitu. Muzyka estradowa, a konkretnie ówczesna Eurowizja pojawia w "Pewne Chwyty są Ograne" - kłania wręcz Brotherhood of Man. Tak zawsze bliska sercu Jacka bosa nova powraca w nastrojowym "Nie Dotykaj Dzikich Róż". Na koniec tego jakże urozmaiconego stylistycznie dysku mamy kolejny obok "Błękitnie mi z Tobą" mocny punkt - "Ostry Zakręt" - nawiązujący w tekście do dramatycznego wypadku ich autokaru w 1968. Tu obok mocnych wokali wybija się syntezator jak u ówczesnej Omegi i znów Exodusu. Po nim disco-funkowy "Nie Oślepiaj" nie robi specjalnego wrażenia i szybko o nim zapominamy.


Materiał z II dysku z planowanego "Zostaw to Młodszym" potrafi zaskoczyć chyba jeszcze większą paletą stylów, inspiracji, nowych brzmień czy nastrojów. Gdyby przyszło się ekipie Zielińskich pożegnać tym albumem - przyznaję, byłoby to godne pożegnanie, a może otwarcie nowego rozdziału ?. Tego nigdy się nie dowiemy. Autorem aż 8 utworów (absolutny rekord) jest Jacek. Gościnnie wsparły ich niezawodne Alibabki oraz dwóch asów saksofonu - Henryk Miśkiewicz i sam Namysłowski. Młodszy z braci kolejny raz nawiązał do bosa novy w "Zobaczysz", "Dzisiaj Włożyłem Śmieszne Ubranko" i "Cierpliwie Będziemy Czekać". Potrafi nawiązać do nagrań Flory Purim, czegoś z nieistniejącej wtedy Bemibek, a w ekspresyjnych solach skrzypiec do tego co robił w Stanach Urbaniak. Jego autorstwa jest kolejna zapadająca w pamięć ballada "Włóż Panie Swe Skrzypce" - szkoda, że pod koniec solo skrzypiec jest brutalnie wyciszone. Propozycje Andrzeja to niekiedy mocno skontrastowane style - jest coś z pogodnych ballad Eltona Johna, Cata Stevensa, Billie Joela i Ala Stewarta : "Pamiętam Wszystko", "Zapadam w Sen", "Wieczorem". Ale potrafi nas również zaskoczyć dość mrocznym jak na niego nastrojem (czyżby świadomość kroczącej nowej fali ?) - w "Piosenka Wiosenna", "To Będzie Piękne" i autoironiczny "Dam się Wygwizdać na Stadionach" (inspiracje Kansas i Supertramp). Skaldowie prezentują tu nawet rzeczy jak na nich nietypowe - np. parafraza czy parodia typowego rock`n`rolla w "Hej Jest Tam Kto". Czasem nie do końca mamy pewność co panowie chcieli nam przekazać i co osiągnąć np. "Bez Sensu i Nonsensu" Jacka - kanciasta rytmika, więcej gitary, czyżby odpowiedź lub zapowiedź Republiki, i Budki z Trojanowską ?. Z pewnością kompozycje zyskują i to w najmniej oczekiwanych momentach dzięki ślicznym solówką obdarzonych słodkim tonem saksofonistów w/w Miśkiewicz / Namysłowski. W ostatnim "Twą Jasną Widzę Twarz" disco-funky puls basu Konrada kojarzy mi się z hitem Stewarta - "Do Ya Think I`m Sexy" 😂.


Po lekturze II dysku można mieć wątpliwości - dotyczącego tego czy Skaldowie wiedzieli dokąd chcą zmierzać. Czy przypadkiem powoli nie czuli się ograniczeni swoim stylem i by "trzymać się wysokich skaldowych standardów". Ważna była dla nich wiarygodność i żadne stylistyczne, dramatyczne wolty nie wchodziły w rachubę. Mieli świadomość naturalnego ryzyka, że w przypadku utraty więzi mogą utracić starych fanów zrażonych odejściem od utartych formuł, a nowych mających swoich nowych bohaterów i tak by nie przyciągnęli. Podobnie jak w przypadku dość krytykowanego "Droga Ludzi" tu również można wychwycić pewną "aurę schyłkowości". Muzyka nie jest wcale "wymęczona", zachowała pewną świeżość, lecz chyba powoli wyczerpywały się pewne rozwiązania, ścieżki, patenty po które mogli sięgać pozostając sobą ... by uniknąć zwyczajnego powielania się - np. ballada, disco-funk czy bosa nova. Warto (gdy ma się mnóstwo wolnego czasu) zapoznać się z tymi piosenkami. Pozwalają spojrzeć na tę kapelę znacznie szerzej, uświadomić sobie jak w tych trudnych czasach nadal byli kreatywni - choć ich czas zdawał się przemijać.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.discogs.com/release/3463723 ... 1DANJVjjjN



Nie wszyscy może pamiętają, ale Skaldowie na początku lat 70 nie tylko mieli ugruntowaną pozycję w naszym kraju, lecz również sporo popularność np. w dawnym Związku Radzieckim, NRD oraz Czechosłowacji. Austriacka wytwórnia "Enigmatic" (wyjątkowo "trafiona" nazwa) z Salzburga w 2010 postanowiła (zupełnie nieoczekiwanie i w zagadkowych okolicznościach) zrobić prezent fanom nie tylko z Polski i wznowić album z 1973, który nagrali dla rosyjskiej wytwórni "Melodia" plus dorzucić materiał zarejestrowany w podobnym czasie we wschodnich Niemczech na składankach "Halo, No...itd itd." i z bardzo rzadkiego singla dla czeskiego "Supraphonu" z 1970. Otrzymaliśmy prawie 80 muzyki i bezcenny dokument wyjątkowych czasów dla formacji Zielińskich. Nawet powtórzono okładkę z pierwotnego winylowego krążka "Skaldy" - bo tak się nazwała rosyjska płyta (z młodymi, szczupłymi i kolorowo ubranymi muzykami wysiadającymi z biało/czerwonego busa - dobór barw nie mógł być przypadkiem). Bracia zawsze z pewnym rozbawieniem (wtedy było jeszcze wesoło) wspominali, że grając, czasem kilkumiesięczne tournée po ZSRR byli przyjmowani jak "gwiazdy z zachodu" (nie brakowało na widowni czy w kuluarach ludzi, których zdecydowanie ponosiło) - co geograficznie miało pewne uzasadnienie 😁. Byli tam bardzo popularni, a ich muzyka przyjmowana entuzjastycznie, niemalże jakby przyjechali Purple czy Stonesi. Z kolei dla Niemców byli odrobinę ciekawostką "ze wschodu", lecz potrafili docenić ich nieszablonowe i z wielkim smakiem pomieszane wpływy beatu, jazzu, bluesa, folk-rocka, pierwiastków góralskich, soft-rocka, popu czy klasyki.


Niestety "Progressive Years" od dawna nie jest dostępny. Nakład był niewielki i szybko się sprzedał. Trzeba polować na wystawiane na aukcjach używane egzemplarze - czasem trafi się okazja (jak mnie i to za grosze) - a niejednokrotnie ceny bywają kosmiczne. Zestaw jest zbliżony do tego co oferował wydany w Polsce zbiór "Krywań Out of Poland", który jest jeszcze większym rarytasem wydawniczym i o ile jakimś cudem pojawi na aukcji - to lepiej dla własnego zdrowia psychicznego nie spoglądać nawet na cenę 😁 (lub by nie odczuć palącej potrzeby i "wygarnąć" sprzedającemu). Zbiór opiera na 2 odmiennych wersjach ich ówczesnego magnum opus - suity Krywań. Słuchałem ich wielokrotnie i za każdym razem mam poważny dylemat ze wskazaniem różnic, które da się przełożyć na mniej abstrakcyjny język. Obecnie odnoszę wrażenie, że (paradoksalnie) ta "rosyjska" jest bardziej "impresjonistyczna", ciut "psychodeliczna", z rozmytymi barwami, może i swobodniejsza, panowie gorliwiej bawią się dźwiękiem, nie unikają niedopowiedzeń, jakiś "zawieszeń" w swoich partiach. Jest o parę minut dłuższa. Z kolei "niemiecka" - nie mniej fascynująca, odrobinę krótsza, jest bardziej "zwarta", "bezpośrednia", z większą ilością cytatów z klasyki np. "Obrazki z Wystawy" czy "Wilhelma Tella" (pojawiają się chyba pod koniec wokalizy, których w oryginale próżno szukać). Co również może zakrawać na ironię - to w wersji z Niemiec mamy więcej przemyconego folkloru rosyjskiego. To może się wydawać z lekka absurdalne gdy się o tym pisze, lecz słuchający namiętnie tych jakże innych od krajowego oryginału wersji Krywania - zgodnie potwierdzają w jak fascynującą podróż zabierał nas zespół, niekiedy sami do końca nie wiedząc gdzie to wszystko ich zaprowadzi. Jednak jak na klasycznie wyszkolonych muzyków przystało, nie tracą nad niczym kontroli, nic nie pozostawiają przypadkowi i potrafią "trzymać dyscyplinę" (stąd krytyka w późniejszych latach i stawianie oskarżeń, że "jak na prog to za mało szaleństwa i mięcha"). Po latach potwierdzali, że na koncertach ten utwór ich samych potrafił tak wciągnąć, by się w nim zatracić, że reakcje kolegów na partie były owiane mgiełką tajemnicy. W dalszym ciągu można żałować, iż nie zachowało się więcej koncertowych wersji tego dzieła (czy potrafili to rozciągnąć do 30 min ?).


Album "Skaldy", z którego pochodzi pierwsze 7 kawałków jest dość "reprezentacyjnie" dobrany repertuarowo. W sumie tamtejszy słuchacz otrzymał to co najlepsze. Z jednej strony portretujący formację "tu-i-teraz" - czyli "Krywań", "Juhas Zmarł" i "Jeszcze Kocham" - z drugiej bardziej piosenkowy, beatowy i popowy - z przełomu lat 60 i 70 - "Cała Jesteś w Skowronkach", "Medytacje Wiejskiego Listonosza", "Prześliczna Wiolonczelistka" i "Wszystko Mi Mówi, że Mnie Ktoś Pokochał". Warto podkreślić, że choć płytę wydano na rynek ZSRR (nikt do końca nie wie ile wytłoczono i sprzedano egzemplarzy - pojawiały legendy o wręcz niebotycznych nakładach - z tej samej przyczyny dziś dorwanie egzemplarza w dobrej kondycji też graniczy z cudem - większość była okrutnie zryta na prymitywnych radzieckich adapterach) - to teksty w większości były po polsku. Jedynie (chyba w ramach kurtuazji) ostatnie wersy w "Listonoszu" i "Wiolonczelistce" są zaśpiewane w ich ojczystym języku - brzmi to niekiedy zabawnie. Zielińscy mieli talent do języków. Podobnie rzecz wygląda w przypadku kawałków wrzuconych na składanki niemieckiej Amigi - tu Zielińscy również trzymają się swojego języka. Warto wyróżnić zadziorną wersję koncertową "Gdzie Mam Ciebie Szukać" - szczególnie pod koniec dzięki (jak na niego) rozbudowanej i wciągającej solówce Tarsińskiego - gdy do tego dodamy organy, wokale i solówkę trąbki to nasuwają nam się skojarzenia z ówczesnymi Blood Sweat and Tears, Chicago, Uriah Heep czy wręcz Gentle Giant 😂. Tu panowie udowadniają, że potrafili więcej niż pozornie mogłoby się wydawać. Ich warstwa instrumentalna i dziś wzbudza respekt. Warto wspomnieć, że z 2 kawałków z czeskiego singla - spore wrażenie robią wzbogacone o jazzujące solówki w finale "Straszne Sny Naczelnika Poczty w Tomaszowie" (ach ten długaśny tytuł 😁). Udowadniają, że już w 1970 zespół konsekwentnie zrywał z big-bitem i rajcownym popem i był żywo zainteresowany by w swoją muzykę wsączyć najlepsze progresywne zachodnie wzorce, nie bojąc eksperymentów. Sama wytwórnia "Enigmatic" (wiedzieli jak się nazwać 😂) w komentarzu do w sumie baaaaardzo skromnie wydanego CD jak i miłośnicy tej płyty - podkreślali wręcz "audiofilski" poziom dźwięku. Trzeba to przyznać - na 90% materiału jest bez zarzutu. Może ciut słabiej brzmią ostatnie 2 z czeskiego singla. Niektórzy "mądrale" i "guru" ogłaszali, że wręcz "rozjechał" dźwiękowo nasz "Krywań Out of Poland". Jak powiedział kiedyś śp. Witold Pyrkosz jako SS`man w jednym z odcinków "Stawki Większej Niż Życie" - ".... i bez przesady Kloss... bez przesady...." 😎.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.kameleonrecords.pl/sklep/sk ... oka-kopia/


Widocznie na stare dobre granie jest w dalszym ciągu zapotrzebowanie. Na świeżo ukazał się... i już podobno całkowicie się wyprzedał podwójny album Skaldów z Leningradu z lat 72/77. W tym drugim Wenglorz śpiewa Highway Star i Into the Fire z repertuaru.... wszyscy wiemy kogo :D . Nie mogło zabraknąć suit Krywaniu i Stworzenie Świata. Może gdzieś jeszcze można do dorwać :roll:
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.kameleonrecords.pl/


Jest spora szansa na "dodruk" koncertu Skaldów - Live in Leningrad 72/77. Ci, którzy się nie załapali mogą się wpisywać na listę "oczekujących" i kto wie - może w listopadzie człowiek uzupełni swoją kolekcję - zachęcam innych, by się również zapisali do komitetu kolejkowego :D
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=9LLOzmx ... rt_radio=1


W oczekiwaniu na tak upragniony "dodruk" koncertu z Leningradu... warto sobie pewne skarby (lub przynajmniej samą mapę) odświeżyć i znów przenieść się do starego poczciwego Związku Radzieckiego :wink: . Przyznam, że dawno już tego nie słuchałem. Żadne słowa nie opiszą jak ... umówmy się, że "fantastyczna" jest ta wersja klasyka Skaldów - "Stworzenie Świata Część II" z koncertu z Hali Sportowej, prawdopodobnie na lodowisku na ok. 11 tyś ludzi. Nagranie bezcenne dla każdego szanującego się fana zespołu braci Zielińskich. Lata temu otrzymałem je w zaufaniu, w pełnej konspiracji od pewnego wielkiego miłośnika zespołu, który docenił to jak bardzo pozytywnie wypowiadam się o tej ekipie. To były jeszcze czasy pewnego śp. forum: "którego-nazwy-obecnie-wypowiadać-nie-wolno" :roll: . Bootleg, nagranie z mikrofonu obok konsolety - ale jak na moje standardy - brzmi to całkiem nieźle. Wtedy sam nie wiem skąd udało mi się pewnego dnia spontanicznie, nie zastanawiając się nad układem akordów, zmianami tonacji - odegrać na swoich klawiszach - prawie bezbłędnie cały główny motyw razem z wokalną introdukcją. Tak mi ta wyjątkowa melodia weszła w głowę. Niestety już imienia czy "pseudonimu-forumowego" tego człowieka nie pamiętam, a wielka szkoda (mam nadzieję, że u niego wszystko dobrze). Gdy pierwszy raz odsłuchałem tą wersję to cały czas kręciłem głową z szerokim uśmiechem mrucząc pod nosem, że (za przeproszeniem) "... ja p.... no po prostu w to nie wierzę, jak to brzmi i jak wymiatają..." :D . Może to i "emocjonalny-onanizm" ale dla takich magicznych chwil człowiek jest miłośnikiem DOBREJ muzyki i kolekcjonerem. Właśnie takich rzeczy fani starych brzmień oczekują, a może niekoniecznie "50 Twarzy Miliana" czy "365 dni z Milianem" :wink: . Ale już może nie znęcajmy się i odpuśćmy sobie okrucieństwo....choć ktoś inny powie - a dlaczego nie ? :wink:

Kiedyś, jeszcze gdy w internecie nie było tyle informacji co obecnie - to był szok - Skaldowie grali wielką trasą po ZSRR z okazji Igrzysk Olimpijskich (podobno ok 80 koncertów) razem z Piotrowskim z SBB. Gdy odszedł ze sobie tylko chyba znanych powodów Budziaszek (chciał grać jazz tradycyjny i nie znosił klubów polonijnych w Stanach, a tam się niebawem mieli wybrać) - rozpoczął się okres istnego karnawału kolejnych perkusistów - o ile źródła nie kłamią - Marek Surzyn, potem Benedykt Radecki, Jerzy Bezucha, Wiktor Kierzkowski, Tadeusz Toczyński, wspomniany Piotrowski i znów Kierzkowski. Jak się w tym Zielińscy nie pogubili to sam nie wiem :roll: . Jedne źródła podają, że "wypożyczony" Jerzy grał ze Skaldami dwukrotnie - w okresie jesieni 1979 (chyba późnej) oraz latem 1980. Wielka szkoda, że żaden show nie został na porządnym sprzęcie nagrany - jestem na 20000% pewny, że fani rzuciliby się na to i płytka sprzedałaby się w kilka minut.

Szkoda, że w oficjalnych biografiach nie ma za wiele informacji o tej niewątpliwie ciekawej współpracy. Andrzej podkreślał, że jeśli chodziło o umiejętności techniczne i granie piekielnie trudnego materiału - to jedynie SBB mogli z nimi rywalizować w tamtym okresie. Dlatego nie dziwi, że współpracę zaproponowali Jerzemu, którego na pewno podziwiali. W opracowaniach o Skaldach i SBB jest lapidarna wzmianka - że tak, zagrał ... i tyle. Podobno Jerzy miał zachować sporo miłych wspomnień i anegdot z tych koncertów, ale jak zwykle zwykli zjadacze chleba, by nie napisać "pospólstwo" może tradycyjnie obejść się smakiem, bo "elita" nadal zachowuje najciekawsze informacje dla siebie. Tamta trasa była tym ciekawsza, że o ile dobrze liczę w składzie Skaldów był jeszcze jeden wokalista - obdarzony ciekawą barwą a przy tym multiinstrumentalista Andrzej Mossakowski (jak już kiedyś wspomniałem - słyszałem ładną wersję w jego wykonaniu "Wierniejsza od Marzenia" - czyli musieli ją też grać na żywo). Koncerty były długie - nie jeden dałby majątek by w całości choćby taki jeden posłuchać. Na otarcie łez i by rozpalić wyobraźnię zostaje nam ten fragmencik z solem perkusyjnym Piotrowskiego (podobno Zielińscy pozwalali mu niekiedy je rozciągnąć do 15 minut). Warto zwrócić na rozbudowany wstęp oraz klawiszowe szaleństwo i kaskaderski popis Andrzeja tak od 15 minuty - potem na co go stać pokazuje Jacek na skrzypcach - a wszystko przy bezbłędnym transowym bębnieniu Piotrowskiego - jak to tylko on potrafi ... nie ma przypadku, że pod koniec jego sola zostaje zapowiedziany jako ".... Jerzy Piotrowski - SBB !!!!...." - uruchommy wyobraźnię jak mogła wyglądać reszta wieczoru...". Radzieckiej widowni na pewno szczęki poopadały, szczęściarze .... :D
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.ebay.pl/itm/278180829228?_s ... R46ujpr2Zw


Przyznam, że od jakiegoś czasu na to czekałem - czyli kiedy zacznie się tzw. "geszefciarstwo". I tak nie jest jakoś specjalnie drogo - 250 zł to (jeszcze) nie 700 zł, 1000 zł czy 1500 zł. Widocznie jeszcze wszystko przed nami :D . Doprawdy ktoś na szybko kupił za ok 55 zł, by teraz "się wzbogacić" i dołożyć od siebie maleńką "marżę" ?, te 2 stówy to taki złoty interes i deal ?... Widocznie niektórym to podniesie samoocenę jacy są zaradni, cwani i przedsiębiorczy :roll: , pogratulować. Liczę, że zbierze się na tyle chętnych, że Kameleon Records zgodnie z obietnicą w okolicach listopada wyda wznowienie tego niesamowitego dokumentu.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.kameleonrecords.pl/sklep/sk ... skaldowie/


W oczekiwaniu na obiecane wznowienie Leningradu 72/77 - otrzymaliśmy dzięki niestrudzonej Kameleon Records porcję archiwalnych nagrań zarejestrowanych w dawnych ZSRR. Ukazywały się co prawda na wcześniejszych wydawnictwach - szczególnie "Krywań, Out of Poland" czy "Progressive Years", lecz zgodnie ze słowami wydawców i ekspertów od Kameleona, pochodziły głównie z nieco oczyszczonych płyt winylowych, a nie z oryginalnych taśm matek jak to ma miejsce teraz. Podobno wydawnictwo ma charakter cholernie limitowanego i lada moment znów może się stać nieosiągalnym kolekcjonerskim rarytasem. Kusi szczególnie długa wersja Krywania, która ukazała się na radzieckiej płycie "Skaldy" w 1973. Jako ciekawostkę można potraktować dodane bonusowo nagrania, w którym nasi instrumentaliści akompaniują wokaliście Petrovi Tchernevowi.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Omawiając przebogatą dyskografię Skaldów trudno pominąć "Wszystko Mi Mówi, że Mnie Ktoś Pokochał". Początkowo w swoich refleksjach i osobistych przemyśleniach chciałem go nawet pominąć. Podobonie jak w przypadku innych wielkich, są takie piosenki, całe albumy o których doprawdy napisano tak wiele, na wszelkie możliwe sposoby, że dodać do tego cokolwiek sensownego i świeżego - to niemalże niewykonalne.

W świecie muzyki rozrywkowej krąży do bólu wyświechtane powiedzenie, że pierwszy album nagrywa się całe życie, a na drugi masz zaledwie chwilę. Jest również coś takiego jak "syndrom drugiej płyty". Rosną oczekiwania, rośnie presja, pojawiają wątpliwości - czy to aby nie był taki jednorazowy przypadek, sukces, czy nie wystarczyło pomysłów tylko na ten jeden "strzał" ?. Czy zespół stać było tylko na tyle, a może stać na wiele więcej ?. Zielińscy, a szczególnie Andrzej błyskawicznie udowodnili ewentualnym niedowiarkom i sceptykom, że stać ich na wszystko. Okres poprzedzający nagranie krążka tak podsumował lider:


"... Graliśmy jak na tamte czasy muzykę trudną, zawiłą aranżacyjnie, niebanalną pod względem harmonicznym. Odbiegało to dość mocno od obowiązujących wówczas kanonów. Dlatego poszukiwałem jakiegoś wielkiego przeboju, który mógłby przekonać do Skaldów szersze rzesze słuchaczy. Piosenka tytułowa znakomicie spełniła to zadanie. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy nie zaprezentowali publiczności także bardziej skomplikowanych kompozycji, nawiązujących do muzyki klasycznej, orientalnej, czy ludowej....".


Album otwiera - a jakże - utwór tytułowy, jeden z największych hitów zespołu, obok "Listonosza", "Kuligu", "Wiolonczelistki". Ten kawałek w dalszym ciągu z wielką chęcią nadają stacje radiowe i chyba nie ma osoby, która by tego nie znała - nawet ci, którym ze Skaldami specjalnie nie po drodze. Sukces piosenki zaskoczył i zespół i samego kompozytora - choć zdawał sobie sprawę z potencjału - nie miał pojęcia, że stanie się AŻ takim kolosalnym przebojem. Zespół zgarnął za niego liczne nagrody (np. w Opolu, Sopocie, została wybrana bodajże radiową piosenką 1967). Formacja Zielińskich obowiązkowo grała to na prawie każdym koncercie - nawet w późniejszych latach z tymi lekko "twistującymi" kroczkami i "choreografią taneczną" Jacka (jak ten facet mimo upływu lat się ruszał :D ). W tamtych latach musieli go grać nawet po 3 razy pod rząd na żywo - taki był entuzjastyczny odbiór widowni. A skoro mowa o widowni i licznym gronie fanek....

"Nie Całuj Mnie Pierwsza" - z ciekawym tekstem młodej Osieckiej. Utwór został ubrany w bardzo wyrafinowaną formę, mamy i odrobinę baroku (warto zwrócić uwagę na aranżację dęciaków i smyczków) i renesansu. Autor przyznał się, że zapożyczył również odrobinkę z wariacji Mozarta. Badający twórczość Skaldów w warstwie tekstowej dopatrywali się nieświadomego nadejścia feminizmu - czyli z cechującą się obyczajową i seksualną swobodą, wyzwoleniem i świadomością swoich potrzeb (czyżby autorka przemyciła ostrzeżenie przed zbyt wyzwolonymi / drapieżnymi kobietami ?). Inni dostrzegali w tym co prawda subtelną, podaną ze smakiem, ale również aż nadto czytelną aluzją do ww. "fanek" - bo w naszych realiach termin "grupies" jeszcze nie funkcjonował. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że młodzi, sympatyczni i atrakcyjni odnoszący sukcesy i pięknie śpiewający Skaldowie cieszyli się więcej niż sporym zainteresowaniem płci pięknej. Dziś raczej nikt nie uwierzy, że na trasach nie zdażały się im przelotne romanse... a że byli dobrze wychowani, wykształceni - to nachalność i przesadna bezpośredniość niektórych wielbicielek mogła ich razić (czyżby ? :wink: ). Ciekawie prezentuje się w nim głos głównego bohatera - jest sentymentanlny, staroświecki, ciut nieśmiały. Wspomina "stare dobre czasy" - wzniosłych, szlachetnych uczuć i "cnotliwości" - zarówno Babci Ludwiki, jak i dziadka, który cierpliwie czekał wiosnę, lato, jesień, zimę, aż powiedziała TAK :D . Ja dostrzegam w tym pewną delikatną krytykę i dystansowanie się do idei hipisowskich, "lata miłości", "wolnej miłości" czy rewolty studenckiej i ich haseł. Mamy grzeczne ale obecne utyskiwanie na "upadek obyczajów" - któż to widział, by "dziewczyna całowałą pierwsza ?" - a to był dopiero 1967 r. :roll:

We wspomnianym drugim kawałku mamy nieśmiałe oznaki nieuniknionego i konsekwentnego nadejścia bardziej wyafinowanych progresywnych form na kolejnych albumach. To chyba najdłuższy numer na płycie płycie - a to ledwie 4 min.


Zespół okrzepł - w dużej mierze dzięki nowemu zaciągowi. Po zawirowaniach w poprzednich miesiącach ulgę w postaci stabilizacji przyniosło zaangażowanie niedocenionego Jana Budziaszka na perkusji, Konrada Ratyńskiego na basie i Jerzego Tarsińskiego na gitarze. Z tym pierwszym i okładką wiąże się nawet zabawna historia. Wedle wersji kolegów Budziaszek coś pokręcił (lub po ludzku jak miał wtedy w zwyczaju zabalował i zapomniał) i mimo instrukcji nie ubrał się jak pozostali na czarno na sesję - stąd jako jedyny ma kremowo beżowe (w paski) ubranie - moim zdaniem nie tworzy to jakiegoś psującego efekt kontrastu. Wszyscy prezentują się bez zarzutu. Warto przy tej okazji wspomnieć, że jeszcze działali jako 6 osobowy zespół. Szóstym był Marek Jamrozy - II gitarzysta, również udzielający na wokalu. Dzięki temu grupa mogła śpiewać na 4 głosy. To ciekawa i niestety coraz bardziej zapomniana postać w historii zespołu (podobnie jak jego następca - nie mniej frapująca osobowość - Krzysztof Paliwoda). Marek grał w zespole Szwagry, wcześniej Ryszardy (nie będzie przesady jeśli napiszę, że ta formacja stała się "rezerwuarem", poczekalnią do sławy w Skaldach. Dostarczyła jej sporo wartościowych "rekrutów", przez jej skład przewinęli się m.in. Tarsiński i Ratyński. W pewnym sensie byli dla Skaldów tym czym np. Nucleus dla Soft Machine) i Czarne Koty. Był znanym i cenionym instrumentalistą w środowisku krakowskim. Po odejściu od Skaldów związał się na lata z "Piwnicą Pod Baranami". Akompaniował samej Ewie Demarczyk, nawet przez jakiś czas byli oboje zaangażowani uczuciowo - o czym mało kto wie i pamięta. Potem współtworzył równie zapomniany zespół Fang z młodym Pawłem Birulą. W kolejnych dekadach na jakiś czas zerwał z muzyką, zajmował się m.in. kaletnictwem i hodowlą zwierząt. Jamrozy odszedł od nas w 2012. Wedlug źródeł w Skaldach grał przez ok. półtorej roku od lutego 1967 do sierpnia 1968.


Pozostając w temacie gitarzystów. Najmocniejszym utworem na płycie opartym właśnie na brzmieniu gitar jest „Dwudzieste szóste marzenie” - dobry rock`n`roll - zainspirowany bez wątpienia (co potwierdza Andrzej) grupą Easybeats - i ich największym hiciorem - "Friday on my Mind" (fani ostrzejszych brzmień lepiej kojarzą bardzo udaną wersję Gary Moore`a), ale i trochę też Animals (te organy a la Alan Price) i Yardbirds, The Kinks, Manfred Mann. Jak wspomniałem wiodącą rolę odgrywają II gitary - Tarsiński gra "puste" kwinty i stanowi motor, dynamo całości, a za solo odpowiada Jamrozy. Jest to również kompozycja obowiązkowo grana na koncertach prawie "do dziś". Zieliński narzekał, że z racji prymitywnych warunków technicznych gitary w studio nigdy nie brzmiały jak należy. Aby osiągnąć przester (zespół nie było stać na takie zachodnie bajery) należało grać w studio maksymalnie głośno - oni wychodzili ze studia, a Jamrozy podkręcał głośniki na maksa i dawał czadu, jakiego nikt nie mógł fizycznie znieść, a i tak w ostatecznym miksie na albumie wypadało to blado i płasko. Wbrew opisom - część nagrań była zrealizowana w marcu w 68 w studio 12 polskich nagrań, a część wykorzystała zarejestrowane wcześniej w 67 w radio - gdzie były znacznie lepsze warunki, jeszcze z innym składem - z Feliksem Naglickim (korzystał ze swojej 12 strunowej gitary z dodaną dolną H) i Tadeuszem Gogoszem (przyszłym mężem Ewy Bem). Grupa bywała zirytowana ograniczeniami studia polskich nagrań - gdzie np. trzeba było grać cicho, na ciasnej przestrzeni stali stłoczeni obok siebie i jeśli ktoś grał głośniej, to wchodził w zasięg mikrofonu kolegi i wszystko się zlewało powodując trudności w miksowaniu.



"Wszystko Mi Mówi, że Mnie Ktoś Pokochał" - przez miłośników bywa określany jako "nieoficjalny album koncepcyjny" - jeszcze przed "Rezerwatem Miłości" - poświęcony różnym odmianom milości, uczuć, tych młodzieńczych i dojrzałych itp. - co łatwo potwierdzają teksty Moczulskiego, Młynarskiego i Osieckiej. Mimo, że zawiera jedne z największych i natychmiast rozpoznawalnych przebojów - to na płycie możemy znaleźć sporo mniej znanych, ale wielkiej urody perełek. Ten album to znacznie więcej niż zbiór a la "the best of". W komentarzu Pawła Nawary mamy jedno zdanie z którym trudno do końca się zgodzić, a mianowicie - że mocnemu ograniczeniu, złagodzeniu uległy wpływy, pierwiastki i obecność bardzo charakterystycznej dla środowiska Krakowa - tzw. "pieśni poetyckiej". Dla mnie na "Wszystko Mi Mówi" - jest w dalszym ciągu baaaardzo obecna, choć nasycona nowymi wpływami, a jej ramy znacznie poszerzone i "ozdobione" ornamentami. "Sady w Obłokach" to jedna z tych romantycznych pieśni, trochę w duchu Beach Boys, surf-rock, kłania też wczesny Aphrodites Child ("Rain and Tears") i nasze Czerwone Gitary, (ładne kadencje fortepianu). Melodia ma coś z Elvisa - "Falling in Love" - aż nadto widoczne. Kolejna to - "Sen dla Mojej Dziewczyny", rozmarzona, na pewno niedoceniona i zapomniana. Mamy w środku dialog damsko/męski - czyli Skaldów i zaproszonych Alibabek. Dobrze uzupełnia go lekko psychodeliczny tekst Młynarskiego - który przyznawał się, że był pod wrażeniem hippisowskich tekstów z tego wyjątkowego okresu i chciał na naszym podwórku zaprezentować coś podobnego a la np. Mamas and Papas. W tę konwencję wpisał się młody Moczulski - pisząc słowa do "Wspólny jest nasz świat" - angielski walc i poruszający wokal Jacka, wkraczającego nieśmiało na lekko soulowy obszar wczesnego Niemena i Stana Borysa (ale też Engelberta Huperdincka - z czego żartował lider).

Obok tytyłowego - innymi "przebojami" i mocnymi, zapadającymi w pamięć utworami są "Śpiewam Bo Muszę" - to idealny przykład udanego i naturalnego połączenia muzyki dawnej, folkloru, ballady i big bitu (obecnego, ale ulegającemu "rozwodnieniu i erozji"). Kawałek zbudowany na zasadzie kontrasów - najpierw znów barokowe delikatne wokale, a w refrenie mamy znacznie mocniejszy, znów flirtujący z soulem wokal Jacka. Też koncertowy obowiązkowy hit. Tekst sarkastycznie opisuje realia ówczesnego muzyka zawodowego - grającego za grosze - "pół kilo gruszek i 2 pomidory". Znający tamte absurdalne realia może odnaleźć krytykę systemu i egzaminów weryfikacji muzyków, by otrzymali stosowne stawki za koncerty - o ile się nie mylę Zielińscy mieli jedną z najwyższych przyznanych "klas" / "kategorii" (więc stać ich było na więcej niż gruszki i pomidory) :wink: . W aranżacjach krada nam się coś z Vanilla Fudge, ale z kolei początek został mocno zainspirowany Beach Boys i ich "Good Vibrations" i "God Only Knows" (Andrzej potwierdza :D ).


"Na Wirsycku" - inny hit (któż tego nie zna ?) i jedna z bardziej góralskich piosenek (lider przyznawał się do uszczknięcia czegoś z pieśni "Pódźmy Chłopcy", ale dalsza część jest wyłącznie jego pomysłu), chętnie w późniejszych latach parodiowana przez liczne kabarety np. OTTO - "ni mom chęci do roboty" - to okazało nośne i inspirujące. Zespół upierał się, że to raczej satyra na ówczesne układy na różnych szczeblach rządowych. Inni dostrzegali w tym sarkastyczne podsumowanie i postrzeganie roli typowego urzędnika/biurokraty w społeczeństwie (jeśli komuś nie chce się pracować - najlepiej zostać urzędnikiem i generalnie nie robić nic :D ). Zabawne jak ten tekst nawet dziś wydaje się być zaskakująco aktualny - np. te wszystkie błyskawiczne kariery w pewnych partiach politycznych (a potem spektakularne upadki) młodych ambitnych protegowanych znacznie lepiej umocowanych starych wyjadaczy :roll: .


Obok ww. "Śpiewam Bo Muszę" - ambitniejsze i złożone oblicze zespołu prezentuje inny as - "Zawołam Na Pomoc Wszystkie Ptaki". Troszkę zapomniany klejnot, z nieszablonowym riffem granym na początku unisono przez bas, fortepian i trąbkę. Zachwycać mogą idealnie zharmonizowane wokale. Kłaniają nam ballady do filmu "Mocne Uderzenie" i feeling z debiutu, ale muzyka nabrała o niebo więcej wyrafinowania i szlachetności. Ja dostrzegam w nim aurę Złotej Polskiej Jesieni. Na finał mamy uroczystą partię waltorni. Można to potraktować jako hołd złożony jakiemuś wybitnemu wodzowi. To jeden z ulubionych utworów Konrada Ratyńskiego, który parę miesięcy wcześniej zameldował się na pokładzie tego statku... choć raczej bardziej odopowiednim słowem byłoby - zgodnie z jego wspomnieniami - "rozpędzonego pociągu". Zespół rozwijał skrzydła i rozpędzał się coraz szybciej i szybciej, dochodziło mnóstwo koncertów, pojawiały liczne zaproszenia, nagrody itd. Swoją drogą zabawnie wygląda na okładce ledwie 21 letni basista bez charakterystycznych i typowych później ciemnych okularów :D . Przyznał, że nagrania, które miały zostać utrwalone na albumie "dla potomnych" - to był jego "chrzest bojowy" i "być-albo-nie-być" na zawodowej scenie. Miał swoje doświadczenia grając w Popiołach, Szwagrach i Ryszardach. W grudniu 1967 otrzymał od Andrzeja gruby pakiet nut do blyskawicznego nauczenia - musiał opanować cały repertuar koncertowy plus non stop wskakujące nowe piosenki. Sprawdził się idealnie i został w zespole na kolejne dekady. Widocznie na stopie prywatnej również bez problemu znaleźli wspólny język, podobnie jak z Tarsińskim.


To w sumie krótki album (ale urozmaicony - trafiła na niego nawet pastorałka "Będzie Kolęda" znów te harmonie wokalne plus dzwonki - ewenement, gdyż wtedy zespoły młodzieżowe raczej nie sięgały po kolędy i tematykę świąteczną) - pierwotnie zajmujący ok. 36 min na winylu. Znalazła się na nim jedna obca kompozycja - "Czy Jeszcze Zdążę" Klejnego. Jej obecność wynikała z ówczesnej polityki radia i Polskich Nagrań, że obok własnych zespoły musiały nagrać jakiś cudzy utwór. Dzięki talentom aranżacyjnym Jacka ten sympatyczny i optymistyczny kawałek naprawdę brzmi jak ich własny. Brzmi jakby wyjęty z jakiegoś ówczesnego filmu - miał potencjał, by również stać się umiarkowanym estradowym przebojem, niestety tak się nie stało. W nim również wkrada się coś z feelingu Beach Boys. Warto wspomnieć jeszcze o utworze "Zapomniany Młyn" - ciekawy wiejski, rustykalny klimat. Liderowi nasuwał dość zaskakujące skojarzenia z XIV wędrowcem z tobołkiem, wyglądającym jak członkowie Jethro Tull (choć ci dopiero mieli wydać swój debiutancki album i nie wydaje mi się, żeby na przełomie 1967 i 1968 ktoś w Polsce o nich słyszał - nawet w Anglii byli mało znani). Muzycznie mamy przemycone elementy muzyki żydowskiej i arabskiej, liczne smaczki i niuanse oraz coś w wczesnych The Animals oraz "folkujących" The Rolling Stones - ale mieszanka :wink: . Na zremasterowaną przez niezawodną Kameleon Records wersję trafiło dodatkowe 13 bonusów - głównie radiowe wersje kompozycji znanych z lp. plus 3 instrumentalne użyte do kultowego filmu "Kulig" z doborową obsadą - czyli Bogumiłem Kobielą jako pechowym i roztargnionym fotografem, Adą Rusowicz i Kordą, Alibabkami oraz młodą Marylą Rodowicz. Z opowieści bliskich wiem, że wtedy strasznie się czekało na powtórki - głównie przy okazji Sylwestra (pachniało "wielkim światem" - tak się bawiła "szlachta i elyta" :wink: ).


Andrzej był szalenie dumny z tego albmu. Mimo zaledwie 24 lat (nawet nie - materiał powstawał już w 1967, gdy miał 23) ambitny lider pokazał się jako w pełni dojrzały, stale rozwijajacy się kompozytor - a już niebawem miał pisać jeszcze lepsze i ambitniejsze rzeczy.
Załączniki
wszystkomimówi(1).jpg
wszystkomimówi(1).jpg (191.63 KiB) Przejrzano 549 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

https://www.kameleonrecords.pl/sklep/sk ... skaldowie/


Widzę, że Skaldowie z progresywnego okresu cieszą się coraz większym wzięciem. Wspaniała wiadomość - zgodnie z doniesieniami od Kameleon Records najnowszy limitowany CD "Zespół wokalno-instrumentalny Skaldowie" również sprzedał się na pniu. Dobrze, że człowiek się nie zagapił i szybko złożył zamówienie. Zainteresowani i tzw. "sieroty po Leningradzie 72/77" tym razem otrzymali wcześniej mail z informacją, iż coś takiego jest planowane :D
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Jeśli ktoś nie zagłębi się naprawdę mocno w dyskografię Skaldów i nie poświęci sporo uwagi oraz skupienia w ich dorobek to może się w tym wszystkim nieźle pogubić ;-) . W ostatnich latach, począwszy od mniej więcej 2013 r. nastąpił niesamowity wysyp ich wydawnictw zawierających często niepublikowany, nieznany wcześniej materiał, zremasterowane albumy, nagrania koncertowe itd. itd. Pod tym względem jedynie SBB wydał tego więcej - ich to chyba nikt nie pobije, a w przygotowaniu są podobno kolejne :D . Bardzo cieszy fakt, że dzięki temu ma szansę nastąpić (o ile już dawno nie nastąpiła) zmiana w traktowaniu, postrzeganiu ich muzyki i zdobyciu wreszcie odpowiedniego szacunku, na jaki niewątpliwie zasłużyli. Zestawy nagrań jak "Progressive Years", "Krywań, Out of Poland", "The 70s Progressive German Recording", "Krywań Sessions 71/73" oraz omawiany "Lost Progressive Sessions 70-71" mają trudne do przecenienia znaczenie, w tym by formację Zielińskich traktować POWAŻNIE, nie jako grających wyłącznie podlane góralskim folklorem, skoczne popowo/big bitowe pioseneczki. Swoją drogą tych wszystkich CD z dopiskiem "progressive" chyba już naprawdę wystarczy :wink: . Inna sprawa, że niejednokrotnie powielają ten sam materiał, stanowiąc połączenie troszkę z jednego wydawnictwa, odrobinę z innego plus parę rzeczy do tej pory nigdzie nie publikowanych. Owszem - uczciwie trzeba przyznać, że nikt nikogo nie zmusza do zakupu wszystkich. Niestety spora część z nich np. wspomniane "Progressive Years" oraz świetny "Krywań, Out of Poland" są praktycznie niedostępne, nakład dawno się wyczerpał, a na aukcjach trzeba płacić krocie. Inną istotną kwestią jest fakt, że część nagrań z CD pochodziło nie z taśm matek ale z miarę sumiennie oczyszczonych winyli. Teraz niezawodny Kameleon Records postanowił uporządkować nieco "rozbrykaną" dyskografię i wydać te rarytasy POŻĄDNIE dokopując się do bezcennych taśm matek. Dzięki temu nagrania radiowe mogą lśnić pełniejszym blaskiem.


Nie zabraknie malkontentów i sceptyków podchodzących do sprawy - "... przecież my to już wszystko doskonale znamy...". I tak... i nie. Wiele zależy od podejścia oraz jak ważni są dla nas Skaldowie i ich przeogromny dorobek. Niedawno w moje ręce trafił początkowo lekceważony i przeoczony zestaw wydany przez wspomnianego "Kemeleona" - "Lost Progressive Sessions 1970 - 1971" (nie czepiając się słówek - aż takie "lost" to one do końca nie są). Płytka trwająca ok 52 minuty zawiera nagrania zarejestrowane jesienią 70 r. i znów jesienią 71 r. dla rozgłośni radiowych dla NRD w Berlinie, dla RFN w Saarbrucken oraz w dawnej Czechosłowacji w Pradze dla Supraphonu. Najpierw ukazały się w 2013 na winylu, który dość szybko się rozszedł. Do części nakładu dorzucono płytkę CD (chyba do pierwszych 100), a później w 2019 ukazało się wznowienie w nieco zmienionej okładce, w rozkładanym laminowanym kartoniku, z książeczką zawierającą niepublikowane zdjęcia mistrza Marka Karewicza i z osobnym kartonikiem na CD. Jedno z ujęć tej sesji zdjęciowej w jakimś lasku / zagajniku trafiło na okładkę albumu "TY". Z niego pochodzą również 2 pierwsze utwory - "Zwariowane Koło" i "Dwa - Jeden - Zero - Start". Z kolejnego studyjnego krążka - "Wszystkim Zakochanym" mamy alternatywne wersje - "Kolorowe Szare Dni" oraz tworzące mini suitę (w niemieckich archiwach opisywane niekiedy jako "Trilogy") - "Łagodne Światło Twoich Oczu", "Dajcie Mi Snu Godzinę Cichą" oraz "Wolne są Kwiaty na Łące". Dwa kawałki zarejestrowane w praskim studio trafiły na rzadki singiel Supraphonu - czyli "Nie Ma Szatana" i "Straszne Sny Naczelnika Poczty w Tomaszowie". Część instrumentalnych numerów znalazło się na zremasterowanej wersji "Krywania". Gdy się to wszystko na spokojnie czyta - to jakieś 90% nieświadomych słuchaczy pewnie machnęłoby ręką i postanowiło sobie ten zestaw odpuścić. Nic bardziej mylnego. Utwory zostały tutaj tak zestawione, że tworzą zamkniętą, przekonującą i pomysłową całość. Nie będzie przesady gdy napiszę, że człowiek odkrywa je na nowo - dzięki niezwykłej pasji, energii, fantazji, niekiedy brawurze i natchnieniu z jakim zostały wykonane. Wersje, które ostatecznie trafiły na oficjalne albumy studyjne są bardzo dobre i trudno im cokolwiek zarzucić, ale dopiero Skaldowie rozwinęli skrzydła i nabrali wiatru w żagle, gdy mogli zaprezentować w studio radiowym swoje wtedy nowe nagrania. Może nie do końca trafnie - ale nasuwa mi się skojarzenie z grupą Caravan - jak ich kompozycje nabrały blasku i zaskakują, jakbyśmy ich wcale nie znali w wersjach z sesji dla radia BBC. Pod wieloma względami ze Skaldami było podobnie. W niezobowiązującej atmosferze radia czuli się znacznie swobodniej, wzrosło ich zrozumienie i opanowanie materiału. Szczególnie w Niemczech mogli zagrać ostrzej, dobitniej, odważniej prezentując się z jak najlepszej strony.


Muzycy zgodnie wspominali jak entuzjastycznie odbierano te rozimprowizowane, swobodniejsze muzyczne fragmenty, prawie jakby byli grupą zachodnią. Kameleon podkreśla, że to obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników Hammonda. Paru osobom, które podsunąłem ten zestaw nie mieściło się w głowie jak wspaniale wypadał Andrzej na tym instrumencie, który ciągle jeszcze odkrywał, ale czuł się w nim jak ryba w wodzie. Lider przemyca zagrywki w duchu Jona Lorda, Matthew Fishera czy samego Keitha Emersona. No, może jego technika nie jest aż tak brawurowa i efekciarska, ale pozwala sobie na cytowanie np. Bacha czy w końcówce początkowo radośnie popowych "Snów Naczelnika Poczty" - fragmentu Griega i jego "W Grocie Króla Gór" (tak lubiany przez Ritchie Blackmore`a i wykorzystany nawet w czołówce bajki o przygodach ciapowatego Inspektora Gadżeta). Szkoda, że ten utwór jest gwałtownie wyciszony, bo przeradza się w nieco jazzujące grane, a do głosu dochodzi trzymający się na drugim/trzecim planie Jerzy Tarsiński. Andrzej swoją grą nie ustępuje mistrzom ze sceny Canterbury - głównie chodzi o Dave`a Sinclaira i Dave`a Stewarta. Innym bohaterem, na którego zwraca się uwagę w trakcie lektury tego wydawnictwa jest Konrad Ratyński. To bardzo smutne, że wielokrotnie pomijano go wymieniając czołówkę krajowych basistów i tak jest chyba do dzisiaj. Jego inteligentne, ale i mięsiste zarazem, pełne mocy i wyczucia swingu pochody są ozdobą prawie każdej kompozycji (słychać jak się ten muzyk nieustannie rozwijał i szedł naprzód).


Ci, którzy zakochali się i nie mogli przez jakiś czas oderwać od "Lost Progressive Sessions" - zwracają uwagę, że punktem kulminacyjnym jest mini suita z ww. trzech części. Poprzedza je ( by muzycy mogli się odpowiednio rozgrzać) perfekcyjnie i huraganowo zagrany z zdradzieckim i kaskaderskim tekstem (pokażcie mi kto dziś z młodych artystów by sobie z nim poradził - polegli by na pierwszych wersach) - "Kolorowe Szare Dni". Trudno nie zachwycić się energetycznymi i pełnymi radości życia oraz wspólnego grania wersjami "Łagodne Światło Twoich Oczu" i "Dajcie Mi Snu Godzinę Cichą" - w tym drugim w środku - począwszy od zmiany nastroju, posępnym akordom organowym, szarży / galopadzie całego zespołu i mocnym wokalem Andrzeja zespół osiąga taki poziom i moc - że to wszystko płynie z głośników i uderza prosto w zastygłego z zachwytu słuchacza. Banał - ale nie sądziłem, że Skaldowie z tych utworów będą w stanie wycisnąć jeszcze więcej. W dalszych, znacznie lżejszych instrumentalnych nawiązujących do rodzimego góralskiego folkloru - napięcie nieco spada, ale i tak słucha się ich ze sporą przyjemnością. Po raz kolejny muzycy udowadniają swój niemały warsztat, kulturę muzyczną, swoiste poczucie humoru i dystans do własnej twórczości (np. odkurzony "stareńki" "Nie Chcę Odejść" z melodią graną przez trąbkę, a całość jest mocno w soulowym sosie luźno nawiązując do Herbie Hancocka i jego "Watermelon Man" i "Fat Albert Rotunda"), przemycając liczne smaczki - np. bardziej wyeksponowane skrzypce w "Juhas Zmarł" i "Na Wirsycku". To naprawdę pierwszorzędny zestaw, do którego chce się regularnie wracać - by poczuć tę moc. Do tego stopnia, że musiałem go odłożyć, by przypadkiem "nie przedawkować" i ostatecznie nie znienawidzić Skaldów ;-) . Kto się skusi, na pewno nie pożałuje. Znów brak słów uznania dla "Kameleona" za taki kawał roboty.
Załączniki
lost session1(1).jpg
lost session1(1).jpg (239.27 KiB) Przejrzano 379 razy
lost session2(1).jpg
lost session2(1).jpg (203.52 KiB) Przejrzano 379 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Greenslade75
pocztówka dźwiękowa
Posty: 35
Rejestracja: 04.04.2026, 08:25

Re: Skaldowie

Post autor: Greenslade75 »

Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4761
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Skaldowie

Post autor: Inkwizytor »

Nie wiem co prawda o co chodzi z tym kawałkiem Spooky Tooth...ale mniejsza z tym :roll: . Wracając do spraw najważniejszych - czyli Skaldów. Kameleon Records nie zwalnia tempa i zapowiada dwa nowe limitowane kolekcjonerskie winyle (widocznie lobby "winylarzy" jest coraz mocniejsze... wszystko do czasu... :wink: ) - "Podróż Magiczna" - wzorowana na okładce pierwszego wydania CD:

https://www.kameleonrecords.pl/sklep/sk ... -lp-kopia/


oraz "Konie na Uwięzi" :

https://www.kameleonrecords.pl/sklep/sk ... -winylowa/

ps. podobno znów trzeba się śpieszyć. Wydany dopiero co przez fanów w kartoniku "Zespół wokalno-instrumentalny" już się wyprzedał. :D Ja w dalszym ciągu wypatruję Leningradu.
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ