Michał Urbaniak

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: Bartosz, Dobromir, gharvelt, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Kilka miesięcy temu odszedł od nas Michał Urbaniak. Pamiętam jak w wywiadach - chociażby do biografii z dumą podkreślał, że pod koniec lat 80 "... trzymał Nowy York w garści..." - jednocześnie uwielbiał to miasto całym sobą. Właśnie - Miasto/City - dlatego wśród jego artystycznych projektów nie mogło zabraknąć płyty dedykowanej ukochanemu Nowemu Yorkowi - "Serenade for the City" z 1980. Mój egzemplarz - "Serenada" to wznowienie tego klasycznego albumu w 2000, wydane przez UBX (lata temu w Media Markcie kupiłem dosłownie "za grosze", niestety teraz płytka znacznie zdrożała), uzupełnione o 3 dodatkowe utwory pochodzące z mniej więcej tego samego czasu - z mega/ultra/rzadkiego lp. z 1981 - zatytułowanego po prostu "Michal Urbaniak" dla wytwórni Headfirst (która jest dziś nie lada rarytasem i trzeba ją ściągać ze Stanów za konkretne pieniądze).

"Serenadę" nasz nieodżałowany mistrz skrzypiec dedykował śp. Kenny Kirklandowi, zmarłemu w 1998 z powodu niewydolności serca. Dla świata jazzu oraz dla fanów Stinga to był ogromny szok. Nasz Urbaniak zawsze był niezrównanym gawędziarzem i podobnie jak Kapuściński i Halik nie mógł sobie odmówić "przyjemności", by troszkę podkoloryzować jakąś historię. Sam nigdy nie byłem dobry w liczeniu, ale "notoryczne odmładzanie" współpracujących z nim instrumentalistów jest niekiedy zdumiewające i doprawdy przezabawne, np. upierał się, basista Anthony Jackson grał z nim już jak 18 latek, a w/w Kirkland jako 17 latek 😁. Czyli obaj musieli już wymiatać u Urbaniaka w okolicach 1972, gdy podbój Stanów wydawał się dopiero szalonym marzeniem 😎. Nie kłóćmy się jednak o liczby. Na "Serenadzie" zagrało sporo innych mistrzów, którzy dosłownie stali u progu wielkiej kariery - jak chociażby 21 letni Marcus Miller i perkusista Yogi Horton. Z tym ostatnim również wiąże się smutna historia. Jako rozchwytywany mistrz - grał m.in z Gloyrią Gaynor, Irene Cara, Lonnie Listonem Smithem, Arethą Franklin, Johnem Lennonem, Georgem Bensonem i Jeanem Michelem Jarrem ("Zoolook") zmagał się z wtedy nie zawsze należycie zdiagnozowaną poważną chorobą dwubiegunową - jego cierpienie stało nie do zniesienia, gdy w 1987 wyskoczył przez okno w hotelu w Nowym Yorku 😞 (stąd w pewnym sensie album jest "dedykowany" i jemu).


Wtedy tandem Urbaniak/Dudziak - zawsze mieli talent do "wyławiania" zdolnych, niekiedy jeszcze nie oszlifowanych diamentów, ale niestety ludzi z poważnymi problemami osobistymi (łagodnie to ujmując) - by przypomnieć innych geniuszy z ich zespołu jak Harold Williams, Sonship Theus i Bernard Wright. Co ciekawe Kenny również przez lata zmagał z rekonwalescencją po poważnym wypadku samochodowym. Pierwsze wrażenie na Urszuli również zrobił nieciekawe - przyszedł silnie napakowany środkami przeciwbólowymi i podobno wyglądał jak "śpiący zombi" 😁. Michał był przekonany co do jego wartości - lecz Urszula się upierała, że "... potrzebują na scenie Tigera...". Skrzypek odparował w swoim stylu, że: "... to Tiger na valium..." 😂. Pierwszy raz lider poznał go w trakcie spotkań latynoskich "Monday Night at Village Gate Salsa Meets Jazz". Mimo nie najlepszych wspomnień Urszuli dotyczących schizofrenika Harolda Ivory Wiliamsa (jego nieobliczalne zachowania i napady stały się wręcz legendarne) - Kenny zadomowił się w ich grupie na kilka lat.

Jakby na przekór wszystkich wcześniejszym i późniejszym "dramatom" - "Serenada dla Miasta" jest jednym z najpogodniejszych i najradośniejszych albumów Urbaniaka. Nie ukrywam, że również jednym z moich ulubionych. Niestety wśród krajowych fanów nie cieszy specjalnym uznaniem. Często pomijany lub traktowany po macoszemu na zasadzie: "...ok, można posłuchać...". Dawniej, gdy tylko czytałem o tym artyście - to chyba tak podświadomie wyobrażałem sobie jego muzykę z właściwego okresu. Nasz już nieżyjący senior Trzaskowski bardzo go chwalił - podkreślając, że stanowi konfirmację jego artystycznej drogi, jako kompozytor, w pełni dojrzałe i autorskie. Choć krótko później dystansował się od niego - to po wielu latach sam potwierdza, że to "bardzo nowojorska płyta". Był dumny z ówczesnego zespołu oraz z faktu, że mógł ją zarejestrować w legendarnej wytwórni Motown. Jedna z szych - Lee Young sr. gdy usłyszał kasetę z liderem grającym na lyricornie miał trochę w duchu Zappy wykrzyknąć - "...jesteś p.... geniuszem..." 😂. Choć bardzo je szanuję - nie jestem entuzjastą wczesnych jego dokonań jak "Inactin", "Moving South" czy "Paratyphus B". Dla mnie ten "właściwy" i ekscytujący Urbaniak zaczął się od "Atmy", "Fusion III" i równie ukochanego "Body English" - a "Serenada" stanowi pewne ukoronowanie. Do wielu krążków człowiek musiał się przekonać lub dojrzeć - w tym przypadku muzyka "weszła jak w masło" i miałem wrażenie, iż te utwory świetnie znam od zawsze.

Już pierwsze wejście "Circular Road" całego zespołu, wokalizy Urszuli i glissanda skrzypiec - mnie upewniły, że trafiłem na "swój album". Słuchałem go już wielokrotnie i zawsze brzmi dla mnie świeżo - to idealna płytka na poprawę nastroju - kojarzyć się może z pierwszym powiewem cieplejszego, aczkolwiek nadal rześkiego powietrza po długiej zimie, że aż człowieka gdzieś "nosi". Każdy utwór jest oparty na więcej niż "chwytliwych" melodiach - jakże pasujące do atmosfery rozgorączkowanego miasta, nieustannie w ruchu. "Navana" ma w sobie motyw i klimat, że czujemy się jak John Travolta - pewnym, buńczucznym krokiem paradujący przez główną ulicę z bezczelnym uśmiechem na ustach - nie raz łapałem się na jego nuceniu w trakcie spaceru. Ciekawe, że wtedy Urbaniak powoli tracił serce do "jazz-fusion". Kolejne albumy - jak całkiem udany i trudno dostępny na CD "Daybreak" traktował jako "rutyna" i "prawo serii". Jego artystyczny związek z Urszulą również ulegał poluźnieniu (często wyjeżdżała w trasy sama z własnym zespołem akompaniującym, a Michał przeżywał katusze w swoich urojeniach "zdradzanego męża"). Choć w równym stopniu przeczuwał rozkwit "smooth-jazzu", co renesans hard-bopu, to powoli chciał na jakiś czas zerwać z elektrycznym brzmieniem. Lada moment świat miał się zachwycić Marsalisami i Blanchardem, a jego podopieczni mieli kosić kosmiczny szmal jako sesyjni i zaznać sławy przy boku m.in. Weather Report (Victor Bailey), Milesa (Marcus Miller) i Stinga (Kenny Kirkland). W istocie Dudziak jest trochę mniej - w pierwszy - kapitalnym "Circular Road" ma nawet krótkie solo.... lecz potem im dalej - to jej wokal jakby schodzi na 3/4 plan. Przepiękna jest tytułowa ballada - to jedna z kompozytorskich pereł artysty. Lekko balladowy jest równie udany "Sometimes" Marcusa - znów mamy klimat błogiego rozleniwienia, gdy po pracowitym dniu wracamy do przytulnego domku. W nim filuterne solo na Moogu gra śp. Kirkland. Dawniej, gdy jeszcze nie miałem potrzebnej wiedzy - lyricorn Michała traktowałem jako syntezator Kenny`ego. W wielu utworach obok skrzypiec możemy podziwiać solówki szefa na tym ciekawym instrumencie, który jak to On - pewnego razu zgubił, czyli zostawił w taksówce 😂. Obok Millera, na Serenadzie mamy jeszcze inną zapożyczoną kompozycję "Fall" - samego Wayne`a Shortera - jeszcze z czasów jego współpracy z II Wielkim Kwintetem Davisa z lp. "Nefertiti" - jednakże bardzo przerobioną, wręcz trudną do rozpoznania, zaaranżowaną bardziej w duchu "Weather Report" i "Herbie Hancocka" - choć i tak robi wrażenie, że to naprawdę utwór Urbaniaka. Do tego stopnia wszedł głęboko w amerykańsko-nowojorskie klimaty. Do tańca porywa nas "Samba Miko", która mogła zostać potencjalnym radiowym przebojem. Naprawdę znakomity album, każdy utwór to strzał w dziesiątkę i zero wypełniaczy. Gdybym miał komuś wyjaśnić na czym polega fenomen Urbaniaka i "jak-to-się-je" to Serenada (obok "Body English") byłaby najlepszą "lekturą obowiązkową". Wielokrotnie po śmierci - następuje "renesans" twórczości danego artysty, wysyp archiwalnych materiałów, wznowień itd. Czy tak będzie w przypadku Michała i doczeka się większego docenienia i zainteresowania ze strony np. młodych słuchaczy..... mam co do tego obawy 🤔. Jeśli już to zostanie "wygrzebany" jakiś "trzecionunurtowo-free" zupełnie marginalny eksperyment by ukazać "jakże-inne" oblicze muzyka .... a płytka szybko trafi na półkę.
Załączniki
seranada.jpg
seranada.jpg (126.2 KiB) Przejrzano 3375 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

W ubiegłym roku wyszedł trochę z tego przedwczesny prezent urodzinowy, który sam sobie sprawiłem 😁Zakrawa na ironię i również kpinę (że o wstydzie nie wspomnę), że tak ważny, przełomowy i legendarny album jest obecnie prawie w ogóle nie dostępny (nakład się wyczerpał a powinien być regularnie wznawiany). Wydany też przez nie byle kogo - żadną tam maleńką wytwórnię ale przez CBS / Columbię. Tym krążkiem tandem Urbaniak / Dudziak mieli podbić rynek Amerykański i to bynajmniej nie polonijny. Spotkało mnie wielkie szczęście - gdy na aukcji dostrzegłem ten używany egzemplarz - reedycja z 1998. Miałem ten album dwukrotnie w rękach, gdzieś tak w okolicach 2001 r. - raz w Katowicach w Empiku oraz Media Markt w Zabrzu. Nie miałem stosownych funduszy ale gdy po kilku dniach chciałem sprawdzić jak się sprawy mają - płytek już nie było. Wtedy jeszcze pasjonaci regularnie uzupełniali swoje zbiory. Później przez prawie 27 lat nic, aż do teraz. Przelicytowałem paru "leszczy", którzy "mieli czelność wejść mi w drogę" 😎 i teraz upajam się tymi dźwiękami. Na marginesie warto przypomnieć, że Urbaniak wspominał takiego przyjaciela lekarza miłośnika jazzu - który gdy jakaś płyta wpadła mu w oko - musiał ją mieć, a cena nie grała roli, była jego i koniec. Przez wiele lat miałem dobrą kopię w internetu - a teraz prawie jako ostatnia moją kolekcję Urbaniaka uzupełnił i stanowi "królewskie zwieńczenie wysiłków" - Fusion I z 1973.


O tej płycie jak i o bajecznej, natchnionej grze muzyków napisano wszystko (materiał jest doskonale znany polskim fanom z koncertowej wersji w ramach "Polish Jazz vol. 36" - "In Concert" z Filharmonii Narodowej w Warszawie) , a jak mawiał Józef Skrzek - mamy tu same tuzy. Obok wtedy jeszcze małżeństwa Michał / Urszula, mamy duet świetnych klawiszowców - Karolak na organach i Makowicz na elektrycznym pianinie (i nie tylko, grał również na akustycznym oraz Clavinecie, którego szczerze nienawidził i nie raz albo pękła w nim struna albo jakiś klawisz - z taką złością w niego walił) a na perkusji nieokiełznany Czesław "Mały" Bartkowski - również wtedy w życiowej formie. Niebanalne połączenie przesterowanych wzmocnionych elektroniką skrzypiec lidera i wokalu również z masą efektów jego żony dało piorunujący efekt i nie ma się co dziwić, iż Ameryka legła u ich stóp, a tamtejsi najlepsi jazzmani chcieli ich poznać czy zapraszali do współpracy. Obok unikatowego soundu - fani i krytycy podkreślali ogromny walor kompozytorski, świadomość i dojrzałość. Mieszanka funku a la ówczesny Miles, naszego folkloru, pierwiastków muzyki z Bałkanów czy Indii dała porażający efekt, choć nie jest to muzyka dla każdego. Sporo w niej było eksperymentów, atonalnych odcinków, nietypowych skal i co wynikało z zastosowania licznych efektów deformujących naturalne brzmienie instrumentów - takiego "brudu" czy aury rodem z jakiegoś szamańskiego rytuału.


Przyznam, że do tej muzyki też dojrzewałem powoli. Najpierw poznałem te kompozycje od wspomnianej wyżej płyty "Constellation In Concert" - i po wysłuchaniu miałem mieszane odczucia. Tam muzyka była jeszcze o wiele swobodniejsza i niewyraźnie nakreślone motywy były pretekstem do grupowej improwizacji. Na "Fusion" mamy o wiele więcej dyscypliny ale i tak w wielu momentach muzyka jest nieźle "pokotłowana". W komentarzu do płyty Urbaniak podkreśla jak silną inspiracją była dla niego "czarna" muzyka z wielkim Davisem na czele (do tego stopnia, że w głównej melodii do "Bahamian Harvest" wyłapiemy bez pudła nawiązanie do "Love for Sale", tak lubiany i często grany przez Davisa). Ten ostatni przestrzegał, że gdy w muzyce jak i malarstwie użyje się za dużo barw i kolorów - wychodzi nam błoto (podobnie jak w potrawie smaków). Tą płytą był zafascynowany młody perkusista - przyszła gwiazda The Police - Stewart Copeland - miał ją grać regularnie gdy prowadził audycję w radiu uniwersyteckim. Czujne oko zauważy, że na zdjęciach z sesji w niemieckim studio, w którym zarejestrowano w/w album - lider ma koszulkę z maskotkami na zbliżające wtedy Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w 1974 w RFN - czyli Tip i Tap 😁. Nie wiadomo skąd ją wytrzasnął, bo raczej nie był nigdy wielkim fanem piłki nożnej (w drugiej połowie lat 70 połknął bakcyla tenisa i grywał namiętnie, nawet z Fibakiem) to raz i na pewno nie sympatyzował z drużyną Franza Beckenbauera. Jednak maskotki przyniosły szczęście i zawodnikom RFN oraz samemu naszemu skrzypkowi 😉. Co prawda jego męskie ego musiało przełknąć pewien jakże wymowny "drobiazg" - szef Columbii gdy przesłuchał oba albumy jakie mieli pod pachą zadecydował i dał jasno do zrozumienia "... sorry Michael, but Ursula comes first..." 😂Czyli sorry Michał ale najpierw wydajemy album Urszuli - "Newborn Light" (nagrany w duecie z Makowiczem) ...a "Fusion" musiało ciut poczekać. "Fusion" jak również późniejsza "Atma" udowodniła, że nasi rodacy potrafili w Ameryce się przebić, zaimponować umiejętnościami i wyobraźnią, czymś swoim i niebanalnym, nikogo nie naśladując (choć pewne naturalne inspiracje rzecz jasna były, to nieuniknione). Niestety duet został wkrótce sam a reszta muzyków - Bartkowski, Karolak, Jarzębski czy Makowicz (choć ten później również zrobił karierę swoimi solowymi recitalami ale to już inna historia) wrócili do Polski, "Amerykański sen" nie był ich snem. Michał zaczął rozglądać się i wyławiać nastoletnie afroamerykańskie talenty jak Jackson, Miller, Kirkland, Wright czy Hakim.
Załączniki
fusion1.jpg
fusion1.jpg (106.96 KiB) Przejrzano 3357 razy
fusion2.jpg
fusion2.jpg (88.64 KiB) Przejrzano 3357 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Choć wiosna nam się rozkręca każdego dnia to jesienną porą nie mniej czarownie jest wrócić do "Cinemode" Urbaniaka. Zdecydowanie zapomniany i w rankingach pomijany album tego zasłużonego dla polskiej (i amerykańskiej) kultury skrzypka. Niewiele również wiadomo o okoliczności jego powstania. Najprawdopodobniej nagrany na przełomie 1988 i 1989 w studiach Atlantic w Nowym Yorku i Powerplay w Zurychu. Ścieżki wszystkich instrumentów, programowanie podkładów elektronicznej perkusji, syntezatory są dziełem samego mistrza, nie wspominając o jak zwykle znakomitych partiach skrzypiec (w tym słynne. "talking violin" np. w "Jazzis" ) oraz równie wzmocnionego elektroniką saksofonu. O ile się nie mylę ukazała w 5 różnych wersjach okładki. Moje wznowienie pochodzi z 1997 dla UBX Records wydanego głównie na Polskę. Poszczególne wersje są obecnie niezwykle rzadkie i stanowią łakomy kąsek dla kolekcjonerów ... o ile ktoś jest entuzjastą Urbaniaka w mocno "elektronicznym" wcieleniu. Zgodnie z tytułem to muzyka napisana z myślą... o "nieistniejącym filmie" lub obrazie, który mógłby powstać... , a może kiedyś jednak powstanie 😁.


Znam kilka osób, które "Cinemode" wymieniają jako jedną z ulubionych płyt nie tylko Urbaniaka ale całego szeroko rozumianego współczesnego jazzu ze strony muzyków o polskim rodowodzie. Recenzje na ogół (o ile jakiekolwiek powstały - bo trudno się oprzeć wrażeniu, iż "Cinemode" przeszedł odrobinę "niezauważony" - dopiero następne w tym "Manhattan Man" zrobiły niezłe zamieszanie na listach) były pozytywne. Jednakże jako największy "mankament" czy "wadę" płyty wskazywano na przesadnie rozbudowaną, niejednokrotnie "rażącą", czysto elektroniczną warstwę brzmieniową i pokładane nadmiernego zaufania w "nieograniczone możliwości" współczesnej techniki. Krytyk Denny Townsend z "Jazz Times" w komentarzu do płytki podkreślił niesłabnący talent skrzypka do pisania czarownych melodii (szczególnie w dobrze znanym fanom utworze "Serenada" ) - jednakże wyraził zdanie, że całości wyszłoby na dobre gdyby zostało to wszystko nagrane przez "żywych muzyków" i "żywy zespół pełny wzajemnych interakcji". Z "Cinemode" jest ciut jak z lekturą Kanta wedle słów filmowego Wielkiego Szu: "... trudne...ale jak się przebrnie..." 😁. Urbaniak nigdy nie ukrywał fascynacji techniką, najnowocześniejszym sprzętem i komputerami. Krążek najlepiej wypada we wcieleniu czysto "balladowym" - te "żywsze" utwory jak "Jazzis" i "Africa" to zdecydowaniej najmniej frapujące i zapadające w pamięć fragmenty płyty (wkrada nawet pewna "monotonia", mimo wszystko i one mają swoje "momenty").


Im dalej - tym naprawdę robi się ciekawie. Michał nigdy też nie ukrywał fascynacji "cielesną" i "erotyczną" stroną wszelkich odmian "miłości" - czy "atrakcji" jakie ma Nowy York nocą do zaoferowania 😂 - dlatego balladowe kawałki mają tą zdecydowanie zmysłową / rozerotyzowaną otoczkę. Najbardziej rozmarzyć się można w ostatnim zamykającym, gdzie na tle podkładu rodem z ekskluzywnego nocnego klubu - lider gra pełne namiętnych uczuć solo na saksofonie tenorowym - "jego kochance" jak sam mawiał. Co ciekawe - wspomniany ostatni utwór był inaczej nazywany w zależności od wydania. Początkowo figurował jako "Liliana" - z pewnością pod wpływem ówczesnej ukochanej żony aktorki Liliany Głąbczyńskiej (związek nie wyszedł muzykowi "na zdrowie", "...oj się działo..." - jakby powiedział Owsiak). Późniejsze wydania w tym moje - zmieniły na "Nirvana" - kto wie czy nie z powodu niezbyt przyjemnego zakończenia iście "burzliwego" małżeństwa z może i urodziwą ale mało "stałą w uczuciach" aktorką 😁 (wedle wersji artysty, o ile mnie pamięć nie myli Liliana została kiedyś zaproszona do programu Tomasza Raczka i z kolei wedle jej relacji - "Michał" to był "wieczny mały chłopczyk, którego mamusia w końcu musiała zostawić by WRESZCIE dojrzał..." :roll: ). Muzyk niejednokrotnie lubił swoje dawne utwory nagrywać na nowo, zmieniając zupełnie brzmienie i aranżacje, a nawet tytuły kawałków. Tutaj w mocno podlanej elektroniką wersji mamy pochodzący z albumu "Atma" - "Butterfly" , a "Serenada" - z "Serenade for the City" czy wspomniana "Liliana" z m.in wspólnego projektu z Blakiem i Lockwoodem - "Rhythm`n`Blues". Inny faworyt godny zapamiętania to nawiązująca odrobinę do stylistyki Vangelisa i Kitaro (chociaż wątpliwe by Michał ich lubił) - oparta na ślicznej melodii "Patria" (czyżby Urbaniak był gościem w Krynicy w willi wybudowanej przez Kiepurę ?). Najpierw cudownie wszystko narasta na wysmakowanym syntezatorowym podkładzie by przejść w podniosłą fanfarową część, rodem z filmów o wielkich historycznych bataliach czy triumfach sportowców na olimpiadach. W paru utworach nasz mistrz udowadnia, że mimo fascynacji nowymi technologiami - skrzypce nie kryły przed nim żadnych tajemnic i potrafił zagrać pełne pasji zadziorne solo. Nie mniej nastrojowe i "vangelisowskie" są "Rain Tears" (tutaj autor powrócił do swoich "talking violin" - którymi zachwycił samego Davisa, ten kawałek nieźle by pasował jako tło do "gorących" scen rodem z "9 i Pół Tygodnia" lub "Dzika Orchidea"), "Destiny" i "New Life". Urbaniak wspominał, że niekiedy jego muzyka bywała wykorzystywana w nisko budżetowych filmach w awangardowym/ niezależnym środowisku skupionym wokół "ekscentrycznej inteligencji" Manhattanu. Jego podejście i tworzenie charakterystycznego "nocnego" nastroju nie jest szczególnie odległe od innego naszego polskiego odnoszącego sukcesy kompozytora Andrzeja Korzyńskiego (fani pamiętają jego "rozerotyzowane" pościelówy z lp. "Sweet Music" 😉).
Załączniki
cinemode.jpg
cinemode.jpg (118.91 KiB) Przejrzano 3313 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Dość tajemniczy album. W dyskografii Urbaniaka zawsze panował pewien "chaos" - chyba on sam nie do końca się w niej orientuje 😁. Najprawdopodobniej to reedycja / wznowienie wcześniejszego z końcówki lat 80 - "Urban Express". Zgadza się lista muzyków i lista utworów. Michał niekiedy wydawał czy udzielał zgody (nie brakowało sytuacji, iż pewne pozycje ukazywały się bez jego zgody np. "Moving South" z ANEX`u), by konkretne albumy ukazywały w innych okładkach, pod nieco innym tytułem np. "Serenade for the City" jako "Serenada" itd. Kod niebieski w szpitalu to nagły przypadek medyczny jak zatrzymanie akcji serca i oddechu u pacjenta. O ile mi wiadomo w tamtym czasie skrzypek miał pewne problemy ze zdrowiem (co wiązało się niestety ze stopniowym powrotem do popijania). W policji "kod niebieski" dla odmiany to albo osoba notowana lub przedmiot podlegający niejawnej lub szczególnej kontroli. Album ukazał na początku lat 90 w charakterystycznej "miejskiej" okładce, a potem na nasz krajowy rynek w 97 właśnie w tej "skąpanej w deszczu" - ta chyba podoba mi się najbardziej :D

Dziwiło mnie, że na zagranicznych forach i serwisach muzycznych nie miał najlepszej prasy. Noty też wyjątkowo niskie - jakby oceniających odrzucało od niej dosłownie wszystko z bogatym wykorzystaniem ówczesnej najnowocześniejszej technologii na czele. Można przyjąć, że artysta po latach ponownej fascynacji neo-bopem (w tym akustycznych duetach m.in z Larry Corryellem czy Adzikiem Sendeckim) - powrócił do posiłkowania się elektroniką (otwierały się zupełnie nowe możliwości dla tych, którzy wiedzieli jak z nich skorzystać), maksymalną eksploatacją możliwości komputerów i robił pewne "przymiarki" i badał grunt pod swój najlepszy i pełny sukcesów projekt - "Manhattan Man". Moim skromnym zdaniem "Code Blue" mu niewiele (o ile w ogóle) ustępuje. Mamy świetną pierwotną wersję "smooth-jazzowej pościelówy" jaką jest "Moonlight" (po latach nieco przearanżowana z saksofonem jako głównym instrumentem trafiła na album dedykowany zakochanym i kochankom - "Sax, Love" i potem "Sax, Love & Cinema" - które były dodawane do "Gazety Wyborczej") - z jego "mówiącymi" skrzypcami - Urbaniak odgrywa pełne żaru, pasji i jakby "narastającej zachłanności na dźwięki" solo, udowadniając, iż ten instrument nie miał przed nim tajemnic i będąc nadal w świetnej formie mimo życiowych zawirowań (piętrzące się problemy z mającej słabość do "producentów filmowych" i nadal marzącej o podboju Hollywood żoną Lilianą). Innym niezapomnianym mocnym fragmentem płyty jest również balladowy "I Want to Know Your Name", mający zadatki na całkiem spory przebój, niestety tak się nie stało. W rozbujanej i wyluzowanej kompozycji powtarza się tylko to jedno zdanie - możemy domniemywać, że "dedykowany" jakiejś tajemniczej "pięknej-nieznajomej", którą kiedyś raz lub parokrotnie minął na ulicy w drodze do studia czy załatwiania jakiś interesów. Kawałek jest przesycony taką aurą - ilu z nas nie przeżyło takiej sytuacji ?. Może tylko jeden, jedyny raz lub kilkukrotnie np. w drodze do pracy widzieliśmy właśnie taką "piękną-nieznajomą" i aż człowiek chciał zagadać, by poznać chociażby jej imię... niestety lęk przed wyśmianiem lub zwyzywaniem był silniejszy i potem już nigdy więcej jej nie spotkaliśmy...a żal po być może zmarnowanej szansie pozostał - trzeba było się jednak przełamać :roll:


Michał udowadnia, że w jazzie siła niejednokrotnie płynęła z prostoty (podobnie czyni w pogodnym "Song of a Space People") - z paru dźwięków można utkać coś urzekającego o wielkiej sile uwodzenia. Główną melodię śpiewa duet: nadworny klawiszowiec (również mierzący się z problemami psychicznymi - to chyba była jakaś swoista "tradycja" wśród keyboardzistów u skrzypka) mistrza Bernard Wright i urocza Nicki Richards, a lider znów odgrywa swoje fantazje. "Code Blue" jest również przykładem na niesłabnącą miłość i fascynację Milesem Davisem i jego elektronicznymi eksperymentami i rozwojem futurystycznej ścieżki jaką pewnie kroczył w latach 80 (np. w tytułowym, "Urban Express" i "Blues for Pinky"). Podobnie jak on nasz skrzypek serwuje bogatą paletę syntezatorowych brzmień i programowanej elektronicznej perkusji za którą odpowiadał również w/w Wright ale i Lenny White czy "Joggi" Schmidt. Nasi krajowi muzycy i dziennikarze często nie rozumieli muzyki Urbaniaka i raziło ich jego brzmienie oddające różne odcienie "ulicy", wielkiego miasta (szczególnie nocą) w tym pierwiastki muzyki tanecznej, rapu czy hip-hopu. Michał dbał też o dobre melodie i by muzyka trafiała do słuchaczy młodszego pokolenia bo to oni kupują płyty i chodzą na koncerty. W tej materii myślał podobnie co wielki Miles. Nie interesowało go pielęgnowanie "jazzowego muzeum". Nie dawał zapomnieć słuchaczom, że nadal potrafi rasowo swingować. Wiele utworów z tego krążka weszło na stałe do repertuaru koncertowego mistrza jak "Frantic Lover" czy "Kookoo`s Nest". Brzmienie jest nowoczesne ale słychać, że grają tu prawdziwi ludzie a nie bezduszna maszyna. Sound i klimat przypominają inny niesłusznie zapomniany album z mniej więcej tego okresu - "Metropoly" Marka Klimczuka np. "I Just Love You" - w którym znów korzysta ze swoich "talking violin" (z rewelacyjnym "kopiącym" bebechy basem innego naszego geniusza Ścierańskiego) na który Urbaniak jako klawiszowiec, producent, aranżer i inżynier dźwięku miał spory wpływ. Nadal nie mogę się nadziwić, że "Metropoly" nie ma w żadnym spisie oficjalnej dyskografii skrzypka w książkach mu poświęconych - przypadek ?, niedopatrzenie ?, a może celowe działanie ?. Czyżby skutek jakiś finansowych czy muzycznych nieporozumień między Michałem a Markiem ?. Code Blue w tej "deszczowej" okładce nie jest łatwo trafić. Częściej pojawia ta wcześniejsza z "miasto nocą". Następny niedoceniony album, bo przyznam, że nie spodziewałem aż takiej dobrej muzyki. Można dzięki temu lepiej prześledzić pewną artystyczną i brzmieniową ewolucję skrzypka.
Załączniki
codeblue.jpg
codeblue.jpg (142.1 KiB) Przejrzano 3290 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

W minionym roku płyta obchodziła 50 urodziny - choć materiał powstawał, był komponowany i testowany na koncertach w 74. Obok "Fusion I" czy "Atmy" - to najwyżej ceniony krążek wśród fanów i uznawany zgodnie "za najlepszy". W mistrzowskiej okładce Franciszka Starowieyskiego, nagrany w legendarnym Studio Electric Lady - bez żadnych kompleksów stanął dumnie w jednym szeregu z amerykańskimi gigantami jazz-rocka jak Miles, Weather Report, Return to Forever, Hancock & Headhunters czy Eleventh House Coryella. Urbaniak na dobre zadomowił w Stanach uznając je teraz za swój najprawdziwszy i "jedyny" dom (rozprawiał, że w duszy zawsze był "nowojorczykiem", nawet jako dzieciak). Z dumą i rozbawieniem wspominał rozmowy w szefami wytwórni (a przy okazji dostał kilka jakże potrzebnych lekcji dotyczących tego jak w USA bez fałszywego wstydu rozmawia się o pieniądzach, wcześniej nie miał o tym bladego pojęcia) - gdy on i Urszula robili furorę, w związku z tym pytano ile sobie życzą - Michał podał kwotę zaliczki, nieco niższą niż tak naprawdę myślał i autentycznie potrzebował - szycha z wytwórni roześmiał i zdziwił "... dlaczego tak mało, a nie stosownie więcej ?... " - Urbaniak, jak to on, błyskotliwie nie tracąc rezonu odparował - "... a gdybym zażądał więcej to byście tyle zapłacili ?.... 😉 " . Takie przekomarzanki zaowocowały chociażby zatrudnieniem ówczesnych asów studyjnych i koncertowych jak Steve Gadd, Anthony Jackson, John Abercrombie, Gerry Brown i w/w Larry Coryell. To również przeszło do legendy - lider po rozmowie o pieniądzach z szefami wytwórni dostał następujące pytanie: "... z kim chcesz grać przyjacielu ? - Armstrong umarł, Hendrix nie żyje, Parker nie żyje ale są telefony i możemy zadzwonić...". Wtedy skrzypek zażyczył sobie najlepszych z najlepszych - mistrzowskiej sekcji: Gadd / Jackson ( a przy okazji koncertów - do legendy przeszedł profesjonalizm i perfekcjonizm basisty, zmieniający co koncert struny, dla naszych muzyków rzecz nie do wyobrażenia - dostawał je za darmo - był tak rozchwytywany, firmy się o niego zabijały - Urszula jako "dobra Samarytanka" szybko się zorientowała, że je wyrzuca - postanowiła je zbierać a potem wysyłać do kraju - gdzie był to towar wysoce deficytowy i pożądany - trafiały dzięki temu chociażby do Krzyśka Ścierańskiego - niesamowita historia ). Urszula i Michał pękali z dumy, że Anthony zakochany w ich muzyce (oraz siostrze wokalistki - Danusi, po latach Urszula dowiedziała się, że wtedy Hancock stracił dla niej głowę i próbował wysondować czy "jakikolwiek romans" wchodzi w grę - ale dostał jasny komunikat: "Urszula jest nie do wyjęcia"), do tego stopnia chciał grać z nimi, że zrezygnował z wysokiej gaży u Roberty Flack (chodziło o kilkaset dolarów tygodniowo) oraz u Buddy Richa - co doprowadziło tego ostatniego do wściekłości, a pamiętamy, że Rich jak to mistrz karate nie bał się nikogo i pewnego razu nawymyślał naszemu skrzypkowi, że "... ten jest tym pieprzonym polaczkiem, który ukradł mu basistę ?..." :D . Basista do tego stopnia wszedł w nasze swojskie klimaty, że kazał mówić do siebie "Tosiek", ale nadal wstydliwy z natury grał schowany za wzmacniaczem bo nie był dumny ze swojej tuszy i uważał, że "w trakcie gry robi głupie miny". Bez potknięcia dzielnie towarzyszy solistom w trakcie niejednokrotnie karkołomnych przejść, riffów i pasaży np. w kaskaderskich "Roksana" czy "Strech".

To było potwierdzenie bezdyskusyjnej przynależności Urbaniaków do czołówki światowej - że są gotowi grać z mistrzami i wręcz im przewodzić. Co niekoniecznie spotykało ze zrozumieniem i owocowało ukłuciem zawiści - co miało miejsce w przypadku dawnego przyjaciela i partnera muzycznych początków - klawiszowca Włodka Gulgowskiego, którego na jego życzenie Urbaniak ściągnął ze Szwecji do Stanów (dzwonił ze Sztokholmu i polecił swoje wcale nie bagatelne "usługi" - "... jeśli prawdą jest, że tak rozrabiasz w Stanach to mnie weź a ja Ci pomogę..."). Miał być jego "pierwszym oficerem" czy prawą ręką - lider zawsze wypowiadał w superlatywach o jego talentach, muzykalności, technice, słuchu absolutnym, wyczuciu czarnej funk stylistyki (biegle czytał nuty, znał angielski, nieźle grał w tenisa i miał wiele uroku osobistego, czarująco się uśmiechał).... ale miał dziwny charakter - wedle słów skrzypka zaczął mącić, kopać dołki, obgadywać Urbaniaka za plecami i buntować amerykańskich muzyków - doszło do bolesnego rozstania (miał też popełnić brzemienne w skutkach faux pas w trakcie rozmów z jedną z szych z wytwórni płytowych - do tego stopnia kogoś wkurzył, że Michał dostał polecenie, by go więcej ze sobą nie przyprowadzać - Amerykanie bywają baaaardzo pamiętliwi). Wielu krajowych muzyków nie mogło mimo wszystko "przełknąć" hiper sukcesu Michała - niekiedy jak Gulgowski pytali go wprost: "...nie jestem mniej utalentowany od ciebie - ale dlaczego ty odniosłeś sukces a ja nie... ?" . Michał miał odpowiedź na wszystko - "... może ja wstaję godzinę wcześniej ? - a co to ma do rzeczy ? - no to sam spróbuj a może ci się uda...". Widocznie pianista nie posłuchał złotej rady 😉 . Co prawda w 78 wziął udział w trasie Al Di Meoli lecz później zniechęcony wrócił do Szwecji - tam się chyba czuł najlepiej. Z koro pało nazwisko Meoli - podobno był pod wielkim wrażeniem muzyki Urbaniaka i jeśli wierzyć plotkom - to właśnie m.in "Fusion III" pchnęło go do rozpoczęcia kariery solowej. Te wszystkie spięcia i nieporozumienia nie zmieniają faktu, że zarówno na elektrycznym pianinie jak na Moogu - Włodek zagrał nie gorzej niż Zawinul, Hancock i Corea razem wzięci np. w "Kuyaviaku", "Prehistoric Bird" i "Strech".


W biografii lider kąśliwie podsumowuje ambicje / aspiracje polskich muzyków - że wielu marzyło by podbić Stany, niewielu miało argumenty i siłę by to zrobić ale Włodek był jednym z nielicznych, którzy śmiało mogli - a skoro się nie udało mogą winić tylko siebie. Po incydencie z Gulgowskim - Urbaniak miał wprowadzić w życie zasadę - że "nigdy więcej polaków w swoim zespole" - gra z najlepszymi, głównie młodymi Afroamerykanami - co dało wymierne efekty (nawet jak byli "nawiedzeni" jak Williams czy Sonship). Na wspomnianym "Funk Factory" czy "Fusion III" - można zachwycać grą klawiszowca. Lider w dalszym ciągu przemyca elementy krajowego folkloru - czy w kompozycji Namysłowskiego - "Kuyaviak Goes Funky" (szatańska melodia z non stop zmieniającą się tonacją - czyli co było specjalnością "Namysłowera") czy "Bloody Kishka" ( przy okazji dobre poczucie humoru - pewnie musiał tłumaczyć Amerykanom co to jest ta "krwawa kiszka", w ogóle skrzypce lidera na tym krążku brzmią dosyć "krwiście"). To długa nawet jak na tamte realia płyta - ok. 50 minut, całość brzmi świeżo, ostro, wyraziście, już od samego początku w drapieżnym "China Town" zespół gra jak spuszczony z łańcucha - możemy podziwiać pełne ognia i furii partie Abercrombieo i Urbaniaka (chętnie korzystającego z licznych urządzeń do zniekształcenia dźwięku - co było wtedy bardziej domeną gitarzystów - np. "Phaser" itd.). Mamy świetną klamrę całości - "Chinatown", kompozycje prezentują wysoki i wyrównany poziom, trudno cokolwiek wyróżnić - to jakby jeden oddech i jeden strumień świadomości. Solowy popis Urszuli mamy w "Crazy Kid" - nie ma się co dziwić, że szybko zdetronizowała samą Florę Purim, z którą początkowo była nawet porównywana. Chwilę relaksu i złapania oddechu przed kolejną dawką kaskaderskich łamańców mamy w zmysłowym "Cameo" - jakby zapowiedź klimatu na kolejnym albumie "Body English" (kłania przemycony feeling a la George Duke i Lonnie Liston Smith).


Płyta zrobiła na amerykanach wielkie wrażenie - do niej przyznawali chociażby Jean Luc Ponty czy wspomniany Meola, oraz młodsze generacje z którymi później przyszło współpracować ze skrzypkiem jak Miller, Bailey, Wright i muzycy wchodzący w dorosłość w latach 90 czy 2000. Stylistycznie są pewne podobieństwa do nagranego prawie w tym samym czasie Eleventh House - "Level One", ekipy Larry Coryella (też walczącego z silnym alkoholowym uzależnieniem), który nota bene zagrał gościnnie na Fusion III i miał serdecznie zaprzyjaźnić z Urbaniakiem - dekadę później nagrali kilka albumów a Larry miał kryć naszego muzyka gdy ten romansował z Lilianą (a ten się rewanżował i próbował zajmować czymś publiczność, gdy Larry w trakcie koncertów miał ochotę na "szybki numerek" - czasem, jeśli wierzyć naszemu skrzypkowi - 6 razy w trakcie show). Świetne ogniste, pełne pasji i żaru granie, poszerzające język nowoczesnego jazzu, silnie zaprawionego funkiem korzystając z nowoczesnego instrumentarium, głos Urszuli również jest potraktowany lekko "przybrudzoną" elektroniką (recenzenci wskazywali, że skrzypce brzmiały jak głos, a wokal jak skrzypce).

Szkoda, że nie ukazały się oficjalnie żadne nagrania koncertowe z promocji "Fusion III", są pojedyncze nawet ok. bootlegi np. z Village Gate i Rochester. W nich nieziemsko zajętego Gadda zastępował Gerry Brown, a "trudnego" Gulgowskiego Steve Robbins. Dość długo jej nie było na CD, w końcu w okolicach 2009 ukazał dzięki UBX w digipaku ku radości krajowych fanów. W ciągu ostatnich lat robi się coraz droższa.
Załączniki
fusion III.jpg
fusion III.jpg (66.26 KiB) Przejrzano 3225 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Jedna z moich ulubionych ( obok "Serenade for the City") płyt Urbaniaka, w tym roku będzie świętować 50 lat. Długo na nią czekałem i długo jej szukałem. Był czas, że na fali eksplozji archiwów i wysypu blogów muzycznych w internecie - fani hojnie dzielili się swoją kolekcją i rarytasami. Doświadczaliśmy niezwykłego boomu zainteresowania dawnymi nagraniami dostępnymi wyłącznie na winylu... a "Body English" próżno było szukać - nawet z kiepsko zgranego winylu. W końcu bodajże w 2014 może ciut wcześniej WRESZCIE się doczekaliśmy - w ramach wytwórni UBX, na nasz kraj przy nieocenionym wsparciu "ATLAS`u" 😉 - mogliśmy świętować powrót tej muzyki. Dla mnie to tym bardziej zabawne wspomnienie bo sklep gdzie złożyłem zamówienie gdzieś w swoim rozgardiaszu je zapodział - musiałem interweniować i po przeprosinach płytkę mi wysłali ... ale kosztowało to kolejne tygodnie oczekiwania, prawdziwa lekcja cierpliwości i stoicyzmu... ale warto.


"Body" nawet w naszej ówczesnej krajowej prasie miał o dziwo ! - pozytywne i przychylne recenzje - a warto pamiętać, że w fachowej prasie pisali w dużej mierze ludzie wychowani na jazzie tradycyjnym, swingu itd - lub muzycy też hołdujący dawnej stylistyce - np. Ptaszyn Wróblewski ale oni dali uwieść magii koktajlu amerykańskiego serwowanego przez Michała i jego odmłodzoną ekipę. Podkreślano to samo co w sumie wszyscy - doskonałe, ciekawe kompozycje oparte na chwytliwych melodiach oraz ze sporą inwencją i smakiem korzystanie z elektroniki, która wcale w tym przypadku nie raziła, a było jej coraz więcej i więcej. Po odejściu "ostatniego polaka w składzie" - czyli kontrowersyjnego i humorzastego Włodka Gulgowskiego i mistrzowskiej sekcji (zbyt zajęci czy zbyt drodzy w utrzymaniu ?) - Gadd/ Jackson - Urbaniak postanowił trochę jak Zawinul - obracać w środowisku młodych zdolnych nastolatków Afroamerykanów (ale i nie tylko) i stamtąd wyławiać młode talenty - które miały potem grać z czołówką i jako liderzy, a jako sesyjni inkasować iście "królewskie honoraria". Na "Body" pojawia ledwie 19 letni perkusista Steve Jordan... który po śmierci Wattsa zasiądzie na stołku u samych Rolling Stonesów ok 45 lat później. Jest 20 letni gitarzysta Joe Caro czy basista Basil Fearrington - akurat mniej znani.

Płyta dziś nieco dzieli miłośników - dla jednych jest najukochańsza, dla innych tej melodyjności, funku w atrakcyjnej formie, melodii łatwych do zapamiętania i zanucenia oraz ( o zgrozo !!! ) tanecznych,ba - dyskotekowych rytmów jest za dużo. Kwestia gustu i wrażliwości. Świetnie, że Urbaniak & Dudziak - dali nieco wytchnąć po wcześniejszych eksperymentach, klimatach muzyki indyjskiej, mrocznym zakręconym funku i postanowili bawić się muzyką. Nadal były - choć w mniejszym stopniu niż na genialnej "Atmie" - słyszalne zapożyczenia, motywy i skale naszej muzyki ludowej czy góralskiej - co również znalazło odzwierciedlenie w tytułach - "New York Polka" z pianiem koguta i motywem rodem z serialu "Chłopi" czy "Zad" (chyba koński ? - na marginesie - pojawia się on również w rewelacyjnej okładce - nasz lider skacze w euforii próbując w locie pochwycić swoje zelektryfikowane sprzężone z syntezatorem skrzypce (których, co jest swoistym paradoksem - jest nieco mniej niż na wcześniejszych albumach), a poniżej mamy prężące się ciało kobiece. Później tych erotycznych aluzji na okładkach - "Ecstasy" czy tytułach utworów - Horny - coraz więcej ). Prawie każdy utwór to hit - na pewno najbardziej wyróżniają wspomniany "Zad" (wyśmienita melodia w "refrenie" - aż trudno nie nucić ją razem z Urszulą plus riff basu, mało tego - tu możemy posłuchać co było stać Basila), szatańsko melodyjny "Lyricon". Na cześć nowego nabytku lidera (tak go zafascynował, że nawet nieco wyparł skrzypce) - który pozwalał mu grać na syntezatorze dętym - jakby na saksofonie ale pozwalał uzyskać bogaty arsenał dźwięków i nie męczył tak muzyka jak tradycyjny saksofon - o ironio - najlepsze lata tego instrumentu miały dopiero nadejść w kolejnej dekadzie gdy był nieustannie ulepszany i gdy pojawił jego "krewny" - czyli EWI na którym błyszczał Brecker czy Mintzer. Michał miał jeszcze do tej kompozycji wracać w kolejnej dekadzie np. z Adzikiem Sendeckim. Coś z stylistyki George`a Duke`a mamy w zrelaksowanym "Satin Lady" i "Afterglow". Głównym punktem lp. jest przepyszny tytułowy - na początku mamy pełny niepokoju riff basu, potem przeradza w rezolutną z puszczeniem oczka melodyjkę Mini Mooga... by potem odpłynąć w zrelaksowane ale rozerotyzowane do granic nieprzyzwoitości taneczno/ciut/disco granie (wkrada coś z Barry White`a) z chłodzącym rozpalone od zmysłów ciała tłem Poly Mooga (od już obecnego w składzie schizofrenika Harolda Ivory Williamsa, którego nieobliczalne zachowania w trakcie tras np. po Europie przeszły do legendy). Ciekawym wtrętem jest na moment pojawiający śmiech Urszuli (jakby "przypadkiem" nagrany z "nocnych igraszek" :roll: ). To kawałek, który mógłby się nigdy nie kończyć - idealny na nocne szaleństwa, chyba nawet wyprzedza ale z klasa i jazzowym smakiem to co potem miało eksplodować rok później dzięki wszelkim Gorączkom Sobotniej Nocy i braciom Gibb 😎.

Płycie dali się uwieść zachodni fani - nawet ci średnio przepadający za fusion - chwalili ją, że nie jest nudna, zawiera ciekawe kompozycje, że wprost nie można ich wyrzucić z głowy i słuchanie to wielka frajda. Pamiętam sytuację, że w przerwie koncertu lub tuż przed - nie pamiętam jakiego - była mini giełda i stałem koło faceta, który śmiało mógł być moim ojcem lub dziadkiem i wertował równiutko ułożone i zapakowane płyty i natrafił na to... wyciągnął i zaczął czytać zawartość, listę utworów itd - a mnie coś tknęło choć zwykle się nie mieszam, nie lubię nikogo pierwszy zaczepiać i nie znoszę jak robią to inni - ale wówczas się przełamałem - ten facet mruczał, że tego akurat nie zna, nie wiedział, iż taka płyta istnieje i dumał co to jest i czy kupić - wtrąciłem się, że jest świetna, piękne kompozycje - niech nie zastanawia tylko kupuje ( jakieś wtedy 39 zł ) a na pewno nie będzie żałował, świetna rzecz i w ogóle .... nie pamiętam czy mnie posłuchał 😂. To również idealny album na wszelkie "doły" :D
Załączniki
body.jpg
body.jpg (75.91 KiB) Przejrzano 3174 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

W kolejnym roku album "Smiles Ahead" (czytelna aluzja do "Miles Ahead" Davisa) będzie świętował 50 urodziny, choć sesje rozpoczęły bodajże w listopadzie w Stuttgarcie 76. Album pokazujący trudniejsze, mniej przebojowe oblicze chociażby w porównaniu do poprzednika - momentami taneczno/dyskotekowego "Body English". Kto naiwnie liczył na ciąg dalszy takich klimatów, ten mógł się poważnie rozczarować, gdyż podobnie jak wielu uznanych artystów Urbaniak zapragnął, by nowy krążek stał w silnej opozycji w stosunku do poprzednika. Więcej tu eksperymentów (inna sprawa czy zawsze prowadziły do celu i przynosiły owoce) i to na każdym poziomie - brzmieniowym, aranżacyjnym, kompozytorskim, sonorystycznym. Ma w sobie pewną "dziwaczność", ale którą w pewnym momencie, gdy człowiek wreszcie "zaskoczy" - można polubić. Nie ma co ukrywać, bardzo zyskuje po kolejnych przesłuchaniach - dla mniej wprawionych może być za trudny i ciężkostrawny. Udowadnia, że Michał nie bał się poszukiwań, nie spoczywał na laurach i wbrew logice i odnosząc sukcesy poprzednimi funkowymi melodyjnymi albumami - postanowił zawiesić sobie i fanom poprzeczkę bardzo wysoko. Mógł teoretycznie tylko stracić. Efekt jest intrygujący w czym ogromny udział obok Urszuli mieli partnerzy - szczególnie wszechstronnie uzdolnieni ale zmagający ze swoimi demonami - perkusista Woody "Sonship" Theus ( jego kaskaderski popis w finale "More Smiles Forever" plus balansujące na granicy "samobójstwa" wokalizy ) oraz klawiszowiec od Milesa - schizofrenik Horold Ivory Williams. Woody jak na młody wiek miał na koncie imponującą listę jazzowych sław, z którymi współpracował. Dość wymienić McCoya Tynera, Woody Shawa, Freddie Hubbarda, Charlesa Lloyda i Pharoah Sandersa. Urszula wychwalała jego rozmiłowanie w dźwiękach, dzięki czemu jego gra była niezwykle barwna i wzorzysta. Nie zawsze spotykało się to z uznaniem wymagającego Michała, który wtedy zwykł mawiać, że "to piękne, ale nie zawsze był w tym jazz". Grał na imponującym zestawie z baterią przeróżnych perkusjonaliów, do tego stopnia, że musieli załatwić dodatkową ciężarówkę, która byłaby w stanie pomieścić jego "kram". Basista Tony Bunn miał mieszane odczucia, gdyż na początku sesji i na pierwszych koncertach grał z innym perkusistą - Warrenem Benbowem (zmarł 2 lata temu). Tony zdążył już się z nim zgrać, a nawet zawiązać nic przyjaźni, ale brzmienie i koncepcja nie pasowała producentowi - jeśli wierzyć tej wersji - był nim mający wiele do powiedzenia w MPS Joachim Ernst Berendt. Ściągnięto Theusa i sprawy zaczęły się komplikować na wielu poziomach.


A co do Harolda - działo się jeszcze więcej :D . W swojej biografii Urbaniak z rozbawieniem wspomina w jakie "atrakcje" obfitowało podróżowanie z tą dwójką "nawiedzonych artystów" - inni pasażerowie panicznie się ich bali jak dostawali ataku i zaśmiewali do łez wygadując rzeczy w stylu " ... dostałem sygnał od Boga i jeszcze dziś nagram płytę z Parkerem, Coltrane`m i Hendrixem...." - a na sugestie że " ale proszę Pana oni wszyscy nie żyją...." - wybuchał jeszcze bardziej i zaczynał wrzeszczeć w niebo głosy "... jak mówię, że nagram to nagram...". Były spacery po torowisku, awantury z niemieckimi szefami kuchni - jeden miał gonić Williamsa z nożem za bezczelne wtargnięcie do jego kuchni ( Afroamerykanie z zespołu Urbaniaka nie potrafili ścierpieć niemieckiej kuchni - tęsknili za klasycznym "soulowym żarciem" czy zwykłymi pieczonymi kurczakami co prowadziło do sytuacji, że skrzypek obiecywał że osobiście im tego kurczaka przyrządzi tylko niech się uspokoją ). Urszula ich psychiczne problemy pięknie podsumowała nieco z egzystencjalnym kobiecym ciepłem - "... niekiedy Bóg hojną ręka coś daje, jakiś talent ale drugą coś równie cennego zabiera...". Dudziakową te ekscentryczne zachowania z czasem również zaczęły irytować - trzeba było się skupić na muzyce. Wtedy sporo koncertowali e Europie. Z przymrużeniem oka Urszula chwilową rozłąkę ze Stanami porównała do związku - że "niekiedy trzeba się za sobą solidnie stęsknić". Liczyła, że Ameryka się o nich upomni i być może pokocha jeszcze bardziej. Poza tym małżeństwo uważało, że w Europie nadal tworzy się ciekawą muzykę. Już tytuły niektórych utworów nawiązują do niekończących się koncertowych podróży np. "Schwarzwald Vibes" i "Autobahn". Sonship jeszcze był aktywny jako muzyk - był rozważany jako perkusista Weather Report w 78 - ale miał polec na szatańskiej partii w "Mr. Gone" - ale cierpienie Harolda się tylko wzmagało i po trasie koncertowej w 77 wycofał się jako aktywny muzyk i skoncentrował na sprawach kościelono religijnych - obaj zmarł w krótkim odstępie czasu w 2010 i 2011. Im zresztą lider dedykował reedycję "Smiles Ahead" wydaną przez UBX w 2016 r.


Intryguje otwór "Piece for 15 Strings" z gościnnym udziałem Emmeta Chapmana - twórcy Chapman Stick - który rozsławił chociażby Tony Levin ale i Nick Beggs z Kajagoogoo radził sobie i nadal radzi równie wybornie. Podobno jak zawsze otwarty i łasy na nowinki techniczne lider dosłownie "oszalał", gdy pierwszy raz usłyszał ten instrument - koniecznie chciał zagrać z konstruktorem. Wtedy jeszcze prawie w ogóle nie było muzyków, którzy opanowali ten niełatwy instrument. Na to trzeba było poczekać kilka lat. Swoją drogą ciekawe jak brzmiałaby grupa Urbaniaka, gdyby wtedy ktoś taki się znalazł ?. W przekroju całego albumu pełnego trudnych rozwiązań, komplikacji, łamańców rytmicznych i krótkich ale treściwych solówek - zachwyca ekwilibrystyka i brawura Urszuli. Jej wokalizy wzmacniane masą efektów (łączone w przeróżne konfiguracje) o czym z dumą pisze w komentarzu do płytki - robiły furorę a nawet lekko spychały w cień jej męża i lidera. Podobno już wtedy wytwórnie, managerowie rozważali czy ją nie promować jako solistki i "odciąć" ją nieco od dominującego i "despotycznego" męża. Album został odebrany z mieszanymi uczuciami - niektórym zabrakło dawnej radosnej funky beztroski i melodyjnego z zapożyczonymi ludowymi motywami podejścia (trochę takich klimatów mamy pod koniec "Hymn of the Uranian Sequels", chyba obok tytułowego najbardziej udany utwór, który śmiało mógł się znaleźć na 'Fusion III" lub na "Atmie", kapitalne obsesyjnie powtarzane riffy i szaleńcze skrzypce Michała) - a za dużo abstrakcji - duma Urbaniaka miała zostać na długo urażona - gdy np podczas koncertów w Niemczech miał zostać wybuczony czy wygwizdany - pewne pionierskie koncepcje w Europie muszą długo czekać na akceptacje aż staną się "kanonem" (zabawne, że Davis twierdził odwrotnie i amerykańską publiczność uznawał za mniej otwartą) - Michał długo nosił w sobie urazę "do szwabów", za tę zniewagę, o czym również wspominał w biografii. Trochę trudno im się dziwić, jeśli na żywo zaserwował im coś w stylu naprawdę "nawiedzonego" - "In the Wake of Awakening". Nie jest to muzyka dla każdego - warto przez nią przebrnąć. Jak zwykle przy takiej okazji szkoda, że nie ma dostępnych żadnych oficjalnych nagrań koncertowych z tego ciekawego ale i kontrowersyjnego okresu (o bootlegi również ciężko). Lider uważał, że "czarni dopieprzali jak należy".
Załączniki
smiles.jpg
smiles.jpg (76.71 KiB) Przejrzano 3146 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Monstrualny Talerz
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4832
Rejestracja: 24.05.2017, 10:29

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Monstrualny Talerz »

Inkwizytorze, bardzo dziękuję za te wpisy o Urbaniaku, na pewno kiedyś się odniosę, ale niestety chwilowo jestem w skrajnym niedoczasie.
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Dzięki, gorąco zachęcam, sam chętnie przeczytam i dowiem się czegoś co mi wcześniej nie wpadło do głowy lub o czym nie miałem pojęcia :D
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

A tu taka mała ciekawostka. Moim zdaniem w tym wątku warto również poruszyć mniej powszechnie znane i oczywiste aspekty i wcielenia Urbaniaka, np. jego "gościnne występy" na płytach innych artystów i inne "kolaboracje".


Inspiracje i twórcze impulsy pojawiają się w najmniej spodziewanych momentach. "Bytom Funk" - początkowo myślałem, że źle przeczytałem lub że chodzi o coś zupełnie innego. Sam nie wiem w jaki sposób wpadłem na trop tej płyty. Sprawdziłem informacje i okazało się, że to nie przypadek - pianista Christoph Spendel naprawdę urodził się w Bytomiu 😂. W ubiegłym roku świętował okrągłe 70 urodziny. Od lat jest poważnym i szanowanym profesorem na akademii muzycznej we Frankfurcie nad Menem. W 1989 nagrał swój kolejny solowy album nazwany po prostu "Spendel". Wcześniej mało słyszałem o tym muzyku. Być może mignął mi na jakimś koncercie z Lee Ritenourem i Tomem Brechtleinem. Przedstawiany jest jako niemiecki keyboardzista. Mimo upływu lat nadal człowieka potrafi coś zaskoczyć (i bardzo dobrze, w końcu żyje się właśnie dla takich chwil). Jeszcze większe zdziwienie gdy zerknąłem na listę muzyków - same sławy - saksofonista od Davisa - Bill Evans (ten młodszy), perkusja to Steve Gadd i Lenny White, bas - Anthony Jackson, gitara - Steve Khan. Producentem obok lidera byli nie kto inny jak nasz nieodżałowany Michał Urbaniak, który dołożył swoje żywiołowe partie skrzypiec w paru utworach oraz Matthews Radziejewski 😁. Ten drugi to Maciej Radziejewski - bluesowy gitarzysta i basista z Katowic, współzałożyciel oryginalnego Krzaka, potem z Niemenem, Nalepą, w 81 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i tam wszedł w środowisko muzyków sesyjnych, niejednokrotnie grając z najlepszymi wyrabiając sobie imponującą markę (to on jest aranżerem "Bytom Funk" - na marginesie ciekawa forma promocji miasta - jestem więcej niż pewien, że wśród władz, urzędników nikt nie jest świadomy, że taki utwór powstał).


Co mnie ogromnie zdziwiło to brak tego krążka w oficjalnej dyskografii Urbaniaka (autorzy książek tym razem się nie popisali) - jako producent i sideman (podobna sytuacja w przypadku projektu "Metropoly" Klimczuka, o tym również warto kiedyś znów przypomnieć i WRESZCIE wydać na CD.... Oscarze) - i to w obu jego biografiach czy na stronach internetowych jemu poświęconych. W podziękowaniu Chris wymienia Michała, że to on wprowadził go na salony muzyczne Nowego Yorku i mógł nagrywać album również w tamtejszych studiach Atlantic. To naprawdę mało znany album. Spendel jako solista i lider swojego zespołu nagrał z kilkanaście krążków. Stylistycznie całość może kojarzyć się głównie z dokonaniami artystów ze stajni wytwórni GRP - w/w Ritenour, Grusin,Benoit, Yellowjackets ale również Spyro Gyra czy późny solowy Urbaniak (jego obecność więc nie jest więc przypadkowa). Niektórym może wydawać się zbyt "mechaniczna", komputerowa i przesadnie nasycona funkiem i elektroniką. Sam początkowo podszedłem do niej dość ostrożnie. Ktoś może zażartować, iż taaaaka okładka nie może zawierać złej lub przeciętnej muzyki. Zdziwiło mnie, iż swój egzemplarz kupiłem tak śmiesznie tanio. Mimo konsekwencji stylistycznej i zdyscyplinowanych aranży to dość urozmaicony album. Na przestrzeni prawie 65 minut wiele się dzieje. Jest na nim prawdziwa perła gatunku fusion - "Eilat", najbardziej wciągający utwór, w mocno akustycznej oprawie co zdecydowanie wyszło mu na dobre, delikatna partia gitary akustycznej Khana, melodia i ciekawe rozwiązania harmoniczne, których nie powstydziłby się Pat Metheny Group. Ten kawałek mógłby się nigdy nie kończyć, za każdym razem mam ochotę go posłuchać ponownie. Idealny na koniec udanego dnia gdy powoli robi się szaro, słońce zaszło i trzeba w domu zapalić światło. Tym "światłem" jest kompozycja Spendela. Sporo smaczków perkusyjnych i świetny aranż autorstwa Lenny White`a. Urbaniak dokłada swoje charakterystyczne sola w "Columbus Circle" i "Otto`s Magic Bus", szkoda, że nie robi tego częściej. Jednym z głównych solistów jest bardzo ekspresyjny i czujący nowe trendy w jazzie opromieniony współpracą po wielkim powrocie Davisa - saksofonista i flecista Bill Evans. Jego styl to połączenie tradycji bopu z tradycją "ulicy" - jego melodyjna gra idealnie wpasowuje się w "hiphopowy" charakter i feeling albumu.


Można mieć pewne drobne "zastrzeżenia" do pianistyki i "dotyku" lidera - dla wielu jego gra może wydać się zbyt "kanciasta", nuty przesadnie "bite", brakuje większego liryzmu, płynności i oddechu. Może to wrażenie "komputerowej rytmiki" jego partii wynika stąd, że w mniejszym stopniu grał na typowym fortepianie akustycznym, a na pianie cyfrowym Korga - wtedy te instrumenty były jeszcze mocno niedoskonałe. Więcej liryzmu i zadumy mamy w trzech zamykających kompozycjach, gdzie dominuje piano Korga Spendela na syntezatorowym tle - "Suite 11F" , "Piano Graffity" i "Manhattan Candlelight" (idealne do słuchania późną nocą). Niejednokrotnie warto dać utworom szansę i słuchać w skupieniu, po może nie specjalnie obiecującym początku dana rzecz fajnie się rozwija - np. "Banana Republik" czy "Columbus Circle". Album przesycony jest również aurą muzyki filmowej z tego okresu - śmiało mogła być wykorzystana w serialu Policjanci z Miami (Spendel był odrobinę podobny do autora - Jana Hammera). Fascynację obrazkami i klimatem Nowego Yorku mamy w "Midnight", "New York P.M" czy wspomnianym zamykającym "Manhattan Candlelight" - czuć ten ruch, pośpiech, bogactwo smaków, kolorów i zapachów oraz kuszącą obietnicę niezapomnianych wrażeń jakie gwarantuje nocne życie tego miasta - stąd ta "rozerotyzowana" okładka. Widocznie po pierwszej fascynacji i "zachłyśnięciu" się życiem tam - Chris "grzecznie" wrócił i ustatkował się w Niemczech, a ściśle na uczelni we Frankfurcie 😎
Załączniki
spendell1.jpg
spendell1.jpg (86.13 KiB) Przejrzano 3102 razy
spendell2.jpg
spendell2.jpg (89.29 KiB) Przejrzano 3102 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Niebawem płytka będzie obchodzić swoje 35 urodziny - ukazała się w 1992 ale nadal świeci pełnym blaskiem. Krążek ma słuszną opinię jednego z najlepszych lub o ile nie najlepszego z okresu "dojrzałego" Urbaniaka. Znam osoby, które nawet specjalnie za nim nie przepadają, a na pewno za jego dokonaniami z wczesnych lat 70, ale o "Manhattan Man" mają jak najlepsze zdanie i regularnie wracają do tego krążka. To był wyjątkowy okres w jego życiu. Niedawno zawarł kolejne (już trzecie) małżeństwo z lekarką Barbarą Trelą (bliską krewną aktorki Grażyny Treli - zresztą była nawet do niej podobna) i zrelaksowany w nowym stworzonym domowym studio nagraniowym nie musząc przeżywać emocjonalnego i uczuciowego roller-coastera (jak to miało miejsce w przypadku relacji z Lilianą) pełny zapału i wiary we własne siły zabrał się za nagrywanie nowego albumu. Muzyk czuł, że to musi być coś - i będzie - ważnego i wyjątkowego. Powoli zbliżała się jego 20 rocznica odkąd zamieszkał w ukochanym Nowym Yorku. Postanowił złożyć hołd dla miejsca, w którym czuł się tak wspaniale. Wspominał, że uwielbiał jeździć po Manhattanie w otwartym Cadillacu, słuchać chociażby Marvina Gaye`a (śpiewającego o kobiecie w pościeli) i chłonąć wszystkie barwy, zapachy i klimat. Z dumą podkreślał, że "Manhattan Man - to był ON".

Gdy album się ukazał rozdzwoniły się telefony. Muzyk był zapraszany do telewizji, na wywiady do prestiżowych tygodników, radio grało te utwory, a kolejki na koncerty w klubach zakręcały za następną ulicę. Najbardziej wymowny jest pewien incydent - na marginesie jedna z ulubionych anegdot artysty. Szedł (a w innej wersji był w jakimś lokalu) ulicą i ktoś do niego podszedł i już myślał, że chce mu dać z byka, a ten pocałował go w czoło pytając czy "jest TYM Urbaniakiem od Manhattan Mana" - ten, że "sure"/owszem, na co zaczepiający odparował, że to najpiękniejsza muzyka jaką słyszał, że pieprzony polaczek uczy nas jak grać jazz, ani poezja ani literatura nie oddała natury Manhattanu jak jego płyta, a przecież ten gościu się tu urodził. Nic dodać. Bodajże Down Beat za rok 1992 miał mu przyznać 3 miejsce wśród najważniejszych wydarzeń tego roku. Na ulicy kłaniali mu się znani i obcy ludzi - czym z pewnością zaimponował Barbarze Treli (niestety nie na długo, ale to już inna historia). Podkreślano, że obok Hancocka, Grusina i Ritenoura, on jest jednym z tych nielicznych artystów, którzy z powodzeniem stosują najnowocześniejszą technikę we współczesnej muzyce. Napływały gratulacje od m.in Joe Hendersona, Herbie Hancocka i Dizzy Gillespiego (który miał podobno zawsze w zabawny sposób przekręcać jego nazwisko). Jakieś fragmenty zostały ponoć wykorzystane w filmiku ostrzegającym przed AIDS razem z piosenkami Phila Collinsa.

Tworząc w domowym studio mistrz się nie oszczędzał. Miał pracować niekiedy po 20 godzin na dobę, non stop pieszcząc i szlifując każdy detal. Jak sam mówi - chciał zagrać i nagrać "prawdę". Żadnych eksperymentów robiących ludziom wodę z mózgu, bez grepsów, podlizywania się, bez naśladowania kogokolwiek. To miała być w pełni autorska płyta, z autorskim materiałem. Chciał zamieścić trochę więcej nostalgii, sentymentu i smutku w kompozycjach, które miały odzwierciedlać jak wiele uczucia żywi do magicznego miejsca, choć zwykle "smutków" w swojej muzyce unikał.
Urbaniak przyjął metodę pracy swojego idola - boskiego Milesa Davisa z projektu "TUTU" - sam zasiadł za biurkiem i z niego wszystkiego doglądał (nie rezygnując z ukochanych instrumentów - skrzypiec i saksofonu). Nie miał stałego zespołu tylko do konkretnego kawałka zapraszał wybranych muzyków i gości i dawał im wskazówki jednocześnie dbając o podkłady, akompaniament, barwy instrumentów itd itd. Nie chciał jak mawiał "wirtuozów", ale ludzi, którzy rozumieliby jego przesłanie, muzykę i dla których było jasne, że tylko ON jest szefem, tylko jedna wizja będzie realizowana.

Urbaniak do tytułowego pełniącego rolę klamry spinającego krążek zaprosił genialnego multiinstrumentalistę - natchnionego wirtuoza harmonijki belga Tootsa Thielemansa. "Paris Groove" zaszczycił swoją obecnością sam Herbie Hancock. A skoro mowa o pianiście - Michał z rozbawieniem i po latach pewną goryczą wspominał okoliczności powstania całego projektu i jego odbioru wśród fanów, krytyków, dziennikarzy i innych muzyków. Mimo, iż nagradzany - skrzypek doświadczył pewnego "rasizmu" - tym razem ze strony czarnych - starał wszystko obrócić w żart i starać postrzegać Manhattan Mana w jasnych barwach - mimo to dawano mu do zrozumienia - "że takiej muzyki nie mógł nagrać biały i na dobrą sprawę wiele patentów i rozwiązań, feelingu i klimatu podebrał czarnym". Urbaniak zrobił ponowną furorę ale ten krążek wyszedł mu wedle opinii otoczenia - aż za dobrze. Mógł czuć lekko niedoceniony, ale też pękać z dumy.

Mój osobisty faworyt z płyty ? - bezdyskusyjnie "Street Talk" - z jego "talking violin" - którymi zaintrygował samego Milesa Davisa - idealna kompozycja by spacerować po najbardziej ekskluzywnych i prestiżowych ulicach Manhattanu - z bezczelną miną, złotym Rolexem i paroma tysiącami dolarów w kieszeni. Wspaniała melodia i ten groove - kawałek był ozdobą licznych smooth jazzowych składanek. Kojarzą go nawet ci, którym nazwisko "Urbaniak" nic nie mówi. Tradycyjnie gdybym spotkał kosmitę zainteresowanego fenomenem Urbaniaka - spokojnie w pierwszej kolejności puściłbym mu właśnie "Street Talk". Gdyby wpakować jeszcze większe sumy w promocję - to byłby gigantyczny hit. Podobnie jak okraszony zmysłową partią saksofonu - "City Lights" (potem pojawił się na specjalnie dedykowanej kochankom płytce "Sax & Love" i "Sax, Love and Cinema" - widać związek z Trelą wyszedł mu chwilowo na dobre i stanowił niezłą inspirację). Muzyka idealnie nadająca do wieczornego powrotu z pracy - gdy jedna część miasta zasypia a inna budzi do życia - te liczne światła, otwierają podwoje lokale i jazzowe kluby. Te wszystkie obrazy zawarł w tych w/w utworach Urbaniak i na całym albumie. Niektórych raziły te ich zdaniem "natrętne" mechaniczne podkłady i syntezatorowe aranże - lecz to zaserwowane z ogromnym smakiem i czuć rękę konesera. Dlatego płyta zrobiła takie wrażenie i nadal może się podobać - czuć obcowanie ze sztuką przez wielkie "S" ale i pyszną rozrywką - np. nieco hip-hopowe (co w jego przypadku wcale nie razi) "Paris Groove", wokalny "Don`t Wait", rozerotyzowany "Torn Apart" i nieco tajemniczy "Beaty and Hope" (śmiało mógłby zostać wykorzystany w jakimś popularnym serialu policyjnym).

"Manhattan Man" - relaksuje, odpręża, zachęca do myślenia, daje ukojenie i intryguje. Niestety płyta nie licząc kopii mp3 w necie - ciężko dostępna - od lat nie wznawiana - trzeba szczęścia i sięgnięcia głębiej do portfela jeśli pojawi na aukcjach allegro - ale warto. To trochę wstyd, że tak ważny i udany album nie jest dostępny na CD. Nasi krajowi jazzmani uprawiający "bop-pol" lub "pol-bop" - wypowiadali z szacunkiem dla skrzypka ale z drwiną i szyderstwem do samej stylistyki i obranego kierunku muzycznego - wszystkie Karolaki, Ptaszyny, Śmietanki i Namysłowskie - zwyczajnie tego nie czuli. Ich zdaniem wahadło światowego jazzu po wpływem krucjaty samozwańczych "mesjaszy" Marsalisów znów wychyliło w kierunku tradycji - ba.... sekundowali im inni wielcy z młodszego jazz-funk pokolenia jak Scofield. W przypadku naszego podwórka - przemawiała przez nich urażona duma i brak zrozumienia, że świat i jazz muszą iść do przodu.

Mam mieszane odczucia, że Urbaniak jest coraz mniej słuchany, a mogło się wydawać, że po jego śmierci rozbudzi się większe zainteresowanie jego muzyką, niestety na razie tak się nie stało. Trzeba też zadać sobie pytanie czy aby na pewno został wcześniej przesłuchany wnikliwie i w skupieniu.
Załączniki
manhattanman.jpg
manhattanman.jpg (48.24 KiB) Przejrzano 3067 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Jeden z nielicznych albumów z przebogatej dyskografii niezwykle również od strony biznesowej uzdolnionego Urbaniaka - przedsiębiorczość i zaradność z pewnością odziedziczył po matce 😉 - które w dalszym ciągu nie są osiągalne na CD. Nie wiadomo z czego to wynika - może z faktu, że wydała to Pausa Records, a może z faktu, iż może zapodziały się taśmy matki lub jest problem z prawami autorskimi. Przez długie lata obiekt mrocznego pożądania kolekcjonerów i powracające pytanie fanów - "kiedy ukaże się wznowienie" ? i kto to ma i może się podzielić choćby w formie przeciętnej jakości mp3 ?. Ja swoją kopię całkiem fajnej jakości dostałem od mentora i "muzycznego druha" - Boczeq`a (czyli najwybitniejszej postaci na tym forum), który rozumiał i doceniał jaką miłością pałam do niektórych artystów i z jakim poświęceniem zgłębiam temat nieznanych nagrań. Krąży opinia - że podobnie jak w przypadku innego "białego kruka - czarnego krążka" - "Plaka Nights" Namysłowskiego, "Daybreak" gdy wreszcie trafi w ręce najszczęśliwszego pod słońcem pasjonata ..... zdaje lekko rozczarowywać, czyli więcej "legendy" niż konkretów. Moim zdaniem niekoniecznie - to solidny, bardzo równy i dobry album. Trochę prawo serii - ot, Urbaniak nagrał kolejny album w "stylu Urbaniaka", wiemy, znamy, ale bez rewelacji. Być może nie jest aż taki świeży, porywający, błyskotliwy i naładowany energią jak ciut młodszy "Serenade for the City" ( chyba jeden z moich najulubieńszych) - ale i tak słucha się z przyjemnością.


Z perspektywy dzisiejszej wiedzy i po lekturze jego biografii - chyba lepiej rozumiemy ten okres. Sam Michał, przyznawał na stronicach książki - że wtedy powoli tracił serce do fusion czy jazz-funk-fusion, które stało jego wizytówką, poczuł z biegiem lat przesyt i to całkiem naturalne. Marzył mu się powrót do korzeni jazzu (z dumą podkreśla, że przewidział renesans hard-bopu / be-bopu) - potężny sound rozbudowanej sekcji dęciaków, rozgrzewająca do czerwoności lub białości groove sekcji rytmicznej, bujające kompozycje a on swinguje jak szalony na skrzypcach czy "kochance" czyli saksofonie. Urszula miała z powodzeniem wyjeżdżać w długie solowe trasy koncertowe co powodowało ukłucie zazdrości Michała - muzyczne, artystyczne i osobiste - po latach przyznawał, że ogarniała go paranoja, że go zdradza lub chce porzucić.... miał ją ścigać pociągami, samolotami, nachodzić w hotelach (muzycy z zespołu towarzyszącego Dudziakowej mieli często darmowe przedstawienie)....co w końcu pchnęło do brzemiennego (nie dosłownie) w skutkach i ściągającego na głowę biednego muzyka serie katastrof romansu, a potem "małżeństwa" do mało stałej w uczuciach Liliany - na marginesie co się między tą dwójką wyrabiało to materiał na nie jeden film lub kilkadziesiąt pikantnych sezonów seriali.


Nie można z czystym sumieniem napisać, że "Daybreak" to album wymęczony, pełny negatywnych emocji czy potwierdzający zagubienie lub artystyczny kryzys. Kanon skrzypka poszerzyły przynajmniej dwa wybitne kawałki - otwierający tytułowy ze wspaniałą melodią, skradającym się funkowym akompaniamentem, rozbieganą, ruchliwą i pełną cudownych skoków interwałowych solówką skrzypiec lidera - który na chwilę wraca do bardziej naturalnych barw "drewna" i odpuszcza syntezatorowe przybrudzony sound i przede wszystkim rozkosznie miękka, perełkowa, dokazująca, zdradzająca lekkie wpływy Jana Hammera - solówka na Mini Moogu nieodżałowanego Kenny Kirklanda - wtedy ok 25 letniego. Muzyk wskoczył na pokład grup Urbaniaka około 77 jako 22 latek, potem stał się nadwornym pianistą braci Marsalis i zdobył sławę i bogactwo u Stinga, zmarł na problemy z sercem w 98 - a miał tylko 43 lata, wielka strata. Zabawne, bo jako zawodowiec zaczynał od mocno funkowego fusion by oddać klasycznej odsłonie jazzu a la Messengers / Marsalis i nigdy do jazz-rocka nie powrócić a nawet niekiedy wypowiadać się o nim z wyraźną niechęcią. Drugim wybitnym kawałkiem jest "klasyk" autorstwa Karolaka - "7 for 5" - fanom serii Polish Jazz doskonale znany z solowego krążka Czesława Bartkowskiego - "Drums Dream". Tu wersja bardziej funkowa, "zelektryfikowana" i "zamerykanizowana" - nadal główny motyw wpada w ucho i zdaje być kwintesencją dobrego jazzu. Pozostałym kompozycjom doprawdy trudno cokolwiek zarzucić - mamy wokalną ekwilibrystykę coraz bardziej niezależnej Dudziak, pojawia nawet jedna jej własna kompozycja "Call Me Monday" - czyżby kolejny dowód, iż zgodnie z legenda i opinią bliskiego grona "powoli zrzucała kajdany, które Michał na nią rzekomo narzucił" ?.


Fani Urbaniaka darzą "Daybreak" sporym szacunkiem i jeśli posiadają oryginalny winyl - traktują jak relikwię - lubią tę muzykę - tylko tyle lub aż tyle. Podobno na ówczesnych koncertach "Daybreak" był regularnie wykonywany. Z tylnej okładki uśmiecha do nas lider w swoim charakterystycznym "kapeluszu bacy" - ale gdy znamy okoliczności powstania - wydaje, że ciut nadrabiał miną lub powodów do śmiechu nie miał za wiele. Po "Daybreak" był na stylistycznym rozdrożu a cała dekada 80 mimo wielu momentów triumfu i ekstazy - choćby zaproszenie przez Milesa czy początkowo upojna faza rozkwitu romansu z Lilianą ( wcześniej zmienił image, mocno schudł, pozbył się zarostu, skrócił włosy, wyprzystojniał ) - miał równie wiele momentów zwątpienia czy upadku (powrót do chlania0. Nie zmienia to faktu, że moment gdy ten album ukaże w końcu na srebrnym dysku - ogromnie ucieszy fanów. Wzorcowo gra sekcja - perkusista, bardzo ceniony w branży Lurenda Featherstone i najmniej znany ale trzymający nienaganny timing David Saltman.
Załączniki
daybreak1.jpg
daybreak1.jpg (58.94 KiB) Przejrzano 3030 razy
daybreak2.jpg
daybreak2.jpg (92.32 KiB) Przejrzano 3030 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Urbaniak w swojej karierze dość sporadycznie udzielał się w roli sidemana jak również niewiele ukazało się płyt na których dzielił by się swoimi obowiązkami lidera jeszcze z kimś innym (nawet jeśli do tego doszło do różnice artystyczne i ambicje powodowały, iż współpraca nie układała się najlepiej np. z Billy Cobhamem). Wyjątek stanowiły projekty z bliskim przyjacielem Larry Coryellem oraz duety z Władysławem "Adzikiem" Sendeckim. Prawie równo 40 lat temu zrobił kolejny wyjątek i nagrał wyjątkowy projekt z dwoma innymi gigantami nowoczesnych skrzypiec - z Johnem Blakiem Jr. oraz Didierem Lockwoodem. Powstała unikatowa płyta - "Rhythm & BLU". Nagrana w czerwcu 1986 w Media Sound w Nowym Yorku, wydana przez wytwórnię Gramavision - tę samą dla której bardzo dobrze przyjęte jazz-funkowe albumy nagrywał w drugiej połowie lat 80 John Scofield. Nieco abstrakcyjną okładkę luźno nawiązującą do dzieł Vassily Kandinskiego zaprojektował znany grafik Ivan Chermayeff. W historii jazzu czy fusion-jazzu nie było za wiele krążków, na których dochodziło do "spotkania na szczycie" - czyli mistrzów elektrycznych skrzypiec. Każdy z 3 panów reprezentował nieco odmienny styl - ale ich wrażliwość, smak i "dotyk" stworzyły wyborną i pyszną mieszankę. Nikt nikomu nie przeszkadzał, nikt nie próbował dominować, narzucać swojej woli czy wizji. Nie było również miejsca na żaden "cyrk" lub popisywanie się przed sobą w ramach "ego". Na całym albumie słychać wzajemny szacunek, znajomość tradycji oraz to, iż trio świetnie się bawiło i czuło ze sobą. Każdy reprezentował nieco inne pokolenie i kraj: Polak, Amerykanin i Francuz. W ubiegłym roku wszyscy trzej wreszcie "się spotkali" po latach i pewnie teraz grają w lepszym świecie. Michał, choć najstarszy przeżył pozostałych. Najpierw w 2014 odszedł Blake z powodu powikłań szpiczaka mnogiego. W 2018 zmarł na zawał Lockwood. W ubiegłym roku pożegnaliśmy naszego mistrza.


Na zdjęciu z tylnej okładki uśmiechają się do nas liderzy - Didier, który wtedy ledwo przekroczył 30, powoli dobijający do 40 John oraz Michał, który dzięki "femme fatale" nie tylko kina ale również środowiska jazzowego Lilianie przechodził drugą młodość - co zresztą od razu widać. Krzysztof Komeda jednemu ze swoich muzyków powiedział bardzo pouczająca rzecz, gdy musiał go zwolnić z powodu spięć z Zofią: "... mężczyźni w historii dla kobiet robili gorsze rzeczy..." :D . Chwilowo zakochany Urbaniak tworzył wyjątkowej urody "rzeczy" - mowa o niewątpliwej ozdobie tego krążka - czyli kompozycji "Liliana". Oparta na prześlicznej melodii, nieco sentymentalna, czuła ale nie przesłodzona, ciut staroświecka, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Ma w sobie coś z francuskich romansów i tej ich wrażliwości. Jeśli warto sięgnąć po "Rhythm & BLU" to choćby dla tego utworu. W późniejszych latach skrzypek miał jeszcze wracać do tego pomysłu np. na wspomnianym "Cinemode" zupełnie zmienił aranżację i całość zatopił w elektronicznym patosie. Dzięki temu możemy lepiej poczuć te szaleństwo i uczucia opanowujące zakochanego mężczyznę. Chyba prawie każdy z nas w swoim życiu spotkał "swoją Lilianę" - więc tu chyba nie trzeba za wiele wyjaśniać 😉. Gdy myślę o najbardziej udanych i reprezentacyjnych kompozycjach skrzypka to jest jedna z pierwszych rzeczy, które zawsze przychodzą mi do głowy (obok "Body English", "Street Talk", "Serenade"). Nie jestem wcale odosobniony w opinii - że ta wersja "Liliany" jest najdoskonalsza - gdy melodia jest wyeksponowana dzięki trzem pełnym fantazji skrzypkom. Michał tradycyjnie skorzystał ze swoich "talking violin".


Album poznałem dawno temu, chyba na początku studiów, gdy dosłownie "wżerałem" się w dyskografię.... Didiera Lockwooda. Spodobały mi się jego wcześniejsze rzeczy jak "Surya" (choć krąży opinia, że to bardziej album jego brata Francisa), "New World", "Fusion", "Fasten Seat Belts" oraz przebojowy "The Kid". Począwszy od "Out of the Blue" Lockwood zaczął powoli zwracać się w stronę tradycji i bardziej akustycznego podejścia w duchu jednego z mentorów - legendy Stephane`a Grappelli (podobno bardzo lubił od czasu do czasu grać z Didierem - co nie powinno dziwić z dwóch powodów - zabójcza technika oraz.... uroda.... nie jest tajemnicą, że Stephane miał wielką słabość do urodziwych i przystojnych mężczyzn, by przypomnieć Dave`a Gilmoura.... nasz Michał mógł spać spokojnie - nie ten typ). "Rhythm and BLU" zgrany przez jakiegoś pasjonata z winylu od razu wpadło mi w ucho. Szukając informacji okazało się, że w dalszym ciągu nie ma tej płyty na CD - a to wielka strata. Co prawda w ok. 1987 ukazało się CD japońskie - ale jest praktycznie niedostępne. Skrzypkom towarzyszy zgrany i doświadczony zespół studyjnych asów - czyli Lenny White, Bernard Wright i Marcus Miller na zmianę z Carlem Jamesem. Niewiele jest tu premierowych kompozycji, panowie skorzystali już ze wcześniejszych pomysłów. Dominują autorstwa Michała - jak doskonale znana i lubiana równie romantyczna i melodyjna "Serenada" z "Serenade for the City" czy "Facts of Life" z w/w projektu z Coryellem. John Blake Jr. zaproponował kojarzący sie z "Pick Up the Pieces" Average White Band - "Fiddle Funk", a Lockwood dwie - nawiązującą paradoksalnie do solowych dokonań Urbaniaka (można zapytać - w takim razie kto tu kogo inspirował ?) pokotłowany rytmicznie "Format" oraz naprawdę pierwszorzędny, rozpędzony, porywający (nie sposób usiedzieć w miejscu) do tańca "Va va voom" - znany z koncertów jego kwartetu. Mamy tu muzykę na styku stylów latynoskiego i francuskiego. Panowie z polotem prowadzą dialog na tle sprawniejszej od maszyny sekcji rytmicznej, a swoje solo dokłada Bernard na prawdopodobnie DX7. Prawie każdy wie, że "va-va-voom" - oznacza coś lub kogoś wyjątkowo atrakcyjnego, pełnego energii, witalnego, pełnego charyzmy i seksapilu. To chyba drugi najmocniejszy punkt tej płyty. Na swoich koncertach np. z pianistą Gordonem Beckiem grał to mniej funkowo i bardziej akustycznie w duchu Quintette du Hot Club de France, ale na "Rhythm and BLU" panowie naprawdę dali czadu, a podobno "fusion" się wtedy kończyło :roll: Podobnie jak wiele innych - nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten album jest kompletnie zapomniany. Czy jest szansa, by wreszcie porządnie ukazał się na CD ?. Na szczęście krążące kopie z winylu brzmią całkiem przyzwoicie. Muzycy z zachodniej Europy i Amerykanie wypowiadali się z ogromnym uznaniem o niezaprzeczalnym wkładzie naszych skrzypków dla jazzu i podniesienia tego instrumentu we współczesnej muzyce - nie tylko o Urbaniaku, ale i Seifercie i Dębskim. Dziwne, że sam Michał rzadko wspominał ten projekt i w wywiadach prawie do niego nie wracał.
Załączniki
blue1.jpg
blue1.jpg (204.47 KiB) Przejrzano 2866 razy
blue2.jpg
blue2.jpg (105.61 KiB) Przejrzano 2866 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

"Urbaniak" to paradoksalnie jeden z pierwszych albumów jakie poznałem tego artysty "jako zamknięta" całość. Nie licząc pojedynczych wyrwanych z kontekstu kompozycji, które czasami obijały się o uszy we wczesnej młodości. Jednocześnie to album, do którego chyba najdłużej musiałem się przekonać. Nie ukrywam, że początkowo tego "nie chwytałem". Byłem na pewno bardzo zainteresowany, chciałem poznać jego dokonania i zrozumieć fenomen, ale "traf" i "pech" chciały, iż w moje ręce najpierw wpadło to wydawnictwo. Natknąłem się na to przypadkiem gdzieś koło 2000 r. wertując albumy winylowe w miejskiej bibliotece w dziale audio-video. Nie trudno się domyślić, że to była krajowa wersja o innej okładce (którą zaprojektował uznawany na świecie i wielokrotnie nagradzany artysta-grafik Rafał Olbiński - przez ok 10 lat był związany z Bogną Sworowską... szczęściarz :wink: ) - wydana w 1979 przez nasz Pronit / Tonpress. Nakład był całkiem spory i zapewne wiele takich egzemplarzy trafiło do różnych bibliotek w całym kraju, inna kwestia - czy cieszyła się zainteresowaniem. Mój egzemplarz, który sobie błyskawicznie zgrałem (Bogu dzięki za nagrywarkę CDR) był prawie nie słuchany. Mam wrażenie, że dokonano trochę "niefortunnego" wyboru, by zapewne pokazać jaką muzykę tworzy i jak "rozrabia" w Stanach nasz krajan - Michał Urbaniak. Wiele osób kojarzyło to nazwisko, muzykę już niekoniecznie. Materiał nagrano w sierpniu w Zurychu w studio Powerplay. Ukazał się w 1977 z nieco inną okładką - widzimy rozleniwionego, pełnego błogości muzyka ubranego jakby w kimono (bardzo modne rozwiązanie w tamtych czasach) a na tylnej desce od skrzypiec ma wizerunek jakiejś kobiety. Dawniej w swojej naiwności myślałem, że to już wtedy była Liliana (dementuję sugestie i krążące domysły - absolutnie nie mam obsesji na jej punkcie - za punkt honoru obrałem sobie omijać takie kobiety szerokim łukiem - co i innym polecam :D ). Urszula Dzudziak to również nie jest - nic to. Tym razem chyba zabrakło pomysłu na dobry tytuł, lub nikt sobie tym nie zawracał głowy. Pomysłów było kilka, lecz nie zostały wykorzystane.

W tamtym czasie Michał w ramach wdzięczności za "wszystko" łamiąc własną przysięgę (nigdy więcej żadnych Polaków w zespole) ściągnął do stanów w imię starej przyjaźni giganta Zbigniewa Namysłowskiego. "Namysłower" lub "Zygmunt" (jak nazywali go koledzy) po cichu liczył, że w USA zrobi podobną furorę i karierę co Urbaniak oraz (w nieco mniejszej skali) Makowicz. Wtedy powoli dobijał do 40 i miał naprawdę mieszane uczucia jeśli chodzi o fusion-jazz. Po latach gorzko i kwaśno wspominał, że to Urbaniak natłukł mu do głowy takich rzeczy, żarliwie zapewniał, że tak się teraz na świecie gra, takie rzeczy puszczają w radio i tego typu spraw słuchają dzieciaki kupujące płyty i uczęszczające na koncerty. Przez jakiś czas wydawało się, że tam zakotwiczy, niestety różnice artystyczne spowodowały, że współpraca z Urbaniakiem się zakończyła. Saksofonista próbował działać sam, nawet założył zespół - jednakże zawirowania rodzinne w tym rozwód i choroba córki, z którą bardzo był związany przesądziły o powrocie do kraju. Doświadczenia i obserwacje w Stanach (znów chce się zacytować Komendanta Ochotniczej Straży Pożarnej w Kopydłowie - śp. Leszka Benke ze "Spotkania z Balladą" o swoim przyjacielu Władku Pagaczu / Kajetanie Wolniewiczu "... gospodarz pełną gębą - w Hameryce był to się napatrzył ..." :D ) nie poszły na marne i nasz Namysłowski postanowił coś z tamtejszego podejścia przeszczepić na nasz grunt zakładając niezwykle udany i lubiany przez publiczność (gorzej było z pseudo-dziennikarzami) zespół Air Condition, ale to już inna historia. Bardzo szybko stracił serce do takiej muzyki, stał się żarliwym krytykiem takich poczynań czy grup w rodzaju Young Power, Pick-Up itd. nazywając "frajerstwem" wspomaganie się elektroniką. Stać go było na dystans, śmiejąc się z siebie, że "musi odgrywać rolę zgreda, który się czepia".

Wracając do albumu "Urbaniak". Na 7 utworów - 4 są autorstwa Zbyszka, do tego stopnia, że można pomyśleć, iż zdominował całe przedsięwzięcie i to prawie jego autorski album. Pierwsza nasuwająca się myśl, że o to mamy "super grupę" i dopiero teraz doszło do super fuzji". Nie do końca tak się stało i nie jednego album może rozczarować. W przeszłości Urbaniak sięgał po jego kawałki ze słynnym "Kuyaviak Goes Funky" na czele. Pomysły bliskie fusion znalazły się również na wartościowym i często pomijanym projekcie - polsko/amerykańsko/szwedzkim - Pop Workshop na bardzo dobrym albumie "Song of the Pterodactyl". Nawiązał również współpracę z zespołem Klausa Lenza Jazz & Rock Machine - ciekawy album "Sleepless Nights" z 1980. Stąd doprawdy - niezwykle kręte były artystyczne ścieżki muzyka i równie trudno było pojąć jego artystyczne wybory, a następnie ich ocenę. Być może najmocniejszym punktem albumu i rzeczą, która najbardziej zapada w pamięć jest jego utwór - "Jasmine Lady". Podlane i przyprawione orientem, z wokalizami Urszuli od razu przywołującą feeling kraju kwitnącej wiśni - wielkie wrażenie robi snująca się i zmysłowa główna melodia grana wspólnie przez skrzypce i saksofon altowy. Nieco odmienną wersję, rozbudowaną i mniej funkową autor nagrał w 1979 dla niemieckiej Vinyl Records w kwartecie z Kulpowiczem, Stefańskim i Jarzębskim. "Jasmine Lady" to jeden z paru przykładów jak mimo zahamowań Namysłowski wszedł w stylistykę uprawianą przez Urbaniaka. Sam zainteresowany oraz muzycy z jego kwartetu określali kompozycję jako jedną z "łatwiejszych" do opanowania i zagrania, to prawdziwy ewenement :D .

"Urbaniak" 77 to bardzo nierówny album. Rozpoczyna go zabawowy, przebojowy i radosny jakby w duchu wspólnych dokonań małżeństwa Flora Purim / Airto Moreira - "Tie Breaker" - dedykowany Wojciechowi Fibakowai, z którym nasz duet Urszula / Michał często grali w tenisa, a najpierw u samego mistrza pobierając nauki. Fibak dopiero wchodził w "działkę" dzieł sztuki, by potem z równym powodzeniem w działkę "załatwiania hostess" na eventy :D . Niestety na tym drugim biznesie nieco się przejechał i zwinął majdan ku rozpaczy wielu majętnych i wpływowych gentlemanów. Epstein z radością zagospodarował tę "niszę" :D . W środku "Tie Breakera" mamy filuterne solo lidera na Lyricornie - do tego stopnia nasycony elektroniką, że pierwotnie byłem na 200% przekonany, że to Mini Moog. Na jakiś czas skład zespołu akompaniującego się ustabilizował - mieliśmy w dalszym ciągu Tony Bunna na basie (czasem również na gitarze), Kenny Kirklanda na keyboardach (elektryczne piano i Moogi) oraz Lurende Featherstone`a na perkusji. Krążek uznaje się za "przejściowy" i będący trochę kompromisem między bardziej przebojowym wcieleniem Urbaniaka a jego eksperymentami i łamańcami znanymi z kontrowersyjnego "Smiles Ahead". Wspomniany "Jasmine Lady" spokojnie mógłby trafić na "Body English", z kolei lekko kapryśne i nieobliczalne rzeczy jak "Strife" (doskonałe sola skrzypiec, altu i Fender-Rhodesa plus tradycyjnie brawurowa partia Urszuli na koniec... szkoda, że wyciszona) i na początku impresyjny (duet jedynie piana i skrzypiec) a potem wciągający funkowym pulsem "Always Ready" pasują i mogły stanowić ozdobę w/w "Smiles Ahead". Tym razem - wbrew temu co mogła sugerować "ludowa" okładka krajowej edycji płyty - motywów ludowych mamy zdecydowanie mniej. Wyjątkiem jest ostatni - obok "Breakera" i "Lady" - najbardziej udany i zostający w pamięci moment - wielowątkowy "Stray Sheep". Od non stop zmieniających się riffów, odcinków, temp i przeskoków można dostać zawrotu głowy, lecz w tym szaleństwie jest metoda. Tak gdzieś ok 3,15 min gwałtownie zmienia się nastrój, staje się sielsko, swingująco - a Urbaniak serwuje jedną ze swoich najlepszych solówek - aż chciałoby się, by ten fragment nigdy się nie kończył, wraca po prostu dobry stary Urbaniak. Ostatnie minuty to jeszcze większa dawka ludowych motywów.

Niestety trochę psuje wrażenie i odstaje od pozostałych - o idealnie pasującym tytule - utwór Namysłowskiego "Weird Creatures" - pełny negatywnych emocji, zrobiony trochę na siłę, do tego stopnia, że możemy się zastanawiać czy to przypadkiem nie taka parodia jazz-fuion / jazz-funku ze strony Namysłowkiego i próba wyrażenia tego co tak w duchu naprawdę myślał o takiej muzyce. Lubię eksperymenty i wyzwania, ale człowiek oddycha z ulgą gdy ten kawałek się kończy. "Mountaineers" Urbaniaka też jest zrobiony ciężką ręką, jakby posklejany z dawnych przetworzonych wielokrotnie motywów. Tu troje solistów - Zbyszek, Michał i Urszula jakby rzucali sobie wyzwanie i byli po trochę zirytowani obecnością pozostałych. Czyżby już wtedy pojawiały się wyraźne pęknięcia na linii Urbaniak - Namysłowski ?. Niezmiennie, jak na album w dyskografii Urbaniaka przystało - bardzo trudno dorwać ten krążek na CD. Kopii znośnie zgranego winylu w necie jest mnóstwo i nie ma z tym problemu. W 2013 i 2018 pojawiły się amerykańska i japońska reedycja na CD, lecz rzadko się pojawia i jest dość droga. Czekam, aż na nasz kraj ukaże się wreszcie wersja Pronitu / Tonpressu z "ludową" (hej przeleciał ptaszek") okładką. Trzeba naprawdę czasu i wielu przesłuchań by lepiej zrozumieć i na swój sposób polubić ten album.
Załączniki
urbaniak2.jpg
urbaniak2.jpg (107.33 KiB) Przejrzano 2015 razy
urbaniak3.jpg
urbaniak3.jpg (127.46 KiB) Przejrzano 2015 razy
urbaniak4.jpg
urbaniak4.jpg (129.8 KiB) Przejrzano 2015 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
Awatar użytkownika
Inkwizytor
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4760
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Michał Urbaniak

Post autor: Inkwizytor »

Ktoś nieźle namieszał. Początkowo można by sądzić, że wydany przez UBX w 1998 wreszcie na srebrnym krążku album "Recital" to nic innego jak wznowienie płyty "Recital" z 1983 duetu Urbaniak & Sendecki:

https://www.discogs.com/release/2300370 ... 9osRd6T6VD


Niestety z nieznanych powodów, co mogło niektórym solidnie namieszać w głowach to reedycja ze zmienioną okładką krążka "Folk Songs, Children's Melodies, Jazz Tunes, And Others" z 1988:

https://www.discogs.com/release/7267440 ... HvK-IoZOzH

Ten analogowy "Recital" 83 w dalszym ciągu nie jest dostępny na CD, może kiedyś, tylko jaką kolejni "spece od wznowień i archiwów" tym razem wymyślą nazwę ? - może uczciwiej będzie "Recital 2" lub w ramach "zemsty i rewanżu" - "Folk Songs, Children's Melodies, Jazz Tunes, And Others..." :D


Podobnie jak sporą część dokonań Urbaniaka, poznałem go dość późno, naprawdę późno. Może przy jakiejś innej okazji odniosę się do "prawdziwego" i "oryginalnego" "Recitalu", który mam zgrany z winylu (spora część egzemplarzy brzmi nie najlepiej od strony technicznej - można domniemywać, że tłoczenie zostało zrobione byle jak lub użyto kiepskiego surowca). Tamten, choć ma swoje momenty można traktować jak "marginalną" ciekawostkę i rzecz, która można raz, dwa razy posłuchać i odłożyć na półkę. Zupełnie inaczej sprawy się prezentują w przypadku "Folk Songs".


Projekt, na którym ponownie doszło do połączenia sił Michała i Władysława wyprzedził inne wspaniałe albumy na styku folku, folkloru, jazzu, muzyki klasycznej czy kameralnej - jak choćby mój ukochany "Rite of Strings" tria - DiMeola, Ponty i Clarke (naprawdę, mimo nieco odmiennego instrumentarium i obsady - czuć zapowiedź tej płyty, co jest zdumiewające) czy zalew w drugiej połowie lat 90 wszelkich projektów ostęplowanych jako: "Grapelling" czy hołdów dla Django Reinhardta (nawet u nas takich nie brakowało i to całkiem udanych jak z udziałem Strzelczyka i Wolińskiego itd.). Szkoda, że nakład dawno wyczerpał i osiąga poważne ceny na aukcjach. Mnie się zdecydowanie poszczęściło i nie musiałem się wykosztowywać, naprawdę rzadko się go widuje na allegro.

Zdecydowanie niedoceniony album - jeden z paru, które były dokumentem współpracy Urbaniaka i pianisty Władysława "Adzika" Sendeckiego i chyba najlepszy z nich. Władek - u nas w kraju ochrzczony "Adzikiem" - na zachodzie po emigracji był znany jako "Vladislav" lub dla przyjaciół "Vlady". Lepiej się to kojarzyło, trochę "groźnie" i w jakby rodem z Transylwanii :D . Z przyczyn językowych zrozumiałe jest, iż tam "Adzik" nikt by nie wymówił lub nie rozumiał o co chodzi. Mamy album, który jakby zwiastował późniejszą erę jazzu przesyconą aurą i zanurzoną w sosie "world music". Nie wiem czy to kwestia szlachetnego brzmienia skrzypiec Urbaniaka (który wrócił do podstaw, do czystej, krystalicznej i pozbawionej "brudu" dzięki rozmaitym efektom barwy) i jego piorunującej wirtuozerii - nic nie ustępującej innym gigantom skrzypiec szczególnie z Francji jak Jean Luc Ponty, Didier Lockwood i Stephane Grappelly. W komentarzu Michał pisze o niezwykłym wręcz telepatycznym porozumieniu z Sendeckim i samym fakcie, że duet skrzypiec i fortepianu był od zawsze elementarną, najbardziej szlachetną, klasyczną i najstarszą formą muzykowania. Nad brzmieniem akustycznego fortepianu Vlady`ego można rozpływać w zachwytach i to w nieskończoność ( dla skrzypka obok Skowrona, Makowicza i Karolaka - był zdecydowanie jednym z najlepszych pianistów z którymi kiedykolwiek przyszło mu grać) .... to dzięki takim muzykom jak on znów na nowo zakochałem się w możliwościach i przepastnym, przestrzennym brzmieniem koncertowego fortepianu. Szkoda, że wyemigrował do Szwajcarii i w kraju pojawiał sporadycznie. Warto przypomnieć anegdotę dotyczącą okoliczności ostatecznej decyzji dotyczącej emigracji. Miał jakieś nieprzyjemności na uczelni gdy próbowano go z niej usunąć. Postanowił pójść jak wielu innych licząc, że coś wskóra na skargę do "Solidarności" - wszedł, rozejrzał się po twarzach za długim stołem....a tu (podobno) były te same twarze (by nie powiedzieć dosadniej) ludzi, którzy zawsze starali się najlepiej urządzić za komuny. Wtedy pozbawiony reszty złudzeń stwierdził, że nie ma tu czego szukać. Niektórzy powinni sobie tą wymowną sytuację solidnie przemyśleć.

Sendecki dwoi i troi jako akompaniator - ani na moment nie traci kontaktu z Michałem. Podobnie jak Gogolewski z niezwykłą łatwością łączy w tym samym czasie obowiązki solisty, akompaniatora i funkcje bazy rytmicznej. Dostarczył dwie urokliwe kompozycje, oparte na wyrazistych motywach - umiejętnie podchwycone przez skrzypce Urbaniaka - "Toy`s Corner" i jeszcze piękniejsza "Septembers". Reszta jest autorstwa samego skrzypka, choć nie do końca. Wedle opisu na CD - ostatnia "Moontag" jest podpisana nazwiskiem Karolaka i tu znów mamy nieścisłość - na wersji winylowej - tytuł "Montag" przypisano Urbaniakowi, czyli mini bajzel :wink: Granie tego typu, jakby "nagie" bez żadnych dogranych partii, bez tła, bez "podpórek", "osłonek" (jak mawiał Hackett) - jest wbrew pozorom szalenie trudne, to może łatwo nudzić, a poszczególne kompozycje mogą się zlewać słuchaczom w jedną magmę.... tu tego absolutnie nie ma. Panowie położyli obok niezaprzeczalnej strony wirtuozerskiej - ogromny nacisk na dobre kompozycje o wyrazistych liniach melodycznych - zapadających w pamięć, a z każdym kolejnym przesłuchaniem to uczucie się potęguje. Jest urozmaicenie klimatów - nic się nie dubluje. Może to zabrzmi kiczowato i grafomańsko - ale dosłownie kolorowe motyle wysypują się z fortepianu, niekiedy wygarniane smyczkiem Michała, by potem opadając zamieniać w jesienne liście. Wiele tu emocji, uczuć towarzyszących pierwszemu niewinnemu zauroczeniu (tym razem nie będziemy się znęcać nad niewierną Lilianą :wink: ). Urbaniak również pokazuje inną, mniej do tej pory eksponowaną stronę swojej natury i wrażliwości. Krótki albumik, jego lektura wciąga i mija błyskawicznie. Szkoda, że to tak słabo znany spośród jego dokonań. Słuchając po raz pierwszy, nie spodziewałem się, że muzyka mnie aż tak zachwyci.
Załączniki
recital3.jpg
recital3.jpg (87.99 KiB) Przejrzano 1438 razy
recital2.jpg
recital2.jpg (108.38 KiB) Przejrzano 1438 razy
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ