muzyk znakomity
George Benson przyszedł na świat 22 marca 1943r. w Pittsburgu (USA). Jako nastolatek nauczył się grać na gitarze i występował w zespole rhythm`n`bluesowym, w którym również śpiewal i tańczył. Jazzem zainteresował się po tym, jak usłyszał nagrania Charliego Parkera. Potem terminował m.in. u Jacka McDuffa, z którym też nagrał pierwszą płytę pod swym nazwiskiem w wieku lat 21. Od tej pory nagrywal już regularnie i dziś ma na koncie ponad 60 albumów.

Chodziłem wokół założenia tego tematu, jak pies koło jeża, bo niegdyś - jak zapewne niektórym z Was - Benson kojarzył mi się z gładkim pięknisiem wykonującym jakąś słodką radiową papkę. No cóż, to tylko jedno oblicze tego zawodnika. W rzeczy samej to świetny gitarzysta (i bardzo dobry śpiewak), który w latach `60,`70 a i później stworzył i zinterpretował mnóstwo świetnej muzyki. Moja przygoda z tą muzyką zaczęła sią od skladanki z serii This Is Jazz, z której to najmocniej utkwił mi w pamięci przebojowy Take Five z nie najgorszego albumu Bad Benson (1975). Od tego czasu trochę George`a posłuchałem i z czystym sumieniem polecam płyty It's Uptown (1965), The George Benson Cookbook (1966), Beyond The Blue Horizon (1971) i Body Talk (1974). Jak sądzę, inne jego płyty z lat `60/`70, rówież są godne uwagi, ale po prostu wszystkich nie znam (jeszcze).
Pod koniec lat `70 muzyk otworzył się znacznie bardziej prorynkowo i tego, niestety, już za bardzo nie mogę słuchać. Np. podwójny album Livin' Inside Your Love (1979), który odniósł wielki sukces, udało mi się jak dotąd dosłuchać do trzeciego kawałka - świetnej grze na gitarze towarzyszy bowiem popelinowy podkład rytmiczny, ktorego nie mogę zdzierżyć, ale może jeszcze się przełamię.
Warto jednak poświęcić nieco uwagi temu muzykowi, któremu ciągle zdarza się popełniać dobre nagrania. Zresztą po co to trucie - jeśli ktoś grał u Milesa to wiadomo, że jest namaszczony.


