Strona 2 z 3

: 09.10.2010, 11:32
autor: Tarkus
Jakuz pisze:zamysł miał jeden --> kasa ;)
Mhm, zwłaszcza tak komercyjne projekty, jak Manfred Mann Chapter Three.

Co do pop - polecam Jakuzu zapoznać się z Manfred Mann Chapter One i Chapter Two :) To był pop :) MMEB w schyłkowym okresie zahaczał nawet o world music (co nie dziwi zważywszy na korzenie Manna), aczkolwiek zgodzę się, że Mann tworzył w większości badziewie wówczas.

W szczytowym okresie MMEB byli fajną wypadkową między progiem, a mainstreamem. Jak Supertramp, jak ELO, Styx w pewnym momencie...

: 09.10.2010, 11:58
autor: Jakuz
Tarkus pisze:
Jakuz pisze:zamysł miał jeden --> kasa ;)
Mhm, zwłaszcza tak komercyjne projekty, jak Manfred Mann Chapter Three.
Ale ja pisałem o MMEB :)
Co do pop - polecam Jakuzu zapoznać się z Manfred Mann Chapter One i Chapter Two :) To był pop :)
Znam i lubię wracać. Chodziło mi raczej o to, że MMEB tak jak WojtekK zdążył zauważyć z biegiem lat upraszczało swoją muzykę tym bardziej, że sprzedawali więcej płyt raczej nie z powodu kompozycji typu - fantastyczna przeróbka Father of day, Father of Night czy Messin'. To przeboje spod znaku Spirit In the Night i Blinded by the Light przynosiły mu komercyjne sukcesy. Czyli taki bardziej zamerykanizowany rock bliższy nawet trochę AOR niż brytyjskiemu progresowi. A w Polsce w dawnych latach nie byli zbyt popularni być może przez to właśnie, że wychowani byliśmy na Genesis, Yes czy Floydach z jednej, a Abbie i Boney M z drugiej strony i Manfred Mann Earthband był dla nas (a w zasadzie dla naszych radiowych guru) taki trochę Ni pies, ni wydra.

: 09.10.2010, 12:29
autor: WOJTEKK
Eeee MMEB w polskim radiu grano. Tomek Beksiński kawałek dyskografii w Wieczorach płytowych przedstawił. Blinded By the Light, Mighty Quinn to w Trójce słyszałem.

zgadza się - MMEB grało po amerykańsku, tylko czy to zarzut, to że momentami zbliżało się to w stronę AOR - tak , ale moim zdaniem dopiero przy Chance.

: 10.10.2010, 06:47
autor: Dżejdżej
Jakuz pisze:Czyli taki bardziej zamerykanizowany rock
WOJTEKK pisze:MMEB grało po amerykańsku
Tylko że jakos w Ameryce już od lat nie koncertują (przynajmniej mnie nie udało się ich upolować w ostatnim 20-leciu)- za to na osi Berlin -Moskwa cieszą sie nie słabnącą popularnoscią ( podobnie jak niegdysiejsi kumple z Bronze Records czyli UH- chociaż ci przypomnieli się ostatnio na chicagowskich przedmiesciach )

: 10.10.2010, 10:48
autor: WOJTEKK
Bywa. Ale za swoich najlepszych lat to czego nie? Zresztą co warto zauważyć, że Journey na swoich pierwszych płytach dość wyraźnie się na nich wzorowali.

: 11.10.2010, 07:00
autor: Dżejdżej
WOJTEKK pisze:Journey na swoich pierwszych płytach dość wyraźnie się na nich wzorowali
To dobrze ,że chociaż raz, to nie Mann się na kims wzorował tylko inni na nim :)

: 11.10.2010, 09:24
autor: Tarkus
I znów : Chapter One & Two to całkiem oryginalny pop / r&b / soul. Plus przeróbki Dylana lepsze, niż oryginały. Chapter Three, rok-dwa lata później podobne rejony eksplorował Fripp z Krimzo. Gdy Mann nagrywał te płyty, Fripp tworzył rockową symfonikę. A podobne jazzowo-rockowo-awangardowe mieszanie było nowatorskie. MMEB - tu też było sporo oryginalności, na początku lat 70. niewiele zespołów miało chęć łączyć ambicje artystyczne z ładnymi, przyswajalnymi powszechnie melodiami.

: 11.10.2010, 22:38
autor: Dżejdżej
Tarkus pisze:I znów : Chapter One & Two to całkiem oryginalny pop / r&b / soul. Plus przeróbki Dylana lepsze, niż oryginały. Chapter Three, rok-dwa lata później podobne rejony eksplorował Fripp z Krimzo. Gdy Mann nagrywał te płyty, Fripp tworzył rockową symfonikę. A podobne jazzowo-rockowo-awangardowe mieszanie było nowatorskie. MMEB - tu też było sporo oryginalności, na początku lat 70. niewiele zespołów miało chęć łączyć ambicje artystyczne z ładnymi, przyswajalnymi powszechnie melodiami.
Tarkus , nie załapałes mojej ironii ? :wink:

: 09.12.2017, 20:20
autor: Cure
WOJTEKK pisze:Angel Station - Jeden z moich ulubionych MMEB, a chyba nawet ulubiony. Są tam perełki, są. Za Watch nie przepadam, ale Chnace lubię, chociaż to już w sumie pop-rock.
Z Angel Station - chyba się zgodzę (!?!) to jeden z najlepszych Manfredów. Bardzo lubię, ale to może wynikać, że mam go najsłabiej osłuchanego z tzw. kanonu.

Uważam, że MMEB miał chyba najrówniejszą serię (w kręgu rocka/prog-rocka) bardzo dobrych albumów. Właściwie wszystko od debiutu, do właśnie Angel Station, jest bardzo dobre/wyśmienite/krótkimi momentami zaledwie dobre.

Co ciekawe MMEB wciąż w trasie, mimo niemal osiemdziesiątki na karku, i mimo tego, że ostatni album powstał ponad dekadę temu.

: 09.12.2017, 20:43
autor: WOJTEKK
I też był bardzo dobry.

: 09.12.2017, 20:58
autor: Cure
WOJTEKK pisze:I też był bardzo dobry.
Ostatnim albumem z dyskografii jaki znam jest Criminal Tango.
Jednak wspomnianą płytę, jak i dwie wcześniejsze mam miernie osłuchane, być może się to zmieni, albowiem winylowe wydania tych płyt chodzą dosłownie za bezcen.

: 09.12.2017, 22:07
autor: greg66
Mam wszystko oprócz ostatniej, tutaj niestety covery zrobione przez Manna nie przekonały mnie ale nadal uważam go za jednego z największych coverowców Dylana na bardzo duży plus.

Natomiast z tych nowszych bardzo lubię "2006" wydaną w ...2004 roku, Demons and Dragons i Indepentdent Woman są mistrzowskie.

: 10.12.2017, 13:29
autor: Cure
WOJTEKK pisze:Eeee MMEB w polskim radiu grano. Tomek Beksiński kawałek dyskografii w Wieczorach płytowych przedstawił. Blinded By the Light, Mighty Quinn to w Trójce słyszałem.
Ja również, w audycji ŚP Janusza Kosińskiego.
Jakoś na przełomie wieków puścił właśnie MQ, przy okazji okraszając to stwierdzeniem typu - proszę państwa, być może jedna z najciekawszych solówek syntezatorowych w muzyce rockowej.

: 10.12.2017, 14:13
autor: WOJTEKK
WOJTEKK pisze:I też był bardzo dobry.
chodzi mi własnie o ten "MMEB 2006" a nie ten z kowerami.

Re: Manfred Mann's Earth Band

: 07.03.2023, 12:18
autor: Inkwizytor
https://www.youtube.com/watch?v=vVHCQrarNw4

Zbliża wielkimi krokami 50 rocznica ( czerwiec ) wydania przełomowego i dla wielu "pierwszego właściwego" albumu formacji Manfred Mann`s Earth Band z proekologicznym przesłaniem - Messin`. Płyta od lat wysoko notowana wśród fanów tego projektu. Nie ukrywam, że i zajmująca wyjątkowe miejsce w moim sercu - również zbliża okrągła 20 rocznica gdy w antykwariacie w Katowicach za śmieszne pieniądze między jedną sesją a inna zakupiłem ten winylowy krążek. Nadal go mam i hołubię w swojej kolekcji.

Messin` można rozpatrywać rozmaicie - z punktu widzenia czysto muzycznego pierwsza strona jest wybitna, druga to już przestrzeń dla mieszanych uczuć i konfuzji. Niestety co podkreślają znawcy i koneserzy z zachodnich portali - całość ucierpiała z powodu słabej czy wręcz "spartolonej" produkcji - samego lidera Manna - vel Lubovitza z RPA. Wedle słów współpracowników - Manfred - człowiek kojarzony jako ten, który chciał mieć absolutną kontrolę nad całym procesem twórczy, by niczego nie pozostawić przypadkowi, nie ufał ludziom z zewnątrz, nie wiem czy band borykający z problemami finansowymi nie mógł sobie pozwolić by zatrudnić fachowca z zewnątrz, czy może sam klawiszowiec obawiał potencjalnych konfliktów na tym tle, by renomowany producent chciał pchnąć zespół w inny, zgoła nie oczekiwanym i nie pożądanym kierunku. Nie zmienia to faktu - że po przesłuchaniu odnosi się wrażenia w pewnym aczkolwiek istotnym stopniu - "zmarnowanej szansy" - materiał znakomity - ale potencjał był o wiele większy i można było przy świetnej produkcji wycisnąć z tego o wiele wiele wiele ( Komendant Lassard - many, many, many.... ) więcej. Gdy weźmiemy pod uwagę ówczesną konkurencję - a ta była okrutna - albumy pokroju Selling England Genesis, Brain Salad ELP, Band on the Run Wings - co parę tygodni wychodziło coś frapującego i będącego przełamywaniem barier i "kamieniem milowym" - owszem -nagrany rok wcześniej podczas rwących się sesji - klasyk Dark Side of the Moon Floydów - był absolutnym ewenementem i takich albumów było ile w historii ?...... Producenci z lat 80 zgodnie pomstowali i dokonywali cudów, tracili czas, zdrowie i środki by wreszcie płyty przestały brzmieć jakby "były nagrywane w kartonowych pudłach..." - określenie - dzięki uprzejmości Steve Lillywhite`a czy Hugh Padhhama - że o Daniel Lanois nie wspomnę.


Surowość - bywa i to z całą surowością podkreślę "bywa" niekiedy zaletą. Messin` ucierpiało z powodu zanurzonej w sosie radosnej twórczości i "kowalskiej" i "wyklepanej" produkcji. O ironio ten karygodny błąd lider naprawiał w późniejszych latach - na przełomie lat 70 i 80 oraz przez całe 80 - począwszy od Angel Station - poprzez Chance... doprowadziło to do tego, że odwróciła się od formacji znaczna część fanów - zniechęcona wypolerowanym do obłędu brzmieniem i przesadnie popowym stylem i repertuarem. Przykład na to jak można się miotać od jednej skrajności i niedopatrzenia - do drugiego.

Messin` zaczyna od mocnego uderzenia - tytułowy autorstwa dla wielu " wielkiego nieobecnego" - czyli partnera jeszcze z czasów Manfred Mann - perkusisty / pianisty i wokalisty - Mike`a Hugga - nie brak głosów - że ten kawałek był planowany na trzeci nie wydany album formacji, która przepadła z kretesem w wyniku presji "stricte wizerunkowej" - Manfred Mann Chapter Three - fani zwiedzeni nazwą oczekiwali skocznych popowych piosenek a otrzymali psychodeliczny, nieco "nawiedzony", eksperymentalny i mocno ale to niezwykle mocno zanurzony w rozkwitającej modzie na jazz-rocka ale takiego bezkompromisowego w duchu Soft Machine - z nutką "małego człowieczka melodeklamujacego niczym maniak seksualny wpuszczony do żeńskiego klasztoru w aurze szaleństwa" - piosenek - przesterowany jak u Hoppera wysunięty niczym "solowa gitara basowa" - bass, organy również z masą fuzzu i przesteru u Ratledga - Mann i rozbudowana sekcja dęciaków - jak przez moment u Softów czy u Aynsley Dunbar Blue Whale - fragment riffu i sekcji do Konekuf - tu z kolei zagrane unisono przez lidera i Micka na gitarze. Fani i dziennikarze podkreślają niebanalny klimat utworu - proekologiczne przesłanie wzmocnione przez efekty specjalne - imitujące uciekające przerażone małpiszony i maszynę bez litości wycinające lasy deszczowe, dżunglę. Sam Rodgers wedle niektórych wspina na wyżyny swoich umiejętności i serwuje ekspresyjne wokalizy, rozgniewane, napiętnowane złością, furią, odrazą, dezaprobatą - wobec tego co widzi - niemal jak Ozzy Osbourne - nie są odosobnione recenzje - że Messin` trąci i nasiąka subtelnym klimatem w duchu Black Sabbath a riffy też noszą piętno mistrzów z Birmingham - tu każdy musi ocenić sam.

Buddah - przez wielu najbardziej lubiany fragment płyty - niewiele krótszy ale robiący równie dobre wrażenie - to mini suita z kolei przesłaniem - chyba wypada tak powiedzieć - "antyreligijnym" - to samo co kilka lat wcześniej robił Frank Zappa - dokonując okrutnego rozliczenia z naukami i dorobkiem hippisów - to można streścić w paru prostych ( pozornie ) zdaniach - zapomnij o guru, o przewodnikach duchowych, zdaj się na samego siebie, polegaj na własnym rozumie - nie szukaj u innych odpowiedzi , sam musisz je znaleźć, ufaj sobie, mnie zawsze podobał ten niby refren - ".... I never was, I never will be, all you`ve gotta to do is carry on and forget and about me...." - "... nigdy mnie nie było, nigdy nie będzie, co masz do zrobienia - to ciągnąć to wszystko dalej i zapomnieć i mnie....". Wskazywano też na rosnący wstręt na stopniową komercjalizację zorganizowanych religii - gdzie chodziło głównie o biznes - po balladowej ale o narastającym podskórnie gniewem partii - pojawia gwałtowna zmiana wektorów - pojawia na tle pulsującego nieco transowego podkładu - partia o kosmicznym zabarwieniu Manna i wielki finał. Cloudy Eyes autorstwa Manfreda - to pełna gwałtownych wejść gitary melodia, płaczliwa, rozdzierająca i zwiastująca inne klasyki w tej materii kompozycje Blackmore`a czy Moore`a. Druga strona zaczyna od mocnego coveru Dylana - Get Your Rocks Off, by przejść w blues australijskiej grupy Chain - Black and Blue - początkowo nieco się rozłazi - ale od 2 minuty wchodzi na właściwe tory i mam rasowe Manfredowe grania - z wyeksponowanym dialogiem gitary Micha i Moogiem lidera i notoryczną jak w transie grającą sekcją rytmiczną - Slade / Pattenden - tu znów odnosi się wrażenie, że gdyby dodać odpowiednią soczystą produkcję, pogłos, echo, dociążyć - można wyczarować absolutne cudo - a tak znów trąci myszką jak na wielu - niestety zbyt wielu miejscach - "garażowe, zachrypnięte" brzmienie albumu.

Klawiszowiec z całą mocą podkreślał - gdzie się tylko dało - a mocno odczuł wychodzenie publiczności z koncertów formacji Chapter Three - że pierwszy "Mandred" był formacją rhythm`bluesową - i była dobra, druga z Mikem D`Abo mocno popową i nie był to dobry zespół - za dużo " zgrabnych głupiutkich pioseneczek" - a Earth Band trzymał zasady i idee fixe - "by nigdy nie dać się zaszufladkować". Wychodził z tego wielokrotnie stylistyczny misz-masz i groch z kapustą. Aurę całości i odbiór Messin` psuł zamykający całość Mardi Grass Band - do dziś trudno zrozumieć o co chodziło muzykom gdy go nagrywali - żart muzyczny ?, prowokacja ?, próba odreagowania czy wystawienia słuchaczy na próbę ? - jakiś pastisz klimatów orleańskich, reggae czy sam już nie wiem czego. Co ciekawe na żywo band uzyskiwał znacznie bardziej heavy - progresywne lekko bluesujące dzięki gitarom i wokalowi niedocenianego Micka Rodgersa brzmienie, było więcej improwizacji, solówek - nawet poczciwy Hammond i Moog lidera potrafiły osiągnąć niespotykaną na albumie moc. Mick udowodnił, że zarówno jako gitarzysta ( Mann miał go spotkać i w sposób niezobowiązujący testować w 69 przy okazji Chapter Three ) jak wokalista należał do ówczesnej czołówki - a jego najlepsze lata miały dopiero nadejść przy okazji następnego Solar Fire z Dylanowskim coverem wszechczasów - Father of Night, Father of Day - gdzie dał z siebie wszystko .... a na koncertach przechodził sam siebie. Jest jeszcze Sadjoy autorstwa lidera - zdradzajacy zacięcie do muzycznej "groteski" i po raz kolejny ówczesne zatrzymywanie się w pół drogi.

Album bardzo dobry - aczkolwiek nierówny. Gdyby wywalić przedziwaczny Mardi Grass i już wtedy lub odrobinę poczekać i uwzględnić pierwszy hit grupy - autorstwa Rodgersa i Holsta - Joybringer - jako np. zamykający całość - kto wie ? - może mielibyśmy istny bestseller ?. Tak czy siak - Messin` zwiastowało coraz lepsze czasy dla Earth Bandu - grupa się rozwijała. Ja w swojej prywatnej wersji Messin` mam Joybringer jako "utwór na bis" i pasuje idealnie. Gdzie te czasy gdy takie kawałki robiły zamieszanie na listach przebojów ?. W latach 90 i 2000 krótka zajawka i fragmencik Joybringer w wersji instrumentalnej otwierał większość koncertów Earth Bandu.

https://www.youtube.com/watch?v=3Vwgoy1u0ZE