Manfred Mann's Earth Band

Biografie, dyskografie, opinie.

Moderatorzy: gharvelt, Bartosz, Dobromir, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Tarkus
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 11427
Rejestracja: 11.04.2007, 18:15
Lokalizacja: Wa-wa
Kontakt:

Post autor: Tarkus »

Jakuz pisze:zamysł miał jeden --> kasa ;)
Mhm, zwłaszcza tak komercyjne projekty, jak Manfred Mann Chapter Three.

Co do pop - polecam Jakuzu zapoznać się z Manfred Mann Chapter One i Chapter Two :) To był pop :) MMEB w schyłkowym okresie zahaczał nawet o world music (co nie dziwi zważywszy na korzenie Manna), aczkolwiek zgodzę się, że Mann tworzył w większości badziewie wówczas.

W szczytowym okresie MMEB byli fajną wypadkową między progiem, a mainstreamem. Jak Supertramp, jak ELO, Styx w pewnym momencie...
If you don’t love RoboCop, then you are a Nazi and support terrorism.
Na Discogsach
Awatar użytkownika
Jakuz
zremasterowany digipack z bonusami
Posty: 7028
Rejestracja: 11.04.2007, 16:50
Lokalizacja: Częstochowa

Post autor: Jakuz »

Tarkus pisze:
Jakuz pisze:zamysł miał jeden --> kasa ;)
Mhm, zwłaszcza tak komercyjne projekty, jak Manfred Mann Chapter Three.
Ale ja pisałem o MMEB :)
Co do pop - polecam Jakuzu zapoznać się z Manfred Mann Chapter One i Chapter Two :) To był pop :)
Znam i lubię wracać. Chodziło mi raczej o to, że MMEB tak jak WojtekK zdążył zauważyć z biegiem lat upraszczało swoją muzykę tym bardziej, że sprzedawali więcej płyt raczej nie z powodu kompozycji typu - fantastyczna przeróbka Father of day, Father of Night czy Messin'. To przeboje spod znaku Spirit In the Night i Blinded by the Light przynosiły mu komercyjne sukcesy. Czyli taki bardziej zamerykanizowany rock bliższy nawet trochę AOR niż brytyjskiemu progresowi. A w Polsce w dawnych latach nie byli zbyt popularni być może przez to właśnie, że wychowani byliśmy na Genesis, Yes czy Floydach z jednej, a Abbie i Boney M z drugiej strony i Manfred Mann Earthband był dla nas (a w zasadzie dla naszych radiowych guru) taki trochę Ni pies, ni wydra.
Awatar użytkownika
WOJTEKK
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 25684
Rejestracja: 12.04.2007, 17:31
Lokalizacja: Lesko

Post autor: WOJTEKK »

Eeee MMEB w polskim radiu grano. Tomek Beksiński kawałek dyskografii w Wieczorach płytowych przedstawił. Blinded By the Light, Mighty Quinn to w Trójce słyszałem.

zgadza się - MMEB grało po amerykańsku, tylko czy to zarzut, to że momentami zbliżało się to w stronę AOR - tak , ale moim zdaniem dopiero przy Chance.
Nie ma ludzi niezastąpionych. Oprócz The Rolling Stones.

http://artrock.pl/
Awatar użytkownika
Dżejdżej
epka analogowa
Posty: 932
Rejestracja: 17.06.2010, 23:01
Lokalizacja: CHICAGO

Post autor: Dżejdżej »

Jakuz pisze:Czyli taki bardziej zamerykanizowany rock
WOJTEKK pisze:MMEB grało po amerykańsku
Tylko że jakos w Ameryce już od lat nie koncertują (przynajmniej mnie nie udało się ich upolować w ostatnim 20-leciu)- za to na osi Berlin -Moskwa cieszą sie nie słabnącą popularnoscią ( podobnie jak niegdysiejsi kumple z Bronze Records czyli UH- chociaż ci przypomnieli się ostatnio na chicagowskich przedmiesciach )
Together we stand - divided we fall
Awatar użytkownika
WOJTEKK
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 25684
Rejestracja: 12.04.2007, 17:31
Lokalizacja: Lesko

Post autor: WOJTEKK »

Bywa. Ale za swoich najlepszych lat to czego nie? Zresztą co warto zauważyć, że Journey na swoich pierwszych płytach dość wyraźnie się na nich wzorowali.
Nie ma ludzi niezastąpionych. Oprócz The Rolling Stones.

http://artrock.pl/
Awatar użytkownika
Dżejdżej
epka analogowa
Posty: 932
Rejestracja: 17.06.2010, 23:01
Lokalizacja: CHICAGO

Post autor: Dżejdżej »

WOJTEKK pisze:Journey na swoich pierwszych płytach dość wyraźnie się na nich wzorowali
To dobrze ,że chociaż raz, to nie Mann się na kims wzorował tylko inni na nim :)
Together we stand - divided we fall
Awatar użytkownika
Tarkus
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 11427
Rejestracja: 11.04.2007, 18:15
Lokalizacja: Wa-wa
Kontakt:

Post autor: Tarkus »

I znów : Chapter One & Two to całkiem oryginalny pop / r&b / soul. Plus przeróbki Dylana lepsze, niż oryginały. Chapter Three, rok-dwa lata później podobne rejony eksplorował Fripp z Krimzo. Gdy Mann nagrywał te płyty, Fripp tworzył rockową symfonikę. A podobne jazzowo-rockowo-awangardowe mieszanie było nowatorskie. MMEB - tu też było sporo oryginalności, na początku lat 70. niewiele zespołów miało chęć łączyć ambicje artystyczne z ładnymi, przyswajalnymi powszechnie melodiami.
If you don’t love RoboCop, then you are a Nazi and support terrorism.
Na Discogsach
Awatar użytkownika
Dżejdżej
epka analogowa
Posty: 932
Rejestracja: 17.06.2010, 23:01
Lokalizacja: CHICAGO

Post autor: Dżejdżej »

Tarkus pisze:I znów : Chapter One & Two to całkiem oryginalny pop / r&b / soul. Plus przeróbki Dylana lepsze, niż oryginały. Chapter Three, rok-dwa lata później podobne rejony eksplorował Fripp z Krimzo. Gdy Mann nagrywał te płyty, Fripp tworzył rockową symfonikę. A podobne jazzowo-rockowo-awangardowe mieszanie było nowatorskie. MMEB - tu też było sporo oryginalności, na początku lat 70. niewiele zespołów miało chęć łączyć ambicje artystyczne z ładnymi, przyswajalnymi powszechnie melodiami.
Tarkus , nie załapałes mojej ironii ? :wink:
Together we stand - divided we fall
Awatar użytkownika
Cure
japońska edycja z bonusami
Posty: 3139
Rejestracja: 12.07.2008, 13:38
Kontakt:

Post autor: Cure »

WOJTEKK pisze:Angel Station - Jeden z moich ulubionych MMEB, a chyba nawet ulubiony. Są tam perełki, są. Za Watch nie przepadam, ale Chnace lubię, chociaż to już w sumie pop-rock.
Z Angel Station - chyba się zgodzę (!?!) to jeden z najlepszych Manfredów. Bardzo lubię, ale to może wynikać, że mam go najsłabiej osłuchanego z tzw. kanonu.

Uważam, że MMEB miał chyba najrówniejszą serię (w kręgu rocka/prog-rocka) bardzo dobrych albumów. Właściwie wszystko od debiutu, do właśnie Angel Station, jest bardzo dobre/wyśmienite/krótkimi momentami zaledwie dobre.

Co ciekawe MMEB wciąż w trasie, mimo niemal osiemdziesiątki na karku, i mimo tego, że ostatni album powstał ponad dekadę temu.
Awatar użytkownika
WOJTEKK
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 25684
Rejestracja: 12.04.2007, 17:31
Lokalizacja: Lesko

Post autor: WOJTEKK »

I też był bardzo dobry.
Nie ma ludzi niezastąpionych. Oprócz The Rolling Stones.

http://artrock.pl/
Awatar użytkownika
Cure
japońska edycja z bonusami
Posty: 3139
Rejestracja: 12.07.2008, 13:38
Kontakt:

Post autor: Cure »

WOJTEKK pisze:I też był bardzo dobry.
Ostatnim albumem z dyskografii jaki znam jest Criminal Tango.
Jednak wspomnianą płytę, jak i dwie wcześniejsze mam miernie osłuchane, być może się to zmieni, albowiem winylowe wydania tych płyt chodzą dosłownie za bezcen.
Awatar użytkownika
greg66
limitowana edycja z bonusową płytą
Posty: 4160
Rejestracja: 31.08.2008, 22:00
Lokalizacja: Opole
Kontakt:

Post autor: greg66 »

Mam wszystko oprócz ostatniej, tutaj niestety covery zrobione przez Manna nie przekonały mnie ale nadal uważam go za jednego z największych coverowców Dylana na bardzo duży plus.

Natomiast z tych nowszych bardzo lubię "2006" wydaną w ...2004 roku, Demons and Dragons i Indepentdent Woman są mistrzowskie.
Awatar użytkownika
Cure
japońska edycja z bonusami
Posty: 3139
Rejestracja: 12.07.2008, 13:38
Kontakt:

Post autor: Cure »

WOJTEKK pisze:Eeee MMEB w polskim radiu grano. Tomek Beksiński kawałek dyskografii w Wieczorach płytowych przedstawił. Blinded By the Light, Mighty Quinn to w Trójce słyszałem.
Ja również, w audycji ŚP Janusza Kosińskiego.
Jakoś na przełomie wieków puścił właśnie MQ, przy okazji okraszając to stwierdzeniem typu - proszę państwa, być może jedna z najciekawszych solówek syntezatorowych w muzyce rockowej.
Awatar użytkownika
WOJTEKK
box z pełną dyskografią i gadżetami
Posty: 25684
Rejestracja: 12.04.2007, 17:31
Lokalizacja: Lesko

Post autor: WOJTEKK »

WOJTEKK pisze:I też był bardzo dobry.
chodzi mi własnie o ten "MMEB 2006" a nie ten z kowerami.
Nie ma ludzi niezastąpionych. Oprócz The Rolling Stones.

http://artrock.pl/
Awatar użytkownika
Inkwizytor
japońska edycja z bonusami
Posty: 3634
Rejestracja: 06.05.2007, 19:19
Lokalizacja: Monty Python`s Flying Circus

Re: Manfred Mann's Earth Band

Post autor: Inkwizytor »

https://www.youtube.com/watch?v=vVHCQrarNw4

Zbliża wielkimi krokami 50 rocznica ( czerwiec ) wydania przełomowego i dla wielu "pierwszego właściwego" albumu formacji Manfred Mann`s Earth Band z proekologicznym przesłaniem - Messin`. Płyta od lat wysoko notowana wśród fanów tego projektu. Nie ukrywam, że i zajmująca wyjątkowe miejsce w moim sercu - również zbliża okrągła 20 rocznica gdy w antykwariacie w Katowicach za śmieszne pieniądze między jedną sesją a inna zakupiłem ten winylowy krążek. Nadal go mam i hołubię w swojej kolekcji.

Messin` można rozpatrywać rozmaicie - z punktu widzenia czysto muzycznego pierwsza strona jest wybitna, druga to już przestrzeń dla mieszanych uczuć i konfuzji. Niestety co podkreślają znawcy i koneserzy z zachodnich portali - całość ucierpiała z powodu słabej czy wręcz "spartolonej" produkcji - samego lidera Manna - vel Lubovitza z RPA. Wedle słów współpracowników - Manfred - człowiek kojarzony jako ten, który chciał mieć absolutną kontrolę nad całym procesem twórczy, by niczego nie pozostawić przypadkowi, nie ufał ludziom z zewnątrz, nie wiem czy band borykający z problemami finansowymi nie mógł sobie pozwolić by zatrudnić fachowca z zewnątrz, czy może sam klawiszowiec obawiał potencjalnych konfliktów na tym tle, by renomowany producent chciał pchnąć zespół w inny, zgoła nie oczekiwanym i nie pożądanym kierunku. Nie zmienia to faktu - że po przesłuchaniu odnosi się wrażenia w pewnym aczkolwiek istotnym stopniu - "zmarnowanej szansy" - materiał znakomity - ale potencjał był o wiele większy i można było przy świetnej produkcji wycisnąć z tego o wiele wiele wiele ( Komendant Lassard - many, many, many.... ) więcej. Gdy weźmiemy pod uwagę ówczesną konkurencję - a ta była okrutna - albumy pokroju Selling England Genesis, Brain Salad ELP, Band on the Run Wings - co parę tygodni wychodziło coś frapującego i będącego przełamywaniem barier i "kamieniem milowym" - owszem -nagrany rok wcześniej podczas rwących się sesji - klasyk Dark Side of the Moon Floydów - był absolutnym ewenementem i takich albumów było ile w historii ?...... Producenci z lat 80 zgodnie pomstowali i dokonywali cudów, tracili czas, zdrowie i środki by wreszcie płyty przestały brzmieć jakby "były nagrywane w kartonowych pudłach..." - określenie - dzięki uprzejmości Steve Lillywhite`a czy Hugh Padhhama - że o Daniel Lanois nie wspomnę.


Surowość - bywa i to z całą surowością podkreślę "bywa" niekiedy zaletą. Messin` ucierpiało z powodu zanurzonej w sosie radosnej twórczości i "kowalskiej" i "wyklepanej" produkcji. O ironio ten karygodny błąd lider naprawiał w późniejszych latach - na przełomie lat 70 i 80 oraz przez całe 80 - począwszy od Angel Station - poprzez Chance... doprowadziło to do tego, że odwróciła się od formacji znaczna część fanów - zniechęcona wypolerowanym do obłędu brzmieniem i przesadnie popowym stylem i repertuarem. Przykład na to jak można się miotać od jednej skrajności i niedopatrzenia - do drugiego.

Messin` zaczyna od mocnego uderzenia - tytułowy autorstwa dla wielu " wielkiego nieobecnego" - czyli partnera jeszcze z czasów Manfred Mann - perkusisty / pianisty i wokalisty - Mike`a Hugga - nie brak głosów - że ten kawałek był planowany na trzeci nie wydany album formacji, która przepadła z kretesem w wyniku presji "stricte wizerunkowej" - Manfred Mann Chapter Three - fani zwiedzeni nazwą oczekiwali skocznych popowych piosenek a otrzymali psychodeliczny, nieco "nawiedzony", eksperymentalny i mocno ale to niezwykle mocno zanurzony w rozkwitającej modzie na jazz-rocka ale takiego bezkompromisowego w duchu Soft Machine - z nutką "małego człowieczka melodeklamujacego niczym maniak seksualny wpuszczony do żeńskiego klasztoru w aurze szaleństwa" - piosenek - przesterowany jak u Hoppera wysunięty niczym "solowa gitara basowa" - bass, organy również z masą fuzzu i przesteru u Ratledga - Mann i rozbudowana sekcja dęciaków - jak przez moment u Softów czy u Aynsley Dunbar Blue Whale - fragment riffu i sekcji do Konekuf - tu z kolei zagrane unisono przez lidera i Micka na gitarze. Fani i dziennikarze podkreślają niebanalny klimat utworu - proekologiczne przesłanie wzmocnione przez efekty specjalne - imitujące uciekające przerażone małpiszony i maszynę bez litości wycinające lasy deszczowe, dżunglę. Sam Rodgers wedle niektórych wspina na wyżyny swoich umiejętności i serwuje ekspresyjne wokalizy, rozgniewane, napiętnowane złością, furią, odrazą, dezaprobatą - wobec tego co widzi - niemal jak Ozzy Osbourne - nie są odosobnione recenzje - że Messin` trąci i nasiąka subtelnym klimatem w duchu Black Sabbath a riffy też noszą piętno mistrzów z Birmingham - tu każdy musi ocenić sam.

Buddah - przez wielu najbardziej lubiany fragment płyty - niewiele krótszy ale robiący równie dobre wrażenie - to mini suita z kolei przesłaniem - chyba wypada tak powiedzieć - "antyreligijnym" - to samo co kilka lat wcześniej robił Frank Zappa - dokonując okrutnego rozliczenia z naukami i dorobkiem hippisów - to można streścić w paru prostych ( pozornie ) zdaniach - zapomnij o guru, o przewodnikach duchowych, zdaj się na samego siebie, polegaj na własnym rozumie - nie szukaj u innych odpowiedzi , sam musisz je znaleźć, ufaj sobie, mnie zawsze podobał ten niby refren - ".... I never was, I never will be, all you`ve gotta to do is carry on and forget and about me...." - "... nigdy mnie nie było, nigdy nie będzie, co masz do zrobienia - to ciągnąć to wszystko dalej i zapomnieć i mnie....". Wskazywano też na rosnący wstręt na stopniową komercjalizację zorganizowanych religii - gdzie chodziło głównie o biznes - po balladowej ale o narastającym podskórnie gniewem partii - pojawia gwałtowna zmiana wektorów - pojawia na tle pulsującego nieco transowego podkładu - partia o kosmicznym zabarwieniu Manna i wielki finał. Cloudy Eyes autorstwa Manfreda - to pełna gwałtownych wejść gitary melodia, płaczliwa, rozdzierająca i zwiastująca inne klasyki w tej materii kompozycje Blackmore`a czy Moore`a. Druga strona zaczyna od mocnego coveru Dylana - Get Your Rocks Off, by przejść w blues australijskiej grupy Chain - Black and Blue - początkowo nieco się rozłazi - ale od 2 minuty wchodzi na właściwe tory i mam rasowe Manfredowe grania - z wyeksponowanym dialogiem gitary Micha i Moogiem lidera i notoryczną jak w transie grającą sekcją rytmiczną - Slade / Pattenden - tu znów odnosi się wrażenie, że gdyby dodać odpowiednią soczystą produkcję, pogłos, echo, dociążyć - można wyczarować absolutne cudo - a tak znów trąci myszką jak na wielu - niestety zbyt wielu miejscach - "garażowe, zachrypnięte" brzmienie albumu.

Klawiszowiec z całą mocą podkreślał - gdzie się tylko dało - a mocno odczuł wychodzenie publiczności z koncertów formacji Chapter Three - że pierwszy "Mandred" był formacją rhythm`bluesową - i była dobra, druga z Mikem D`Abo mocno popową i nie był to dobry zespół - za dużo " zgrabnych głupiutkich pioseneczek" - a Earth Band trzymał zasady i idee fixe - "by nigdy nie dać się zaszufladkować". Wychodził z tego wielokrotnie stylistyczny misz-masz i groch z kapustą. Aurę całości i odbiór Messin` psuł zamykający całość Mardi Grass Band - do dziś trudno zrozumieć o co chodziło muzykom gdy go nagrywali - żart muzyczny ?, prowokacja ?, próba odreagowania czy wystawienia słuchaczy na próbę ? - jakiś pastisz klimatów orleańskich, reggae czy sam już nie wiem czego. Co ciekawe na żywo band uzyskiwał znacznie bardziej heavy - progresywne lekko bluesujące dzięki gitarom i wokalowi niedocenianego Micka Rodgersa brzmienie, było więcej improwizacji, solówek - nawet poczciwy Hammond i Moog lidera potrafiły osiągnąć niespotykaną na albumie moc. Mick udowodnił, że zarówno jako gitarzysta ( Mann miał go spotkać i w sposób niezobowiązujący testować w 69 przy okazji Chapter Three ) jak wokalista należał do ówczesnej czołówki - a jego najlepsze lata miały dopiero nadejść przy okazji następnego Solar Fire z Dylanowskim coverem wszechczasów - Father of Night, Father of Day - gdzie dał z siebie wszystko .... a na koncertach przechodził sam siebie. Jest jeszcze Sadjoy autorstwa lidera - zdradzajacy zacięcie do muzycznej "groteski" i po raz kolejny ówczesne zatrzymywanie się w pół drogi.

Album bardzo dobry - aczkolwiek nierówny. Gdyby wywalić przedziwaczny Mardi Grass i już wtedy lub odrobinę poczekać i uwzględnić pierwszy hit grupy - autorstwa Rodgersa i Holsta - Joybringer - jako np. zamykający całość - kto wie ? - może mielibyśmy istny bestseller ?. Tak czy siak - Messin` zwiastowało coraz lepsze czasy dla Earth Bandu - grupa się rozwijała. Ja w swojej prywatnej wersji Messin` mam Joybringer jako "utwór na bis" i pasuje idealnie. Gdzie te czasy gdy takie kawałki robiły zamieszanie na listach przebojów ?. W latach 90 i 2000 krótka zajawka i fragmencik Joybringer w wersji instrumentalnej otwierał większość koncertów Earth Bandu.

https://www.youtube.com/watch?v=3Vwgoy1u0ZE
...Nobody expects the Spanish inquisition !
ODPOWIEDZ